sobota, 13 maja 2017

Cztery siostry i morze – „Nad morze”, Petra Soukupová

Po lekturze Pod śniegiem Petry Soukupovej, książki, która zachwyciła mnie bolesnym, ale niezwykle prawdziwym obrazem relacji rodzinnych, postanowiłam lepiej poznać twórczość autorki. Na półce od dłuższego czasu czeka Zniknąć, o którym również słyszałam wiele dobrego, ale na pierwszy ogień poszła inna książka, pożyczone mi przez koleżankę (pozdrawiam, Gizelko!) K moři – czyli debiut Soukupovej.

Na tle pierwszej przeczytanej przeze mnie powieści pisarki K moři wypada blado, ale i tak jest to kawał dobrego pisarstwa (doceniony zresztą prestiżowym czeskim wyróżnieniem dla młodych twórców – Nagrodą im. Jiřiego Ortena). Podobnie jak w Pod śniegiem zasadniczą rolę odgrywają tu relacje między siostrami, w tym wypadku jednak nieco bardziej skomplikowane, ponieważ dziewczynki pochodzą z dwóch różnych rodzin. Druga różnica to fakt, że nie mamy tu do czynienia z samymi dorosłymi kobietami, a dwoma podlotkami, jedną starszą pannicą i jednym bachorem (wybaczcie, ale trudno o czulsze określenia dla tego rozpieszczonego monstrum, jakim jest Johanka).

Ramy czasowe powieści są bardzo rozległe, losy bohaterów śledzimy bowiem tak naprawdę w ciągu kilkudziesięciu lat. Ponad połowę książki stanowi jednak relacja z tygodniowego wyjazdu nad morze, na który Petr zabiera swoje cztery córki. I to akurat łączy dwie powieści Soukupovej, o których piszę – w tych kilku dniach bowiem niczym w soczewce skupiają się relacje między siostrami i ojcem, podobnie jak w Pod śniegiem w całą prawdę o rodzinnych stosunkach bohaterów zostajemy wtajemniczeni w ciągu jednego powieściowego weekendu.

Każda z sióstr ma swój własny świat, który, patrząc oczyma wszechwiedzącego narratora, częściowo poznajemy. Dowiadujemy się, jak się nawzajem widzą i co o sobie myślą. To właśnie w tych ich spostrzeżeniach, niewypowiedzianych i wypowiedzianych komentarzach, gestach, kryje się istota ich wzajemnych relacji. Przyjemność z lektury polega na analizowaniu tych rzeczy. To one sprawiają, że lektura ciekawi, mimo że na pierwszy rzut oka wygląda to jak suche sprawozdanie z wakacyjnego wyjazdu, na którym nic niezwykłego się nie dzieje.

Przyznaję jednak, że nie przez cały czas jest tak samo ciekawie. Podczas gdy Pod śniegiem w zasadzie nie ma momentów słabszych, przez cały czas udaje się autorce doskonale utrzymać uwagę czytelnika, w przypadku K moři chwilami wieje nudą, a opisy chodzenia na plażę, czytania, posiłków, rozmyślań, zaczynają nużyć.

Petra Soukupová z córeczką Marlą. Fot. Milan Soukup
Inny mój zarzut to fakt, że momentami pisarka odrobinę traci dystans. O Pod śniegiem pisałam: „Autorka odkrywa prawdę z niesamowitym taktem. Nikogo nie osądza, nikogo nie obwinia, za głupimi na pozór życiowymi posunięciami ukazuje mądre motywacje”. W tej drugiej, dojrzalszej chyba książce Soukupová nie sugeruje nam ani przez chwilę, jak mamy oceniać bohaterów, daje nam tylko ich słowa, czyny i motywacje, na podstawie których sami musimy sobie wyrobić zdanie, i to jest świetne! Tutaj natomiast czasem zdradza się ze swoim stosunkiem do postaci, zwłaszcza do Johanki – pisze o niej wprost, że to „zła”, „najmniej dobra” spośród sióstr.

