środa, 26 grudnia 2012

Kobieta jak droga na skraju przepaści – „Ta historia”, Alessandro Baricco

Kiedyś, w zamierzchłych czasach, samochód nie był jeszcze dobrem powszechnym. Miasta nie były po brzegi wypchane stalowymi maszynami, a nieliczne automobile na wiejskich drogach czczono jak mechanicznych bogów, witano jak królewskie karoce. 
AUTOMOBIL był królem, bo nie myślano jeszcze o nim jak o słudze, on narodził się królem. A wyścig był jego tronem, jego koroną, nie istniały jeszcze samochody, istnieli KRÓLOWIE. 

Jest początek XX wieku. Mimo że krążące po wiejskich drogach automobile zliczyć można na palcach jednej ręki, Libero Parri, syn hodowcy bydła, postanawia porzucić dziedziczone w jego rodzinie z dziada pradziada zajęcie i otworzyć warsztat samochodowy. Służyć mechanicznemu bogowi, służyć lśniącemu królowi wiejskich dróg. Jest prawdziwym pasjonatem, gotowym porzucić zdrowy rozsądek, byle tylko dopiąć celu. 

Jego syn, mały Ultimo Parri, determinację ma we krwi, z czasem jednak okazuje się, że to nie auta najbardziej fascynują chłopca, lecz drogi. Jego własną ścieżkę życia poznajemy od najmłodszych lat aż do śmierci. Mkniemy po niej wraz z nim w oszałamiającym tempie, mijają lata, chłopiec dorasta, przeżywa dwie wojny, niesie na grzbiecie coraz cięższy garb doświadczeń, jedno jednak nigdy się nie zmienia – jego sposób patrzenia na świat. Ciało pięknej kobiety, otaczający go krajobraz, jego miłość, życie – wszystko jest dla niego drogą. 
Dorastałem z drogami w głowie, przez całe lata nie widziałem nic innego, wszystko, co widziałem, było dla mnie drogą, drogą i maszyną, to właśnie podarował mi mój ojciec i to było tylko w naszej głowie (...), czy to był profil wzgórza, czy biodro kobiety, my widzieliśmy drogę i prowadziliśmy po niej maszynę. 

Cierpi, kiedy kolejne doświadczenia pokazują mu, że dyktowana uczuciami droga życia nigdy nie jest tak prosta, jak szosy połykane kilometr po kilometrze w lśniącej zbroi automobilu. Pozornie jest wręcz nie do przebycia. I powoli rodzi się w nim wizja toru odzwierciedlającego ten paradoks, pełnego niebezpiecznych zakrętów, wiraży, rozgałęzień. Nie nadającego się do jazdy. 

Upragniony tor okazuje się wkrótce nie tylko symbolem ludzkiego losu, lecz i wizerunkiem ukochanej kobiety, rozpieszczonej rosyjskiej arystokratki Elizavety. Obydwoje to indywidualiści, chodzące zagadki, tajemnicze postaci ze Złotym Cieniem który natychmiast przykuwa do nich uwagę patrzącego. Zbliżają się do siebie i odpychają jak magnes, każde zbliżenie to iskry i metaliczny zgrzyt, ale są sobie przeznaczeni i obydwoje prędzej czy później zdają sobie z tego sprawę. Po latach Ultimo mówi: 
Była zła. Była zwariowana, zła i nie taka jak trzeba. Była prawdziwa, jeśli rozumie pani, co chcę powiedzieć. Była drogą pełną bezsensownych zakrętów i biegła przez otwartą wieś, nie martwiąc się nigdy, jak wróci. Nie wiedziała nawet dobrze, dokąd zdąża (…). To była jedna z tych dróg, na których człowiek się zabija. 

Sekretny język Ultima i Elizavety przypomina trochę braterstwo małego geniusza Goulda i Shatzy Shell z City, w ten związek wkrada się jednak erotyzm, który w niewprawnych młodych rękach dokonuje dzieła zniszczenia. Elizaveta chce się widzieć jako wamp, w swym dzienniku wyczarowuje wizerunek pięknej i okrutnej damy niczym kobiece postaci z rysunków Schulza, tymczasem jest jedynie zagubioną dziewczynką, nie zdającą sobie sprawy z konsekwencji swoich czynów. Ojcu Ultima zwierza się: 
Nasze ciała, drogi panie Parri, nasze ciała były jak zabawki bez instrukcji obsługi, żadne z nas dwojga nie umiało się nimi posługiwać, moim szermowałam mistrzowsko na stronach dziennika, ale to był sposób, by nie używać go w dzień, w świetle słonecznym. A Ultimo, z tego co pamiętam, obnosił je jak zbyt duży prochowiec. 

W całej powieści jest mnóstwo zmysłowości, naładowana erotycznym napięciem uderza do głowy musująco, jak szampan. Od miłosnego trójkąta stworzonego przez Libera Parri, jego żonę i hrabiego D'Ambrosio, którego niezdrowym owocem będzie upośledzone dziecko, poprzez na wpół zmyślone erotyczne przygody Elizavety i okrucieństwo, z jakim skąpiła siebie zakochanemu w niej Ultimowi, aż po ich nieco rozpaczliwe próby powrotu do przeszłości poprzez zadowalanie się smutnymi substytutami. 

Gdzie znaleźć spokój? Oczywiście w drodze, w legendarnym torze Ultima, który paradoksalnie ostatecznie uświadamia Elizavecie, że w przeciwieństwie do jego sztucznych serpentyn ich własna droga była prosta i uczciwa. 


Powieści Baricco jednak prostą drogą bym nie nazwała. O nie, na tej roi się od pagórków i dziur, zakrętów i odnóży, wije się między drzewami i nad skrajem przepaści, i też jest z tych, na których człowiek się zabija. Jednak jeśli się już ją pokona, pozostawia smak satysfakcji. I godziny długich rozmyślań, bo nic tu nie jest jasne i jednoznaczne. Ale czy nie o to właśnie chodzi w Wielkiej Literaturze?

P.S. Zagadkowa dla mnie kwestia to tytuły książek Baricco. Drugi tak rozmyty i w nieokreślony sposób związany z treścią dzieła po enigmatycznym City utwierdził mnie w przekonaniu, że albo to jakaś niezrozumiała dla mnie strategia, albo po prostu pan Baricco ma trudności z wymyślaniem tytułów ;)

***
A. Baricco, Ta historia, wyd. Czytelnik, Warszawa 2007.

Fot. Vorfay (www.stockfreeimages.com)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Bóg się rodzi, moc truchleje...


Drodzy moi!

Wbrew katastroficznym doniesieniom o tegorocznej Apokalipsie, jak zwykle przyszły w końcu Święta. Mam więc już po raz trzeci okazję podzielić się z Wami na łamach mojego bloga radością z tego tytułu, a także z tytułu dwóch innych drobnostek związanych z Literackimi skarbami. Po pierwsze – mające miejsce kilka dni temu drugie urodziny mojego wirtualnego dziecka (choć, prawdę mówiąc, mam wrażenie jakbym była z Wami już dużo dłużej). Po drugie – tenże post jest jubileuszowy, dokładnie setny. Mimo więc dłuższych i krótszych przestojów w pisaniu tu, osiągnęłam okrągłe sto!

Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i wyrazy uznania. Za czytanie, za śledzenie, za komentowanie. Postaram się pisać dalej, choć częstotliwość moich wpisów w ciągu najbliższych miesięcy zależeć będzie od decyzji, którą podjąć muszę zaraz po Świętach. Jeśli zdecyduję się na wielki przewrót, nadchodzący rok obrodzi w lektury, zaś jeśli nie – będzie ich bardzo, bardzo mało, prawdopodobnie jeszcze mniej niż tegoroczne żałosne trzydzieści osiem pozycji.

A wracając do Bożego Narodzenia...

Życzę Wam wszystkiego najpiękniejszego i najbardziej magicznego. Spokoju, wytchnienia, refleksji nad swoim życiem, radości z sukcesów, wyrozumiałości dla porażek. Słusznych decyzji i życia bez żalu. Kochających bliskich, przyjaciół, na których można liczyć, oraz żeby klimat świąteczny towarzyszył Wam przez cały rok. Oraz, o czym rzecz jasna nie mogłam zapomnieć, czasu na czytanie i mnóstwa arcyciekawych lektur!

Pozostając osobiście w nastroju mocno melancholijnym, kończę swoje świąteczne przesłanie adekwatnym motywem muzycznym:


Fotografia: gabriel77 (www.stockfreeimages.com)

niedziela, 23 grudnia 2012

Przygody osobnika wszechstronnie doskonałego – „Opowieści z piwiarni”, Jaroslav Hašek

Moja pierwsza przygoda z audiobookiem nie obyła się bez problemów. Możliwości mojego sprzętu okazały się niewystarczające w warunkach otaczającego mnie hałaśliwego ruchu ulicznego (co w końcu szczęśliwie udało się rozwiązać), natomiast już podczas słuchania bardzo doskwierała mi niemożność zaznaczenia w jakiś sposób najciekawszych fragmentów, jak to czynię z egzemplarzami papierowymi, namiętnie operując ołówkiem (czego rozwiązać raczej się nie da). Bezcenne było jednak to, że mogłam tak przyjemnie spożytkować czas spędzony w drodze na uczelnię. W mojej sytuacji te dwie godziny lektury dziennie są na wagę złota, bo to zwykle jedyne dwie godziny, kiedy mam kontakt z książką inną niż podręcznik akademicki. I jeszcze jedno – oczarowała mnie interpretacja Haškowych humoresek w wykonaniu Cezarego Żaka.

Opowieści z piwiarni to wybór krótkich tekstów mistrza czeskiego humoru, podzielony na cztery części – Piwo generalskie, Piwo policyjne, Piwo wyborcze oraz Piwna mieszanka firmowa. W pierwszej znalazły się utwory w klimacie szwejkowskim (a w otwierającym całą książkę opowiadaniu pojawia się nawet Szwejk we własnej osobie, tym razem uczący się obchodzić z bawełną strzelniczą, co rzecz jasna nie mogło się skończyć dobrze). W drugiej – historie w formie wyimków z kronik policyjnych, przy czym bohaterami spraw kryminalnych bywają tu i postaci biblijne, jak niesforny syn Noego czy prorok Eliasz. Przywodziło mi to na myśl cudownie dowcipną Księgę apokryfów Karla Čapka (zapewne inspirowaną pisarskimi wyczynami Haška, jak większość stworzonych od czasu jego pojawienia się na literackiej scenie czeskich humoresek). W opowiadaniach trzeciej części autor celuje ostrzem ironii w środowisko polityczne, które dobrze znał jako twórca i szef Partii Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa. Te podobały mi się najmniej – mam wrażenie, że dostarczały dużo większej rozrywki współczesnym Haškowi, którzy mogli zabawiać się łączeniem odmalowanych przez niego postaci z ich pierwowzorami; dziś natomiast są już trochę przeterminowane.

