czwartek, 24 grudnia 2015

Święta à la Bukowski


W tym roku trochę inaczej :)
W Boże Narodzenie była u mnie Betty. Upiekła indyka i piliśmy razem. Betty zawsze lubiła wielkie choinki. Moja miała pewnie ponad dwa metry wysokości i z metr średnicy, była obwieszona światełkami, żarówkami, lametą i rozmaitym badziewiem. Piliśmy z dwóch butelek whiskey, kochaliśmy się, zjedliśmy indyka i znowu piliśmy. Gwóźdź w stojaku poluzował się, a sam stojak był zbyt mały, by utrzymać choinkę w pionie. Stale ją prostowałem. Betty wyciągnęła się na łóżku, spita do nieprzytomności. Ja, w szortach, popijałem na podłodze, a potem ułożyłem się obok łóżka. Zamknąłem oczy. Nagle coś mnie zbudziło. Otworzyłem oczy w samą porę, by spostrzec, że wielkie drzewko, obwieszone gorącymi lampkami, powoli przechyla się w moją stronę, a szpiczasta gwiazda opada niczym sztylet. Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. Miałem wrażenie, że nastąpił koniec świata. Nie mogłem się ruszyć. Drzewko obejmowało mnie swoimi ramionami, a ja leżałem pod nim. Żarówki były rozgrzane do czerwoności. 
- Och, OCH, JEZU CHRYSTE, LITOŚCI! BOŻE, POMÓŻ MI! JEZU! JEZU! POMOCY! 
Żarówki parzyły mnie. Potoczyłem się w lewo, nie zdołałem się wydostać, więc potoczyłem się w prawo. 
- AUA! 
Wreszcie uwolniłem się spod choinki. Betty stała nade mną.
Charles Bukowski, Listonosz

***
Życzę Wam, by nie atakowały Was Wasze choinki. By niezależnie od tego, czy spędzicie Boże Narodzenie tak jak Hank, czy w bardziej tradycyjny sposób, było pięknie. Życzę Wam książek, uśmiechu i czekolady. Wesołych Świąt!

Fot. Gustavo Bueso Padgett / freeimages.com

piątek, 18 grudnia 2015

Cierpienia muzy po przejściach – „Narzeczona Schulza”, Agata Tuszyńska

Narzeczona, Muza, dziewczyna ze zdjęcia. Zagadkowe spojrzenie, tajemniczy uśmiech i inicjał J. który pozostał po niej w opracowaniach. Na jej życzenie, jakby do końca pragnęła pozostać w cieniu, zniknąć. Juna, którą Agata Tuszyńska wyciągnęła z cienia. Mityczna Juna, posągowa Juna, w którą Agata Tuszyńska tchnęła życie. Pięknie i z powodzeniem.

To on ją wybrał. Wyłuskał ją z tłumu na ulicy, poprosił – przez przyjaciela, bo twarzą w twarz się nie ośmielił – o możliwość namalowania jej portretu. Piękna, postawna, elegancka młoda kobieta, silna – tę siłę, której jemu tak bardzo brakowało, musiał w niej wyczuć.

A ona, według wizji Tuszyńskiej, od razu dostrzegła w nim geniusza. Taki śmiały w sztuce, tak nieśmiały w życiu. „Bezbronny jak skrzypce bez futerału” (s. 41), „jak ze szkła. W każdej chwili narażony na stłuczenie” (s. 104). Chciała go chronić, chciała, jak w wizji Rilkego, stać na straży jego twórczej samotności. Nie wiedziała jednak, na co się porywa – i przez kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt następnych lat, nawet kiedy jego już dawno nie ma, miota się między miłosnym oddaniem a nienawiścią.

Zwyczajnie po kobiecemu nie potrafi zrozumieć i usprawiedliwić jego seksualnych obsesji. Głowę rozgorączkowaną wizjami jego rozpustnych wizyt w burdelu chłodzi myślami o jego artystycznym geniuszu, o jego wielkości. Próbuje zrozumieć, czyta książki o masochizmie, szuka genezy jego choroby, dopasowuje zasłyszane opowieści – kolejne fragmenty układanki. Ale to na nic – to zbyt trudne dla tej, która kocha i najzwyczajniej w świecie chce mieć go na wyłączność. Sztukę, tę Sztukę, z którą wiecznie ją zdradzał, tę by mu wybaczyła, ale tamtego – nie potrafiła.

Jeden z rysunków Schulza z roku 1934.
Nie widzę w stworzonej przez Tuszyńską postaci nadmiernej egzaltacji, nie dostrzegam w tej wizji kiczu jak niektórzy krytycy. Widzę szczerość i prostotę uczuć młodej dziewczyny, jaką Szelińska w momencie związania się z Schulzem była. Nawet mimo całej swojej pomnikowości i powagi musiała przecież przeżywać ekscytację nową znajomością i nowym uczuciem, musiała wstydzić się, szaleć z zazdrości, przeżywać chwile dziecinnej wściekłości, doświadczać emocjonalnej huśtawki jak każda zakochana kobieta. Marzyć o małżeństwie i normalnym domu. Pensjonarka? Może i tak. Ale przecież każda kobieta w głębi duszy jest trochę pensjonarką.

Równie dobrze autorka oddała uczucia starzejącej się, samotnej kobiety, więdnącej muzy, „muzy po przejściach”. Straciwszy wszystko wskutek wojny – rodziców, dom i (o czym dowiedziała się dopiero kilka lat później) Bruna – Juna na krótki czas przeniosła się do Warszawy, a następnie do kuzynki do Gdańska. Została dyrektorką uniwersyteckiej biblioteki. „Zawsze była zapięta na ostatni guzik, także psychicznie. Oszczędna w słowach, zdystansowana” (s. 270). Zamknęła się na świat i na ludzi, zapracowała sobie na opinię surowej i niedostępnej.

A w głębi duszy wspominała i przeżywała, wypominała sobie, że nie zrobiła więcej, by go uratować. Tylko wzmianki o nim były jeszcze w stanie ją ożywić, tylko misją przypomnienia o nim światu jeszcze żyła. Trudna to była misja w ustroju, który uznawał tylko sztukę utylitarną, ale znalazła sprzymierzeńca – Jerzego Ficowskiego, poetę, który w następnych latach stał się jednym z największych znawców życiorysu i twórczości Schulza. Także dzięki jej świadectwom.

Za tę pomoc zapłaciła swoją cenę – otrzymała dostęp do korespondencji dawnego narzeczonego, która nie tylko potwierdziła akty jego niewierności, ale i ujawniła, że zasadność ich planowanego małżeństwa była sprawą szeroko dyskutowaną w gronie jego przyjaciół. Z listów od jego przyjaciółek dowiedziała się, że „drobnomieszczański” związek z nią byłby zagrożeniem dla jego sztuki, że byłaby mu ciężarem, on sam zaś pisał, że „ucieczka w małżeństwo” była dla niego jednym ze sposobów obrony przed samotnością. I bolało – choć minęło tyle lat i nie miało to już znaczenia. Czytała o jego przelotnym związku z Nałkowską, o jego rozmyślaniach, czy nie „oddać się rozpuście”, i płakała nad tymi starymi listami, stara, samotna kobieta, niepotrzebna muza.

Lektura Narzeczonej Schulza to prawdziwa przyjemność. Jest tylko jedno niebezpieczeństwo – w stworzony przez Tuszyńską świat Juny wchodzi się tak głęboko, że traci się poczucie rzeczywistości, a granica między faktami a dopowiedzeniami zaciera się. I oto niepostrzeżenie możemy przyjąć jako pewnik coś, co wcale pewnikiem nie jest, a z kolei prawda wyda nam się zbyt niesamowita, by w nią uwierzyć. Tylko czy to wada czy zaleta?

***
A. Tuszyńska, Narzeczona Schulza. Apokryf, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Za książkę o tajemniczej muzie pisarza, który jest jednym z moim Mistrzów dziękuję pani Annie Zemanek i Wydawnictwu Literackiemu.

Fotografie:
[1] Zdjęcie własne / Tuszyńska A., Narzeczona Schulza, Kraków 2015.
[2] Mo Morgan1 / Foter.com / CC BY-NC
[3] Wydawnictwo Literackie

wtorek, 15 grudnia 2015

Wyniki konkursu urodzinowego

Na początek chciałam wszystkim bardzo podziękować za udział w losowaniu. Przy okazji zgłoszeń otrzymałam od Was mailowo ogrom miłych słów, których zupełnie się nie spodziewałam, dziękuję!

Drugim powodem do uśmiechu był fakt, że największym wzięciem wśród zaproponowanych przeze mnie nagród cieszył się… Hrabal! Chyba naprawdę zrobiłam Żałobie dobrą reklamę, bo ponad połowa z Was wybrała właśnie tę książkę. Radość!

Do rzeczy, bo i tak większość z Was prawdopodobnie od razu przeleciała wzrokiem moje dyrdymałki i przeszła do wyników :). Ślepy los tudzież widoczna na zdjęciu ręka przeznaczenia (nie moja, nie chciałam brać na siebie tej odpowiedzialności!) zadecydował, że nagrody otrzymują:

Najpiękniejsza dziewczyna w mieście, Charles Bukowski – Joanna Kupka
Anna In w grobowcach świata, Olga Tokarczuk – Marek Błaszkiewicz 
Taka piękna żałoba, Bohumil Hrabal – Sylwana Matuszewska 
Siedem dobrych lat, Etgar Keret – Lolanta czyta 
Czas Czerwonych Gór, Petra Hůlová – Ania P
Fanny Hill, John Cleland – Tirindeth M
Wspomnienia bitniczki, Diane di Prima – Mateusz Cioch 
Bajka o Raszku, Ota Pavel – Agnieszka Wisniewska

Gratuluję! Skontaktuję się z Wami mailowo w sprawie adresów do wysyłki. Książki postaram się wysłać do końca tego tygodnia, przy odrobinie szczęścia dotrą jako (przed)świąteczny prezent :).

sobota, 12 grudnia 2015

Lament Sinobrodego – „Ekożona”, Michal Viewegh

Jest sporo rzeczy, które mnie drażnią w pisarstwie Michala Viewegha. Ale jedna przemawia zdecydowanie za tym, żeby go czytać – dystans do samego siebie. W Ekożonie po raz kolejny pokazał, że potrafi otwarcie z siebie kpić.

To nie tajemnica, że niemal każdy z głównych męskich bohaterów książek Viewegha ma w sobie coś z niego samego. Swoje własne doświadczenia pisarz przetwarza na literaturę z pomysłem i humorem, zawsze nasuwając pytanie: gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna fikcja? Podobieństwa i analogie zachęcają do śmiałych hipotez, ale sam autor nie potwierdza ani nie zaprzecza, wymyka się, krzyczy „Hola, nie tak szybko!”, śmieje się czytelnikowi w twarz. Mówi, jak w końcówce Wychowania dziewcząt w Czechach: „Nie możesz tej literatury traktować tak serio”. Śmiało wykorzystuje przy tym zainteresowanie swoją osobą – bo przecież, o czym pisał z takim zachwytem Mariusz Szczygieł w Lásce nebeskiej, w Czechach Viewegh nie jest zwykłym pisarzem. Jest celebrytą, stałym rezydentem plotkarskich gazet i portali, a każda informacja o jego życiu prywatnym jest na wagę złota.