A skoro już mowa o bohaterach – dostrzegłam tutaj wyraźne typy osobowości, wykorzystane i rozwinięte później w Pod śniegiem. Na przykład grubiutka i zakompleksiona Adéla, która robi wszystko, by przypodobać się ojcu, a mimo to wciąż czuje się gorsza, jest prototypem kury domowej Blanki; Johanka mocno przypomina rozpieszczonego Olivera, a Bára, ze swoim cielęcym zauroczeniem R., który wyraźnie nie zamierza się z nią na poważnie związać, przypomina naiwną, uwikłaną w romans z żonatym facetem i przyklejoną do telefonu w oczekiwaniu na znak od niego Kristýnę. Tropienie tych podobieństw było bardzo ciekawe i na pewno na wspomniane typy zwrócę uwagę przy lekturze Zniknąć.

Osobiście do tej lektury zabrałam się z podwójnym zaciekawieniem ze względu na porównania do Do latarni morskiej Virginii Woolf, powieści, którą uwielbiam. W tych porównaniach jest jednak sporo przesady, a wszelkie podobieństwa są zupełnie nieświadome, bo autorka ponoć powieści Woolf nigdy nie czytała (i nawet nie ma tego w planie – ale dlaczego, tego nie rozumiem; może uda się ją kiedyś o to spytać). Te podobieństwa to przede wszystkim motyw morza oraz próba zatrzymania kilku dni z życia bohaterów, utrwalenia ich niczym w bursztynie, i wykorzystania tej wakacyjnej widokówki do scharakteryzowania bohaterów i ich wzajemnych relacji. Miłośnicy prozy Woolf, którzy nie wiedzą, czego spodziewać się po Soukupovej, będą jednak rozczarowani, bo ze względu na technikę pisarską i styl są to dwa różne światy – ten Virginii jest bardziej marzycielski, oderwany, sentymentalny, podczas gdy Soukupová jest bardzo konkretna i dosadna.

Mimo kilku słabszych fragmentów K moři czyta się z dużym zaciekawieniem, ale ważne jest też, być może najważniejsze, to, co w czytelniku po tej lekturze pozostaje. We mnie została refleksja o ludziach, którzy szokująco nieodpowiedzialnie podchodzą do posiadania i wychowywania dzieci. Dla jasności (i tu będzie osobisty wtręt) – jestem ogromną fanką dzieci, chciałabym ich widzieć na świecie jak najwięcej i nie mogę doczekać się własnych, ale równocześnie zdaję sobie sprawę, jak wielką odpowiedzialność oznaczają. Dopóki nie będę pewna, że jestem w stanie zapewnić im szczęśliwą rodzinę, nie zdecyduję się na nie. Tymczasem bohaterowie Soukupovej zupełnie nie mają takich hamulców; szczególnie oburza sposób, w jaki zafundowała sobie macierzyństwo Bára – na zasadzie samolubnego kaprysu, niekochanego chłopaka wykorzystując jak byka rozpłodowego. W świecie tej powieści niemal wszyscy mają dzieci, ale mało kto potrafi się nimi zaopiekować i je zrozumieć – i to akurat wydaje mi się niepokojąco zbliżone do naszej rzeczywistości.

***
P. Soukupová, K moři, wyd. Host, Brno 2007.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] www.petra-soukupova.cz,
[3] okładka książki ze strony wydawnictwa Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz.

niedziela, 7 maja 2017

Ogień młodości vs. rybia flegma – „Rybia krew”, Jiří Hájíček

„Już nigdy nie wrócę do naszej nadwełtawskiej wioski, którą musieliśmy porzucić. Chcę ją zachować w pamięci taką, jaka była, z rzeką w jej dawnym korycie, z chałupą wuja Vency, z szopą z desek pociągniętych pokostem, z psią budą i kolorowymi ulami w ogrodzie” (s. 350).