Najbardziej smakowita jest jednak piwna mieszanka firmowa. Autor daje tu wyraz zaangażowania smagając biczem dowcipnej krytyki choćby praską komunikację miejską, a także uchyla rąbka tajemnicy jeśli chodzi o własną osobę i życiorys. Oczywiście na próżno dociekać ile w tym prawdy, a ile zmyślenia, zwłaszcza że w przypadku tak barwnej osobowości jak Hašek można się bardzo łatwo pomylić. W końcu czy choćby historia z pisaniem tekstów o wymyślonych zwierzętach do Świata Zwierząt nie brzmi jak dobry żart?

Nawet pisząc o sobie Hašek nie wypuszcza z rąk swej nieodłącznej broni – ironii. W Majowych okrzykach opowiada o początkach swej kariery pisarskiej, kiedy to na spółkę z przyjacielem wydał tomik poezji.
Rzecz ta była bardzo skromna – tylko po szesnaście razy widniało nazwisko każdego z nas w owym tomiku wierszy, nie licząc tytułu – wtedy byłoby po osiemnaście razy – następnie jeden drugiemu dedykowaliśmy po cztery wiersze, tak więc każdy z nas, ogólnie licząc, był tam wyszczególniony z nazwiska dwadzieścia dwa razy.
W wieńczącym zbiór tekście Największy pisarz czeski Jaroslav Hašek tłumaczy natomiast czytelnikowi, dlaczego właśnie on jest najwybitniejszym spisovatelem i jedynym osobnikiem w dziejach ludzkości wszechstronnie doskonałym. Tłumaczy, że uświadomienie co do tego narodu czeskiego jest jego obowiązkiem, okrzykuje samego siebie swoim wielbicielem, a na koniec oświadcza z miną niewiniątka:
Rozdział ten otworzy oczy tym wszystkim, którzy doszukiwaliby się w tej książce, w tej wielkiej historii kupy paszkwili i lekceważącej krytyki licznych osób zajmujących się działalnością publiczną. Jeśli teksty te są paszkwilem – to już naprawdę nie wiem co to paszkwil.

Na deser pozostaje mi zaserwować porcyjkę poezji mistrza czeskiego humoru, zaczerpniętej z Okrzyków majowych, która w interpretacji Cezarego Żaka jest istnym majstersztykiem:
Karty pod stołem leżą już od dłuższej chwili
My w ferbla tutaj w kółko od wieczora grali
Na stole śpią dwaj, którzy już się spili
Trzeci zaś tam, gdzie na podłogę padł
A szynkarz piwo donosi nam wciąż
Swą pieśń finalną nuci jakiś mąż
I chyba już nikt nas nie kocha.
Wieczornych pieśni nie śpiewam
Często coś głośno wyśmiewam
Wulgarnie przytulam do piersi ją
Gdy się opiera usta me klną.
***
Za udostępnienie audiobooka dziękuję serwisowi Audeo.


***
J. Hašek, Opowieści z piwiarni, czyta Cezary Żak, wyd. Audioclub.pl & Bellona, Warszawa 2007.

sobota, 15 grudnia 2012

Cywil jak cnotliwa kokietka – „Batalion czołgów”, Josef Škvorecký

Wraz z Paragrafem 22 Hellera oraz Przygodami dobrego wojaka Szwejka Haška Batalion czołgów tworzy rozkoszną trójcę literackiego wojskowego absurdu. W 2/3 czeską, w 1/3 amerykańską, ale mimo wszystko czeską, bo moim zdaniem Heller jest po prostu bardzo zdolnym uczniem mistrzów obśmiewania znad Wełtawy. A więc – Czechy. Znów kochane Czechy.

Bohaterów mamy tu od groma, sympatycznych i antypatycznych, głupich i mądrych, gorliwych i pilnych piewców komunizmu, trzeźwych oportunistów i takich, którym jest wszystko jedno. Spośród wszystkich postaci na pierwszy plan wysuwa się jednak pojawiający się i w innych książkach Škvoreckiego sierżant Danny Smirzicky – alter ego autora, który zresztą przy tworzeniu Batalionu czerpał ze swoich własnych wojskowych doświadczeń. To przez pryzmat trzeźwego spojrzenia Smirzickiego, należącego w wojsku do niechlubnej grupy żołnierzy z wyższym wykształceniem, patrzymy na cały ten cyrk toczący się każdego dnia w jednostce w Kobylcu.

Razem ze Smirzickim zachwycamy się też drobnostkami, jak światło księżyca i biała sukienka córki pułkownika pośród ciemności letniego wieczoru, a nawet odnajdujemy pewien urok i poczucie bezpieczeństwa w wojskowym życiu. Bo owszem, postrach sieje rozwrzeszczana kupa kompleksów w postaci karzełka majora Boroviczki, ale poza nim i kilkoma gorliwymi młokosami wszyscy są doskonale obojętni na wszechobecną propagandę komunistyczną. Dowódcy, dbając tylko o własną skórę, pilnują aby usta ich podwładnych w trakcie oficjalnych imprez były zamknięte. Podwładni zaś robią grzeczne minki, recytują wyuczone wierszyki i w razie kłopotów kultywują szwejkowskie tradycje, udając idiotów. Za kulisami natomiast wysmarowują wywrotowe hasełka na ścianie wychodka, wodzą oczyma za piękną porucznikową Pinkasową i opychają się smakołykami. Słowem – świetnie się bawią. Odliczają dni do wyjścia do cywila, ale jednocześnie trochę się tego wyjścia boją.

W końcu to w wojsku sierżant Smirzicky spotyka ciepłą i oddaną, skorą obdarzyć go wszelkimi uciechami cielesnymi istotę – Janinkę, niewierną żonę porucznika Pinkasa, podczas gdy w cywilu może się co najwyżej dobijać do drzwi niedostępnej i nieznośnie kokieteryjnej trzpiotki Lizetki – „perwersji schowanej pod katechizmem”. W koszarach wszystko staje się prostsze. 
Świat wojska jest spokojną krainą z warczącymi czołgami, zielonymi rakietami i pasterką w wonnej sypialni.

Oczywiście najbardziej smakowitym elementem całej lektury było cudownie ironiczne obnażenie absurdów komunistycznej armii. Kiedy nikt z własnej woli nie chce się wykazać znajomością programowych lektur w walce o Odznakę Fuczika, dowódca nakazuje stawić się wszystkim, którzy wbrew regulaminowi odpoczywali podczas przerwy ubrani. Wojskowe kujony prześcigają się w produkowaniu perełek w stylu „w uczuciu smutku jest jakaś siła nienawiści, wszyscy rewolucjoniści byli smutni”, zaś przydział obowiązków odbywa się według następujących reguł: 
[Podporucznik] był w cywilu kucharzem i miał nadzieję, że w wojsku też nim będzie. Ponieważ jednak był dobrym kucharzem z dawnej rodziny bezrobotnych, dostał świetną opinię. Z dobrą opinią było go szkoda do kuchni. Został więc dowódcą plutonu czołgów, a w kantynie jadł trucizny przyrządzane przez kucharza Stehlika – w cywilu księgowego spółdzielni krawieckiej.

„I znów jeden Miesiąc w dupie!” :) Okładka czeskiego Batalionu czołgów opublikowanego przez wydawnictwo Sixty-Eight Publishers, które założył sam Škvorecký wraz z żoną po emigracji do Kanady w 1969 r.
Subtelności i aluzje są przy tym Škvoreckiemu obce – dbając o zachowanie wojskowych realiów wysmaża niekiedy bardzo obcesowe i wulgarne żarty. Żołnierze opowiadają sobie bajkę o Tajemniczej Dupie, do ich ulubionych rozrywek należą „zabawy eksplozywne” z efektownym podpalaniem własnych bąków, a nad wszystkim panuje miłościwie Józef Wysralinowicz Stalin. Tyle w tym jednak było żywotności, uśmiechu i prostoduszności, że śmiałam się otwarcie, bez cienia niesmaku, jak przy lekturze fizjologicznych dowcipów Rabelais'go w Gargantui i Pantagruelu.

Pierwszorzędna lektura wpisująca się wspaniale w czeską tradycję oswajania rzeczywistości śmiechem. Miłośnicy literackich absurdów oraz rumianego poczciwca Szwejka na pewno nie będą zawiedzeni.

Mnie natomiast pozostaje niestrudzenie poszukiwać Przypadków inżyniera ludzkich dusz. Gdyby ktoś coś wiedział, gdzie tę książkę w tym momencie mogę dostać, będę wniebowzięta. A na przyszłość, mimo że biedna jestem jak mysz kościelna, będę chyba mimo wszystko wygrzebywać z dnia portfela resztki pieniędzy na kupno nowo wydanych książek, bo kiedy się wyczerpie nakład, to już kaplica.

***
J. Škvorecký, Batalion czołgów, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2011.

sobota, 8 grudnia 2012

Wyznania, wyróżnienia i przepytywania

Do zabawy Liebster blog zostałam zaproszona przez Zbyszekspira z bloga W zaciszu biblioteki oraz Beatę z Szczur w antykwariacie. Bardzo doceniam te wyróżnienia i dlatego zmobilizowałam się, mimo że z łańcuszkami jestem wciąż do tyłu, by odpowiedzieć na zadane mi pytania i wymyślić coś od siebie.

Krótko o zasadach: nominowana osoba odpowiada na jedenaście pytań zadanych tego, kto ją wyznaczył, a następnie prezentuje swoje jedenastki – 11 pytań oraz 11 wyróżnionych blogów, których autorzy proszeni są o odpowiedzi. Ja tradycyjnie trochę zmodyfikuję zasady. Odpowiednią ilość pytań, z małą pomocą kwestionariusza Prousta, udało mi się opracować, jednak liczbę wyróżnionych blogów trochę uszczuplę.