Nie inaczej jest w przypadku Ekożony. Mojmir, główny bohater książki, to najpoczytniejszy czeski pisarz – jak Viewegh, ma piękną młodą żonę – jak Viewegh, i jest ojcem jej dwóch uroczych córeczek – jak Viewegh (nawet imiona córek się zgadzają). Osią powieści są jego problemy małżeńskie – w kilka lat po ślubie z potulnego Kopciuszka jego ukochana Hedvika przeistacza się w feministyczną aktywistkę, założycielkę Centrum Matki oraz entuzjastkę zdrowego żywienia, jogi i feng shui, zaniedbując zupełnie potrzeby męża. Z plotek i wywiadów wiemy, że również Viewegh cierpiał z powodu podobnej sytuacji.

W tym samym wywiadzie Viewegh zaprzecza jednak, jakoby Ekożona była opowieścią o jego małżeństwie. Elementem, który odróżnia sytuację powieściowej pary od autora i jego żony jest przede wszystkim postać douli – duchowej opiekunki Hedviki, która wprowadza się do domu Mojmira i jego spodziewającej się dziecka małżonki, by pozostać tam przez następne siedem lat. To czysta fikcja, w co nietrudno uwierzyć – wszak chyba nawet święty nie wytrzymałby aż siedmiu lat pod jednym dachem z obcą kobietą, której nie znosi i która nie znosi jego, a do tego jest prawdopodobnie lesbijką i żywi do jego żony coś więcej niż czysto matczyne uczucia. Doula wprowadzona zostaje do powieści przede wszystkim w jednym celu – by ukazać Mojmira w komicznym, karykaturalnym świetle, jako tępego troglodytę, szowinistę, tyrana, Sinobrodego tłumiącego wszystkie naturalne odruchy i potrzeby ambitnej Hedviki. Równocześnie swoim sposobem opowiadania i widzenia świata narratorka ośmiesza samą siebie, efekt humorystyczny zostaje więc podwojony.

Ostrzem ironii Viewegh dźga tu praktycznie każdego – zarówno żałośnie żebrzącego uwagi męża, spragnionego ekskluzywnych kolacji na plaży u boku wystrojonej, wypachnionej i wpatrzonej w niego jak w obrazek żony (czyli swoje wykrzywione alter ego), jak i sabotującą każdy jego ruch doulę z głową pełną natchnionych bredni o wilczych kobiecych instynktach oraz głupiutką Hedvikę i całe stadko jej wojujących przyjaciółek, które w feministycznym amoku upierają się nawet, by sikać na stojąco. Nawiasem mówiąc, podobno Veronika Vieweghová czytając tę książkę śmiała się, co też jest oznaką sporego dystansu do własnej osoby – niejedna przewrażliwiona żona po czymś takim natychmiast wniosłaby pozew o rozwód, nawet mimo słodkiej dedykacji i nawet biorąc pod uwagę, że tylko częściowo stanowiła inspirację dla powieściowej Hedviki, osóbki tak mdłej, naiwnej i łatwej do zmanipulowania jak to tylko możliwe.

Czuję zresztą, że przez tę wszechobecną ironię lektura Ekożony nie tylko dla żony Viewegha może być rodzajem próby. Z pewnością znajdzie się wiele osób (i w większości przypadków będą to kobiety), które kpiny autora wezmą do siebie i zareagują oburzeniem. Bo można tę powieść postrzegać jako zwykłą, humorystyczną opowiastkę, spojrzenie z przymrużeniem oka na dzisiejsze relacje damsko-męskie, a można również dostrzec w niej zjadliwą satyrę na współczesną kobiecą emancypację, fascynację ekologią, Dalekim Wschodem, życiem w zgodzie z naturą i wszystkim co alternatywne.

Sięgając głębiej trafiamy również na wspomnianą kwestię autobiografizmu. Czy pod tą grubą warstwą humoru rzeczywiście kryje się niechęć i tłumiona złość odtrąconego męża, spragnionego niewolnicy czekającej cierpliwie z półmiskiem ciepłych kotletów? Czy z Michalem Vieweghiem było podobnie jak z Mojmirem, który pewnego dnia w akcie bezsilności pomyślał „Muszę coś z tym zrobić”, a następnie „Już wiem. Napiszę o tym książkę”? Sama Veronika przyznaje, że Ekożona była dla jej męża sposobem na odreagowanie i wyrzucenie z siebie żalów i pretensji... „Pozornie humorystyczna powieść”, czyż tak?

Te dociekania dodają na pewno lekturze smaku, ale są bezowocne, bo pomijając te drobne wyłomy autor jak zwykle świetnie się maskuje. Skupmy się więc przede wszystkim na humorze – bo niezależnie od tego, czy jest jakieś drugie dno, Ekożona jest bezdyskusyjnie zabawna. Sposób, w jaki Viewegh ustami Mojmira komentuje otaczającą go rzeczywistość, jego cięty dowcip, bezlitosny sarkazm i błyskotliwa metaforyka sprawiają, że ta lektura to świetna rozrywka. Proponuję przenieść się do świata spersonifikowanych pomidorów, tańców brzucha w wykonaniu ciężarnych alias „ruchów wielorybów ugrzęzłych na mieliźnie” oraz zjadanej bez zastanowienia „czekolady energii twórczej” – i po prostu dobrze się bawić.

***
A na koniec – polski smaczek. Wraz z całą resztą kobiecego świata przeciwko biednemu Mojmirowi spiskuje sama Olga Tokarczuk:
Bierze z szafki nocnej jej MaMy Kalendarz i otwiera go za pomocą szkarłatnej zakładki. Pierwsze co widzi, to motto tygodnia autorstwa Olgi Tokarczuk: „zdałam sobie sprawę, że zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to, co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana niż stałość; że znieruchomiałe musi ulec rozpadowi, degeneracji i obrócić się w perzynę, ruchome zaś – będzie trwało nawet wiecznie”.
Apostoł rozumu Mojmir, który dwa lata temu w Bolonii postawił swojej polskiej koleżance dwie absurdalnie drogie szesnastoletnie whisky, irracjonalnie odbiera to jako ordynarną niewdzięczność. Bezsilnie przegląda kalendarz. Ma wrażenie, że spiskują przeciwko niemu wszystkie kobiety świata (s. 142-143).
Biedak :)

***
M. Viewegh, Ekożona, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

Za to, że odważył się zaryzykować i mimo mojego chłodnego stosunku do Michala Viewegha postanowił wysłać mi egzemplarz recenzencki Ekożony – dziękuję panu Mirkowi z wydawnictwa Stara Szkoła :) Książkę można kupić m.in. na stronie wydawnictwa. Dostępny w sprzedaży przed Świętami jest również pakiecik Ekożona + Ostatnia arystokratka z autografami autorów – polecam!

Tych, którzy rozumieją trochę czeski, odsyłam jeszcze raz do wspomnianego fragmentu wywiadu z autorem Ekożony i jego małżonką. Zobaczcie też, jak w Show Jana Krause Veronika Vieweghová opowiada o pracy douli, Centrum Matki, wychowywaniu dzieci w domu i życiu ze sławnym pisarzem :)

Fotografie:
[1] Jonas Tana / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] Okładka czeskiego wydania Ekożony, wyd. Druhé město / www.biomanzelka.cz
[3] Okładka polskiego wydania, wyd. Stara Szkoła

czwartek, 10 grudnia 2015

Piąte urodziny!

W grudniu 2010 wszystko się zaczęło. Zapatrzyłam się na dziewczyny z „Archipelagu”, pomyślałam „fajne to jest” i założyłam bloga. I kręci się od tej pory i kręci, i piszą mi się te Literackie skarby, i mija właśnie pięć lat… Zapraszam więc dziś na wirtualny tort i odrobinę wspominek!

Pierwszy post był o opowiadaniach czeskich pisarzy i przepowiedziałam sobie nim swoją przyszłość – dwa lata później wylądowałam na bohemistyce. Skończyłam ją (licencjat) pół roku temu, przeczytałam masę czeskich książek, na które inaczej pewnie nie zwróciłabym uwagi, spełniłam moje wielkie marzenie – czytam po czesku.

W międzyczasie blog miał swoje wzloty i upadki, bywało, że brakowało mi czasu, ale przez te pięć lat nie było takiego miesiąca, w którym nie opublikowałabym tutaj nic. I jeśli tylko zdrowie pozwoli, nie będzie takiego miesiąca. Bo to dla mnie coś więcej niż hobby, i choćbym miała sobie kompletnie zreorganizować życie, zrobię tak, żeby dla tego miejsca zawsze znaleźć czas.

***
Rocznica to zawsze dobry czas na podsumowanie, a więc – w ciągu tych pięciu lat Literackich skarbów:
   napisałam 271 postów, w tym 223 recenzje,
   zostawiliście u mnie 2597 komentarzy,
   odwiedziliście mnie ponad 250 000 razy,
   a ja 127127434 razy pomyślałam, że blogowanie jest wspaniałe i nigdy mi się nie znudzi!

***
Oczywiście blog dostarcza radości na różne sposoby. Jednym z nich są teksty z wyszukiwarek. Niestety notorycznie gubię pliki, w których nie bieżąco spisuję te perełki, ale tym razem jeden się uchował i oto co m.in. w nim znalazłam:

miłosne wiersze od piotrka dla marty – znalazł? 
czeskie laski na calego – aż strach się bać... 
w jezycjadzie wszyscy maja dzieci – nie no, chyba kilku bezdzietnych by się znalazło :) 
daniel dehnal lala – przynajmniej tytuł się zgadza :)
sennik wyciągac wnetrzności z pyska ryby – brrr!
mysle ze mirek ja posuwal zastanawiam sie czy powiedziec zonie blog – no to rzeczywiście dylemat... 
jak być oślepiająco piekna w jeden dzien – żebym to ja wiedziała :)

***
Ponieważ w ciągu tych pięciu lat otrzymałam od Was całe mnóstwo ciepłych słów, które zmotywowały mnie do tworzenia bloga, chciałabym się odwdzięczyć. Wyjątkowo więc w tym roku przygotowałam urodzinowy KONKURS.

Nagród (książkowych rzecz jasna) jest osiem i są różne. Niektóre z nich to książki bardzo dla mnie ważne, inne mniej, o niektórych pisałam na Literackich skarbach, inne czytałam jeszcze w czasach przedblogowych. Odsyłam do moich opinii, być może będą dla Was wskazówką, o którą z nagród warto powalczyć. A do wygrania:


Najpiękniejsza dziewczyna w mieście, Charles Bukowski 

Pierwsza książka Buka, która mnie naprawdę zachwyciła. Bolesna jak diabli, a zarazem genialna. Pisałam o niej tu.


Anna In w grobowcach świata, Olga Tokarczuk 

Pierwsza książka Tokarczuk, która mnie naprawdę zachwyciła. Trochę zbyt w cieniu innych, dlatego jest tu zamiast ulubionego Prawieku. Czytana jeszcze przed blogiem, więc recenzji nie ma, ale uwierzcie mi – warto! W dodatku przepiękne nowe wydanie.


Taka piękna żałoba, Bohumil Hrabal 

Tej nie muszę przedstawiać, bo pojawiała się u mnie już tysiąc razy. To moja książka życia. Od niej zaczęła się moja miłość do Hrabala, ona zaraziła mnie jego życiową filozofią, pod jej wpływem pojechałam do Nymburka. Najwięcej pisałam o niej tu.


Siedem dobrych lat, Etgar Keret 

Osobista, ciepła, mądra, absolutnie urocza książka. O siedmiu latach bycia ojcem, ale również mężem, synem, bratem. Dużo o życiu w Izraelu, i trochę o Polsce. Moja recenzja tutaj.