W tej wyróżnionej nagrodą Magnesia Litera powieści Jiří Hájíček opowiada o wsiach, które zniknęły z powierzchni ziemi za sprawą budowy elektrowni atomowej Temelín. Przykład jeden z wielu, bo przecież już niejedna wioska zakończyła swój żywot w podobnych okolicznościach, ale chyba zbyt mało mówimy o dramacie ludzi pozbawianych w ten sposób czegoś więcej niż tylko domów.

W powieści poruszamy się naprzemiennie na dwóch płaszczyznach czasowych – w roku 2008, kiedy Hana, główna bohaterka, od lat przebywająca za granicą, wraca w rodzinne strony i próbuje nawiązać kontakt z dawnymi przyjaciółmi, oraz w latach 80., na które przypadają szkolne lata bohaterki spędzone w wiosce nad Wełtawą, która kilka lat później przestanie istnieć.

Prawdę mówiąc płaszczyzna bardziej współczesna niespecjalnie mnie interesowała. Nie wzruszają te wszystkie nagle odkryte tajemnice z przeszłości, przewidywalne zakończenia i pojednania; dużo ciekawsze od nich jest to, co dzieje się w przeszłości. Przejście od młodzieńczej beztroski, wiejskich potańcówek, opalania się nad rzeką, ognisk, posiadówek z tanim winem, plotek i dziewczęcych przekomarzań do bezlitosnej rzeczywistości z czterema wieżami elektrowni atomowej w tle, całe to przyspieszone dojrzewanie bohaterów – to chyba najmocniejszy akcent w powieści Hájíčka.

Elektrownia Temelín
Udało mu się to zderzenie. W tych pierwszych scenach wyraźnie czuć radość i nadzieję nastoletnich lat, atmosferę dorastania w małej wiosce, gdzie wszyscy się znają, w ostatnich – rozpacz i beznadzieję wysiedlonych oraz mroczną determinację tej garstki, która jeszcze się broni przed elektrownią, niczym grupka rozbitków na wzburzonym morzu. Ten wątek życia Hany, która jest najaktywniejszą miejscową działaczką przeciwko wysiedleniu mieszkańców, silnie splata się z jej osobistymi, miłosnymi problemami. To elektrownia – wspólny wróg – połączyła ją z jej ukochanym Petrem, ale i ona w końcu ich rozdziela. Na dryfującej pod prąd tratwie starej chałupy Petra zostaje w końcu tylko Hana. Symbolicznym końcem jej marzeń jest rozbita łazienka, którą z taką starannością odremontował Petr, wierząc jeszcze w możliwość ocalenia domu i ich wspólnego życia w nim.

Wszystko to zmienia bohaterkę – Hana przechodzi gorzką lekcję życia, dorasta. Stopniowo pozbawiana marzeń – najpierw tego o zostaniu nauczycielką w lokalnej szkole (która ostatecznie zostaje zalana wraz z resztą wioski), następnie marzenia o założeniu rodziny i osiedleniu się na stałe w domu Petra – czuje się bezdomna, nie ma dokąd pójść. Decyduje się więc wykorzystać okazję wyjazdu do Londynu. I tak rozpoczyna się jej wędrówka po świecie, w której nigdzie nie może zagrzać miejsca. „Zawsze kiedy gdzieś mi się spodobało, kiedy czułam, że zapuszczam korzenie, to zbierałam manatki i jechałam dalej” – mówi ojcu (s. 313). Wydaje się zadowolona – podróżuje, zwiedza świat, jest w dobrej sytuacji finansowej, ma młodego, kochającego partnera – ale mimo tych pozorów szczęścia jest emocjonalnie skrzywdzona, nieufna, wciąż gdzieś pędzi, jakby nie potrafiła już uwierzyć, że coś dobrego może być na zawsze.

