niedziela, 23 grudnia 2018

Wesołych – bez udawania – Świąt!

„A teraz zbliżało się Boże Narodzenie i Biront szczerze nie znosił tego okresu (...); całej tej niepotrzebnej parady na mrozie i w rozdeptanym śniegu, tej udawanej, głupiej wesołości, tych wszystkich jabłek w cukrze, ciast, pieczonych kapłonów i tak wyschniętych gęsi, że wprost nie dało się ich ugryźć, i jeszcze tych szopek z wosku, ozdobionych mchem, sianem i papierowymi kwiatami, tego święcenia wszystkiego, co się da, w bożonarodzeniowy ranek (...). Nie znosił tego niekończącego się oczekiwania na odwieczny cud, który i tak nigdy nie nadchodzi i wszyscy – mimo całego zamieszania i wydatków – pozostają na kolejny rok tak samo żałośni i nieszczęśliwi jak do tej pory”.
Kristina Sabaliauskaitė, Silva Rerum, przeł. Izabela Korybut-Daszkiewicz, wyd. Znak, Kraków 2015.

***
W tym roku życzę Wam, żeby mimo wszystkich smutków i zwątpienia Święta nie były jednak paradą udawanej wesołości, ale czymś więcej. Żeby dostarczyły prawdziwych powodów do uśmiechu. Do łez ewentualnie też, ale tylko tych wzruszenia. Wesołych Świąt! 

Fot. Couleur / pixabay.com

czwartek, 20 grudnia 2018

Metro, duchy i traumy – relacja ze spotkania „Berlin pisarzy” (10.12.2018)

Od lewej: prowadząca Karolina Ćwiek-Rogalska, Brygida Helbig, Jaroslav Rudiš i tłumacz Maciej Mętrak.
Co łączy bohaterów powieści Jaroslava Rudiša i Brygidy Helbig? Dlaczego Rudiš woli komunikację publiczną od samochodu, metro jest metaforą życia, a czeski Liberec – metaforą całych Czech? O tym między innymi mowa była na zeszłotygodniowym spotkaniu w Warszawie z udziałem polskiej pisarki i czeskiego pisarza mieszkających w Niemczech.

Na pierwsze pytanie odpowiem od razu – jak wytropiła prowadząca spotkanie dr Karolina Ćwiek-Rogalska – bohaterowie powieści obydwu zaproszonych gości słuchają NRD-owskiego rocka :). Za to samych pisarzy łączą również w pewnym stopniu doświadczenia, umiejscowienie akcji swoich powieści na pograniczu oraz… osobliwa fascynacja metrem. Zaproszenie ich na wspólną dyskusję okazało się więc bardzo uzasadnione!

Obydwoje przyznali, że po przyjeździe do Berlina byli przytłoczeni tym ogromnym miastem. Według Rudiša jednak przy całym swoim ogromie było fascynujące, jak wszystkie kulturowe tygle. Szczególnie dużo uwagi goście poświęci berlińskiemu metru, i w ogóle samemu zjawisku metra – symbolowi podświadomości, „metaforze życia”, jak je nazwała Helbig, „czymś w centrum, a zarazem na obrzeżach”, jak je określiła prowadząca, temu zamkniętemu światu, w którym można spędzić cały dzień, jak stwierdził Rudiš. I przyznał, że zdarzyło mu się właśnie w taki sposób zbierać materiały do swoich książek – jeżdżąc metrem i przysłuchując się rozmowom.