Czas Czerwonych Gór, Petra Hůlová 

To nie jest ciepła opowiastka na dobranoc, to proza dosadna, brutalna, lepka, i przy tym wszystkim wciągająca jak bagno. Hůlovą tylko małymi łyczkami. Więcej tutaj.


Fanny Hill, John Cleland 

Rozkoszna w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Pierwsza brytyjska powieść pornograficzna (XVIII wiek!). Szerzej rozwodziłam się nad nią tu.


Wspomnienia bitniczki, Diane di Prima 

Też o seksie, choć już nie tak ładnie. Warto jednak ze względu na klimat tamtej epoki – czasów rodzącej się Beat Generation. Mój słodko-gorzki tekst na jej temat znajdziecie tu.


Bajka o Raszku, Ota Pavel 

Czyli urocza bajka o najwybitniejszym czeskim skoczku narciarskim. Świeżutka recenzja tutaj.






A zasady są takie: piszcie mi na lit.skarby.swiata.calego@gmail.com, którą książkę chcecie. Jeśli chętnych będzie więcej niż jedna osoba, zrobię losowanie. Każdy uczestnik może wybrać maksymalnie trzy książki. Zgłoszenia przesyłać można do poniedziałku, 14 grudnia, do północy. Zwycięzców ogłoszę tutaj oraz powiadomię ich mailowo. Wysyłka nagród oczywiście na mój koszt, ale nie wysyłam książek za granicę.

[Aktualizacja: 15.12.2015]
Wyniki losowania znajdziecie tutaj.

***
Pięknego dnia!

Fotografia tortu: Pink Sherbet Photography / Wikimedia Commons
Fotografie nagród: własne :)

piątek, 4 grudnia 2015

Kopciuszek frunący jak albatros – „Bajka o Raszku”, Ota Pavel

Książki Oty Pavla to zastrzyk dobrej energii, pigułka szczęścia, płynne słońce, które przyjemnie grzeje od środka. Tak jest ze Śmiercią pięknych saren i tak jest z Bajką o Raszku – rozkosznej opowiastce z przesłaniem „Możesz wszystko, jeśli tylko naprawdę się postarasz”.

Jiří Raška był wybitnym czeskim skoczkiem narciarskim. Ota Pavel – wybitnym czeskim pisarzem. Ale również komentatorem sportowym, który w swoich reportażach chętnie pisał o wartościach moralnych, jakie niesie sport. Bajka o Raszku to jeszcze jeden taki reportaż, tym razem jednak w niecodziennej formie bajki – malowniczej opowiastki z morałem.

Bajkowy Raszek to syn szewca, człowieka honorowego i z wartościami, który popadł w ruinę, bo nie chciał robić butów dla niemieckich żołnierzy. Po jego przedwczesnej śmierci mały Jerzyk musi szybko dorosnąć, by zająć się matką i rodzeństwem. Wkrótce rozpoczyna pracę w fabryce, ale cały czas myśli tylko nartach – prostych, zrobionych z desek beczki na śledzie. Szusuje na nich pośród drzew i po raz pierwszy próbuje skakać. Chce latać niczym albatros i dąży do tego z dziką konsekwencją, nie zważając na to, że śmieją się z niego wrony. Przyjdzie czas, gdy nie będą się śmiać.

Raszek w tej powiastce to Kopciuszek, który wszystko osiąga własną ciężką pracą. Ma duchową przewodniczkę, serdeczną przyjaciółkę rodziny, Annę Praweczkową, która nie tylko zachęca go do rozwijania swojej pasji, ale i ostro karci, gdy chłopak zaczyna popadać w pychę. To z jej jesionu Raszek robi sobie narty, które wynoszą go na sam szczyt, to narzuconej przez nią dyscyplinie zawdzięcza swój sukces. I choć nie przychodzi mu to łatwo, choć jest zmęczony, w duchu wymyśla poczciwej patronce, ma ochotę dać sobie spokój i pójść na piwo, zaciska zęby i nadal trenuje.

Jiří Raška w roku 2008.
Z czasem staje się niepokonany, lecz daleko mu do mitycznego herosa – pozostaje człowiekiem, z wątpliwościami i obawami. Peszą go krzykliwi zawodnicy, czuje się niepewnie, stając wśród nich, pamięta jednak zawsze o zasadach fair play. Skromność, pokora i odwaga, których nauczyła go Anna Praweczkowa, pomagają mu udźwignąć presję i pofrunąć niczym ptak. Wrony już się nie śmieją.

Jak to w bajkach, nie brak tu elementów zupełnie fantastycznych – jak choćby konkurs skoków narciarskich na Sprawiedliwej Górze, w którym obok zawodowych skoczków udział biorą staruszki, kalecy i psy, a zwycięzców wybierają maszyny Oyko i Poyko. Szewc Raszka gada z chmurami i zatrzymuje trzęsące się z zimna uszy dzieci szewskimi szczypcami. Motywy te tworzą uroczy bajkowy klimat, potęgowany jeszcze przez dziecinny język Pavla: „ponieważ on osiągnie najwięcej, osiągnie tyle, co pan król albo Karel Gott”, „nie było wprost końca całusom i cmoknięciom podobnym do tych, które wydają karpie, zajadając w stawie pokruszoną bułkę”. W tej pozornie infantylnej narracji kryje się jednak wiele życiowej mądrości: „I tak się cisnęli, że ścisnęli Jonasza na fontannie, rzeźbę świętego Floriana, świętego Jana Nepomuckiego i panienki Marii. Z ludzi nie zginął nikt, ludzie wytrzymają więcej niż kamienne rzeźby” (s. 64).

Bajka o Raszku ma swoje tajemnice. Choć wydaje się bardzo prosta, Pavel nie wykłada kawy na ławę. Obok klasycznej historii Raszka zakończonej happy endem mamy również wspomnianą Annę Praweczkową, która w ostatnich scenach, odziana w falbaniastą sukienkę, pachnąca Chanel nr 5 i tańcząca przed lustrem do muzyki Sinatry śpiewającego I love Paris jawi nam się jako postać niezwykle smutna. Czy tak bardzo zachęca Raszka do realizowania jego marzeń, bo sama żyje własnym wielkim niespełnionym snem? Czemu żyje samotnie w swoim bajkowym domku, co ją spotkało w przeszłości? Z pewnością miałaby wiele do opowiedzenia, woli jednak zagadkowo milczeć.

Bajka o Raszku to propozycja zarówno dla dzieci, jak i dorosłych – podobnie jak Mały Książę Antoine'a de Saint-Exupéry'ego pod płaszczykiem prostej historii kryje głębsze myśli, ogromne pokłady życiowej mądrości i smutne tajemnice. Życie nie przypomina bajki, o czym Ota Pavel dobrze wiedział, ale mimo to konsekwentnie budował swoją zmitologizowaną wersję świata, w którym zawsze świeci słońce, a jeśli tylko odpowiednio mocno chcesz, możesz pofrunąć jak albatros. I chwała mu za to.
Schodził powoli w dolinę i rozmyślał o życiu, ale nie mógł nic wyrozmyślać, bo życiem trzeba żyć, a czasami nie powinno się o nim zbyt dużo rozmyślać, bo inaczej życie byłoby smutne (s. 68).
Ot co.

***
O. Pavel, Bajka o Raszku, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Pan Slawista – numer specjalny, Poznań 2009.


Fotografie:
[1] Zdjęcie własne
[2] Stenyk / Wikimedia Commons
[3] Grzegorz Jagosz / LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 30 listopada 2015

Utopione w spermie carpe diem
– „Wspomnienia bitniczki”, Diane di Prima

Diane di Prima powiedziała o tej książce: „Wszystko jest prawdziwe, tylko seks wymyślony”. Parafrazując jej słowa napiszę: Wszystko jest tu ciekawe, tylko seks nudny jak flaki z olejem.

Może już o niej słyszeliście. Diane di Prima to ewenement – kobieta w sercu na wskroś męskiego świata bitników. Nie zdegradowana do służącej i niańki, nie cierpliwa kapłanka domowego ogniska, pomagająca odzyskać siły pomiędzy kolejnymi szalonymi eskapadami (jak przedstawiciele Beat Generation zwykli przedstawicielki płci pięknej postrzegać) lecz partnerka, towarzyszka, równoprawna wspólniczka.

We Wspomnieniach bitniczki opisuje swoje nastoletnie lata, kiedy to namiętnie czyta i podejmuje pierwsze próby pisarskie, a równocześnie żyje jak kloszardka, zarabia na chleb pozowaniem do rozbieranych zdjęć i – eufemizmy wydają się zbędne, gdy mowa o takiej książce – pierdoli się z kim popadnie. A ponieważ wydawcą Wspomnień… był Maurice Girodias, słynny miłośnik literackiej obsceny, a dzieło di Primy niemal z założenia miało być powieścią pornograficzną, seks staje się tematem numer jeden.

Autorka zadziwia tu przede wszystkim dwiema rzeczami – drobiazgowością i fantazją jeśli chodzi o wymyślanie różnych seksualnych pozycji. To drugie skutecznie stymulował Girodias – kolejne wersje powieści opatrywał komentarzem „Więcej seksu!”, a ponieważ biednemu dziewczęciu doświadczenia nie starczało, musiało zacząć zmyślać. „Więc wymyślałam różne konfiguracje ciał i dziwne ludzkie kombinacje, upychałam je we wspomnienia i odsyłałam z powrotem. Czasem wychodziłam z pokoju i wołałam kogoś, żeby wszystko sprawdzić: »Kładź się – mówiłam. – Chcę się przekonać, czy to jest możliwe«. Więc domownicy kładli się w ubraniach i sprawdzaliśmy wszystko z przyjazną obojętnością – czy dany wygibas w ogóle jest możliwy” – wspomina dziewczę w posłowiu powstałym dwadzieścia lat po wydaniu książki.

Na nic jednak mnożenie partnerów i seksualnych konfiguracji, na nic wszystkie orgie i szczegółowe opisy lizania, gryzienia i ssania, kiedy wciąż brakuje ognia! Prostota i dosadność opisu miały ponoć szokować, i kto wie, może w latach 60., gdy powieść ta po raz pierwszy ujrzała światło dzienne, rzeczywiście szokowały. Dla dzisiejszego czytelnika jednak sceny erotyczne w wydaniu di Primy są nudne, suche i przypominają smutny instruktaż dla onanistów. Sporadycznie autorka miesza do swoich łóżkowych rewelacji sferę sacrum, co jest po prostu śmieszne, a kiedy indziej przekracza tabu z takim impetem, że aż się robi niedobrze (przyznaję – może nawet z cieniem podziwu – że jeszcze żaden autor nie przyprawił mnie o mdłości w tak wielkim stopniu jak di Prima swoją sceną kazirodczą). Kreatywnością językową autorka również nie grzeszy – kurczowo trzyma się swoich ulubionych „cip” i „kutasów” – i tysiące razy miałam ochotę wysłać ją na lekcję erotycznego słowotwórstwa do głównej bohaterki Plastikowego M3.