Tato to ziemia

Na tle budowy elektrowni autor kreśli jednak nie tylko historię samej Hany, ale również jej rodziny – pełną traum z przeszłości, tajemnic i skrywanych żalów. Rodziny, która nie potrafi być razem, nie potrafi ze sobą rozmawiać. Centralną – i najbardziej konfliktową – postacią jest tutaj ojciec. Człowiek, który ponad wszystko ceni ziemię – do tego stopnia, że Hana utożsamia go z nią: „Tato to ziemia, brunatna ciężka gleba, nieruchoma w swojej masie, wilgotna, o cierpkiej woni” (s. 87). Po rewolucji z absurdalnym uporem dąży do odzyskania bezwartościowych już gruntów po ojcu, ale być może też dlatego, że mają dla niego wartość sentymentalną: są związane z historią z przeszłości, którą Hana poznaje dopiero po latach i która stawia ojca w innym świetle. Nie usprawiedliwia go – ale pozwala zrozumieć jego rozgoryczenie, fakt, że odreagowywał swój żal na własnej rodzinie. Nagle bezduszny tyran jawi nam się jako człowiek, który przez całe życie wypomina sobie, że w odpowiednim momencie nie był wystarczająco stanowczy, że nie potrafił się postawić.

Może też dlatego taką niechęcią darzy Honzę – tego, który według Hany jest jak wiatr, stale gdzieś pędzi, nie zgadza się, by żyć tak, jak każą mu inni. Zarówno w synu, jak i w córce stary Tomášek dostrzega swoją porażkę wychowawczą, ale również postawę, której po cichu im zazdrości. Czuje być może, że tak samo jak Hana walczy o rozpadającą się chałupę Petra, która jest jej domem, on sam powinien kiedyś walczyć o swoją ziemię, swoje życie, swoją przyszłość. To wszystko stawia go w ludzkim świetle i czyni postacią tragiczną, trochę podobną do innego literackiego despoty, Alfreda Lamberta z Korekt Franzena.

Jiří Hájíček (i elektrownia)
Rybia krew Czechów

Sam Hájíček mówi o Rybiej krwi, że „to powieść pisana bardziej sercem, niż głową” [1]. Temat jest mu bliski – sam pochodzi z okolic, o których pisze w książce, ma wspomnienia związane z zalanymi wioskami. „W tej powieści zagrożone wsie nie mają nazw, chociaż naprawdę istniały” – pisze na wstępie. Irytacja bohaterów, że „młodzi dzisiaj w ogóle nie wiedzą, że kiedyś tam była wieś”, to również jego irytacja. Dzięki temu o losach Hany, jej rodziny, przyjaciół i sąsiadów pisze z dużą dozą empatii. Czuć również, że dobrze zna wiejskie realia, które opisuje, ze wszystkimi ich cieniami i blaskami.

Nieco słabszą stroną książki jest moim zdaniem wspomniany na początku wątek współczesny. Przytłacza dramatyzmem, zbyt wiele tu tajemnic, które nagle wychodzą na jaw, łez i pojednań (choć niektóre postaci pozostają chłodne do końca, i za to plus); czuję też niedosyt, jeśli chodzi o wątek Petra – brakuje mi tu jakiegoś domknięcia. Poza tym nie do końca przekonał mnie kobiecy głos Hájíčka; wyczuwam w nim fałszywe nuty, a jego postaci kobiece, na czele z Haną, wydają mi się momentami drażniąco histeryczne.

