środa, 28 marca 2018

Moje zwierzenia czytelnika (zainspirowane „Ex librisem” Anne Fadiman)

Skoro zwierzenia i prywata, to i własne zdjęcie à propos rytuałów czytelniczych.
Niestety to akurat rytuał praktykowany tylko w poranki letnio-wakacyjne.
Oryginał uwielbianej dziś na całym świecie książki Anne Fadiman nosi podtytuł Confessions of a Common Reader. Określenie „common reader”, czyli „zwykły czytelnik”, pochodzi z eseju Virginii Woolf, która z kolei zapożyczyła je od Samuela Johnsona. Kim jest ten „zwykły czytelnik”? W tekście Woolf znajdujemy taką oto definicję:
„Zwykły czytelnik, sugeruje doktor Johnson, różni się od krytyka i uczonego. Jest słabiej wykształcony, natura nie obdarzyła go nazbyt hojnie. Czyta raczej dla własnej przyjemności niż po to, by przekazywać wiedzę czy korygować cudze osądy. Nade wszystko jednak kieruje się własnym instynktem (…). Bywa pospieszny, niedokładny i powierzchowny” [1].
I choć „jego wady jako krytyka są zbyt oczywiste, by je tu w ogóle wymieniać”, doktor Johnson twierdzi, że „po wszystkich wyrafinowanych subtelnościach i uczonych dogmatyzmach to niezdeprawowany literackimi uprzedzeniami zdrowy rozsądek zwykłych czytelników będzie ostatecznie kryterium rozdzielania tytułów do poetyckiej chwały” [cytuję nadal za esejem Woolf]. A więc figura daleka od wybitności, a mimo to dosyć istotna.

Oczywiście Anne Fadiman, przypisując sobie tytuł „zwykłego czytelnika”, trochę kokietuje – to w końcu osoba o dużej wiedzy i oczytaniu, którą z powodzeniem określić moglibyśmy jako znawczynię literatury. Myślę jednak, że chodzi tu o jakiś bardzo pierwotny element, który głęboko w sobie mają nawet znawcy – bo nawet oni odkładają czasem na bok cały swój aparat krytyczny i poddają się czystej przyjemności spontanicznej, niedbałej lektury. I ta książka właśnie taka jest – nie ma tu wnikliwych analiz i zawiłych zagadnień, bo zebrane w niej eseje nie dotyczą stricte literatury, ale właśnie czytania, naszych czytelniczych nawyków i płynącej stąd radości.

Niezależnie od tego, którą definicję „zwykłego czytelnika” przyjmiemy, ja sama za to z całą pewnością mogę wejść w jego rolę. I postanowiłam tak właśnie zrobić – zainspirowana wywodami Anne Fadiman, która bez większych oporów dopuszcza czytelnika nie tylko do swojej biblioteczki, ale również życia prywatnego, rodzinnego, małżeńskiego, zdecydowałam się podzielić swoimi własnymi confessions of a common reader. Gotowi? Oto one!

Wyznanie numer 1: W mojej biblioteczce są dwie Specjalne Półki. Na jednej stoją książki, które z jakichś względów są dla mnie szczególnie ważne. Ukochane, w pewien sposób dla mnie przełomowe, z drogimi mi dedykacjami. Druga natomiast to półka Hrabala, która mieści wszystkie książki Mistrza i wszystkie książki o nim, a prócz tego butelki po piwie przywiezionym z browaru w Nymburku, gdzie Hrabal dorastał, oraz grafikę autorstwa Justyny Plec z pewnej maleńkiej wystawy zainspirowanej twórczością Hrabala. Praca ta zdobiła ściany wszystkich moich krakowskich mieszkań (budząc nierzadko konsternację gości), a teraz wylądowała ze mną w Rzeszowie, gdzie służy za piękną dekorację hrabalowskiej półki. Grafika, choć może na pierwszy rzut oka rzeczywiście trochę makabryczna, zainspirowana jest takim uroczym fragmentem:
„Od tego czasu Vladimir bał się strzyc. Gdy tylko zobaczył nożyczki w ręce fryzjera, cierpł na samą myśl, co się może stać, jeśli ten fryzjer wieczorami zajmuje się grafiką i zazdrości Vladimirowi, i znienacka wbije mu te rozwarte nożyczki w oczy, aż do mózgu?” [2].
Moja Specjalna Półka!
Wyznanie numer 2: Uwielbiam pisać na marginesach. Także na książkach bibliotecznych. I uwielbiam czytać podobne cudze zapiski, bo czuję, że mam wtedy wgląd w proces szalenie intymny, jakim jest przecież osobista lektura. Pierwszym prezentem, jaki zrobiłam swojemu obecnemu chłopakowi, był egzemplarz mojej ulubionej książki Hrabala, który przyozdobiłam notatkami – zaadresowanymi do obdarowanego. Jak jeden wielki list, z uwagami typu: „Zobacz, to mój ulubiony fragment!” czy „Też to znasz, prawda?”.