Rudiš zresztą dał się poznać na spotkaniu jako wielki miłości komunikacji miejskiej (co zresztą widać w jego utworach, jak choćby w Aloisie Neblu czy w Ciszy w Pradze). Z sentymentem wspominał także pewną noc, kiedy zapomniał kluczy do mieszkania i aż do rana jeździł nocnymi tramwajami w towarzystwie trzech bezdomnych. Jego zdaniem podróżowanie w ten sposób przynosi dużo więcej wrażeń i jest dużo bardziej inspirujące niż nudne przemieszczanie się samochodem. Brygida Helbig nawiązała do tego stwierdzenia, wspominając z kolei swoje podróże pociągiem z Berlina do Szczecina, gdzie spotykała panie pracujące jako pomoc domowa w Niemczech, i od których słyszała zawsze mnóstwo niezwykłych historii. Ze smutkiem też zauważyła, że na podobne atrakcje nie mogła liczyć w pociągu relacji Berlin-Warszawa, wypełnionym zwykle pasażerami ukrytymi za swoimi laptopami. Historię zakończyła wnioskiem, że ludzie „z nizin” są dużo bardziej otwarci niż ci wykształceni i zamożni.
Aktorka Maria Maj czyta fragmenty książek gości spotkania.
Przy okazji metra i podświadomości pojawił się również wątek duchów i traum. Rudiš wspominał rozmowę w žižkovskiej knajpie „U Vystřelenýho oka” z pewnym maszynistą, który zwierzył mu się, że do dziś widzi oczy samobójców, którzy rzucali się pod jego pociąg. Oprócz traum osobistych mowa była jednak również o traumach historycznych, o śladach wojennych kul, jakie jeszcze dziesięć lat temu można było znaleźć na prowincjonalnych stacjach, i o wypieraniu niewygodnej historii, co jest poważnym problemem Czechów.

Czuć to oczywiście szczególnie na pograniczu, które w twórczości obydwu zaproszonych gości, także ze względu na ich życie „pomiędzy” dwoma krajami, zajmuje wyjątkowe miejsce (i to zarówno w ujęciu geograficznym, tożsamościowym, jak i językowym – Rudiš oznajmił, że na wiosnę wyjdzie pierwsza jego książka napisana po niemiecku). Jako przykład czeski pisarz podał Liberec, sportretowany przez niego w Grandhotelu; we wspomnianej książce po niemiecku autor wraca do tego pogranicznego miasta, szczególną uwagę poświęcając tamtejszemu krematorium, które ma długą, fascynującą i na wiele sposobów symboliczną historię. Według Rudiša równeż ciasny, położony w kotlinie pośród gór Liberec jest trochę metaforą całych Czech.

W geografii zresztą pisarz dopatruje się genezy wielu narodowych cech. Jego zdaniem to dzięki dostępowi do morza tak łatwo jest nam ruszyć w świat i „wszędzie nas pełno”, podczas gdy przeciętny Czech nigdy nigdzie nie był i nie czuje takiej potrzeby, bo przecież nigdzie nie jest tak pięknie jak w domu i nigdzie na świecie nie ma lepszego piwa :).

Wracając jeszcze na chwilę do pogranicza, a także do wypierania trudnej historii – prowadząca i jej goście zwrócili uwagę na dysproporcje w pisaniu o ziemiach odzyskanych w Polsce i w Czechach. W Czechach jest to temat często poruszany, „modny”, ale przede wszystkim ważny, jak zauważył Rudiš, bo odcinając się od niemieckich kart swojej historii, Czesi odcinają się zarazem od swoich korzeni. W literaturze polskiej natomiast temat polsko-niemieckiego pogranicza nie pojawia się zbyt często; miał swój czas, jak zauważyła Helbig, przywołując nazwiska Chwina, Iwasiów i Tokarczuk, jednak w ostatnim czasie zniknął, co pisarka uzasadnia silną centralizacją produkcji literackiej w Polsce. Popularne są co prawda książki Stasiuka o pograniczu wschodnim, tu jednak, jak ostatecznie stwierdzono, w grę wchodzi wielki mit kresów.

W czasie na pytania publiczności z ciekawości pociągnęłam temat książki Rudiša napisanej po niemiecku – czy to znaczy, że zamierza na dobre porzucić czeski? Autor odparł jednak, że nie, że chciałby tworzyć w obydwu językach, a tę właśnie historię, zainspirowaną postacią jego niemieckiego znajomego, od początku „wymyślił” po niemiecku, i choć próbował pisać ją w ojczystym języku, po prostu nie potrafił. Dodał, że nie wie jeszcze, w jaki sposób powstanie czeskie wydanie tej książki, ale prawdopodobnie nie będzie próbował sam stworzyć czeskiej wersji – zbyt silna byłaby bowiem pokusa zmian i poprawiania – i odda raczej powieść w ręce czeskiej tłumaczki. Jak widać więc, tworzenie na pograniczu dwóch światów skutkuje czasem nieoczekiwanymi – także językowymi – komplikacjami :).
A tu już ja, nieomalże miłość wyznająca. Moment uchwyciła Asia z bloga Jeden akapit :).
Spotkanie „Berlin pisarzy” w ramach polsko-czeskich dni kultury odbyło się 10 grudnia w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie.