Tak czy siak jednak Rybia krew to wciągająca, sprawnie napisana (brawa też dla tłumaczki, czyta się świetnie!) i bardzo emocjonalna opowieść o ludziach, którzy pozbawieni zostali swojego miejsca na świecie – na wiele różnych sposobów. Tych, którzy, ciężko doświadczeni w przeszłości, nie potrafią stawić czoła wyzwaniom przyszłości. O garstce odważnych – jak Hana, ogień, dziewczyna, która walczy do końca – i całej armii biernych i milczących – jak jej powściągliwy, zamknięty w sobie ojciec. Tutaj też leży klucz do interpretacji tytułu książki. Jak wyjaśnia sam autor: „O Czechach z południa mówi się przecież, że mają rybią krew. Dla mnie to metafora bezczynności, melancholii lub powściągliwości. Kto przeczyta książkę, wyciągnie może własne wnioski i po swojemu zrozumie ten tytuł” [2].

***
J. Hájíček, Rybia krew, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

A jeśli ktoś jest ciekawy, jak wyglądały dawne wioski położone w rejonie dzisiejszej elektrowni Temelín, zachęcam, by zajrzeć na tę stronę. Jest tam spora galeria starych zdjęć, przedstawiających mieszkańców, domy i ulice nieistniejących już miejscowości, takich jak Březí, Křtěnov czy Podhájí. Duża dawka nostalgii!

Źródła:
[1] http://www.denik.cz/ostatni_kultura/rozhovor-strihali-me-v-brezi-ktere-zmizelo-kvuli-temelinu-rika-hajicek-20120524-.html
[2] http://www.radioservis-as.cz/archiv13/26_13/26_nalad.htm

Ilustracje:
[1] Motyw z okładki książki, projekt: Magdalena Kocińska | O!Studio / www.ksiazkoweklimaty.pl 
[2] IAEA Imagebank / Wikimedia Commons
[3] Fotografia autora ze strony wydawnictwa / www.ksiazkoweklimaty.pl
[4] Okładka książki ze strony wydawnictwa / www.ksiazkoweklimaty.pl

czwartek, 4 maja 2017

Austriacka sielanka – „Marsz Radetzky’ego”, Joseph Roth

Wilhelm Gause, Hofball in Wien, 1900.

Marsz Radetzky'ego to chyba najgłośniejsze dzieło jednego z najwybitniejszych pisarzy austriackich pierwszej połowy XX wieku, Josepha Rotha. Powszechnie zaliczane do kanonu literatury niemieckojęzycznej, cenione przez innych wielkich pisarzy, przez noblistę Maria Vargasa Llosę określone jako „najlepsza powieść polityczna, jaką kiedykolwiek napisano”.

Tytuł jest trochę przewrotny. Skomponowany bowiem przez Johanna Straussa Marsz Radetzky’ego to symbol dawnej świetności i potęgi C. K. Monarchii, tymczasem głównym tematem powieści jest upadek austriackiego imperium, ze wszystkimi jego pięknymi formami.

„Znał imiona wszystkich członków domu cesarskiego. Kochał ich szczerze, dziecięco oddanym sercem – przede wszystkim cesarza, który był dobry i wielki (…). Najlepiej umrzeć za niego przy dźwiękach muzyki, najłatwiej – w takt marsza Radetzky’ego” (s. 42).

Pierwsze wydanie Marszu, 1932 r.
Punktem wyjścia opowiedzianej przez Rotha historii jest rok 1859 i bitwa pod Solferino, podczas której młody podporucznik Józef Trotta, potomek słoweńskich chłopów, ratuje życie samemu cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Jego bohaterski czyn staje się ciężarem dla jego syna i wnuka, głównych bohaterów tej książki, którzy przez całe życie starają się dorosnąć do swego wielkiego nazwiska. Z różnym skutkiem.