Czas na moje wyznania. Pytania od Zbyszekspira:

1. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Dwie. Ania z Zielonego Wzgórza i Chłopcy z Placu Broni. Kanadyjska prowincja kontra węgierskie miasto, dziewczęta kontra chłopcy, dwa bieguny. Siłą rzeczy trochę ciągnęło mnie zawsze na tę dziewczęcą stronę, ale płakałam też po Nemeczku i może nawet przez chwilę żałowałam, że nie jestem chłopcem... Mam też sentyment do Opowieści z Narnii, bo tata czytał je na dobranoc mnie i siostrze, gdy byłyśmy bardzo małe, ale nazwać ich „ulubioną książką z dzieciństwa” nie śmiem. Kiedy bowiem odświeżyłam sobie je jakieś cztery lata temu, uświadomiłam sobie, że z tej prawie niemowlęcej lektury nie pamiętam właściwie nic.

2. Jaka książka non-fiction zrobiła na Tobie największe wrażenie?
Gottland Szczygła. Nie wiem dokładnie, na czym polega fenomen tej książki, ale nie znam ani jednej osoby, która by ją przeczytała, a której by się nie spodobała. W moim przypadku pogłębiła zainteresowanie Czechami i była świetnym wstępem do XX-wiecznej historii tego kraju, tłumacząc ją poprzez losy zwykłych ludzi (ale i tych na różne sposoby niezwykłych, jak choćby Tomáš Bata czy Marta Kubišová).

3. Jakie 3 książki zabrałabyś ze sobą na bezludną wyspę?
Co do jednej nie mam najmniejszych wątpliwości – wszystkie tomy W poszukiwaniu straconego czasu (chyba mogę to policzyć jako jedna?), bo na bezludnej wyspie z pewnością miałabym wreszcie wystarczająco dużo czasu i spokoju, by tę lekturę dokończyć. A myślę, że na przetrawienie i przemyślenie należałoby zarezerwować drugie tyle. Zabrałabym też (i mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak pusty frazes) Biblię, uważam bowiem za spory wstyd, że będąc 24-letnią praktykującą katoliczką nie miałam jeszcze okazji jej przeczytać. A trzecią zabraną przeze mnie pozycją byłaby Taka piękna żałoba Hrabala. Bo bez jego książek nie potrafię żyć, a ta była pierwszą i do dziś pozostaje najbardziej ukochaną.

4. Jakie pytanie zadałbyś swojemu ulubionemu pisarzowi?
Czy w niebie mają pod dostatkiem czeskiego piwa.

5. Co sądzisz o e-bookach i audiobookach?
E-booki to dla mnie w chwili obecnej jedynie (a może aż?) możliwość dotarcia do książek, które trudno dorwać w formie papierowej, lub których akurat nie mam pod ręką a bardzo potrzebuję coś w nich sprawdzić. Jako normalnej formy lektury tego nie traktuję, choć moje nastawienie pewnie by się zmieniło, gdyby było mnie stać na czytnik. Z audiobookami natomiast właśnie zaczynam swoją przygodę. Choć jestem zdecydowanym wzrokowcem i obawiam się, że słowo mówione nie zapadnie mi w pamięć tak, jak pisane, uważam to za bardzo praktyczną formę wykorzystywania czasu, który trudno wykorzystać inaczej (np. chodząc na piechotę, co robię często i gęsto, bo nie znoszę krakowskiej komunikacji miejskiej). Wkrótce ukaże się u mnie pierwsza recenzja audiobooka w ramach współpracy z Audeo i przy tej okazji na pewno podzielę się szerzej wrażeniami.

6. Czy lubisz kryminały i fantastykę i dlaczego tak lub nie?
Dwa razy nie. Kryminałów – ponieważ mam wrażenie, że po lekturze takowego nic we mnie nie zostaje. Chwila emocji, miłe oderwanie, wyjaśnienie zagadki – a później odstawiam na półkę i już nigdy nie wracam, bo jaki jest sens wracania do kryminału? (Może to kwestia mojego ogólnego podejścia do literatury – nie kładę nacisku na rozrywkę i oderwanie od szarej rzeczywistości, ale raczej jako narzędzie edukacji, wzbogacania wewnętrznego).
W przypadku fantastyki nieco trudniej mi to wyjaśnić. Nie potrafię dokładnie zdiagnozować mojego z nią problemu, ale próbowałam czytać, smakowałam, naprawdę bardzo chciałam ją polubić, i mimo to nic z tego nie wyszło. Chyba nie potrafię na tyle pogrążyć się w tym świecie, zupełnie odmiennym od tego dobrze mi znanego, żeby wczuć się w losy bohaterów, ustosunkować się jakoś do nich, współczuć im.

7. Czy uważasz, że praca tłumacza jest tak samo ważna jak pisarza? Jacy tłumacze i jakie ich tłumaczenia są według ciebie najlepsze?
Nie stawiałabym tego na równi, ale na pewno praca tłumacza ma ogromne znaczenie. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że nieumiejętne tłumaczenie może totalnie zrujnować oryginał i skutecznie zamaskować wszystkie jego walory. Do pewnego momentu nie zdawałam sobie z tego sprawy, tłumacz był dla mnie czymś w rodzaju widma pośredniczącego między mną a autorem. Dopiero gdy człowiek styka się w jakiś sposób z samym procesem przekładu, z tym poszukiwaniem właściwych słów i sformułowań, uświadamia sobie, jak odpowiedzialna jest to rola. A mistrzem przekładu jest moim zdaniem Boy-Żeleński. Już choćby za samo W poszukiwaniu straconego czasu.

8. Czy zdarza ci się nie pamiętać treści przeczytanej książki? 
Oczywiście że tak. Wydaje mi się wręcz, ze mam do książek bardzo marną pamięć, zdecydowanie poniżej przeciętnej. Już miesiąc czy dwa po lekturze wypadają mi z głowy istotne wątki, a po roku zwykle zostaje mi tylko jakieś mgliste jej wspomnienie.

9. Które książki są według ciebie przereklamowane?
Większość współczesnej literatury jest moim zdaniem przereklamowana. Uważam, że jak najczęściej powinna być wznawiana klasyka – jest przecież tyle świetnych książek powstałych kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu, po które czytelnicy nie sięgają, bo nie są w ogóle świadomi ich istnienia, a zamiast tego opychają współczesną literacką papką, bo sama włazi im w ręce. To, o czym najgłośniej się krzyczy, jest zwykle albo mdłe i schematyczne, albo na siłę szokujące, formą lub treścią. Jeśli mam podać konkretne przykłady, to niech będzie choćby Bez mojej zgody Jodi Picoult. Prócz kontrowersyjnej tematyki nie widzę w tej książce nic godnego uwagi, a to chyba jednak trochę za mało.

10. Jaki jest Twój ulubiony cytat pochodzący z książki, którą kiedyś przeczytałeś? 
Nie jestem pewna czy to z książki, a jeśli tak to nie wiem z jakiej, to po prostu cytat, który przewija się przy niemal każdej okazji mówienia o Hrabalu, cytat z jego stryja, Pepina. Jak tak się nad tym teraz zastanawiam, dochodzę do wniosku, że musiał się w którejś książce choćby w zniekształconej formie pojawić, ale nie będę dociekać i nie będę szukać innego, bo ten po prostu będzie już ze mną na zawsze. „Ten świat jest piękny do obłędu. Nie, żeby taki był, ale ja go takim widzę”.

11. W jakim celu piszesz swojego bloga?
Powodów jest kilka. Po pierwsze – wrodzony ekshibicjonizm. Po drugie – chęć podzielenia się ze światem swoimi spostrzeżeniami na temat tego, co przeczytałam (nie wiem, czy to nie wychodzi na jedno z poprzednim...). Wcześniej służyło mi do tego forum o książkach, ale wkrótce okazało się zbyt ciasne jak na moje potrzeby, więc postanowiłam stworzyć swoje własne miejsce w sieci. Gdy jeszcze byłam tylko gościem, podobała mi się atmosfera w blogosferze, byłam zachwycona tym, że skupia tak wiele niesamowicie oczytanych osób. Po trzecie – by uporządkować wrażenia, uświadomić sobie, czy tak naprawdę podobało mi się czy nie i dlaczego, utrwalić i uporządkować swoją wiedzę (co związane jest z tą uciążliwie dziurawą pamięcią). I oczywiście też by trenować swoje pióro, bo od dziecka marzyłam o pisaniu i raczej marzyć nie przestanę.

Mam nadzieję, że moje odpowiedzi mogą być uznane za wyczerpujące. Czas na pytania od Beaty:

1. „Niektórzy ludzie sądzą, że można robić wszystko, bo żyje się tylko raz i dlatego trzeba łapać każdą okazję. Natomiast ja uważam, że właśnie dlatego, iż żyje się tylko raz, nie można robić wielu rzeczy, na przykład zawstydzających lub niegodnych, bo już nie będzie się miało drugiego życia, aby to naprawić” (Waldemar Łysiak). Jakie jest Twoje credo życiowe?
Długo się nad tym zastanawiałam, ale nic z tego nie wynikło. Nie posiadam takowego, chyba że pod credo podciągnąć można wspomniany przeze mnie wcześniej cytat ze stryja Pepina. Zachwycać się drobiazgami, szukać piękna tam, gdzie na pozór go nie ma – tak przede wszystkim staram się żyć.

2. Co Cię ostatnio bardzo ubawiło?
Poczynania bohaterów Batalionu czołgów Josefa Škvoreckiego. Czeski Paragraf 22, tyle że w komunistycznej armii, a więc okraszony soczystymi żarcikami na temat ówczesnego ustroju, palce lizać.

3. 21 listopada obchodzimy Światowy Dzień Życzliwości. Czy i jak zamierzasz ten dzień uczcić?
Ponieważ 21 listopada już był, pytanie się trochę przeterminowało :) Ale dnia nie obchodziłam, nie mam w ogóle zwyczaju obchodzić światowych dni czegokolwiek (może z wyjątkiem Dnia Książki), bo jest ich tyle, że trudno byłoby mi je spamiętać. Traktuję je raczej jako ciekawostkę i żart.

4. Jaka jest Twoja ulubiona anegdotka?
Mój Boże, na pewno jest ich mnóstwo, ale na zawołanie żadnej nie potrafię przywołać.

5. Książka, którą powinno znać każde dziecko polskie…
Nie mam pojęcia. Żadnej książki w dzieciństwie nie przeżyłam na tyle, żebym uważała ją za nieodzowną dla edukacji młodocianych. Przychodzą mi co prawda do głowy bajki Oscara Wilde'a, na czele z absolutnie pięknym i subtelnie nawiązującym do Nowego Testamentu utworkiem Olbrzym-Samolub, ale to lektura którą podzieliłabym się nie tylko z polskimi dziećmi. Rozumiem, że pytanie ukierunkowane jest na coś patriotycznego, ale na taką książkę zupełnie nie mam pomysłu.