Ale, ale! Odłóżmy na chwilę na bok seks; choć przypisuje się mu w tej powieści niezwykle istotną rolę, to co dla mnie najważniejsze leży mimo wszystko gdzieś poza nim. Historia dziewczyny, która żyje po swojemu, na nic nie narzeka, korzysta z okazji. Chwyta dzień. Cieszy się z nocy przespanej spokojnie w parku albo kawałka drewna na opał w chłodny jesienny wieczór. Czyta. Pod wpływem pierwszego wersu Skowytu rzuca w diabły gotujący się gulasz i pędzi nad rzekę, by schłodzić rozgorączkowaną głowę.
Czułam, że Allen jest tylko – nie mogło być inaczej – awangardą czegoś większego. Poprzedza tych wszystkich ludzi, którzy – jak ja – ukrywali się i przemykali, pisząc o swoim świecie dla małej grupy przyjaciół, którzy – nawet oni! – uważali, że nie da się tego wydać (…). Czułam, że ci ludzie wystąpią teraz naprzód i powiedzą, co mają do powiedzenia. Niewielu ich usłyszy, ale oni usłyszą siebie nawzajem. Niedługo poznam moich braci i siostry (s. 136).
To się udziela. Ta wolność, beztroska, braterstwo – koloryt tamtych czasów, odświeżający klimat epoki rodzącego się beatu. Ludzie, którzy przychodzą i odchodzą, czarny jazz w klubach, dyskusje do rana na abstrakcyjne tematy. Jakby jutra nie było, jakby nie trzeba było się martwić, co nazajutrz włożyć do garnka, jakby świat miał się skończyć tej nocy. Nie potrafiłabym tak żyć, ale ta barwna wizja zawsze mnie w pewien sposób pociągała.
Przychodziły do nas także lesby, które były hydraulikami albo drukarzami; młodzi jazzmani; smutny czeski sztauer oraz przeróżni miłośnicy Pounda, których poznawałyśmy w księgarniach. Jedliśmy, rozmawialiśmy i planowaliśmy niestworzone rzeczy, jak na przykład połączenie wszystkich sztuk manifestem napisanym po chińsku. Każdy lekko się nawalał, po czym szliśmy do Central Parku albo na nabrzeże, popatrzeć na rzekę (s. 118).
U di Primy bitnicy nie są buntownikami, kontestatorami. To po prostu młodzi ludzie, którzy chcą żyć po swojemu, mają swój zaklęty krąg bratnich dusz, szukają odrobiny ludzkiego ciepła. Tworzą, bawią się, żyją z dnia na dzień, nie myślą o śmierci.
Żartowaliśmy, paplaliśmy jak najęci. W pewnym momencie zatrzymała nas trumna – prosta ponura trumna, oparta o ścianę czynszówki. To ona popędziła nas do domu, do ciepła i miłości. Jeśli w ogóle trzeba było nas popędzać (s. 20).
I da się to wszystko dostrzec pod warstwą wulgarnej golizny. Jest utopione w spermie, zagrzebane w brudnej pościeli, ale jest. To co kiedyś szokowało dziś już nie przekonuje, ale ta siła młodości, ogień, który trawił świętych szaleńców w prozie Kerouaca – wciąż budzi fascynację. Dlatego też tak silnie odczułam nostalgię zakończenia, tego symbolicznego pożegnania bohaterki z dotychczasowym życiem.
Moje życie nigdy nie było piękniejsze i łatwiejsze, pełniejsze dobrej miłości i prawdziwej wolności, niż tamtego dnia. Wiedziałam jednak, że żegnam się z takim życiem. Kiedy Ivan odszedł , leżałam długo sama, wpatrując się w schody przeciwpożarowe i gwiazdy za oknem (s. 144).
***
D. di Prima, Wspomnienia bitniczki, tłum. Jędrzej Polak, wyd. Officyna, Łódź 2013.

Za osobliwą podróż do czasów rodzącej się kontrkultury dziękuję wydawnictwu Officyna.

Fotografie:
[1] Zdjęcie z okładki amerykańskiego wydania książki, Memoirs of a beatnik, wyd. Penguin Books, 1998. Źródło: openlibrary.org
[2] Okładka książki ze strony wydawnictwa Officyna / www.officyna.com.pl

piątek, 27 listopada 2015

Mała Wielka Historia – „Niecierpliwość serca”, Stefan Zweig

Takie mamy teraz czasy, że opowiedzieć dobrą historię to już za mało. Trzeba udziwnić, zaskoczyć, wstrząsnąć, nafaszerować eksperymentami i fabularnymi niespodziankami, wciągnąć w pisarską grę. Kiedy więc sięgnie się po taką powieść jak Niecierpliwość serca, to jakby z hałaśliwej ulicy wejść nagle w jakąś zaciszną bramę, do przytulnego mieszkania, gdzie jedynym dźwiękiem jest tykanie starego zegara. Po prostu usiądź i słuchaj.

Bo Zweig potrafi opowiadać. Ależ potrafi! Niby nic, niby wchodzi sobie zwyczajnie pewien pisarz do pewnej wiedeńskiej restauracji, spotyka tam pewnego wojskowego, weterana I wojny światowej, nie mają jeszcze okazji się poznać… Ale już ruszyły tryby opowieści, już posępny oficer pobudził pisarską wyobraźnię, i ani się obejrzymy, a wciągnięci zostajemy w fabularny wir, i otwierają się kolejne szkatułki, jedna w drugiej, i niecierpliwymi palcami wybieramy z nich kolejną wtajemniczającą historię, rozplątujemy nić intrygi.

Choć od pisarza wszystko się zaczyna, nie pisarz jest głównym bohaterem powieści, lecz spotkany w restauracji oficer, Antoni Hofmiller. Opowiada on historię ze swojej młodości, kiedy to nieumiejętnie okazywanym współczuciem rozpalił uczucie pewnej bardzo bogatej, kalekiej półsieroty. Z czasem obydwoje grzęzną w sidłach chorego związku. Dziewczyna – rozpieszczona, chwiejna emocjonalnie, przyzwyczajona do otrzymywania zawsze tego, czego pragnie, czy jest to nowa książka, czy nowy narzeczony. Wojak – przejęty szczerą litością, lecz nie żywiący do kaleki żadnych miłosnych uczuć, prędzej skory zbałamucić jej ponętną kuzynkę.

To wyjątkowo dopracowana psychologicznie, kontrowersyjna historia. Taka, o której można dyskutować godzinami, kłócąc się, kto bardziej zawinił. Bo zawinili wszyscy, i nawet kryształowy doktor Condor, co to ożenił się z niewidomą kobietą, której nie potrafił wyleczyć, skalał swe ręce manipulatorstwem. Wypieranie się związku z chorą dziewczyną w obawie przed kpinami kolegów jest karygodne, ale narzucanie naiwnemu młodziakowi małżeństwa, które z czasem przerodziłoby się w wypełnioną zdradami i awanturami farsę – również.

Choć przez większość powieści akcja toczy się leniwie, zakończenia nie powstydziłby się najlepszy film akcji. Cóż za emocje! Szaleńcza ucieczka, pośpieszne telegramy, niespokojne sny, i początek wielkiej wojny – zabójstwo księcia Ferdynanda, właśnie teraz, jakby mało było osobistych tragedii. Wielka historia obok małej historii, która przecież dla każdego z uczestników wydarzeń znaczy teraz więcej niż wszystkie wojny świata. Koniec epoki, koniec niewinności.

Jeśli też jesteście czasem zmęczeni literackimi eksperymentami, jeśli szukacie po prostu Opowieści, takiej przez duże O, takiej wzruszającej, oczyszczającej, co to się w nią wchodzi, by zapomnieć o świecie – poczytajcie Zweiga. Niecierpliwość serca będzie w sam raz na długi zimowy wieczór.

***
S. Zweig, Niecierpliwość serca, tłum. Zofia Petersowa, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1998.

Za książkę dziękuję Marcinowi z Tylko burak nie czyta, który uznał, że czytam za mało literatury niemieckojęzycznej. I postanowił zmienić ten stan rzeczy, prezentując mi tę właśnie powieść. Chwała mu za to! 

Fotografia: Ilustracja Guillaume'a Sorela do publikacji Ostatnie dni Stefana Zweiga Laurenta Seksika. Źródło: bd75011 le blog de Manuel F. Picaud / Foter.com / CC BY-NC-SA

środa, 18 listopada 2015

Poezja, głód i krew – „Księga szeptów”, Varujan Vosganian


O wielu rzeczach nie wolno mi było mówić, ale przede wszystkim surowo zabroniono mi opowiadać w przedszkolu lub nieznajomym o tym, że u nas w domu rozmawia się czasem szeptem. „Co tam szepczesz?” – pytałem. „Czytam” – odpowiadał dziadek Garabet. „Jak to czytasz? A gdzie masz książkę?”. „Niepotrzebna mi. Znam ją na pamięć”. „Dobrze, a jak się nazywa ta książka? Kto ją napisał?”. „Być może ty, pewnego dnia”. I oto robię to teraz. I właśnie tak ją nazywam: Księga szeptów.
Jak zacząć? Jak ubrać w słowa taktownie, ale zdecydowanie? Jak wyłamać się z chóru zachwyconych głosów, zakwestionować prawo do piedestału, na który wszyscy wynoszą? Napiszę wprost, by już na wstępie zrzucić ten ciężar – Księga szeptów to nie jest moim zdaniem dobra książka.

Oczywiście, jej siłą jest sam temat Ormian. Zaniedbany, zepchnięty na margines, słabo zgłębiony. Wszyscy coś słyszeli, niektórzy jeszcze z licealnej lektury Przedwiośnia jak przez mgłę kojarzą wzmianki o jakiejś masakrze w Baku, ale tak naprawdę nie wiemy nic. Dobrze, że Varujan Vosganian – opierając się na zachowanych zapiskach swojego dziadka Garabeta i na strzępkach własnych dziecięcych wspomnień – postanowił napisać taką rzecz. Rzecz poświęconą swojemu narodowi, temu wszystkiemu, przez co naród ten musiał przejść i co odebrało mu głos. A ponieważ zrobił to z perspektywy niejako wewnętrznej, Ormianina, z jego słów płynie ta sama mądrość, spokój i pokora, jakie charakteryzują bohaterów jego opowieści. Tak, zdecydowanie dobrze, że ta książka powstała, i że jest dostępna również polskim czytelnikom.
Ofiary ludobójstwa Ormian w roku 1915. Zdjęcie zaczerpnięte z publikacji Ambassador Morgenthau's Story (1918) – jednej z pierwszych relacji na temat rzezi Ormian, spisanej przez Henry'ego Morgenthau, ambasadora Stanów Zjednoczonych w Konstantynopolu.
Poza tym nie brak w Księdze pięknych momentów. Autor potrafi pisać plastycznie i sugestywnie, zręcznie dobiera środki i osiąga zamierzony efekt. Fragmenty o magicznym świecie jego dzieciństwa czarują i wprawiają w marzycielski nastrój, opisy okrucieństw dokonywanych na Ormianach – wstrząsają. Rozdział o marszu śmierci czy opis rzezi niewiniątek w Deir-ez Zor, te wszystkie dzieci zjadane żywcem przez ptaki na pustyni, trupy z obgryzionymi przez zagłodzoną rodzinę policzkami i psy rozszarpujące brzuchy zmarłych to przykłady mistrzowskiego malowania obrazów słowem.