Syn, starosta, jest jeszcze w stanie unieść ten ciężar – robi to zawsze i wszędzie chwaląc imię cesarza, rzetelnie sprawując swoją służbę i przestrzegając form. To człowiek pryncypialny, honorowy i bardzo powściągliwy, na czym cierpi jego jedyny syn, Karol Józef. Zgodnie z wolą ojca wyszkolony na żołnierza, próbuje on sobie znaleźć miejsce w tym świecie, który tak hołubi starosta, ale nie potrafi. Choć kocha cesarza i jest gotów go bronić tak jak jego dziadek, a Marsz Radetzky’ego wygrywany na placu przed starostwem budzi w nim głębokie patriotyczne uczucia, nie potrafi też ściśle przestrzegać form narzuconych mu przez ojca. Wrażliwy i nieco zagubiony, przypominał mi pod tym względem Hanno, najmłodszą latorośl rodu Buddenbrooków, i cała historia upadku rodziny, tu ściśle splecionego z upadkiem państwa, jest nieco podobna jak u Tomasza Manna – choć w obu przypadkach chodzi oczywiście o zupełnie inne wartości.
„Żył w cieniu dziadka. W tym tkwił sęk! Był jedynym wnukiem bohatera spod Solferino, jedynym wnukiem! Czuł ustawicznie na karku tajemniczy, ciemny wzrok dziadka. Był wnukiem bohatera spod Solferino” (s. 107).
Młody Joseph Roth, ok. 1914.
Wikła się więc młody Trotta w coraz to nowe afery, nawiązuje romanse, wpada w długi, przyczynia się niechcący do tragedii – a wszystko to jeszcze bardziej pogłębia jego niepewność i rozpacz. Otoczenie, w którym przebywa, również nie sprzyja pielęgnowaniu ojczyźnianych ideałów – ówczesna armia austriacka, składająca się z opijusów i hazardzistów, przypomina bardziej bandę szwejkowskich indywiduów, niż przykładnych, przejętych miłością do cesarza wojskowych. „Już nie byli członkami armii, tylko niedbałymi nosicielami jej mundurów” (s. 323).

Karol Józef zastanawia się: „Gdzie właściwie przynależę? Nie do tych, którzy siedzą tam w karczmie! Może do Sipolje? Do ojców moich ojców? Może powinienem trzymać w rękach pług zamiast szabli?” (s. 340). Chciałby porzucić karierę wojskową i zaszyć się na jakimś małym skrawku pola, uprawiając ziemię, jak jego przodkowie, lecz powstrzymuje go lęk przed ojcem. To nie tak, że starosta nie kocha syna – przeciwnie, co pokazuje raz po raz wyciągając go z tarapatów lub przymykając oko na jego występki – ale ma ściśle sprecyzowaną wizję tego, co jest słuszne, i w nią usiłuje wpisać życie swej latorośli.

Jego wizja bywa przerażająca, oparta jest bowiem na bezdyskusyjnym posłuszeństwie i oddaniu cesarzowi. W podobny sposób swojemu panu, czyli staroście, oddany jest służący Jacques, który dla służby poświęca całe swe życie – nie żeni się, ponieważ nie spodobałoby się to jego chlebodawcy. Jego przybrane imię „Jacques”, do którego nieprawdziwości przyznaje się dopiero na łożu śmierci, wydaje się jakimś symbolem wyzbycia się własnego życia na rzecz pana. Taka postawa, przywodząca mi na myśl Stevensa, służącego sportretowanego w Okruchach dnia Ishiguro, jest trudna do oceny – człowiek aż do tego stopnia oddany służbie wydaje się niespełna rozumu, ale w powieści Rotha to przecież również element tej dawnej tradycji, poświęcenia cesarstwu i obowiązującemu w nim systemowi, na swój sposób piękny.

Richard Moser, Elisabethbrücke, 1911.

Starosta żyje więc w przeświadczeniu, że wie, jak należy postępować. Ale przecież nie idzie w ślady ojca – bohater spod Solferino, choć ocalił życie Franciszkowi Józefowi, nie czcił cesarza i jego imperium bezkrytycznie. Wydaje mi się, że znamienny jest już fakt, w jaki sposób dokonał swego czynu – by ochronić młodego wodza przed pociskiem, nie dbając o ceremoniał ośmielił się złapać go za rękę i pociągnąć na ziemię.