Dla mnie dopiero książka z podkreśleniami i zabazgranymi marginesami naprawdę żyje. Posługując się więc metaforą Anne Fadiman, do książek żywię miłość bardziej zmysłową niż dworską – książka jako przedmiot nie jest dla mnie świętością, którą zachować należy jak najdłużej w stanie niepokalanej czystości. Nie idę jednak w tej „zmysłowości” tak daleko, jak Fadimanowie. Nawet „rozdziewiczanie” książek przy pomocy długopisu zamiast ołówka budzi we mnie poczucie winy, a już barbarzyństw takich jak swobodne wyrywanie stron nigdy bym się nie dopuściła!

Przykład mojego zdobienia marginesów. Pavel Vilikovský
i jego „Opowieść o rzeczywistym człowieku”. Nie mogłam
się powstrzymać. Kto czytał, ten zrozumie!
Wyznanie numer 3: Uwielbiam dedykacje. W swojej biblioteczce mam kilka szczególnie mi drogich antykwarycznych egzemplarzy, w których w formie dedykacji ktoś zostawił cząstkę swojego życia, a także kilka pięknych dedykacji zaadresowanych do mnie. Pozostaję jednak pod głębokim wrażeniem tej najpiękniejszej dedykacji, którą chwali się na kartach Ex librisu Anne Fadiman: „Mojej ukochanej żonie… To jest i twoja książka. Tak jak moje życie jest także twoim”. Jest zazdrość :)

Wyznanie numer 4: Które też nie będzie chyba wielkim odkryciem, bo przy różnych okazjach o tym wspominam. Lubię książki używane. Oczywiście, zapach świeżo zakupionej nówki sztuki jest wspaniały, ale mimo wszystko wolę leciutką woń kurzu i miękkie w dotyku, pożółkłe strony. Lubię świadomość, że książka przeszła już przez czyjeś ręce, że ma już za sobą przynajmniej jedno życie, „że jestem małym ogniwem w długim łańcuchu posiadaczy książek” [3], jak pisze Anne Fadiman – również wielbicielka „prozy z odzysku”.

Wyznanie numer 5: Mam manię poprawiania błędów, tak jak wszyscy Fadimanowie. Za każdym razem robię to w czytanej książce (i często mam później ochotę podesłać listę wydawcy, tak jak autorka Ex librisu przesłała kiedyś swoje uwagi samemu Nabokovowi; powstrzymuje mnie fakt, że większość niestety ma to w nosie – za bratem Anne powtórzę: „Oni chcą tkwić w błędzie”). Ale również w internecie bywam często tym upierdliwcem, który komentuje, zwracając uwagę na błędy (zwłaszcza jeśli chodzi o pisownię i odmianę czeskich nazwisk – kilka koleżanek-blogerek pewnie potwierdzi). Staram się hamować, bo nigdy nie wiem, jak ktoś na poprawkę zareaguje, ale to fakt – siedzi we mnie taki mały gramatyczny nazista.