6. Jakich słów nadużywasz?
„Beznadziejnie” i „bez sensu”.

7. Życie jest zbyt krótkie, żeby...
Tracić je na naukę czegoś, co nas zupełnie nie interesuje i w czym nie czujemy się dobrzy.

8. Odpowiedz Woodemu Allenowi: „Co zro­bisz, gdy ktoś ci przys­ta­wi nóż do szyi, a ty aku­rat dos­ta­niesz czkawki?
Raczej nic, skoro ktoś trzyma mi nóż na gardle to chyba niewiele mogę zrobić. Ewentualnie umrę :)

9. Idealny czytelnik to taki, który...
Wgryza się w książkę z żarłocznością dzikiego zwierza i wysysa szpik, jak pisał o Jacku Londonie Irving Stone. Taki, który nie łyka książek w całości, jedna za drugą, ale stara się z nich wyciągnąć jak najwięcej. A przy tym cierpliwy – bo w końcu nie każdą książkę da się rozgryźć w ciągu dwóch dni.

10. Moje ulubione miejsce w Polsce to...
Mam dylemat między moim rodzinnym Rzeszowem a Bieszczadami (które wskazała również Bogusia z Domu z papieru). Mogłabym je wrzucić do wspólnego worka „Podkarpacie”, ale jeśli już mam wybrać jedno, to niech będzie to Rzeszów.

11. Jakie są Twoje najlepsze sposoby na jesienną chandrę?
Nie wiem czy mówimy o małych jesiennych smuteczkach czy o potężnym i do ziemi przygniatającym Weltschmerzu, jaki mi się czasem zdarza. Jeśli to pierwsze – poczytać Hrabala, jeśli to drugie – obejrzeć smutny film (polecam Candy, nic piękniejszego i smutniejszego w życiu nie widziałam), popijając coś wyskokowego, wypłakać się aż łzy się wyczerpią, a potem pójść spać.

***
Przez pewien czas miałam zamiar swoim zwyczajem uśmiercić łańcuszek, a więc zrezygnować z typowania kolejnych uczestników zabawy, ale wymyśliłam kilka mam nadzieję dość ciekawych pytań, na których odpowiedzi chętnie bym poznała, a więc ze swej strony wyróżnić pragnę:

Agatoris (A Room of My Own)
Patrycję (Bezszmer)

A pytania brzmią:

1. Gdybyś miał możliwość, niczym bohater O północy w Paryżu Woody'ego Allena, wsiąść do magicznego samochodu uwożącego Cię do innej epoki, którą byś wybrał? Która artystyczna bohema pociąga Cię najbardziej?

2. Wszyscy wiemy, jak wiele dobrego wynika z czytania. Ale wszyscy pamiętamy też nieszczęsną Emmę Bovary, która zrujnowała sobie życie gdy przestało pasować do wyczytanego przez nią w romansach schematu. Czy myślisz, że w dzisiejszych czasach książki mogą również w pewnych przypadkach okazać się zatruwającym umysł narkotykiem?

3. Czy zdarzyło się kiedyś, że książka tak mocno wpłynęła na Ciebie swoim klimatem, że postanowiłeś odwiedzić miejsce, które opisywała, i dopiąłeś swego? Jakie miałeś wrażenia?

4. W poszukiwaniu straconego czasu czy Ulisses?

5. Czy widzisz samego siebie w roli pisarza? Jeśli tak, co najbardziej wyzwala w Tobie pragnienie pisania? Czy zdarza Ci się spojrzeć na kogoś, kogo znasz lub dopiero poznałeś, i pomyśleć: „To byłby świetny bohater do mojej książki”?

6. Jak myślisz, jak mocno na twórczość pisarza wpływa jego narodowość? Czy dostrzegasz cechy wspólne dla pisarzy pochodzących z jednego kraju? Czy któraś literatura narodowa odpowiada Ci szczególnie?

7. Panuje powszechne przekonanie, że prawdziwy pisarz musi mieć barwne życie, by mieć o czym pisać. Jest jednak wiele przykładów wybitnych artystów, przykutych przez całe życie do łóżka lub po prostu żyjących na odludziu, w mniej lub bardziej dobrowolnej izolacji towarzyskiej. Co o tym myślisz, czy Twoim zdaniem rzeczywiście dobry pisarz musi być trochę poszukiwaczem przygód?

A na deser kilka najciekawszych moim zdaniem propozycji z kwestionariusza Prousta (ja osobiście miałam wielką frajdę przy wymyślaniu odpowiedzi do niego):

8. Twoje marzenie o szczęściu.

9. Kim lub czym chciałbyś być, gdybyś nie był tym, kim jesteś?

10. Dar natury, który chciałbyś posiadać.

11. Jak chciałbyś umrzeć?

piątek, 7 grudnia 2012

Archipelag nr 9 – Rewolucyjny!

Z drobnym opóźnieniem ale za to wielką przyjemnością informuję, że świeżutki numer Archipelagu jest już dostępny na stronie internetowej. Tematem Rewolucji kończymy pewien etap istnienia magazynu, mamy jednak nadzieję że ta nasza archipelagowa rewolucja wyjdzie wszystkim na dobre.

Przełomowy okazuje się pewien poranek z życia głównego bohatera Nocnego pociągu do Lizbony, antyrewolucyjnie rewolucyjna w swym humanistycznym przesłaniu była twórczość wybitnego pisarza amerykańskiego Johna Steinbecka, rewolucyjne bywały lektury obowiązkowe feministek prezentowane przez znawczynię literatury Bernadettę Darską, a także opisane przez Basię Stelingowską przemiany, jakim uległo pojęcie kobiecości na przełomie XIX i XX wieku. I jeszcze jeden wątek kobiecy, tym razem mój – przewrót, jaki dokonuje się w życiu kobiety i jej bliskich w konsekwencji jej niewierności małżeńskiej. Czasem zdrada okazuje się pułapką, a czasem wyzwoleniem, o czym przekonują wykorzystane przeze mnie literackie przykłady – odświeżona ostatnio za sprawą ekranizacji Wrighta Anna Karenina, lady Konstancja Chatterley oraz Lucy Crown z powieści Irwina Shawa.

Prócz tego w numerze zaprezentowany został francusko-rosyjski (czy raczej rosyjsko-francuski?) pisarz Andreï Makine, a także kilku wybitnych przedstawicieli mało u nas znanej i cenionej literatury egipskiej. Zdradzamy, jakie książki czyta japońska pisarka Yōko Ogawa, zabieramy czytelników na przechadzkę po polskich księgarnio-kawiarniach, relacjonujemy Praski Festiwal Pisarzy i zastanawiamy się nad innowacyjnością metod tworzenia reportażu, jakie stosował Ryszard Kapuściński. Jak zwykle jest też u nas sporo wywiadów – wśród przepytywanych tym razem pisarzy znaleźli się Joanna Bator, Hisham Matar, Alexander McCall Smith i Zygmunt Miłoszewski.

Uwadze tych, którzy zaglądają do mnie głównie w poszukiwaniu smaczków kultury czeskiej (mam nadzieję, że są tacy :)), polecam swój tekst o literacko-filmowym duecie Bohumil Hrabal – Jiří Menzel. Mam nadzieję, że jego lektura będzie dla Was taką frajdą, jaką dla mnie było jego tworzenie.

I jeszcze jedno – na stronie 37 znajduje się moja recenzja Manekinów Karola Maliszewskiego. Nie zamieszczałam jej na blogu, skoro znaleźć się miała w Archipelagu, ale zwracam na nią Waszą uwagę, bo Manekiny to świetna książka. Trudna – ja osobiście musiałam ją przeczytać dwa razy – ale w piękny sposób nawiązująca do Sklepów cynamonowych Schulza. Wielbiciele sławnego drohobyczanina, o którym ostatnio trochę głośniej niż zwykle, nie powinni być rozczarowani.

Życzę miłej lektury i wielu książkowych inspiracji!

piątek, 23 listopada 2012

Czeskie kwiatki na szarych murach codzienności – „Opowiadacze. Nie tylko Hrabal. Autorzy najlepszej prozy czeskiej”

Ivan Klíma w jednym z opowiadań zamieszczonych w tym tomie zastanawia się, czy w dzisiejszych czasach zostało jeszcze cokolwiek do opisania, czy setki minionych lat nie wyczerpały wszystkich wątków, jakie mieli do dyspozycji pisarze. Patrząc na ten zbiorek, odpowiadam mu – ależ tak, zostało jeszcze wiele pereł do odkrycia! Kryją się w zakamarkach szarej codzienności, nie są jednak w stanie umknąć czujnemu spojrzeniu rodaków pana Klímy, którzy w uroczy sposób wygrzebują je ze śmietników zwyczajności i przekuwają w skrzące się humorem i absurdem obrazki.

Wiele osób zwraca uwagę na okładkę tej książki, podkreślając jej związki z samą zawartością tomu. I jest w tym dużo racji, rzeczywiście malownicza fotografia Jana Saudka koresponduje z klimatem samych opowiadań. Magiczne, barwne elementy pojawiają się jak kwiaty na chylących się ku ziemi, szarych murach i jak piękna naga pani ciągnąca za sobą kolorową szatę na tle trochę wyblakłego praskiego pejzażu.

W pierwszym opowiadaniu Josef Škvorecký rozprawia o potędze muzyki. Galeria karłowatych, ułomnych na różne sposoby jednostek biorąc do rąk instrumenty zyskuje władzę nad niemiecką publicznością. Każdy z komicznych muzykantów jest tego doskonale świadom i większość chciałaby to wykorzystać, by łagodzić obyczaje i uspokajać, przeszkadza im w tym jednak dominujący i pobudzający do walki saksofonista basowy, który mimo mającego go odsunąć od gry podstępu w końcu zajmuje swe miejsce i w jednej chwili zmienia Niemców w żądne zwycięstwa i krwi bestie. 
[Twarz] wcześniej rozanielona, teraz gwałtownie nabrała wyrazu twardości, bawarski sen ulotnił się jak eter i miękkie rysy prędko i zauważalnie zaczęły się układać w pociągłą maskę rzymskiego konkwistadora.
Piękna była ta muzyczna opowieść i mocno przypominała mi hrabalowski Rozwalony bęben czy występ skrzypka Wacka Przygody w domu starców w Skarbach świata całego (na pewno pokuszę się o porównanie fragmentów, kiedy tylko sobie Skarby odświeżę, a jestem w trakcie odświeżania).