Zamiast dumać, woli działać, bardziej niż formy, piękne gesty i słowa ceni prawdę – nie bez powodu Roth nazywa go „rycerzem prawdy”. Dlatego też, kiedy prosi o sprostowanie ubarwionej historyjki opisującej jego czyn w szkolnej czytance i słyszy od cesarza, że „kłamie się nieraz”, bohater ostentacyjnie odchodzi z armii i oddaje się pracy na roli, „wygnany z raju naiwnej wiary w cesarza, w cnotę, prawdę i sprawiedliwość” (s. 23). Jego historią, która otwiera całą powieść, autor już na wstępie kwestionuje więc ideały starosty; wydaje się ona ponurą zapowiedzią późniejszych wydarzeń, a zarazem tworzy klamrę z losami innego młodego podporucznika – jego wnuka, Karola Józefa.

Cesarz Franciszek Józef w 1905 r.
Głos Rotha jest więc krytyczny, już na wstępie kwestionuje on potęgę i nieomylność Monarchii, ale równocześnie pisze o niej i o jej czasach z ogromną nostalgią. Rozumie, czemu austriacki kolos upadł, dostrzega jego wady, ale nie zmienia to faktu, że żałuje tego świata, który był również światem jego dzieciństwa, i po którego rozpadzie nigdzie już nie czuł się „u siebie”. Z drobiazgową czułością pisze o małych rytuałach starosty, o posiłkach, które trafiały na stół w jego domu, o Marszu Radetzky’ego rozbrzmiewającym po obiedzie na placu przed starostwem.
„Twarze słuchaczy rozjaśniał zachwycony uśmiech, stopy same odrywały się od ziemi. Stali jeszcze, a zdawało im się, że już maszerują. Dziewczęta wstrzymywały oddech i otwierały usta, dojrzali mężczyźni zwieszali głowy i wspominali czasy manewrów. Stare babinki siedziały w pobliskim parku, ich małe, siwe główki trzęsły się. Było lato” (s. 36).
Podobnie jak swój rodak Stefan Zweig, Roth jest prócz tego niesamowitym opowiadaczem – obydwaj, po prostu poprzez zajmującą narrację, potrafili z niezwykłą siłą wciągnąć czytelnika w przedstawiony świat. (Niecierpliwość serca łączy zresztą z Marszem Radetzky’ego również sceneria i czas – obydwie powieści opisują czasy schyłku imperium i kończą się wybuchem I wojny światowej; a i życiorysy ich autorów pod pewnymi względami są zadziwiająco podobne…). Ostatecznie zaś o tym, że mam do czynienia z prawdziwym mistrzem pióra, przekonuje mnie kilka wspaniałych scen – śmierć Jacquesa, wyprawa starosty do Wiednia i audiencja u cesarza w obronie honoru syna, przyjęcie u Chojnickiego, w trakcie którego obsypani jeszcze confetti goście na wieść o zamordowaniu księcia Ferdynanda maszerują dookoła sali w takt Marszu Żałobnego Szopena. I koniec – koniec rodu Trottów, koniec cesarza Franciszka Józefa… koniec świata.

Karl Pippich, Carlsplatz, Wien, 1908.

A książkę zdjęłam z bibliotecznej półki dzięki rekomendacjom Sheyna Owieczkina oraz Marlowa z Galerii Kongo. Za te rekomendacje składam teraz oficjalnie stokrotne dzięki!

***
J. Roth, Marsz Radetzky’ego, przeł. Wanda Kragen, wyd. Czytelnik, Warszawa 1977.

Ilustracje:
[1] Historisches Museum der Stadt Wien / Wikimedia Commons
[2] H.-P.Haack / Wikimedia Commons
[3] Center for Jewish History / Wikimedia Commons
[4] www.dorotheum.com / Wikimedia Commons
[5] Koller Tanár Utódai / Wikimedia Commons
[6] www.imkinsky.com / Wikimedia Commons