Ale kiedy indziej Księga szeptów jest przeraźliwie wręcz nudna. Męczyłam się, zasypiałam nad nią, załamywałam ręce. Brnęłam przez nią przez kilka długich tygodni. Zmuszałam się do niej. Nie ze względu na ciężar emocjonalny, ale zwyczajnie dlatego, że czytało mi się ją źle. Dzieło Vosganiana to taki twór z pogranicza różnych gatunków – reportażu, literatury wspomnieniowej, historycznej, powieści. Niestety, twór pokraczny, niekiedy przytłaczający, raptownie przechodzący od prozy poetyckiej do suchych faktów. Momentami miałam z tą lekturą problem podobny co z opisywaną niedawno autobiografią Márqueza – za dużo szczegółów.
Ormiańska matka przy zwłokach piątki swoich dzieci.
Jeśli chodzi o tłumaczenie, redakcję i korektę, na uwagę zasługuje na pewno świetne opracowanie merytoryczne i zamieszczony na końcu słowniczek pojęć. Widać, że tłumaczka włożyła wiele wysiłku w to, by jak najlepiej oddać realia opowiedzianego świata, i doceniam to. Ale od strony formalnej było kilka usterek – zabłąkane przecinki, powtórzenia, niekiedy jakieś niezgrabne sformułowanie lub zagmatwane zdanie, które wymagało dłuższej chwili zastanowienia („Najpierw więc handlował bronią z Rosją carską podczas wojny, a następnie z białymi Rosjanami przeciwko bolszewikom, sprzedawał broń, po klęsce białych Rosjan, bolszewickiej Rosji”).

Obracam swój egzemplarz w rękach, patrzę na dedykację „For Anna, all my heart”, i mam do Vosganiana żal. Żal tym większy, że oczekiwałam bezwarunkowego zachwytu. Żal jak wobec kogoś bardzo bliskiego, kto nas zawiódł. Bo to jest taka opowieść, która mogłaby poruszyć ziemię. A obawiam się, że niektórych czytelników po prostu uśpi, nim zdąży wstrząsnąć ich światem.

Ormianka pochylająca się nad martwym dzieckiem na polu w okolicach Aleppo.

***
V. Vosganian, Księga szeptów, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki polskiego wydania Księgi szeptów / strona wydawnictwa Książkowe Klimaty
[2] Henry Morgenthau / Wikimedia Commons
[3] Maria Jacobsen / Wikimedia Commons
[4] American Committee for Relief in the Near East / Wikimedia Commons  

środa, 28 października 2015

Niewinność o smaku kradzionych jabłek – „Siekiera”, Ludvík Vaculík

W życiu chłopca musi w końcu nastąpić taki moment, kiedy ojciec przestaje być herosem. Niegdyś – silny, mądry i sprawiedliwy, z czasem okazuje się człowiekiem z krwi i kości, z wątpliwościami, słabościami i całą masą życiowych błędów dźwiganych na pokrzywionych plecach. W przypadku ojca narratora i głównego bohatera Siekiery Ludvíka Vaculíka najcięższym z tych błędów była naiwna wiara w komunizm – ustrój, który miał raz na zawsze zabrać bogatym i nakarmić biednych.

Kto jest jednak bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem – wiadomo przecież, że ogromna część czeskiego społeczeństwa po wojnie uwierzyła komunistom. Ze swojego pięknego proletariackiego snu budziła się potem w bólach, a w latach 60. społeczne niezadowolenie i rozczarowanie osiągnęło swoje apogeum. Zaczęto stawiać sobie odważne pytania: co zostało z tego wspaniałego socjalizmu, w który wierzyli nasi rodzice? I czy da się jeszcze coś z niego ocalić? Takie pytania stawia również Siekiera, opublikowana w roku 1966, na fali politycznych przemian.

Czas prostytutek

Powieść Vaculíka nie tylko zresztą pyta, ale i krytykuje. I to jak mądrze, jak trafnie! Ironizuje, ukazuje absurdy obowiązującego ustroju, proponuje obrazowe analogie i porównania – i mogę śmiało napisać, że nigdy wcześniej nie czytałam książki, która w tak prostych słowach obnażałaby słabości komunistycznego systemu. Nie dziwię się teraz, że to właśnie Vaculíkowi powierzono napisanie słynnego manifestu Dwa tysiące słów (o czym wspominam tu).

Weźmy choćby scenę, w której narrator rozmawia ze swoim bratem kierowcą o Dvořáku i Smetanie. Brat, nie bacząc na czeskie świętości, stwierdza otwarcie, że nie lubi ich muzyki. Masz do tego prawo – mówi mu narrator. Ale przecież nie zakazałbyś im z tego powodu komponować, ani nie kazałbyś im komponować według wymyślonych przez siebie zasad. Oczywiście że nie – odpowiada brat. Przecież to byłby absurd. I o to właśnie chodzi. Albo ten doskonały dialog:
– Tu już nawet nie chodzi o pomoc – powiedziałem. – Chodzi o to, żeby chociaż krzyknąć! (…) 
– Dobrze, dobrze. Twoja poczciwa dusza sobie krzyknie, ale gazeta zniknie, a my razem z nią – odpowiedział szef dobrodusznie i automatycznie. 
Pomocniczka redakcyjna słabym głosikiem zauważyła: 
– I właśnie tak powoli zmieniamy się w prostytutki… 
Szef w geście wyczerpania podniósł ręce, nie chciało mu się powtarzać w kółko tych samych słów, ale cóż mu pozostało: 
– Jeśli damy się wyrzucić, przyjdą tu jeszcze większe prostytutki. Więc komu to pomoże. 
Po tych wyuczonych słowach zabrzmiała zabawna kwestia Sławka: 
– Racja. W naszych rękach leży decyzja, na jak wielkie kurwy ten mały naród może sobie pozwolić (s. 75).
W państwie komunistycznym prawda staje się na wpół płynna, łatwa do kształtowania niczym plastelina. Jeśli umiesz się nią posługiwać jak należy – masz szansę utrzymać się na powierzchni. „Z prawdą trzeba umieć się obchodzić. Ty nie umiesz” – mówi wezwanemu na dywanik narratorowi dyrektor gazety, potwierdzając ostateczny upadek komunistycznych ideałów. Nikt już w nie nie wierzy, płomienny socjalizm zamienił się w zmyślną grę, liczy się już nie zapał, a twarz pokerzysty. „Obchodzić się z prawdą” – to znaczy po prostu obchodzić ją, bez mrugnięcia okiem.

Ludvík Vaculík w 2010 roku.
Idee ścinane jak drzewa

Nie miałaby jednak powieść Vaculíka tak silnego wydźwięku, gdyby nie wątki osobiste, zaczerpnięte zresztą ponoć po części z autobiografii pisarza. Wracamy do postaci ojca – ojca-herosa, ojca-boga, tajemniczego, imponującego, wszechwiedzącego. Symbolizującego magiczny czas dzieciństwa, bliskość z naturą, nocne złodziejskie wyprawy po jabłka, smakujące tak wspaniale owocem zakazanym. Czas jednak płynie i przydaje ojcu siwych włosów, synowi zaś otwiera na wszystko oczy. I coraz wyraźniejszy staje się kontrast – ojciec-mędrzec i ojciec oszukany, wzorzec i autorytet kontra człowiek bezradny i zwiedziony na manowce, mocarz kontra łysy staruszek w brudnej szpitalnej piżamie.

Bardzo niewiele zostaje z tego niegdysiejszego mędrca i siłacza. Przegrał nie tylko ideowo, ale i moralnie. Niespodziewanie za to z jego cienia wychodzi matka – nieuczona, prosta wiejska kobiecina, która ze stoickim spokojem przyjmuje wszelkie polityczne zmiany, a gdy widzi, że w imię „ideałów” jej mąż odmawia pomocy krewnym, mówi po prostu (ale z jaką mocą!): „No tato! Ja to widzę, ty nie jesteś dobry”.

Siła matki to również siła natury, krępowanej i ograniczanej przez nowy wspaniały komunistyczny świat. Vaculík wykorzystuje przyrodę do metaforycznego opisu oddziaływania systemu na ludzi – nowe myśli i idee są u niego niczym drzewa, które obcina się jeszcze zanim zdążą wyrosnąć.

Natura, drzewa, ścinanie – i tym sposobem dochodzimy do tytułowej siekiery. Można to rozumieć w taki właśnie sposób – siekiera czyli system, który podcina gałęzie, nie pozwala wzrastać i rozwijać się. Ale dla mnie siekiera jest również symbolem pewnej sceny z dzieciństwa, kiedy narrator wraz z ojcem wybierają się na ryzykowną wyprawę, by ukraść trochę drewna z powalonego drzewa. W końcówce powieści bohater powtarza tę akcję wraz z bratem, symbolicznie powracając w ten sposób do czasów kradzieży i społecznej nierówności, które, paradoksalnie nieco, są również czasami niewinności.

Raj utracony

Znajomość historycznego kontekstu na pewno trochę pomaga przy tej lekturze, ale Siekiera nie jest tylko książką o Czechach i ich rozczarowaniu komunizmem. Zmiana perspektywy, jaką przynosi dorastanie, krytyczne spojrzenie na własnych rodziców, poszukiwania własnej ścieżki to przecież kwestie uniwersalne, dotyczące nas wszystkich. Również fragmenty opisujące narodziny nowego, sterylnego i zunifikowanego świata wydają mi się jakoś niepokojąco aktualne:
We wszystkich kierunkach jest to samo, to samo pieczywo, te same organizacje, a w pokoju hotelowym leci z kranu obrzydliwa dezynfekowana woda. Wszędzie tak samo zdrowo i nigdzie na bagnach nie straszy (s. 164).
Vaculík bez fałszywej skromności mówił o Siekierze, że jest intensywna i celna, realistyczna i fantastyczna zarazem, i że mógł taką książkę napisać tylko raz. Oczywiście nie powstrzyma mnie to przed zapoznaniem się z resztą jego twórczości, ale generalnie – wszystko się zgadza. I choć nie jest to lektura najłatwiejsza, wciąga w pradawny, pachnący jabłkami i drewnem utracony świat trochę jak z powieści Myśliwskiego. Niepokoi, zmusza do rozmyślań i czaruje melancholią.
Tu, w świecie wymarłego narodu, jest już wyłącznie legendą to, że gdzieś mieliśmy domek pod lipami, w którym jedni byli ojcem i matką, a drudzy ich dziećmi, a koło naszej furtki chodzili na pole czy na dworzec ludzie i rozmawiali z nami, podczas gdy nieopodal w lasach płynęły potoczki, a ptaki śpiewały (s. 233).
***
L. Vaculík, Siekiera, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

Za przybliżenie polskim czytelnikom – i mnie osobiście – postaci jednego z najwybitniejszych czeskich pisarzy XX wieku i jego słynnego dzieła dziękuję panu Mirkowi i wydawnictwu Stara Szkoła.

Książkę kupić można na stronie wydawnictwa. I będą to dobrze zainwestowane pieniądze!

Fotografie:
[1] lennox mcdough / Foter.com / CC BY-ND
[2] Mercy / Wikimedia Commons
[3] Okładka polskiego wydania książki / materiały wydawnictwa  

poniedziałek, 26 października 2015

Festiwal Conrada 2015, dzień 5., 6. i 7. – relacja

Piątek zdominowany został przez Petra Šabacha. Cóż to za absorbujący gość! Hospoda, piwko, papieros, záchod, grzebień – sporo czasu i energii wymagało samo zaciągnięcie go na salę. Spośród wszystkich gości festiwalu był on jednak chyba najbardziej barwnym, a swoją prostotą i bezpośredniością wprowadził element ożywienia w ten poważny conradowski świat.