piątek, 14 grudnia 2018

Przełomowe opowieści nie powstają przy wegańskim toście. Wywiad z Bianką Bellovą

Fot. Marta Režová
Choć Bianca Bellová wywiadów udziela niechętnie, zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań. Postanowiłam odejść od wątków, które zwykle poruszają jej rozmówcy, i nie pytać o inspirację dla napisania Jeziora, o bułgarskie korzenie i brytyjskiego męża, a skupić się na tym, po jakie książki sięga sama autorka. Z wywiadu dowiecie się więc, co sądzi o Bukowskim, Kerouacu i czeskich klasykach, ale też dlaczego jej zdaniem pisarz jest jak indiański tropiciel i których sławnych ludzi widziałaby chętnie u siebie na proszonej kolacji.

Czy jako dziecko czytała pani baśnie braci Grimm? Pytam, bo w polskich recenzjach pojawiło się kilka razy stwierdzenie, że Jezioro to coś w rodzaju okrutnej baśni.

Ciekawe spostrzeżenie, nie spotkałam się z nim wcześniej. Ale trafne, Jezioro to rzeczywiście trochę bajkowa historia. Nie jestem pewna, czy czytałam akurat braci Grimm, ale większość bajek i baśni w naszej części świata czerpie z ich twórczości. Dużo w nich okrucieństwa i krwi. Bo czym właściwie są baśnie? To mity, za pośrednictwem których kultura przekazuje i pielęgnuje nakazy moralne lub zasady mające nas chronić. Otworzysz obcemu drzwi, gdy rodziców nie będzie w domu? Porwie cię wilk albo złe duszki. Okażesz szacunek staremu człowiekowi? Nagrodzi cię magicznym zaklęciem albo przedmiotem. Nie okażesz? Przytrafi ci się coś złego. Jeśli więc ktoś chce widzieć w moim Jeziorze baśń, oczywiście może. To tylko współczesne bajki są pełne radości, pięknych księżniczek i happy endów. A czytała pani może baśnie bałkańskie? Albo rosyjskie byliny? Bajki japońskie? Tyle tam okrucieństwa, że po lekturze można wylądować u psychoterapeuty.

Przejdę teraz do trochę innej literatury (ale tylko trochę innej). Jako wielka fanka Bukowskiego nie mogłabym o to nie spytać: jak zaczęła się u pani przygoda z jego twórczością? Od wierszy czy od prozy? Czym panią tak urzekł?

Zdradzić pani ciekawostkę? Czeski tłumacz Bukowskiego, Bob Hýsek, twierdzi, że „Charles Bukowski to stary ostrawski chachar”, że urodził się we wsi Pazderna w regionie Frýdka-Místka, czyli na pograniczu czesko-polskim. :)

Z twórczością Bukowskiego zetknęłam się dość późno, jakoś w 1990. Koleżanka z redakcji czasopisma studenckiego, w którym również działałam, była wcześniej w Stanach i po powrocie przełożyła kilka jego wierszy. Wcześniej w ogóle o nim nie słyszałam. Właściwie nie wiem, czy to kwestia mojej ignorancji, czy po prostu nie był u nas wcześniej publikowany.