Anne Fadiman w 2010 roku.
Wyznanie numer 6: Uwielbiam literackie opisy jedzenia… ale za to nigdy nie jem, czytając. Zwyczajnie nie potrafię się skupić na tych dwóch czynnościach jednocześnie. Odkładam książkę – i dopiero wtedy pędzę do kuchni, zaspokoić pobudzony literackimi pysznościami apetyt. Jak Anne Fadiman, podczas swojej nocnej akcji smażenia cheddara pod wpływem pewnego zdania z książki ;). Esej Literacki żarłok to chyba mój ulubiony z całego zbioru – nawet mimo tego, że zamiast opisywanych pyszności po jego lekturze najbardziej zapadła mi w pamięć obrzydliwa zupa o konsystencji śluzu oraz ból brzucha, którym zakończyło się nocne smażenie sera. Więc niby o smakowitościach, ale sam tekst aż tak smakowity nie jest ;).

Wyznanie numer 7: Podobnie jak Fadiman, uwielbiam wspólne czytanie książek na głos. Jedno z moich najmilszych wspomnień – w ogóle, nie tylko czytelniczych – to pewien październikowy wieczór w pensjonacie w Bieszczadach, kiedy z moim ówczesnym chłopakiem czytaliśmy Szwejka, od czasu do czasu z konieczności przerywając z powodu dzikich ataków śmiechu. Na pewno nie czerpałabym takiej radości z lektury tych fragmentów, gdyby nie fakt, że dzieliłam to doświadczenie z bliską mi osobą. Bardzo polecam – to naprawdę intensyfikuje wrażenia!

Wyznanie numer 8: Powiązane z numerem 7. Uważam, że w czytaniu dzieciom do snu jest coś magicznego. Do dziś wspominam ten przyjemny moment, kiedy wieczorem mój tata otwierał opasły tom Opowieści z Narnii, po czym po raz kolejny przenosił mnie i siostrę do świata wyczarowanego przez C.S. Lewisa. Treść książki po kilku latach niemal zupełnie uleciała mi z głowy, ale wciąż pamiętam dziecięcą ekscytację płynącą z samego rytuału. Marzy mi się odtworzenie go kiedyś z własnymi dziećmi, a później obserwowanie ich własnych pierwszych doświadczeń w literackim świecie. W końcu, jak napisała Anne Fadiman: „Spośród wielu satysfakcji z rodzicielstwa tylko nieliczne stawiam ponad obserwację twarzy moich dzieci w chwili, kiedy otwierają po raz pierwszy nową książkę” [4]. Może kiedyś się spełni.

A sama książka? Nie wszystkie eseje porwały mnie tak samo, ale spędziłam z nią kilkanaście miłych wieczorów i cieszę się, że na ten czas mogłam wejść do czytelniczo-rodzinnego świata Anne Fadiman. Oraz że zainspirowała mnie do podzielenia się swoim własnym czytelniczo-prywatnym światem. A teraz… czas na Wasze wyznania ;).

Źródła:
[1] Woolf V., Zwykły czytelnik [w:] Eseje wybrane, przeł. Magda Heydel, wyd. Karakter, Kraków 2015, s. 31.
[2] Hrabal B., Czuły barbarzyńca, przeł. Aleksander Kaczorowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1997, s. 76.
[3] Fadiman A., Ex libris. Wyznania czytelnika, przeł. Hanna Pustuła, Paweł Piasecki, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2004, s. 160.
[4] Tamże, s. 172.

Fotografie:
[1], [2], [3], [5] zdjęcie własne
[4] King of Hearts / Wikimedia Commons.

sobota, 17 marca 2018

Literacka Przystawka (2) – Miłoszewski, Małecki, Orbitowski

W prawie-już-wiosennej Literackiej Przystawce gości u mnie tym razem trzech polskich pisarzy. Choć z głośnymi nazwiskami młodej polskiej prozy nie jestem za pan brat, tak się akurat złożyło, że w ostatnim czasie – dzięki uprzejmości wydawców i wydawców-znajomych – miałam okazję przeczytać trzy nowości pióra poczytnych autorów znad Wisły. Znani, lubiani, chętnie czytani i komentowani (Miłoszewski i Małecki – pierwsze dwa miejsca w kategorii literatury pięknej w niesławnym plebiscycie LubimyCzytać.pl), ale czy ta popularność rzeczywiście odpowiada literackiej jakości ich dzieł? Cóż, mnie niestety wszystkie trzy pozycje trochę rozczarowały.