Josef Škvorecký [1]

Z kolei zamyka cały tom i spaja go niewidzialną fabularną klamrą inna bogata historia, spisane przez Pavla Brycza wspomnienie miasta lat dziecinnych. Tak jak skrzywdzeni muzykanci Škvoreckiego wędrują po świecie ze swym zespołem, w muzyce przechowując odebraną im ojczyznę, ziemię bujną, piękną i spokojną, tak główny bohater Brycza zmaga się z dotkliwą stratą – choć z rodzinnych stron nie zostaje fizycznie wypędzony, przez wiele lat obserwuje nieodwracalne zmiany, jakim podlega jego miasto, widzi, jak walą się budynki, jak upadają wszelkie świętości, jak opuszczony kościół zapełnia się pustymi butelkami i zużytymi prezerwatywami. Co jednak znaczą te zmiany wobec pamięci? „Osadzonych mocno w głowie wspomnień nie zrówna z ziemią żaden ciężki buldożer” – mówi bohater i mimo wszystko wciąż wraca, chowa się w rodzinnym mieście, a właściwie w pieczołowicie zakonserwowanych wspomnieniach tego miasta, przed niezrozumieniem wielkiego świata, który tak mocno go rozczarował.

Są tu i opowiadania, których, przyznaję, zupełnie nie zrozumiałam. Orchidee, karabiny i szable czy Paltot stryja Antona wydają mi się wyrwanymi z kontekstu obrazkami, jakąś migawką świadomości, w której może niepotrzebnie szukam ukrytego sensu i logicznych wniosków. Bo czy można się tu, w tym czeskim świecie, opierać na logice? Granica między wyobrażeniami a rzeczywistością zaciera się, dzieci swobodnie wędrują w czasie i przestrzeni, oglądając przez lustro siebie samych, starszych o kilkadziesiąt lat, postaci z przeszłości pojawiają się i znikają, a na drzwi napiera rozbudzony seksualnie terrier zboczony na punkcie kobiet.

Mocno za to tym razem trzyma się ziemi Hrabal, dokumentując jeden nerwowy dzień z czasów, gdy poczucie zagrożenia było dla wszystkich, a dla pisarzy szczególnie, chlebem powszednim. Jest jednak w tej opowieści rozbrajająco szczery i bliski czytelnikowi, wyjątkowo wychodzi zza kolorowej zasłony zmyśleń i odmalowuje siebie takiego jakim jest, z własnym strachem i niezdecydowaniem.

Ivan Klíma [2]
W opary fantazji nie ucieka też wspomniany przeze mnie na początku Ivan Klíma, z tym że jego opowiadanie to właściwie esej, wyrażający obawę przed wielkim szarym morzem przeciętności, które zalewa nas ze wszystkich stron. W sztuce dominują coraz bardziej krzykliwe, nieznośnie sztuczne barwy, wszystko jest już tylko na pokaz, wątki się wyczerpały, a desperacko szukając nowych przestrzeni dla wyobraźni, artyści sięgają po coraz bardziej szokujące środki:
Trafiają się dziś autorzy, którzy z rozpaczy lub z wyrachowania opisują, jak bohater osiągnął orgazm, kiedy rzucił się na sześćdziesięcioletnią nieruchawą staruszkę, żyjącą tylko dzięki temu, że jest podłączona do iluś tam aparatów, bądź też ekscytuje ich facet, którego błyskawica pozbawia męskości. Tacy mniemają, że udało im się znaleźć nowy wątek albo chociaż nowy wymiar zgrozy i brzydoty, lecz mniemają tak wyłącznie dlatego, iż zapomnieli o micie Edypa lub Tantala oraz że nie przeżyli choćby ułamka tego, co przeżył, powiedzmy, Dostojewski.
Tekst ten powstał trzydzieści lat temu, jednak patrząc na wyczyny niektórych współczesnych pisarzy muszę stwierdzić, że stał się przez ten czas jeszcze bardziej aktualny.

Nie tracę jednak nadziei, biorąc do rąk takie książki jak ta. Dla mnie te wygrzebane wśród śmieci błyskotki nigdy nie stracą swojej świeżości i będą radośnie przeczyć niepokojącym stwierdzeniom pana Klímy.

***
J. Škvorecký, E. Kriseová, I. Klíma, J. Gruša, B. Hrabal, J. Beneš, K. Sidon, M. Fahrner, P. Brycz, Opowiadacze. Nie tylko Hrabal. Autorzy najlepszej prozy czeskiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

***
Źródła fotografii:
[1] http://www.kafe.cz
[2] http://www.knihovna.policka.org

czwartek, 15 listopada 2012

Love story z rozmachem – „Północ i Południe”, Elizabeth Gaskell

Historia moja i tej książki jest trochę jak losy głównych jej bohaterów – Margaret Hale i Johna Thorntona. Czy też (bo w końcu wątek ten chwilami do złudzenia przypomina to inne wiktoriańskie love story) Elizabeth Bennet i pana Darcy'ego. Podeszłam do niej niechętnie, obwąchiwałam najpierw ze wszystkich stron, kręciłam nosem, z pierwszymi kilkudziesięcioma stronami męczyłam się niemiłosiernie, aż nagle coś się we mnie złamało i pogrążyłam się w lekturze z lubością, z jaką dumne bohaterki wpadały w końcu po tylu perypetiach i niedomówieniach w rozkochane ramiona od początku im przeznaczone.

Skąd ta niechęć? Przede wszystkim ten wiktoriański paradoks, który drażnił mnie już u Jane Austen – egzaltacja bohaterek połączona z powściągliwością stylu. Starałam się zrozumieć, że z perspektywy panny Hale odejście jej ojca-pastora od uświęconego Kościoła musiało być prawdziwą tragedią, ale długie opisy jej rozpaczy doprowadzały mnie do szaleństwa. A wszystko obleczone w nienaganną i obyczajną, sztywną od krochmalu i nieskazitelnie białą poszewkę słów. Przywodziło mi to na myśl wszystko to, czego u panny Austen i jej bohaterek nie lubiłam – tę prawość i niewinność, przez którą aż się chciało chlapnąć błotem na ich jasne sukienki, opowiedzieć sprośny dowcip i patrzeć z satysfakcją jak płoną rumieńcem. Nawet ten symbol spontaniczności i młodzieńczego entuzjazmu, Lizzy Bennet, nie wydała mi się pełnokrwista. 

Prócz tego z początku akcja rozwijała się bardzo powoli. Smęt za smętem i smętem pogania, Margaret płacze, Margaret żegna się z domem, Margaret rozmyśla co teraz będzie, Margaret przywołuje się do porządku. Nie lepiej było w pierwszych tygodniach rodziny Hale'ów w Milton. Mniej więcej w 1/3 książki jednak historia nabiera tempa i wkrótce galopuje już tak, że wydało mi się to wręcz przesadzone – jednego dnia ktoś umiera, drugiego ktoś podejmuje ważną decyzję, trzeciego znów czyjaś śmierć, czwartego strajk, piątego czyjś przyjazd, szóstego bójka, bez chwili wytchnienia. Zabieg ten jednak sprawdził się doskonale – ostatnie dwieście stron połknęłam w ciągu kilku godzin. Nie sposób inaczej, czekając na rozwiązanie dojrzewającego wątku miłosnego, który jednak im bliżej końca, tym skąpiej dawkowany jest przez autorkę. Napięcie, to trzeba jej przyznać, umie budować doskonale.

Siłą rzeczy skupiam się tu na zawikłanej historii tej dumnej i upartej pary, grzechem jednak byłoby nie wspomnieć o całym stojącym za nimi tłem społeczno-gospodarczym. W gruncie rzeczy te z pozoru tak rozbieżne wątki są mocno ze sobą splecione – Margaret, związana emocjonalnie z sielską wiejską plebanią, jej domem rodzinnym, jest uprzedzoną do handlowców przedstawicielką rolniczego Południa, pan Thornton zaś, którego naturalnym środowiskiem jest szare i zadymione Milton, to dynamiczny i pracowity człowiek Północy. Ich wzajemne poznawanie się i coraz lepsze rozumienie swoich odmiennych perspektyw (mimo początkowej rezerwy) ma bardzo pozytywny wydźwięk, symbolizuje bowiem pojednanie dwóch niechętnych sobie, ale ściśle od siebie zależnych części Anglii. Historię tę więc cechuje dużo większy rozmach niż w przypadku mikroopowieści Jane Austen i sióstr Brontë. Obejmuje już bowiem nie tylko dwójkę ludzi gdzieś pośrodku kraju, ale cały kraj razem z jego tradycjami, aspiracjami i uprzedzeniami.

***
Nie mniej urokliwy jest serial BBC na podstawie tej powieści. Chociaż odrzucił mnie sposób, w jaki zaprezentowano na wstępie pana Thorntona – w pierwszej scenie, w której się pojawia, na oczach Margaret dotkliwie bije jednego ze swych pracowników, którego to epizodu na próżno szukać w książkowym pierwowzorze – całość prezentuje się pięknie, a doborowi aktorów również nic nie można zarzucić. Absolutnie wspaniałe było natomiast zakończenie, nieco zmodyfikowane w stosunku do powieści, jednak tym razem była to zmiana bardzo na plus. Obudziło we mnie instynkty rozgorączkowanej nastolatki, które, jak sądziłam, już dawno zostały we mnie uśpione, i odkręciło uruchamiany na co dzień tylko z okazji burz hormonalnych kurek ze łzami. Porywająca historia.

Daniela Denby-Ashe jako Margaret – człowiek Południa
Richard Armitage jako Thornton – człowiek Północy
***

A za użyczenie książki dziękuję mojej utalentowanej i sławnej już na całą Polskę dzięki wygranej w konkursie na Dziewczynę Przyszłości przyjaciółce Łucji!