Jeśli chodzi o jego twórczość, nie rozgraniczam za bardzo poezji i prozy, jego wiersze to w zasadzie bardzo skoncentrowana proza, takie mikroopowiadania pisane wierszem wolnym. Według mnie jest kilka rzeczy, które wyróżniają Hanka i sprawiają, że jest pisarzem wyjątkowym: z filmu, który bez przerwy przewija się nam przed oczami, i który nazywa się życie, jest w stanie wychwycić to, co najistotniejsze, odrzucić zbędny balast i odkryć fundamenty, nawet jeśli są nimi ledwie cztery zdania. Nie znam autora, który z podobną przenikliwością opisywałby rzeczy, związki międzyludzkie czy środowiska, i odkrywał dokładnie to, co jest w nich najważniejsze. Jednocześnie jest w tym wszystkim bardzo autentyczny, ma do siebie dystans, gardzi wszystkim, co powierzchowne i nadęte. Nie sądzę jednak, by zawdzięczał to tylko wyjątkowemu talentowi, to efekt tego, przez co w życiu przeszedł, a w kontekście pisania takie doświadczenia są bezcenne. Przełomowe opowieści nie mogą powstawać w wygodnym wnętrzu hipsterskiej kawiarni, przy wegańskim toście.

Na marginesie – polecam nagrania, na których Bukowski czyta własną poezję. Niespecjalnie za tym przepadał, jeździł na podobne spotkania właściwie tylko ze względu na honoraria. Przez ostatnie czternaście lat swojego życia, kiedy zdążył co nieco zarobić i odłożyć, nie czytał już wcale. Każde jego wystąpienie miało jednak w sobie coś z występu artystycznego – przychodził, czytał kilka wierszy, a w międzyczasie wypijał ogromne ilości wina, wypalał mnóstwo papierosów, bez przerwy obrażał publiczność i rzucał dowcipy, które najbardziej bawiły jego samego. I ci zdezorientowani i zachwyceni zarazem widzowie, którzy na wszelki wypadek nerwowo śmieją się ze wszystkiego.

W jednym z wywiadów powiedziała pani też, że jednym z autorów życia był dla pani Jack Kerouac. Czy literatura amerykańska jest dla pani szczególnie ważna, sięga pani po nią chętniej niż po inne? Dodam od siebie, że świat odmalowany w Jeziorze przypominał mi też powieści Cormaca McCarthy’ego.

Ale On the road to chyba książka ważna dla każdego, prawda? Nie sądzę, żebym wolała literaturę konkretnego kraju od innych, tę anglo-amerykańską po prostu najlepiej znam. Wystarczy spojrzeć na mapę Stanów Zjednoczonych, żeby zrozumieć, że geografia w dużym stopniu determinuje charakter americanów – czy chodzi o film, muzykę czy literaturę. W tym kraju po prostu nie da się nie podróżować, a droga jest zawsze długa i pełna przygód. W Europie Środkowej nie mamy do czynienia z tak wielkimi odległościami, a ludzie niezrównoważeni psychicznie zwykle siedzą zamknięci w szpitalach. Naturalne więc, że Ameryka może nas fascynować.

Gdzieś wyczytałam, że zaczęła pani pisać, bo czytała pani opowiadania publikowane w gazetach i wydawały się pani głupie. To też zresztą trochę brzmi jak przypadek Bukowskiego :). Czy ta motywacja do pisania towarzyszy pani do dziś? Czy zależy pani, żeby tworzyć coś „innego”, bardziej oryginalnego? Moim zdaniem Jezioro jest taką książką – niepodobną do niczego, co powstaje dziś w czeskiej literaturze.

To nie do końca było tak, raczej nie odważyłabym się oceniać w ten sposób wszystkiego, co dziś powstaje. Mówiłam wtedy o konkretnym czeskim dzienniku, w którym pewnego lata cyklicznie ukazywały się opowiadania pisane przez kobiety, ale naprawdę marnej jakości. To mnie skłoniło, żeby usiąść, napisać własne opowiadanie i wysłać je do redakcji. Co prawda nigdy go nie wydrukowali, ale był to przysłowiowy pierwszy kroczek na drodze do bycia publikowaną autorką. Nigdy nie miałam poczucia, że muszę pisać, bo potrafię to robić lepiej niż inni (a gdybym nawet miała, nigdy bym się do tego na głos nie przyznała ;) ).