Na pytania (zwłaszcza te „mądre”) odpowiadał anegdotami. Gdy Szymon Kloska i Tomasz Pindel zapytali o to, czy Podróże konika morskiego są współczesnym traktatem o kryzysie męskości, opowiedział jak to oznajmił żonie, że odchodzi na zawsze, a ona kazała mu wziąć po drodze śmieci. Zapytany o przyjaźń damsko-męską odpowiedział, że przyjaźni się z żoną, ale dopiero od 10 lat (a są już razem 40). Mówił o swoich wizytach u wnuków w Stanach i o tym, jak uchodził tam za wschodnioeuropejskiego buraka, przekonywał, że do pisania nie jest potrzebne wykształcenie, twierdził, że każde dziecko powinno zatrzymywać się na wieku lat czterech i dalej nie rosnąć – a on miał to szczęście, że jest właśnie takim dzieckiem.

Było i o polityce. Gdy przed spotkaniem zapytał mnie na kogo będę głosować i odparłam, że ciągle nie wiem, zacytował Rolling Stonesów – że to jak wybór między rakiem a dżumą. Powtórzył to potem na spotkaniu i oznajmił, że osobiście najbliżej mu do anarchistów. Nie przeszkodziło mu to rozpocząć kariery politycznej i wygrać w lokalnych wyborach – jakież to haškowskie!

Pytań od publiczności nie było, bo czasu brakło (a pęcherz niestety też ma skończoną objętość). Za to książki podpisał, ale nie omieszkał zażyczyć sobie do tego kufelka zimnego piwka. Przybycie wyczekiwanego trunku (na moich rękach) zostało przywitane radosnymi okrzykami :).

Lec czy Lem?

W sobotę spędziłam w Pałacu prawie cały dzień. Po dyżurze w Strefie Blogera przyszedł czas na spotkanie Cel: Lec na temat Stanisława Jerzego Leca, dyskusję Codzienność w literaturze, spotkanie z Gonçalo M. Tavaresem i, na końcu, wyczekiwaną rozmowę z Jonathanem Franzenem.

O Lecu dyskutowali Lidia Kośka, Leonard Neuger oraz Michał Paweł Markowski – dyrektor artystyczny Festiwalu Conrada. Spotkanie poprowadziła Roma Sendyka. Dziś nazwisko Leca kojarzą niemal wszyscy (nie mówiąc o jego aforyzmach, które na dobre weszły już do naszego języka), ale nie zawsze tak było – jak wspomina Lidia Kośka, gdy pisała pracę doktorską o Lecu i mówiła komuś o tym, standardowym pytaniem było: „O Lemie?”. Dziś już wiemy, że był jakiś Lec. Ale co wiemy o nim samym?

Kośka zwróciła uwagę na jego mało znaną poezję. Markowski nie zgodził się – stwierdził, że wiersze Leca są raczej wtórne, za to prawdziwa odkrywczość i geniusz objawia się w aforyzmach. I podkreślił, że należy je czytać w tradycji żydowskiej, co zasugerował sam Lec, gdy na pytanie „Jak długo lęgną się myśli w pana głowie?” odpowiedział: „Sześć tysięcy lat”. Prowadząca Roma Sendyka skłonna za to była korzenie aforystyki Leca umieścić aż w dobie Hipokratesa – czasach, gdy aforyzm był lekiem zarówno dla duszy, jak i ciała.

Rozmówcy zastanawiali się nad samą postacią Leca – czy był musilowskim człowiekiem bez właściwości? Błaznem? Facecjonistą? Habsburżujem? Podkreślono też wieloznaczność jego aforyzmów, które zawsze mają dwa znaczenia – przenośne i dosłowne. Sęk w tym, by rozróżnić, które z nich jest nadbudowane, a które wtórne. Na pytanie, czy sam Lec to wiedział, profesor Markowski odpowiedział dowcipnie: „Najlepsi pisarze najczęściej nie wiedzą, co piszą”.

Ostrzyhom, tłuste dorsze i Facebook

O codzienności w literaturze rozmawiali natomiast Michał Olszewski i Piotr Siemion, a spotkanie poprowadziła redaktorka naczelna „Dwutygodnika”, Zofia Król. Obydwaj panowie byli zgodni, że nie postrzegają codzienności jako coś negatywnego. W końcu niewiele więcej jest nam dane, a dobry pisarz nawet z nudnej na pozór codzienności jest w stanie ulepić Wielką Literaturę – najlepszym tego przykładem jest Bruno Schulz. Jako inni mistrzowie pisania o codzienności zostali wymienieni między innymi Hanna Krall (chodzi zwłaszcza o jej teksty z lat 70.), Karl Ove Knausgaard (który odsłania swą codzienność w najbardziej intymnym aspekcie), Jonathan Franzen i Ian McEwan.

„Trzeba żyć tak, by nawet podróż do Ostrzyhomia była wielką wyprawą” – napisał kiedyś Sandor Marai, jak przypomniał Michał Olszewski. Sęk w tym, by znaleźć sobie sposoby na ubarwienie tej monotonnej rzeczywistości – wypracowanie metody w stylu „ławicy tłustych dorszy” Olszewskiego. Tylko to i sny daje nam możliwość ucieczki od rzeczywistości – stwierdził Siemion.

Zofia Król poruszyła również kwestię Facebooka jako wielkiej platformy do zapisu swojej codzienności. Obydwaj pisarze, mimo że nie używają Facebooka w tej roli, przyznali z lekkim wstydem, że mają z nim problem – Olszewski stwierdził wprost, że jest od niego uzależniony i zaczyna go to przerastać, Siemion zaś skomentował: „Siedzę na tym Facebooku, ale sam nie wiem po co” :). Nie tylko ja więc mam problem, który wyznawałam w swoim Rachunku sumienia.

Na końcu spotkania wypłynęła jeszcze kwestia Kronosa. Czy rozmówcy czytali, co o nim sądzą, jak się ma do Dzienników? Najpiękniejszym podsumowaniem tej części rozmowy będzie porównanie wymyślone przez Piotra Siemiona. Za dawnych czasów na koloniach stałym elementem wieczornego programu było sprawdzanie czystości stóp uczestników. Ci sprytniejsi myli tylko jedną nogę i tylko tę wystawiali spod kołdry do kontroli. Zdaniem Siemiona Kronos to właśnie taka brudna noga kolonisty, schowana przez długie lata gdzieś pod kołdrą, podczas gdy Dzienniki – to ta czysta, na pokaz.

Głód pisania

Chwilę później miejsce dyskutantów zajął portugalski pisarz, niedoszły piłkarz i niedoszły matematyk, Gonçalo M. Tavares. Spotkanie rozpoczął on od płomiennego przemówienia o tym, czym jest (lub raczej: powinno być) pisanie. Na początek przywołał anegdotę o Picassie, który zażądał za swój obraz od pewnego człowieka niebagatelnej sumy; gdy ten oburzył się, że artysta życzy sobie tyle pieniędzy za pięć minut pracy, malarz odparł, że nie jest to zapłata za pięć minut pracy, lecz za 45 lat jego życia plus pięć minut.

Tak jest też z pisaniem – jest ono naturalnym przedłużeniem naszego życia, pochodną naszych doświadczeń, ale również lektur, dlatego tak ważne jest dla aspirującego pisarza czytanie. Zacząć pisać bez znajomości całej klasyki literatury to jak rozpocząć mecz piłkarski od drugiej połowy – przekonywał Tavares. Pisarz zwracał też uwagę na to, że nasze życie jest krótkie, musimy więc dobierać lektury z rozwagą. Na czytanie wątpliwej jakości książek mogą sobie pozwolić tylko nieśmiertelni, bo tylko oni mają na to czas.

Tavares podkreślał, że los pisarza to ciężki kawałek chleba. Wstaje on bowiem rano, widzi promienie słońca wpadające przez okno, podchodzi, widzi na zewnątrz piękny dzień, rozmawiających ludzi, bawiące się dzieci, i chciałby wyjść do tego pięknego świata. Ale nie może. Musi zamknąć okno, zasiąść przy biurku i wziąć się do pracy. Samotność, konieczność pracowania wciąż nad tymi samymi fragmentami tekstów, nieustanne skracanie – najtrudniejsza i najważniejsza zarazem praca pisarska. Oto rzeczywistość pisarza.

A i później, gdy już dzieło jest gotowe, nie jest wcale tak łatwo. Publikacja – to duży krok. Powinniśmy decydować się na niego tylko wtedy, gdy jesteśmy pewni, że niezależnie od tego co powiedzą na temat naszej książki inni, nie przestaniemy dalej tworzyć. Dlatego też zdaniem Tavaresa dobrze się stało, że Kafka nie opublikował wielu ze swoich utworów – to było świadome działanie, wiedział bowiem, że jest słaby psychicznie i może nie znieść krytyki.

Ogromnie podobało mi się to, co Tavares mówił o potrzebie pisania – że powinniśmy pisać tylko wtedy, gdy naprawdę tę potrzebę mamy (przypomina mi to słynne So You Want to be a Writer Bukowskiego), a ta potrzeba jest niemal fizyczna – jak głód. Gdy jesteśmy głodni, nie zastanawiamy się, czy jeść czy nie, ale robimy to natychmiast, gdy tylko stanie przed nami półmisek z jedzeniem. Podobnie powinno być z pisaniem – bez ociągania, bez wątpliwości, po prostu muszę.

W odpowiedzi na pytanie o to, czy czyta współczesnych pisarzy, Tavares opowiedział kolejną zachwycającą angedotą-ciekawostką. Niegdyś wozy cygańskie jadąc jeden za drugim komunikowały się w nietypowy sposób – wybierając pewną drogę na rozdrożu jadący z przodu wóz wyrzucał na wybranej drodze jabłko, aby ten z tyłu wiedział, dokąd jechać. „Dzisiejsze jabłka są inne niż kiedyś, ale też ich próbuję” – stwierdził pisarz, odpowiadając tym samym na pytanie twierdząco. Równocześnie jednak przyznał, że uwielbia klasyków za ich mocne, biblijne słowa, których sam stara się używać, przez co jego proza może się wydawać trochę anachroniczna.

Pod koniec tematyka spotkania zeszła na kwestie filozoficzne, na imperatyw kategoryczny Kanta i nasze moralne dylematy. Co byś zrobił, gdybyś musiał wybierać między jednym życiem a drugim? Co, gdybyś był maszynistą i mógł wjechać na jeden tor – na którym jest ważny dla ciebie człowiek, na przykład twoja matka – lub na drugi, na którym jest pięciu innych ludzi? Albo pięćdziesięciu? Albo pięciuset? Dlaczego najbardziej kategoryczne spośród przykazań, „Nie zabijaj”, jest równocześnie przykazaniem, od którego jest najwięcej wyjątków? Z takimi oto zagadnieniami w głowie zostawił nas Gonçalo M. Tavares.

Internet nie taki zły

I wreszcie przyszedł czas na Franzena. O rozczarowaniu i smutku, jaki wywołało we mnie to spotkanie, pisałam już tu. Od początku do końca, może z wyjątkiem kilku momentów, było to spotkanie trochę „na opak”. Na pytanie o współczesne technologie Franzen – słynący przecież z ich krytyki – odpowiedział, że nie widzi w nich nic złego, a gdy prowadzący Grzegorz Jankowicz próbował podejść go inaczej, pytając „A jakie problemy dla ciebie osobiście jako pisarza stwarzają te technologie?”, odparł, że żadnych, a nawet mu pomagają – nie musi już wiedzieć wszystkiego, skoro ma całą wiedzę świata w swoim smartfonie.