Najtrudniej jest mi chyba pisać o Jak zawsze Zygmunta Miłoszewskiego, bo mimo tego historyczno-politycznego tła jest to jednak rasowa literatura rozrywkowa, lekka i pozbawiona większej głębi, a o takiej zupełnie nie potrafię pisać. Fakt, że książkę czyta się przyjemnie, a pomysł na przeniesienie pary staruszków w czasie do lat ich młodości, lecz w alternatywnej rzeczywistości, w której Polska po wojnie znalazła się w strefie wpływów Francji, jest bardzo ciekawy. Ale…

No właśnie, ciężko mi wyjść ze swoją opinią poza utarte sformułowania „przyjemnie” i „ciekawy”. Ze świetnego pomysłu właściwie nic nie wynika, może poza dosyć mętną krytyczną refleksją na temat Polski i Polaków oraz impulsem do rozważań, co sam zrobiłbym, gdybym mógł swoim życiem pokierować raz jeszcze, od nowa. Historii brakuje jednak jakiejś myśli zamykającej, zakończenie jest moim zdaniem rozmyte i niedopracowane, a cała opowieść – lekko przegadana (podobno powieść na etapie redakcji została dosyć mocno okrojona, przypuszczam więc, że w wersji pierwotnej musiała być bardzo przegadana). Za to duży uśmiech wywołały we mnie fragmenty, w których autor najwyraźniej ironizuje na swój własny temat – podoba mi się ten dystans:
„Czyli ma pan swoje ulubione knajpy na tatara, na sznycel, na naleśniki. No i proszę sobie wyobrazić, że przychodzi pan na tatara, a tam są dziś ryby z rusztu, bo kucharz lubi różnorodność. I ja mam to cały czas, autor pisze genialne romanse, cała Polska je sobie wstrzykuje jak heroinę, a on przychodzi, że teraz napisze nową Lalkę albo nową Ziemię obiecaną, wszyscy na punkcie tych powieści mają obsesję. Czasami da się wytłumaczyć, częściej przekupić, ale niektórzy są niezłomni, no i nie kończy to się dobrze (…). Ponieważ jak pan idzie na tatara, to pan nie chce ryby z rusztu, nawet jeśli rybę robił ten kucharz od tatara, proste” (s. 302).
Podobny problem ze sformułowaniem swojej opinii mam w przypadku Rdzy Jakuba Małeckiego, choć to oczywiście zupełnie inna książka. Na myśl o niej przychodzi mi do głowy jedno słowo, niestety równie błahe i ogólnikowe co „przyjemnie” i „ciekawy”: „ładna”. Dla mnie to taka ładna książka, ładnie napisana, z ładną historią, uroniłam nawet przy niej kilka łez, ale nie powiem, żeby wzbudziła we mnie jakieś silniejsze emocje – po dwóch miesiącach od lektury niemal cała fabuła ulotniła mi się z głowy i musiałam raz jeszcze całość przekartkować, by móc cokolwiek na jej temat napisać.

Ujął mnie motyw listów wysyłanych do zmarłego ojca, cień przeklętego drzewa i cień odważnego dziadka, który na Syberii stoczył walkę z niedźwiedziem, smutne historie Julii Dusznej, Doktora i Hołowczyca, i wreszcie samej babci Tośki, całe to uniwersum niespełnionych pragnień, przegapionych szans, żyć, które pokrywa rdza. Często miałam jednak wrażenie, że autor manipuluje moimi emocjami, stosując proste i ograne sztuczki, że to wszystko jest trochę powierzchowne i efekciarskie, i stąd ten brak silnych emocji, nie ma w tej prozie czegoś, co zostawiłoby we mnie głęboki ślad. Choć więc wspomnienia z lektury mam miłe, dla mnie jest to jedna z tych książek, które odkłada się na półkę i szybko zapomina. Szkoda!