***
E. Gaskell, Północ i Południe, wyd. Świat Książki, Warszawa 2011.

wtorek, 13 listopada 2012

Piwne uniesienie spod znaku Hrabala

Mówi się czasem, że kobiety nie lubią piwa. Stwierdzenie to, na podstawie moich prywatnych obserwacji, uznaję za wierutną bzdurę (no, dziewczyny, która nie pogardzi kufelkiem zimnego piwka w upalny letni dzień ręka do góry!) i w ramach potwierdzenia tego opowiedzieć zamierzam o mojej własnej fascynacji tym szlachetnym rodzajem napitku. Ale najpierw – cytat.
Pan piwowar podał mi garniec pomarańczowego piwa, garniec cały w kroplach osiadłej pary. A ja wiedziałam, że pan piwowar mnie nie lubi i że dałby mi nie jeden, ale pięć garnców piwa, a nawet więcej, bylebym tylko piła je i wypiła i żeby robotnicy zobaczyli, jaką to skłonną do pijaństwa żonę ma pan kierownik, ale ja byłam młoda i młoda byłam przede wszystkim, bez względu na to, co robiłam, zawsze pytałam tylko samą siebie i zawsze przytakiwałam sobie (...), i moja ręka wyciągnęła się i piłam z ochotą, z taką ochotą, że furmani przestali układać beczki jedne na drugich i patrzyli na mnie. Stałam obok rampy, z dala od koni, Ede i Kare jakby porozumiewały się ze mną, ich grzywy i potężne ogony miały również kolor złotego piwa.
B. Hrabal, Postrzyżyny, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2001.

Tak pięknie Hrabal pisał o swej łasej na dobre piwo mamie, która będąc żoną zarządcy browaru rarytasu tego miała pod dostatkiem. Zazdroszczę! Ja co prawda gustuję osobiście w tych ciemnych, intensywnych, które raz smakują wiśniami, raz czekoladą, raz karmelem, i które pachną dymem z jesiennego ogniska. Dobry porter – to jest to.

I jasnymi jednak nie pogardzę, a takie jest właśnie to, które ma zostać bohaterem tego posta (i tu wreszcie dochodzę do sedna – okazuje się, że piwo wcale nie musi być tematem od literatury odległym i zupełnie nie na miejscu na blogu, jaki mam ambicję tworzyć). Trafiłam na nie podczas Festiwalu Szwejka w Krakowie, i omal nie zemdlałam na miejscu z radości – dopiero później dowiedziałam się, że po to legendarne cudo, które jawiło mi się jako zupełnie nieosiągalne, wcale nie muszę jechać do samego Nymburka, ale mogę je bez problemu zdobyć w naszej nadwiślańskiej krainie, a w sklepie na Krowoderskiej jest go nawet spory zapas. Warzone w nymburskim browarze piwo nazywa się Postřižinské (a w wersji, którą ja akurat miałam okazję pić – Pepinova desítka), co jest oczywiście nawiązaniem do tytułu cytowanego wyżej utworku otwierającego trylogię nymburską, zaś na jego etykiecie widnieje nie kto inny jak uśmiechnięty pan spisovatel Hrabal. Prezentuje się to tak oto:


Jak smakuje? Głębi portera rzecz jasna na próżno w nim szukać, ale za to na długie knajpiane posiedzenia jest to wybór wręcz doskonały! Delikatne i orzeźwiające, pije się je w zapomnieniu, błyskawicznie – nawet się nie zorientowałam, kiedy kufelek był już zupełnie pusty. Jedno, drugie, trzecie, czwarte... wlewane w siebie podczas wieczorów w gospodzie musiało być doskonałym motorem dyskusji, narzędziem oczyszczenia, istnym nektarem bogów umilającym śmiertelnikom ich szare życie.
Każdy porządny facet z Kerska i okolicy od szóstej wieczorem nie myśli o niczym innym jak o pięknej drodze do gospody i o piwie, o tych cudnych pogwarkach, rozmowach i kłótniach o byle głupstwo, dzięki którym zapominamy o codziennych troskach i uspokajamy się, a wracając do domów nocą na rowerach, jesteśmy jak nowo narodzone dzieci.
B. Hrabal, Koty i ludzie [w:] Życie bez smokingu, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011.

Smacznego!

czwartek, 1 listopada 2012

Fast reading, Czesi, festiwale i brzydkie książki w ładnych okładkach

W broszurze wydanej z okazji Festiwalu Conrada pan profesor Michał Markowski, Dyrektor Artystyczny festiwalu, pisze:
Tak jak fast food niszczy doszczętnie poczucie smaku jako władzy różnicowania, fast reading niszczy doszczętnie literaturę pod pozorem jej zbawienia. Kto pożera książkę za książką, nie różni się niczym od pożeracza hamburgerów w taniej jadłodajni (...). Wszyscy czytają dziś na wyścigi, albowiem wszyscy na wyścigi piszą i publikują. Wszyscy jedzą na wyścigi, byle co i byle jak, byleby tylko zaspokoić głód.
Bardzo mądre słowa, a pasują mi tym bardziej, że mogę się nimi bezczelnie zasłonić tłumacząc tragiczną liczbę przeczytanych przeze mnie w tym roku książek. Prawda jest oczywiście taka, że brakuje mi czasu. Skoro jednak tracę go na rzecz nauki języka Hrabala, nie zamierzam się skarżyć.

Dla przyjemności czytam więc mało, ale przebudziłam się trochę jeśli chodzi o wydarzenia kulturalne. Na krakowskie Targi Książki co prawda tradycyjnie nie dotarłam – na książkowe zakupy mnie nie stać, z polską literaturą współczesną jestem na bakier więc rozdający tam uśmiechy i autografy pisarze niespecjalnie mnie interesują, a do tego ponoć tłok, duszno i hałas, co mnie zawsze wpędza w głębokie przygnębienie. Skorzystałam za to z bogatej tegorocznej oferty Festiwalu.

Wernisaż o kobietach Schulza co prawda nie podobał mi się. Kilka grafik na krzyż, mało miejsca i jedna wielka księga z mnóstwem wspomnieniowych tekstów, na oko jakieś bite trzy godziny czytania, a jak to zrobić, jeśli co rusz ktoś ciekawski zaglądał przez ramię? Za to piątkowym spotkaniem z Michalem Vieweghiem i Jaroslavem Rudišem w Czułym Barbarzyńcy byłam zachwycona! (Podobnie zresztą jak samym lokalem, w którym byłam po raz pierwszy, na pewno jednak wpadnę tam jeszcze kiedyś na kawę). Swobodna atmosfera, dowcipna rozmowa i możliwość zdobycia autografu, z której skwapliwie skorzystałam. I oczywiście ponadprogramowa, darmowa lekcja czeskiego :)

Poniżej – autograf od pana Viewegha (tylko od niego, pana Rudiša bowiem jeszcze nie czytałam i żadnej książki nie posiadam, co jednak mam nadzieję szybko się zmieni; coś czuję, że będę wkrótce tej straconej okazji żałować). Na Zapisywaczach ojcowskiej miłości, jedynej spośród trzech znanych mi jego książek, która zdecydowanie mnie zachwyciła, a nawet wzruszyła. A do tego ma piękną okładkę, więc prezentuję i z zewnątrz.


Za to Powieść dla kobiet też wygląda wspaniale, ale zawartość robaczywa, więc dla przestrogi również zamieszczam. I kończę zapowiedzią, że w kolejnym poście będzie czeskich klimatów ciąg dalszy. Tym razem coś pysznego i wyskokowego z Hrabalem w tle. A póki co – zatím!







Źródło ilustracji: Oliver Jeffers, The Incredible Book Eating Boy (http://www.booklounge.co.za/wp-content/uploads/2010/10/Book-Eating-Boy-276x300.jpg)

niedziela, 28 października 2012

Buddyzm jak ciastko z czekoladą – „Włóczędzy Dharmy”, Jack Kerouac + o ekranizacji „W drodze”

Włóczęgów Dharmy zabraliśmy ze sobą na naszą fińską wyprawę. Lektura na głos miała nam umilać długie godziny oczekiwania na stopa, wybór zaś książki był nieprzypadkowy – pomyślałam, że opowieści z wędrówką i bitnikami w tle będą klimatem doskonale pasowały do okoliczności, w jakich mieliśmy je poznawać. Okazało się jednak, że podróżowania w sensie fizycznym, przemierzania bezkresnych amerykańskich pustkowi, skakania ze wschodniego wybrzeża na zachodnie i na odwrót, jakby dzieliło je piętnaście minut spacerkiem, jest w tym akurat dziele Kerouaca niewiele. Częściej jego bohaterowie zapuszczają się w czeluście umysłu, przechadzają się po ścieżkach świadomości i usiłują zrozumieć naturę świata, kierując się wskazówkami buddyjskich myślicieli.

Nie jestem specjalistką od buddyzmu, przeciwnie – wiem o nim skandalicznie mało, jednak i na gruncie tej skąpej wiedzy zrodziło się we mnie przeczucie, że religia ta w wersji bohaterów Kerouaca jest dość mocno zniekształcona. Utwierdziły mnie w tym przypisy tłumacza, który cierpliwie i drobiazgowo tłumaczył pomyłki i nieścisłości autora dotyczące buddyjskich mądrości. Krótko mówiąc – Japhy Ryder, czołowy włóczęga Dharmy (czyli Prawdy) tej powieści oraz jego kompani wybierają sobie z buddyzmu to, co im najbardziej odpowiada, niczym kawałki czekolady z kruchego ciasteczka, mało wygodne szczegóły zbywając milczeniem. Medytują, modlą się, dyskutują, ale też piją na umór, narkotyzują się i urządzają zmyślne orgie opatrzone lśniącą etykietką „buddyjski rytuał jab-jum”. „Nie ufam żadnemu rodzajowi buddyzmu ani żadnemu systemowi filozoficznemu lub społecznemu, który potępia seks” – przyznaje Japhy.

Ogólnie zresztą, nie odnosząc się nawet do kwestii religii, mierził mnie styl życia bohaterów Kerouaca (podobnie zresztą jak podczas lektury kultowego W drodze). A właściwie nawet nie sam styl życia, a nieuzasadniona pogarda dla tych, którzy go nie podzielają. Japhy i towarzystwo zdaje się grubą krechą odgradzać się od „zwykłych” ludzi, plebsu wstającego każdego ranka do pracy, a wieczorem wpatrującego się w niebieskie oko telewizora. Nie przeszkadza im to jednak żyć na garnuszku rodziny, bujać w obłokach i włóczyć się za czyjeś ciężko zarobione w „zwykły” sposób pieniądze. Chyba najbardziej świadom tego paradoksu jest narrator, Ray Smith, który myśli o Japhym (nota bene wróciwszy właśnie do rodzinnego domu na święta i posiliwszy się przygotowaną przez matkę kolacją): 
Dlaczego on tak zaciekle nienawidzi białych kafelków nad zlewem i kuchennej maszynerii, jak to nazywa? Człowiek ma dobre serce bez względu na to, czy żyje jak włóczęga Dharmy, czy też nie. Współczucie jest sercem buddyzmu.
Gary Snyder, pierwowzór postaci Japhy'ego Rydera. Dziś ma 82 lata.