Brzmi to jak czysta ironia, i zwrócił mu na to uwagę Jankowicz, ale Franzen upierał się, że wcale nie ironizuje. Przekorna była też jego odpowiedź na pytanie o to, dlaczego tak często porusza temat rodziny – „A czy o rodzinie nie pisze się już od wieków?”. Tyle tylko, że on stara się wniknąć głębiej – uważa, że gdy tylko spróbujemy wniknąć w głowy poszczególnych członków rodziny, odkryjemy za na pozór nudną rodzinną fasadą naprawdę fascynujące rzeczy.

Znajomo zabrzmiała natomiast wreszcie krytyka strachu przed samotnością, tak typowego dla naszych czasów. Nie da się zbliżyć do Prousta czy Kafki, nie czytając w samotności ich dzieł. Dlaczego przeraża cię wizja zamknięcia komputera czy wyłączenia telefonu i pogrążenia się w lekturze? Jeśli musisz wciąż sprawdzać telefon i dowartościowywać się tym, co dostajesz na niego od znajomych – masz poważny problem. To wszystko brzmiało już jak „stary dobry” Franzen.

Gdy przychodziło do mówienia o twórczości, rozmowa kręciła się niemal wyłącznie wokół Korekt. Franzen wspominał jak poczuł się, gdy Norman Mailer przeczytał tę powieść i stwierdził że to „bardzo dobrze napisany sitcom”. Zdradził kilka szczegółów, jeśli chodzi o znaczenie kompozycji (na przykład – pogłębiająca się anarchia na Litwie, gdzie przebywa Chip, i postępująca demencja Alfreda, upadek potężnego niegdyś ojca, to sytuacje lustrzane; nie wpadłam na to). Mówił o obawie, że ktoś rozpozna w książkowych postaciach członków jego rodziny. Bo trochę podobieństw jest – jego matka była bardzo podobna do Enid, jego ojciec miał demencję jak Alfred, jego brat lubił grilla jak Gary (uśmieszek)... Odkrył za to, że jego czytelnicy mają podobne doświadczenia – wielu mówiło o Enid, że „Jest zupełnie jak moja matka”. „A, więc ty też!” – odpowiada wtedy ze zrozumieniem.

Mimo wszystko jednak w powieściach te powiązania są mocno zawoalowane, natomiast Franzen zupełnie nie krępuje się pisać o sobie, gdy posługuje się esejem. Skąd ten mocno konfesyjny ton w eseistyce? – pytał Jankowicz. „Może dlatego, że jestem niezbyt odważnym ekshibicjonistą… Ale nie, to nie pasuje do mnie” – zastanawiał się pisarz. W końcu uznał, że chodzi mu o więź z czytelnikiem, o płaszczyznę porozumienia. Tylko gdy się naprawdę otworzysz, możesz przekonać się, że ktoś dzieli twoje myśli i doświadczenia.

Były więc momenty, kiedy byłam w stanie uwierzyć, że to „ten Franzen”. Ale naprawdę chciałabym go kiedyś jeszcze posłuchać, gdy nie będzie akurat wyczerpany kilkutygodniową trasą objazdową promującą jego najnowszą książkę i podpisywaniem książek na Targach. Zmęczenie było widać w każdym jego słowie – miał problem ze skupieniem się na pytaniu, z trudem formułował myśli… Pewnie doszło i zniechęcenie. Ale może kiedyś jeszcze się uda.

Marlboro zamiast słońca

Niedziela! Czyli ostatni dzień festiwalowego szaleństwa. Dla mnie intensywna przede wszystkim dlatego, że przez większość dnia pomagałam przy Kursie Kreatywnego Pisania. Później – biegiem na Szczygła, a następnie kolejny sprint do domu, kiecka, buty i na galę!

Spotkanie Mariusza Szczygła z blogerami polegało na tym, że on mówił, a oni zadawali pytania pomocnicze. Mowa była między innymi o nagradzanym i kontrowersyjnym zarazem reportażu Śliczny i posłuszny, wspomnienie którego do dziś ponoć wywołuje u autora przykre emocje. „Czy żałował pan kiedyś, że go pan napisał?” „Tak, żałowałem” – odpowiedział. Od tak trudnego tematu przeszliśmy płynnie do osławionego talk show Na każdy temat („Którego wy pewnie nie pamiętacie… Pamiętacie? To chyba z wczesnego dzieciństwa!”), a następnie do „niepoprawnych politycznie” porównań Szczygła („Dobry tekst musi być zakończony puentą, tak jak seks powinien być zakończony orgazmem”) oraz kwestii „czy więcej, to lepiej”. Reporter bardzo chwalił bowiem dyscyplinę czytelniczą Bernadetty Darskiej, na której blogu codziennie ukazuje się nowa recenzja, obecna natomiast na spotkaniu autorka bloga Książki na ostro zaprotestowała przeciw podejściu „im szybciej, tym lepiej” i zwróciła uwagę na szaleńcze wyścigi czytelnicze w książkowej blogosferze, za którymi idą marnej jakości recenzje (w duchu przyklaskiwałam każdemu słowu).

Szczygieł podzielił się też z uczestnikami swoją własną wizją blogowania – na zasadzie „gdybym był blogerem, zrobiłbym to tak...”. Przede wszystkim – pisać o własnych odczuciach, nawiązywać do własnego życia, tworząc coś w rodzaju reportaży o czytaniu książki. Nie zaszkodziłaby też odrobina inteligentnej zabawy typu „Gdybym miał wyrzucić z tej książki wszystkie zdania i zostawić tylko pięć, byłyby to:”. Osobiście podoba mi się pomysł numer 1 i być może w tym kierunku będę zmierzać (w praktyce to będzie powrót, bo na początku blogowania moje teksty były dużo bardziej osobiste).

Na koniec była Aleksijewicz, Singer i… piosenka Fantasy zespołu Earth Wind & Fire, której melodia prześladuje Szczygła od dzieciństwa, zaś tekst polskiej wersji, napisany przez Jacka Cygana (Autostradą do słońca), ponoć odegrał ogromną rolę dla kształtowania się twórczości reportera :). Ten suspens, zmierzanie ku słońcu, które ostatecznie okazuje się tylko neonem reklamującą papierosy Marlboro… Wszystko tam jest :).

Pisanie to walka

I już tylko gala! Gala, na której, nie ukrywam, przede wszystkim interesował mnie wykład Jonathana Franzena, bo na temat nominowanych do Nagrody Conrada nie wiedziałam nic i żadnej z tych książek nie czytałam. A Franzen na wstępie przeprosił za swój głos, osłabiony po tylu tygodniach jeżdżenia i promowania swojej książki, i wyraził radość, że może być w Krakowie na festiwalu imienia jednego z jego ulubionych pisarzy.

Osią wykładu pisarza było kilka podstawowych pytań, które musi sobie zadać młody pisarz.

Pierwsze – to pytanie o wpływy. Jego samego w wieku lat 21 inspirowała twórczość m.in. C.S. Lewisa i P.G. Wodehouse'a (już wiem, skąd u niego ten cudowny humor!). Potem przyszedł czas na Kafkę i jego Proces – powieść, która otworzyła mu oczy na to, co literatura potrafi i wzbudziła chęć samodzielnego pisania. Franzen podkreślił, że nie chodzi o to, aby być rzemieślnikiem naśladującym innego rzemieślnika, który naśladował kogoś jeszcze innego, ale aby stać się częścią dynamicznej artystycznej społeczności, czerpiąc z niej do woli i przetwarzając wszystko po swojemu.

Drugie – pytanie o porę dnia, w której pracujesz. Bo będą o to pytać tysiące razy, bo to chyba najczęściej zadawane pytanie, gdy rozmówca nie wie, o co zapytać.

Trzecie – pytanie o to, czy bohaterowie przejmują czasem nad tobą kontrolę. Nie ma takiej opcji – bohaterowie według słów Nabokova powinni być jak galernicy, należy słuchać ich głosów, ale w gruncie rzeczy odzwierciedlają nas i to my o nich decydujemy.

Czwarte – pytanie o autobiograficzność twórczości. Jeśli ktoś odpowiada „nie”, jest to podejrzane. Sam Franzen też jednak najczęściej wybiera „nie”, bo statystycznie jest tego naprawdę niewiele – przez te wszystkie lata publikacji spisane sceny wzięte z jego życia zajmują w sumie może ze 20 stron. Jakieś jednak są – to oczywiste. Ojciec sikający na łóżko w trakcie ćwiczeń rehabilitacyjnych to coś, co zaczerpnął z własnych wspomnień. Podobnie – scena, gdy Chip jest z ojcem w szpitalu. Nie dziwi mnie więc, że z takim uczuciem był w stanie odmalować tragedię pogrążającego się w demencji Alfreda, o czym z zachwytem pisałam w tekście na temat Korekt.

Końcówka wykładu była piękna i mocna. Literatura to przede wszystkim ogromny wysiłek – stwierdził Franzen. To wielka osobista walka, próba poradzenia sobie z rzeczywistością, jeśli zaś pisze się łatwo – powstaje z pewnością coś, czego nie warto czytać. Trud pisania pogłębia się z każdą kolejną książką, za każdym razem trzeba sięgnąć głębiej, nie można się już cofnąć. Przy każdym nowym dziele stajesz się więc nowym, innym człowiekiem. I te pisarskie krew, pot i łzy, ta wizja rozgrzebywania własnego wnętrza i wywlekania stamtąd cennych kamieni była kropką nad i całego wystąpienia. Nie powiedział, że jest to warte zachodu, ale nie powiedział również, że nie jest, dopowiem więc sobie to, co mi w sercu gra. I niech tak zostanie.

niedziela, 25 października 2015

Jonathan Franzen i stracone złudzenia

Prawie dokładnie rok temu, w ostatnich dniach przed zeszłorocznym Conradem, napisałam trochę infantylny tekst o tym, jak to jeszcze niedawno postrzegałam pisarzy jako niedostępnych nadludzi i jaką radością jest dla mnie przekonać się, że to jednak istoty z krwi i kości. Dzisiaj wieczorem, po spotkaniu z Jonathanem Franzenem, doszłam do wniosku, że jednak wciąż jest we mnie sporo tej naiwnej dziewczynki, podchodzącej do tworzenia literatury niemal jak do sztuki magicznej. Bo gdyby tak nie było – pewnie dzisiejsze spotkanie nie rozczarowałoby mnie tak straszliwie. Pewnie tak jak inni śmiałabym się z ironicznych uwag Franzena, z jego przekornych odpowiedzi, z jego dowcipów, i ta zmiana wizji świata, fakt, że to zupełnie inny człowiek niż ten, który napisał Korekty, wzbudziłaby u mnie najwyżej zdziwiony uśmieszek. A tak – wierzcie lub nie – wracając do domu, łykałam łzy.

To nie będzie profesjonalna, rzeczowa relacja ze spotkania – nie potrafię o tym pisać na chłodno. Widocznie tak to już musi być, że każdy mój tekst na temat Franzena jest silnie naznaczony emocjami. A może nie tylko na temat Franzena. Może nigdy nie będę pisać profesjonalnie o książkach, bo bardziej czytam sercem niż głową. I naprawdę chodzi mi o literaturę – jako sposób wyrażania myśli i tworzenia więzi – a nie o całą otoczkę. O to, o czym mówił na poprzednim spotkaniu Tavares – pisanie tylko wtedy, kiedy naprawdę ma się potrzebę coś powiedzieć. Kiedy jedynym sposobem, żeby pozbyć się irytacji i agresji, jest sięgnąć po pióro i zacząć w ten sposób porządkować świat.