Do pisania motywuje mnie raczej przekonanie, że nie powinno się marnować talentów od Boga. Że za takie zaniedbania powinno się dostawać w pysk na łożu śmierci. Nie chodzi o sukcesy i popularność, ale o przekraczanie granic własnego lenistwa i mierzenie się z inspiracjami najlepiej jak potrafimy. Jeśli do tego znajdzie się jakiś czytelnik, słuchacz, widz, który doceni nasze działania – dostajemy miły bonus.

Myślę jednak, że motywacją do tworzenia raczej nie są inni ludzie – ani inni autorzy, ani recenzenci, nawet czytelnicy. Twórca jest czymś na kształt indiańskiego tropiciela, który samotnie idzie po śladach, i tylko on ostatecznie odkryje, czy dokądś prowadzą, czy przez cały czas szedł za umierającym zwierzęciem. W pierwszym przypadku może potem pokazać ścieżkę reszcie swojego plemienia – ale nigdy nie ma pewności, że ktoś go za to pochwali. Nie potrafię ocenić, czy rzeczywiście piszę inaczej, niż inni, piszę po prostu tak, jak umiem.

Niektórzy polscy recenzenci dostrzegają w pani książce hołd dla Oty Pavla, Bohumila Hrabala i Josefa Škvoreckiego. Jaki ma pani stosunek do tych klasyków? Czy zgadza się pani, że młodzi czescy pisarze powinni „wygrzebać się z Hrabala”, jak powiedział kiedyś Marek Šindelka? :)

Nie wiem, nie czytałam tych recenzji, Hrabala lubię, dwóch pozostałych również, choć nie są już tak charakterystyczni. Na pewno jednak nie uważam, że tworzący dziś czescy autorzy ugrzęźli w jakimś hrabalizmie. Problem raczej w tym, że wszędzie za granicą literatura czeska jest kojarzona wyłącznie z Hrabalem i Kunderą, czasem pada też nazwisko Hašek. Rozumiem, że recenzenci potrzebują porównań, ale to akurat nie wydaje mi się do końca trafne.

Na koniec jeszcze pytanie-bonus. Jako patron medialny pani książki zorganizowałam konkurs, którego uczestnicy musieli wymyślić pytanie, jakie chcieliby pani zadać. Wygrało m.in. to: Gdyby urządzała pani proszoną kolację i mogła zaprosić cztery sławne osoby – obojętnie, żyjące czy nie – które miały wpływ na pani postrzeganie świata, karierę oraz życie, kogo by pani zaprosiła?

To świetne pytanie, dziękuję.

Właściwie zastanawiałam się nad czymś podobnym już wcześniej – lubię gotować i lubię rozmowy w kameralnym gronie, więc często zapraszam przyjaciół na kolację. Raz zaprosiłam Dylana Morana, kiedy był na występach w Pradze, obiecywałam mu, że przygotuję pieczonego kurczaka nadziewanego tortem, według jego przepisu, ale ten łotr nawet nie odpowiedział na moje zaproszenie.

Dalej: oczywiście Charlesa Bukowskiego, choć trochę bym się stresowała, że odleje mi się do doniczki. Davida Bowiego, Woody’ego Allena, Tildę Swinton, Johna Hurta – ale to już jest szóstka. W każdym razie byłoby to piękne i dosyć neurotyczne towarzystwo.

Rzeczywiście, byłaby to na pewno niezapomniana kolacja :). Dziękuję za rozmowę!

Tłumaczenie: Anna Maślanka. Za redakcję bardzo dziękuję Julii Różewicz!

Zachęcam też do lektury recenzji Jeziora.

środa, 12 grudnia 2018

Uczucia pod pokrywką – „Krzycz po cichu, braciszku”, Ivona Březinová [patronat]

„Przynajmniej krzycz po cichu, braciszku. Proszę. Jeśli musisz, to krzycz, ale po cichu, dobrze?” (s. 183)

Nie ukrywam – o autyzmie nie wiedziałam do tej pory praktycznie nic. Zdawałam sobie sprawę, że życie z autystycznym dzieckiem nie jest łatwe, jednak książka Ivony Březinovej bardzo brutalnie uświadomiła mi, jak ono naprawdę wygląda.