To niestety nie koniec zastrzeżeń. Jest jeszcze jedno – Włóczędzy wydali mi się po prostu nudni. Nie wiem, na ile wpłynęły na to utrudniające skupienie warunki, w jakich czytałam tę książkę – być może odebrałabym ją inaczej, gdyby towarzyszyła mi w domowym zaciszu nad kubkiem herbaty, a nie pod gołym niebem przy ruchliwej drodze, w przerwach od wpatrywania się z nadzieją w przejeżdżające samochody – ale miałam wrażenie, że cała powieść to monotonne pasmo popijaw, orgietek i wydumanych rozmyślań. Może zbyt mocno stąpam po ziemi, by docenić wartość tego dzieła, może zbyt jestem prozaiczna i przyziemna? 

Zastanawiam się też poważnie, czy towarzystwo W. przy jej czytaniu nie zniekształciło trochę mojego nastawienia. Czy nie udzieliło mi się jego zamiłowanie do wartkiej akcji i, co za tym idzie, brak aprobaty dla niespiesznej i pozbawionej wyraźnej puenty opowieści, jaką snuje Kerouac. (I tu, na marginesie, wyłania się ciekawe psychologiczne zagadnienie – na ile w ogóle nasi towarzysze lektury mogą wpłynąć na jej odbiór? Ale to już temat nie dla mnie, psychologią się nie param). 

Książka więc rozczarowała mnie, ale za jedno mogę jej na pewno podziękować – ze względu na zamieszczoną w niej relację ze słynnego spotkania w Six Gallery w 1955 r., na którym to Allen Ginsberg po raz pierwszy wyrecytował swój Skowyt, postanowiłam wreszcie przeczytać ten głośny poemat. I ten, w przeciwieństwie do Włóczęgów, robi kolosalne wrażenie. 

***
J. Kerouac, Włóczędzy Dharmy, wyd. W.A.B., Warszawa 2006.

***
Na koniec jeszcze kilka słów na temat filmowej wersji W drodze Kerouaca, wyreżyserowanej przez Waltera Sallesa. Nie potrafię pisać o filmach, więc osobnej notki na ten temat nie stworzę, ale chciałam krótko podzielić się wrażeniami, a stopka recenzji Włóczęgów wydaje się świetnym na to miejscem. 

Film nieźle oddaje klimat tamtych czasów, choć moim zdaniem było w nim zdecydowanie za mało drogi a za dużo seksu. Kerouac oczywiście wstydnisiem nie był i o miłosnych harcach pisał często i gęsto, ale nie aż tak często, jak często twórcy ekranizacji każą nam się przyglądać przez lupę łóżkowym zabawom bohaterów. Podobał mi się za to Sam Riley w roli alter ego Kerouaca, Sala Paradise'a (doskonale wpisuje się w role takich niespokojnych, twórczo szalonych osobowości – uwielbiam go też jako Iana Curtisa w Control!), a jedna z końcowych scen w wykonaniu jego i Garretta Hedlunda, kiedy to Sal i Dean spotykają się na ulicy i Sal uświadamia sobie, jak bardzo zagubił się dawny król życia i jak mocno się różnią, była dla mnie wręcz wstrząsająca. Ciekawa jestem Waszych opinii na temat tej ekranizacji (a jeśli ktoś pisał o niej ostatnio u siebie na blogu, to prawdopodobnie przegapiłam – z powodu nowych studiów mam straszne zaległości w blogowym świecie). 

Mocno mnie zastanowiło, czemu tak mało polskich kin wyświetla ten film. Kilka tygodni po premierze w moim rodzinnym Rzeszowie nie można go było zobaczyć nigdzie, w Krakowie zaś – jedynie w dwóch czy trzech kinach, i to w małych, kilkunastoosobowych salkach. Najwyraźniej W drodze zatopiła fala popularności innych filmów, przede wszystkim pewnie Jesteś Bogiem, który grano wszędzie dziesięć razy dziennie. Szkoda.

Sam Riley jako Sal Paradise (alias Jack Kerouac)
Źródło fotografii Gary'ego Snydera: http://www.english.illinois.edu/maps/poets/s_z/snyder/snyder.jpg

środa, 3 października 2012

Pomocna papierowa dłoń – „Posłaniec”, Markus Zusak

Z nazwiskiem Zusaka pierwszy raz zetknęłam się dobre kilka lat temu, czytając w gazecie recenzję właśnie Posłańca. Zapamiętałam sympatyczną twarz autora i królujące nad całym tekstem stwierdzenie: „Seks powinien być jak matematyka”, ale czemu? Tak prosty i intuicyjny jak banalne równanka trzaskane w szkolnej ławie czy, przeciwnie, tak trudny, dostępny tylko dla intelektualnej elity, zgodnie z inną jakże światłą myślą „Głupcom należałoby wymyślić trudniejszy sposób rozmnażania” (T. Gicgier)? Otóż nie, zupełnie nie w tym rzecz – jak matematyka, aby wolno było czuć się w nim kiepskim i przyznawać się do tego, z lekką wręcz nutą chełpliwości, jak to czyni dziś wielu z nas, licząc na połączenie się z bratnią duszą, która też przed laty bezowocnie ślęczała nad trygonometrią i pochodnymi.

Ta błyskotliwa myśl zaatakowała mnie znów i przypomniała o sobie niemal zaraz po otworzeniu książki. Dzieli się nią z czytelnikiem narrator i zarazem główny bohater Posłańca, dziewiętnastoletni Ed Kennedy, który, jak się można domyślić, w łóżkowych wygibasach nie czuje się zbyt pewnie, a prócz tego zawodzi niemal na każdym możliwym polu. Sam siebie opisuje jako typowego przeciętniaka, szarego taksówkarza z małego miasteczka bez perspektyw. Dziewczyny nie ma, na studia nie poszedł, a jego najlepszym przyjacielem jest stare, śmierdzące psisko zwane Odźwiernym.

Nagłą rewolucję w życiu bohatera zapoczątkowuje otrzymanie anonimowego listu w postaci karty do gry z nagryzmolonymi kilkoma hasłami. Pojmując, że to łamigłówka, Ed zaczyna ją rozgryzać i tak, nakierowany niewidzialną ręką nieznajomego, staje się posłańcem – darczyńcą dobrej nowiny, tym, który spełnia marzenia i tym, który stymuluje do przemyślenia, co w ich życiu najważniejsze. 

Pomaga w ten sposób nie tylko innym, ale i sobie. W końcówce powieści pojawia się jeszcze jeden zaskakujący dłużnik Eda – sam autor, Markus Zusak we własnej osobie. Chcecie wiedzieć, jak opisuje samego siebie?
Ma raczej krótkie brązowe włosy, jest nieco mniej niż średniego wzrostu, nosi koszulę, czarne dżinsy i niebieskie adidasy. Z każdą minutą coraz bardziej wygląda na chłopca, choć jego głos jest głosem mężczyzny.
Muszę powiedzieć, że prócz formułowania efektownych myśli Zusak ma niewątpliwy dar przykuwania uwagi czytelnika. Jego książki czyta się świetnie. Są lekkie, ale i przemyślane – podobnie jak Złodziejka książek, Posłaniec ma określony układ rozdziałów, wzorowany na talii kart – i nawet w momencie, gdy wydaje się, że już nic godnego uwagi nie może się zdarzyć, potrafią zaskoczyć.

Niestety jednak biorąc pod uwagę samo pióro Posłaniec wypada moim zdaniem w porównaniu ze Złodziejką raczej blado (co jest właściwie dość logiczne, jako że został napisany kilka lat wcześniej). Drażniły mnie zbyt częste zawieszenia, natchnione krótkie zdania, trochę nadęte, umoralniające i trącące banałem wstawki. Zdaje się, że w ten nachalny sposób Zusak podkreślał, jak ważne jest to, o czym pisze, a z tego każdy czytelnik zdałby sobie sprawę i bez natrętnego podtykania pod nos. Mam jednak wrażenie, że ta tendencja najwyraźniej zaznaczała się na samym początku, zaś z każdą kolejną stroną robiło się już skromniej i swobodniej, jak gdyby sam autor odnajdował stopniowo własny styl i zadomawiał się w swojej książce (aż do ostatecznego skrystalizowania się jego osoby na jej kartach :)). Końcówka była więc już wolna od niesmaku, jaki towarzyszył mi przy lekturze pierwszych rozdziałów.

Polecam, zwłaszcza tym, którzy sami czują się takimi szarymi pionkami w typie Eda Kennedy'ego (i przyklaskują jego smętnemu erotyczno-matematycznemu porównaniu). Choć wiadomo, że w życiu nigdy nic nie jest tak piękne jak w książce, myślę, że dzięki swemu walorowi terapeutycznemu Posłaniec może pomóc takim nieszczęśnikom uwierzyć w siebie i znaleźć swoje miejsce na świecie. A nawet jeśli nie – zawsze pozostaje zwyczajnie ciepłym i krzepiącym czytadłem.

***
M. Zusak, Posłaniec, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2009.

sobota, 29 września 2012

Zalewając piwem czarną dziurę życia – „Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala”, Paweł Huelle

Któż tak jak on potrafił, niczym sztukmistrz, podnieść zwykłą rzecz ze śmietnika naszej historii, naszej wspaniałej cywilizacji i niczym Bruno Schulz ze strzępu starej gazety uczynić z niej stronę Księgi, stronę płonącą własnym, a nie odbitym blaskiem?
Któż, no któż, jeśli nie czeski czempion krytych kortów, ten, którego zdanie króluje w nagłówku mojego bloga, ten, który zainspirował tytuł tegoż, i ten, którego obecność wyczuć da się niemal we wszystkim, co napiszę? Jak bardzo się co do tego z panem Huelle zgadzam!

Moment, w którym wzięłam tę książkę po raz pierwszy do rąk, był dla mnie momentem wielkiego odkrycia – pan Hrabal jest nie tylko mój, nie tylko ja go uwielbiam i nie tylko ja chciałabym pisać do niego, dla niego, tak jak on. Nie dość bowiem, że ma ona formę długiego listu do sławnego czeskiego pisarza, to jeszcze opowiedziana w niej historia jest analogiczna do tej opisanej przez Hrabala w doskonałym opowiadaniu Wieczorna lekcja jazdy. Tam mieliśmy podstarzałego pisarza, który w czasie lekcji jazdy, przemierzając na motorze ulice Pragi, opowiada instruktorowi o swoim zbzikowanym na punkcie motoryzacji ojcu. Tu też mamy pisarza, ale zamiast motoru jest mały Fiacik, zamiast Pragi – Gdańsk, a zamiast zbzikowanego ojca – zbzikowany dziadek. W roli instruktora obsadzona zostaje natomiast piękna panna Ciwle.