Z takiej potrzeby powstały Korekty. A dziś już tej potrzeby nie ma. Mam jeszcze resztki nadziei – że był naprawdę zmęczony, że wizja hotelowego pokoju i ciepłego łóżka, jego słonecznej kalifornijskiej dziewczyny i sporej grupki przyjaciół, całego tego spokojnego i wygodnego życia, że to wszystko trochę zmieniło jego perspektywę i że to po prostu nie był dobry moment. Chwytam się tej myśli, która przemknęła tylko w rozmowie: „Czasem przychodzi mi do głowy, że powinienem to wszystko spalić, ten swój wspaniały dom i wspaniałe życie… Może miałbym z tego kolejną książkę”, ale zaraz potem dodaje: „…ale nie jestem takim typem człowieka”, i złudzenia ostatecznie się rozwiewają.

Bo zakończył spotkanie wyznaniem, że nie napisałby już teraz czegoś takiego. Bo nie chciałby, nie zdobyłby się na takie poświęcenie, a poza tym ci wszyscy bohaterowie za bardzo go już dziś bawią. Cisza zapadła w sali po tym stwierdzeniu. A potem dowcipne podsumowanie Grzegorza Jankowicza i brawa, ale choć klaskałam ze wszystkimi, było mi smutno i źle.

Na pewno wielu z Was uzna moje podejście za głupie. Co za anachroniczne i fanatyczne spojrzenie na pisarza! Jak można – w dobie, gdy wszystko jest biznesem, nawet literatura – wymagać od niego, by bronił swoich słów do ostatniej kropli krwi i by górnolotnie opiewał przewagę czystego i prawdziwego pisarstwa nad dostatnim życiem? Sęk w tym, że ja wciąż naiwnie wierzę w Wielką Literaturę, taką z głębi trzewi, którą Korekty bez wątpienia są, i dlatego tak strasznie było mi słuchać, jak ich autor mówi o nich – o książce, którą niektórzy nazywają jego opus magnum – tak jak dziś. Czy wszystkie idee z czasem psują się i zaczynają zalatywać jak stary ser? Czy ten twórczy gniew musi się z czasem ulotnić, ustępując miejsca zdystansowanemu uśmieszkowi? To czy jest w ogóle sens pisać książki?

Jakże inne było zakończenie tego festiwalowego dnia niż wieczór czwartkowy, z Hanną Krall. Tamten mnie uskrzydlił, umocnił wiarę w literaturę, ten – rozczarował i przygnębił, sprawił, że poczułam się jak małe dziecko, któremu ktoś brutalnie wyjawił, że Świętego Mikołaja nie ma. Nie ma tego Jonathana Franzena, który napisał Korekty. Nie istnieje, bekso, i pogódź się z tym.

piątek, 23 października 2015

Festiwal Conrada 2015, dzień 3. i 4. – relacja

Środa była luźna. Było snucie się po Pałacu, witanie się, pozdrawianie, miłe rozmowy. Wymiany uśmiechów, wymiany spostrzeżeń, przyjemność z samego bycia tu. Dopiero wieczorem przyszedł czas na zasłuchanie.

Gościem spotkania o 20 był Robert Coover. I choć nazwa wydarzenia, Postmodernizm nie jest tym, co myślisz, mogła sugerować poważne naukowe dywagacje, w rzeczywistości skupiono się na niezwykłej twórczości i nawykach pisarskich bohatera wieczoru. A określenie „postmodernistyczny” padło bodajże tylko raz.

Robert Coover
Jak zrodził się styl Coovera? W pewnym momencie po prostu zrezygnował z tradycyjnego sposobu opowiadania, uznał bowiem, że mu nie służy. Zaczął się bawić słowem i eksperymentować, owocem zaś tych eksperymentów są takie utwory jak Impreza u Gerarda – istne kompendium różnych rodzajów narracji. Jak przyznaje Coover, takie pisanie jest dla niego nie tylko wyzwaniem, ale przede wszystkim świetną zabawą.

Ciekawą wizytówką twórczości tego amerykańskiego pisarza – której to twórczości, przyznaję, zupełnie jeszcze nie znam – był przywołany przez prowadzącą fragment z recenzji jego książki, określający dzieło Coovera jako połączenie prozy Agaty Christie (pod wpływem halucynogenów), filmów braci Marx, dialogów Becketta, dekoracji Dalego, pomysłów Pynchona i programu markiza de Sade. Autor uznał, że to bardzo miło z jej strony, że cytuje akurat tę recenzję, gdzie indziej bowiem pisali: „To książka szaleńca”.

Brzmi intrygująco? Z pewnością. A mowa była jeszcze o najlepszej porze na pisanie (noc – bo w ciszy umysł pracuje na najwyższych obrotach), o tym, jakie znaczenie ma miejsce, gdzie tworzymy (jak się okazuje, duże – to właśnie pobyt w Wenecji przyczynił się do powstania Pinokia w Wenecji) oraz o tym, jakie możliwości literackie daje chętnie wykorzystywany przez Coovera motyw hucznej imprezy. Kilka słów autor poświęcił również warsztatom pisania (które jego zdaniem nie mają większego sensu, bo zabijają kreatywność) oraz zdradził, jak radził sobie z organizacją swoich książek w czasach, gdy nie było jeszcze komputerów (stosował ponoć zmyślny system karteczek).

I choć spotkanie, a konkretnie sposób jego prowadzenia, trochę mnie rozczarowało – pytania Agnieszki Taborskiej były od siebie zupełnie oderwane, a każde z nich prowadząca poprzedzała długim i zawiłym wstępem, przez co często gubiłam wątek – czuję się zachęcona do zgłębienia twórczości Coovera. To z pewnością proza nie dla każdego, chciałabym się jednak z nią zmierzyć.

Dr Jakub Chwalba, warsztaty Prawo autorskie kontra bloger – jak wygrać tę walkę?
Tegoroczna edycja Festiwalu Conrada jest pierwszą, w ramach której organizatorzy postanowili więcej uwagi poświęcić blogerom. Stąd też uruchomiona na festiwalu Strefa Blogera, stąd również dwa specjalne wydarzenia dedykowane blogerom – warsztaty dotyczące praw autorskich oraz dyskusja z Mariuszem Szczygłem na temat Czy pisarze czytają blogi? Drugie z nich zaplanowano na niedzielę, pierwsze zaś odbyło się w festiwalowy czwartek w sali na dachu Międzynarodowego Centrum Kultury. Poprowadził je dr Jakub Chwalba z Katedry Prawa Własności Intelektualnej na Wydziale Prawa i Administracji UJ.

W ramach wstępu prowadzący wyjaśnił, jakie wytwory objęte są prawem autorskim i dlaczego nie zalicza się do nich choćby trasa maratonu lub kształt znicza (wszak nie należy popadać w absurdy). Dowiedzieliśmy się m.in. jakie zdjęcia powszechnie znanych osób można zamieszczać na swojej stronie bez obaw, że ktoś wytoczy nam proces oraz dlaczego akcja „Wklej wiewióra” mogła być dla jej inicjatorów źródłem poważnych problemów. I choć spodziewałam się raczej większej ilości praktycznych przykładów związanych z wykorzystaniem różnych materiałów na blogu, wykład Jakuba Chwalby był rzetelnym wprowadzeniem do zagadnień związanych z prawem autorskim.

Ukoronowaniem dnia było wyczekiwane przez wielu spotkanie z udziałem Hanny Krall, Mariusza Szczygła i Wojciecha Tochmana. Już na godzinę przed jego rozpoczęciem w korytarzu Pałacu pod Baranami zaczęły się tworzyć niespokojne grupki, a pół godziny później, zaraz po zakończeniu spotkania z Kamelem Daoudem, wszystkie trzy sale, w których można było śledzić zaplanowaną na wieczór dyskusję, szczelnie się wypełniły. Takiego tłumu jeszcze w Pałacu nie widziałam – okupowany był nie tylko korytarz, ale i niemal cała podłoga w centrum festiwalowym. Wszędzie, gdzie tylko dochodził dźwięk z głośników, gęsto było od ludzi. Widząc to naprawdę trudno uwierzyć w tak słabe wyniki czytelnictwa w Polsce...
Cała trójka podpisuje książki...
Serce rośnie, ale oczywiście tak duża frekwencja oznacza też spore niewygody. „Witamy w tropikach” – dowcipnie przywitał publiczność Mariusz Szczygieł wkrótce po wejściu do dusznej i nieprzygotowanej na takie oblężenie sali balowej Pałacu pod Baranami. Nic więc dziwnego, że gdy otwierając spotkanie dyrektor programowy festiwalu Grzegorz Jankowicz zapewnił, że w przyszłym roku spotkamy się już w większych, przestronnych salach, zgromadzeni miłośnicy literatury zareagowali gromkimi brawami.

Przez całe spotkanie Krall, Szczygieł i Tochman rozkosznie się przekomarzali. Jakie były pierwsze spotkania tych dwóch reporterów z legendą polskiego reportażu? „Niech się pan tak nie mizdrzy” – usłyszał Tochman, „Pan pisze tak jak ja pisałam 25 lat temu, tak się nie pisze” – usłyszał Szczygieł. „Powiedzieć to słowo?” – spytała Szczygła rozbrajająco Hanna Krall, zanim zacytowała wypowiedź pewnego chłopca, który grabił u niej liście („Gdybym był Żydem w tamtych czasach… O kurwa!”). I sypała jak z rękawa cudownymi anegdotami, na czele z tą o Leszku Kołakowskim i spotkaniu z pewnym góralem.

A było to tak. Krall i Kołakowski bawili akurat w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie spędzali czas głównie na spacerach po lesie (żeby „te dziewczynki nasze koszmarne”, czyli córka Krall i córka Kołakowskiego, mogły się wyszaleć). I pewnego razu podszedł do nich stary góral, elegancki, ubrany w tradycyjny góralski strój. „Czy mogę o coś spytać?” – odezwał się do Kołakowskiego, a gdy ten się zgodził, zapytał z powagą: „Czy jest Bóg?”. „Nie wiem, ale ta pani ma najświeższe informacje” – odpowiedział wymijająco filozof wskazując na towarzyszkę, ale góral nawet na nią nie spojrzał, tylko odparł smutno: „Więc pan nie wierzy” i odszedł. Kto to był? – zastanawiali się. „Pewnie Pan Bóg” – doszła w końcu do wniosku pisarka…

...a tu bohaterka wieczoru.
I było z uśmiechem, było wesoło, choć pojawiały się i tematy tragiczne. A gdy jedna z uczestniczek spotkania, nauczycielka akademicka, wyznała, że czyta swoim nieczytającym i przyklejonym do smartfonów studentom teksty Hanny Krall, a ci nagle odrywają wzrok od telefonów, zamykają laptopy i zaczynają słuchać, na następne zajęcia zaś przychodzą z jej książką, zrobiło się pięknie. I „warto było przyjść” – powiedziała pani Krall.

Czy rzeczywiście, jak przewiduje pisarka, za kilkadziesiąt lat nikt już nie będzie czytał, zostaną nam tylko obrazki? Nie wiem. Ale takie spotkania jak to pozwalają wierzyć, że jednak nie.

Cudownie jest brać znowu udział w Conradzie. Nie chciałabym być teraz nigdzie indziej na świecie.