Chodzenie na palcach wokół niego. Nie dosłownie, w przenośni. Żeby tylko nie zdenerwować, żeby tylko nie zrobić czegoś nie tak, nie wybić z rutyny codziennych czynności i zdarzeń. Wszystko może oznaczać katastrofę. Brak rodzynek w kołaczu, kotlet na obiad niewystarczająco okrągły, samochody na parkingu ustawione inaczej niż zwykle. Albo po prostu ktoś próbujący mu zabrać jego pokrywkę.

Co się wtedy dzieje? Przychodzi szał, który trwa czasem całą noc. Wrzask, rzucanie przedmiotami, okaleczanie siebie i innych. Chłopiec z autyzmem nie czuje bólu, bez mrugnięcia okiem wbija sobie ostry odłamek zbitego kubka pod pachę, rzuca się na ściany, walki głową w szczebelki łóżeczka. Tylko że malucha można jeszcze poskromić, ale 14-letniego, silnego chłopca? Przychodzi moment, że staje się zagrożeniem.

A równocześnie jest ta straszna świadomość – przecież on tam gdzieś jest, w środku, ukochany synek, brat. „Pod pokrywką”. Zamknięty jak w klatce, jak pod wpływem złego zaklęcia. Zaklęcie nie pozwala mu widzieć i czuć tak jak inni, nie pozwala mu współczuć, ale przecież, na jakimś głębszym poziomie, chyba czuje, że jest kochany, że komuś na nim zależy – i to właśnie starają się dać Remikowi, autystycznemu bohaterowi Krzycz po cichu, braciszku, jego mama i siostra.

Jak wiele je to kosztuje – wiedzą tylko one. Bo sąsiedzi myślą, że jest po prostu niewychowany, i nasyłają policję. Bo ludzie na ulicy śmieją się i wołają na niego „debil z pokrywką”. Bo nawet babcia, emerytowana nauczycielka, nie potrafi zrozumieć, że tu żadne reprymendy ani lanie nie pomogą. I wreszcie – bo mąż i tata „takiego syna nie chciał”, więc odszedł. Zostały więc we dwie, uzbrojone tylko w swoją rozpaczliwą miłość, miłość, która w strasznych, kryzysowych momentach, zdaje się mimo wszystko nie wystarczać.

Na szczęście są też wyjątki. Pan, który na prośbę Pameli przestawia samochód, żeby nie zaburzać porządku, do którego przywykł Remik. I mówi: „Może kiedyś dla mnie też ktoś przestawi auto. Oczywiście nie dosłownie”. Koleżanka z klasy, która najpierw chciała Remika poderwać, ale gdy zrozumiała, że jest inny, wykazała zaskakująco dużo empatii. I jest jeszcze Patryk, chłopak z klasy z zespołem Aspergera, który nieoczekiwanie okazuje się dla Pameli ucieczką od codziennych problemów. On też codziennie toczy nierówny bój z rzeczywistością, nie rozumie ironii ani sarkazmu, nie wie, co wyrażają twarze ludzi wokół niego – ale tak bardzo się stara.
„Autyści często bywają samotnikami. Ale nie dlatego, że unikają ludzi. Raczej dlatego, że nie potrafią się z nimi porozumiewać. Mimika, gesty, ironia i dowcipy… to wszystko jest dla nich jak sygnały od cywilizacji pozaziemskiej. Nie umieją ich rozszyfrować, a to wywołuje w nich lęk i stres” (s. 97).
Przymykam oko na lekko schematyczne postaci i na pewne nieścisłości, na to, że siostra autystycznego brata nie pojęła od razu, że jej kolega z klasy zachowuje się tak dziwnie, bo też ma lekkie spektrum autyzmu. Przymykam, bo to ważna książka, dzięki której – jeśli wasza wiedza była wcześniej tak samo skąpa jak moja – nigdy nie spojrzycie już na autystyczne dzieci tak jak przedtem. Za to zrozumiecie, jak wielki jest dramat ich i ich rodzin.

***
Cytaty: I. Březinová, Krzycz po cichu, braciszku, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2018.

Zachęcam też do lektury zapowiedzi Krzycz po cichu, braciszku, w której piszę więcej o samej autorce oraz o historii powstania książki.