Problemu nie mam za to z pisaniem o Exodusie Łukasza Orbitowskiego – w tym wypadku potrafię dokładnie wskazać to, co mi się podobało i to, co mi przeszkadzało. Na plus oceniam kreację głównego bohatera, bo choć to niesamowicie śliski, irytujący typ, grający przed sobą i przed światem szlachetnego i odpowiedzialnego, a przy tym duszący w sobie uczucia, bierny, nie próbujący rozwiązywać problemów, tylko uciekający od nich – jest jednak w tym wszystkim takim niewygodnym lustrem dla nas. Bo przecież, co uświadomiłam sobie nie bez przykrości, wszyscy trochę jesteśmy jak on. Usprawiedliwiamy sami siebie, zagłuszamy wyrzuty sumienia, utwierdzamy się w przekonaniu, że jesteśmy „w porządku”, że po prostu „musieliśmy” i „nie mogliśmy inaczej”.

Na minus – sposób poprowadzenia wszystkich wątków z wyjątkiem głównego, cała ta podróż przez Europę, Berlin, obóz przesiedleńczy, Lublana, grecka wyspa, i nagromadzenie napotkanych po drodze postaci, których znaczenie (z wyjątkiem Klary i Antego) nie jest do końca jasne. Za dużo tutaj wszystkiego, przez co historie rozłażą się w palcach, czytelnik gubi się w nieistotnych szczegółach i nic się nie klei. Pozbawione puent opowieści są przeciągnięte i zwyczajnie nudne, dlatego z ulgą wracałam do kolejnego odcinka wątku z przeszłości, jedynego, który śledziłam z przyjemnością. Bo akurat osadzona w polskich realiach historia wychowanego przez samotną matkę chłopaka, który zbyt szybko zostaje wrzucony we własne życie rodzinne i rozpaczliwie lawiruje między oczekiwaniami matki i żony jest moim zdaniem dobra, mocna i wiarygodna.

Tym, co drażniło mnie też w trakcie lektury, była jednowymiarowość postaci kobiecych. Mężczyźni w powieści Orbitowskiego mają jakieś cechy charakterystyczne, są wyraziści, podczas gdy bohaterki, nawet jeśli mają własną historię, własną tajemnicę, są albo postaciami nieznośnie płaskimi i mdłymi (Julka, Eve, Nina) albo karykaturalnymi histeryczkami (matka, Patrycja, Sophie). Tak jakby między tymi dwoma biegunami nie było nic.

Do plusów dorzuciłabym też trochę filmową technikę przywoływania na początku rozdziału wciąż tego samego wspomnienia, ale odsłanianego stopniowo, oraz kilka niebanalnych, obrazowych opisów („W prześwitach błyskają reflektory, szumią liście, żołądź uderza o ziemię, trzeszczy chór świerszczy”, „Zamkowe wzgórze szturmuje armia łysiejących drzew”), które świadczą o tym, że Orbitowski ma interesujące pióro. Niestety, kiepska konstrukcja powieści i wynikające z niej dłużyzny przyćmiewają to, co w Exodusie naprawdę dobre.

Żadna z powyższych książek nie jest zdecydowanie zła i dlatego żadnego z tych trzech autorów definitywnie nie skreślam. Ale też żadna, niestety, nie spełniła dużych oczekiwań rozbudzonych przez promocję.

***
Z. Miłoszewski, Jak zawsze, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.
J. Małecki, Rdza, wyd. SQN, Kraków 2017.
Ł. Orbitowski, Exodus, wyd. SQN, Kraków 2017.

sobota, 3 marca 2018

Kostka wciąż taka sama, a jednak inna – „Arystokratka na koniu”, Evžen Boček

Trzecia część cyklu o arystokratce jest urocza urokiem poprzednich dwóch części… ale i trochę inna. Pozbawiona drapieżności części drugiej, za to jakby bardziej refleksyjna. Zmiana na plus czy nie? Trudno mi się zdecydować.

Na Kostce w zasadzie po staremu – rodzina Kostków w dalszym ciągu usiłuje się odnaleźć we wrogiej kapitalistycznej rzeczywistości. Wychodzi im to raz lepiej, raz gorzej, a ambitne plany marketingowe krzyżuje, między innymi, książę Schwarzenberg (oraz jego towarzyszka życia, szokująca swoją bardzo niearystokratyczną profesją). Wciąż jednak udaje im się jakoś utrzymać na powierzchni – a momentami nawet, o dziwo, całkiem dobrze się przy tym bawić.