Narrator od pierwszych chwil wyczuwa w swej instruktorce bratnią duszę, przeczucie to zaś zmienia się w absolutną pewność, gdy na drugą z kolei lekcję obydwoje niezależnie od siebie przynoszą ten sam tom opowiadań... Czyich? Oczywiście Hrabala. Wkrótce rozmowy narratora i instruktorki zaczynają obejmować inne, dużo poważniejsze kwestie, a ich znajomość nabiera zażyłości. Od lekkich, nostalgicznych opowiastek z pierwszej połowy ubiegłego wieku, przypominających mi nieraz mocno wspomnienia babci Jacka Dehnela spisane w Lali (zilustrowanych pięknymi zdjęciami z rodzinnego archiwum autora) para przechodzi do kwestii światopoglądowych, przykrych polskich realiów i gorzkich doświadczeń. W końcu panna Ciwle z całą szczerością odsłania przed swym uczniem karty swojego życia, życia tułaczego, biednego i w upodleniu, pełnego poświęceń dla ciężko chorego brata. Zaczyna się więc hrabalowsko, figlarnie, kończy się już jednak smutno. Po polsku.

Ten ponury rys Huelle ciągnie konsekwentnie do samego końca, aż po wspomnienie pewnego brzydkiego lutowego dnia, gdy świat obiega wiadomość, że Bohumil Hrabal wypadł z okna praskiego szpitala. Ze wzruszeniem, które udziela się czytelnikowi, opisuje głęboki szok, w jaki nowina ta wprawiła jego i jego kompanów zgromadzonych w pubie „U Irlandczyka”, oraz poruszenie, jakie następuje zaraz potem. Wszyscy razem rzucają się do pisania listu do Komitetu Noblowskiego z prośbą – nie prośbą, a żądaniem! – pośmiertnego przyznania odznaczenia czeskiemu mistrzowi. Wszyscy mają przy tym również poczucie końca pewnej epoki.
Wszyscy zrozumieliśmy, że właśnie i dopiero teraz zamknęła się epoka, wcale nie aksamitną rewolucją, upadkiem berlińskiego muru, zwycięstwem „Solidarności”, „Pustynną Burzą”, ostrzałem Sarajewa, ale tym pana lotem, tą kodą, tą puentą, tą niesłychaną pętlą, którą zatoczył pan całym swoim życiem, tymi książkami, które jak żadne inne pozwalały nam przetrwać najgorsze lata.
Czytałam, płacząc niemal, ze ściśniętym gardłem, razem z nimi przeżywając tamten dzień piętnaście lat temu, kiedy jeszcze najwspanialszą literacką przygodę swojego życia miałam przed sobą, nie mając pojęcia o istnieniu kogoś takiego jak Bohumil Hrabal. Co robiłam, nieświadoma? Może usłyszałam w radiu lub telewizji, że zginął jakiś czeski pisarz, ale puściłam mimo uszu, bo co to, kto to, mnie to przecież nie dotyczy. 

Na moment tylko zakotłowało się we mnie. Pan Huelle zasugerował bowiem, że ten słynny zachwyt, jakim Hrabal darzył świat, ta „nieustanna pochwała dni słonecznych” to tylko pozory, to mądrość człowieka, który jest o krok przed nihilizującymi filozofami i zdaje sobie sprawę, że wszystko to nic nie jest warte, ale mimo to trzeba sobie jakoś radzić. To jego prezent dla udręczonych maluczkich, ręka podana ponad przepaścią życia. Że tak naprawdę była tylko gorzka melancholia, czarna dziura którą trzeba zasypać słowami i zalać piwem, bo cóż innego nam pozostaje?

Czy wszystko trzeba skazić naszym polskim pesymizmem? – pomyślałam ze złością i byłam gotowa przekreślić wszystkie dobre emocje, które poza tym przyniosła mi ta lektura, i rzucić ją w kąt jako kolejną próbę odebrania mi mojego pana Hrabala, mojego mistrza Hrabala, mojego dziadziusia Hrabala. Ale trzeba było mi przebrnąć przez to zakończenie raz jeszcze, po kilkunastu dniach, spojrzeć na nie z dystansem, i może też w bardziej odpowiednim nastroju, żeby zrozumieć, że jest w nim dużo racji. Małymi kroczkami, ucząc się życia i cierpiąc pod ostrzałem spojrzeń zbliżam się do prawdy. Może już niedługo przekonam samą siebie do tego, co tak histerycznie do tej pory odrzucałam. Że pan Hrabal nie wypadł z okna karmiąc gołębie, ale że świadomie sam z niego wyskoczył.

***
P. Huelle, Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala, wyd. Znak, Kraków 2003.

sobota, 22 września 2012

Baśniowa słodycz pomarańczy vs. gorycz umierania – „Dziewczyna z pomarańczami”, Jostein Gaarder

Woman with Oranges
Dziewczyna z Pomarańczami to historia w historii. Opowiada bowiem o piętnastoletnim Georgu, który jako małe dziecko stracił ojca, po latach jednak otrzymuje napisany do niego przez zmarłego rodziciela list. Wraz z Georgiem poznajemy treść tej długiej epistoły, której centralnym wątkiem jest opowieść o tytułowej Dziewczynie z Pomarańczami.

Pod względem fabuły to nic specjalnego, a książka napisana jest językiem prostym i intuicyjnym, bez ozdobników stylistycznych i narracyjnych sztuczek, jak na powieść dla młodzieży przystało. Myślę, że młodzież, z właściwą okresowi dojrzewania egzaltacją, nie będzie miała również nic przeciwko odrobinę zbyt patetycznym i moralizatorskim kawałkom. Ale to wszystko szczegóły, z którymi chciałam się rozprawić przed właściwą częścią mojego tekstu, zanim napiszę o tym, co moim zdaniem tę książkę wyróżnia.

Przede wszystkim – Jan Olav, ojciec Georga. Główny bohater, który we właściwej akcji książki w ogóle się nie pojawia, ale za pośrednictwem jego długiego listu poznajemy go lepiej niż którąkolwiek inną postać. I zarazem wszystkie inne postaci wypadają przy nim bardzo blado i jednowymiarowo.

Niemal od pierwszych słów jego listu zauważa się, że spogląda on na świat w niesamowity sposób. Wszystko zdaje się być dla niego baśnią, do każdego, choćby najbardziej błahego wydarzenia w swoim życiu dopisuje niesamowitą historię, i nie inaczej jest z pierwszymi spotkaniami z Dziewczyną z Pomarańczami. Spotyka w tramwaju panienkę z torbą pełną pomarańczy, niezgrabnie ratując ją przed upadkiem rozrywa torbę i doprowadza do rozsypania się owoców, a dziewczyna ucieka, biorąc ze sobą tylko jeden z nich. Ot, mało znaczący epizod, ale Jan Olav natychmiast buduje wokół niego jakąś mitologię, z mozolnie kolekcjonowanych strzępków wiedzy o tajemniczej nieznajomej tworzy bajkę o przysłanej z innego świata wróżce, bogini, nimfie. Pisze w głowie setki scenariuszy na raz. Na żyznej glebie jego wyobraźni, z nasion kilku przypadkowych spotkań, wyrastają tysiące barwnych wariantów.

Jest to o tyle ciekawe, że Jan Olav to równocześnie człowiek nauki, z wykształcenia lekarz, z zamiłowania astronom, w przerwach swej opowieści pytający ciekawie, choć już tylko retorycznie, o losy teleskopu Hubble'a. Krytykuje jednak ostro czysto naukowe podejście do świata i zabrania takiego również swemu synowi, każe mu spojrzeć na wszystko jak na mały cud, stawiając maestrię z jaką powołane zostało do życia małe ciałko trzmiela ponad porażającym ogromem galaktyk. Jak u zarania dziejów, gdy jeszcze Ziemia znajdowała się w centrum wszechświata, gdy ludzkie ciało nie było zlepkiem organów lecz zachwycającym i tajemniczym mechanizmem, gdy jeszcze nikt nie słyszał o ewolucji ani o prawach Mendla. Gdy wszystko było naprawdę baśnią. „Popatrz na świat, Georg, przyjrzyj mu się, nim wykujesz za dużo fizyki i chemii” – poucza syna.

Nie twierdzi jednak również, że droga nauki jest pozbawiona celu i znaczenia. Nie mógłby, sam zajmując się nią z zawodu i zamiłowania. Jest pełen pokory, zastanawia się, czy będzie możliwe kiedyś dotarcie drogą rozumowego poznania do korzeni baśni, czy gdy obejmiemy wreszcie spojrzeniem krańce wszechświata, znajdziemy tam odpowiedzi na dręczące nas pytania, czy ścieżka rozumu i ścieżka czucia kiedyś się ostatecznie połączą.

Niesamowicie smutne jest to, że mimo całego swego zachwytu dla świata, w obliczu choroby i nieuchronnie zbliżającego się końca tak bardzo zgorzkniał i stracił poczucie sensu wszystkiego. Ale tu właśnie do akcji wkracza syn. Jeśli zadecyduje, że jest szczęśliwy ze swego powołania do życia, wszystko odzyska swoje znaczenie, a smutny finał historii o Dziewczynie z Pomarańczami straci swą goryczkę.

I w oderwaniu od przesłania jest to przyjemna opowieść. W prosty i szczery sposób opowiada o młodości i zakochaniu, nie milcząc przy tym pruderyjnie na temat seksu, ale traktując go jak barwny dodatek do wzajemnej duchowej fascynacji, czyli tak jak uczący się dopiero zmysłowości człowiek (choć czuję, że to dość naiwne z mojej strony nazywać takowym w naszych brutalnych realiach dziewiętnastolatka) traktować go powinien. Tak więc – i bez przesłania byłaby to ładna książka. Ale przesłanie daje jej dodatkowy wymiar zmuszający nas do zastanowienia się nad tym kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. I gdybym miała nastoletniego syna lub córkę, myślę że podsunęłabym mu tę powieść.

***
J. Gaarder, Dziewczyna z pomarańczami, wyd. Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2007.