I choć na podstawie tego opisu można by uznać, że książka, podobnie jak poprzednie odsłony cyklu, od pierwszej do ostatniej strony tryska humorem, nie do końca jest to prawda. Ku mojemu zaskoczeniu po świeżym, dowcipnym tomie pierwszym oraz rozkosznie sarkastycznym i drapieżnym tomie drugim przyszedł czas na książkę z lekka refleksyjną.

Na scenie pojawia się ciotka Nora, postać niewątpliwie zabawna („coś, co w pierwszym momencie uznałam za zmumifikowanego Pigmeja z sypialni matki, tyle że przebranego za kobietę z laseczką spacerową w zasuszonych palcach”), ale przecież, w swoim anachronizmie, oderwaniu i niezrozumieniu dla prawideł, jakim rządzi się dziś świat, również budząca współczucie. „Sprawiała wrażenie bezbronnej i opuszczonej – i taka chyba jest” (s. 105) – pisze w swoim dzienniku Maria i z dużym wzruszeniem wspomina o znoszonych, choć wciąż eleganckich, sukienkach ciotki.

Również ostatnie strony Arystokratki na koniu dostarczają więcej wzruszeń, niż łez szczerego śmiechu. Po beztroskiej nocy, w czasie której orzechówka leje się strumieniami, pan Spock wygrywa i wyśpiewuje swoje najnowsze przeboje (nareszcie, tak mi ich brak!), a Józef i Milada odstawiają tańce w przebraniach Himmlera i Helenki Vondráčkovej, autor budzi następnego ranka tę wreszcie zgraną drużynę w świecie, w którym już nie ma księżnej Diany. I choć to taki typowo czeski chwyt – przecież najlepsze czeskie książki i filmy rzucają na kolana właśnie tym, że z taką finezją łączą tragizm z komizmem – to jednak wszelkie dowcipy w tym momencie trochę bledną.

W lekkie zakłopotanie wprawiają mnie też dramatyczne przemiany, jakim ulega postać samej arystokratki. Na początku – zaskakująco dojrzała, spokojna i zdystansowana, w drugiej części nagle przechodzi metamorfozę we wściekłą zołzę, by w części trzeciej zacząć przejawiać zachowania typowe dla niezrównoważonej nastolatki – jest próżna, zazdrosna i histeryczna. Mam wrażenie, że autor chce po prostu dodać tej postaci barw, ale robi to trochę zbyt skokowo. (Z drugiej strony – po raz pierwszy w życiu się zakochała, a miłość, jak wiadomo, robi z ludźmi dziwne rzeczy…).

Mam więc z oceną trzeciej części cyklu Evžena Bočka pewien problem. Cieszę się z rozwoju wątku z Maksem, ale mam niedosyt piosenek pana Spocka i niecenzuralnych odzywek pani Cichej; podoba mi się, że Maria nabiera kolorków, ale nie jestem pewna, czy nie nabiera ich zbyt gwałtownie; z radością też przywitałam nową postać na zamku, ale nie wiem do końca, co o niej myśleć. 

Jeśli zaś chodzi o tę odrobinę smutku, która wkradła się do trzeciej części przygód arystokratki – skłaniam się ku przekonaniu, że to pewna nowa jakość. I nie jest to chyba powód, by markotnieć. Może i dobrze, że nastrój kolejnych tomów lekko się zmienia, bo to w końcu gwarancja, że oprócz humoru opartego na wciąż na podobnych gagach, znajdziemy w nich coś nowego i zaskakującego.

Dlatego też pozostaję wierna serii i już wypatruję kolejnej jej odsłony, ciekawa, w jakie tym razem klimaty uderzy kasztelan zamku w Miloticach. Pozostaje nam chyba bezlitośnie życzyć Evženowi Bočkowi bezsenności – wszak podobno pisze głównie ranem, gdy nie może spać :)

***
E. Boček, Arystokratka na koniu, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2017.

A tych, którzy chcieliby zobaczyć autora i posłuchać, jak opowiada o najnowszym tomie swojego cyklu, odsyłam do poniższego filmiku. Po czesku, ale i bez znajomości można spróbować. Dla chcącego nic trudnego! 


O poprzednich tomach cyklu przeczytacie tutaj: