piątek, 25 maja 2018

Świat według Sztućców... i Pająków :) – „Rodzina Sztućców”, „Czego tu się bać”, Madlena Szeliga


Co robią sztućce w czeluściach szuflady, gdy nie patrzymy? Kim chciałyby być Widelczyk czy Łyżeczka, gdy dorosną? Czy Pająk może się bać pająków? Na te pytania odpowiadają książeczki z dwóch nowych serii wydawnictwa Gereon (które kojarzyć możecie ze Scen z życia prywatnego i publicznego zwierząt, jednej z moich Książek Roku 2017). W dodatku robią to w dowcipny, ciepły i graficznie bardzo piękny sposób.

Zacznę od Sztućców. W zacisznej głębi szuflady babci Eleonory mieszka sobie rodzina Sztućców w składzie: Dziadek Nóż, Tata Widelec, Mama Łyżka, Widelczyk i Łyżeczka. Ale zgodne stadło to to nie jest – zwłaszcza Dziadek Nóż o bardzo ciętym języku (nie stępionym przez lata) wprowadza nieustanny ferment. A to dogryza synowej, że jest gruba, a to dzieciaki wysyła spać o 16 (okrutnik!).

Dziadek Nóż, nie zważając na wiek i to, co ludzie pomyślą, szykuje się na randkę.
Przykład ostrego języka Dziadka.

Na kartach dwóch pierwszych tomów serii nieszablonowa rodzinka przeżywa wiele przygód (Dziadek szuka żony, Widelczyk omal nie ginie w odmętach makaronu tagliatelle, a Łyżeczka znika, zostawiając zaszyfrowaną wiadomość), ze wszystkich jednak, dzięki wzajemnemu wsparciu, wychodzi obronną ręką.

Przy pomocy Sztućców Madlena Szeliga mówi wiele na temat życia rodzinnego – oswaja z codziennymi małymi konfliktami, tłumaczy, że nie od razu będziemy sobie radzić z makaronem tagliatelle tak wspaniale jak Tata Widelec, uczy cieszyć się drobnostkami i czerpać siłę ze wsparcia rodziny. Do tego te pyszne językowe gierki i aluzje: „Zwiała bez ostrzeżenia i bez ostrzenia”, „Chochla jest zbyt wylewna”, „Spanie w osobnych szufladach”.

Gdy cała rodzina wybierała się na misję ratunkową na Mount Everest, Łyżeczka zjawiła się, cała w dżemie i bitej śmietanie.
Przerażający potwór Tagliatelle. Spotkania z nim Widelczyk omal nie przypłacił skórą!

Nie bez znaczenia jest oczywiście nieco drapieżna kreska Sławka Zalewskiego, która ogromnie dodaje opowieści charakteru. I to mrowie maleńkich obrazków na wyklejkach, przywodzące mi na myśl wydane w latach 90. przez Muzę opowieści o Mistusiu Passiflorku i Babci Zyni. Z jaką fascynacją studiowałabym je, gdybym miała znów pięć czy sześć lat! Jestem pewna, że już sama wyklejka jest dla najmłodszych źródłem nieskończonej uciechy!

Nad taką wyklejką można spędzić cały dzień!

Czego tu się bać?, tytuł inaugurujący serię „Robale”, również oswaja, ale tym razem ze strachem. Który, jak wiadomo, ma wielkie oczy. Książka na wstępie podbiła moje serce tym, że jej głównym bohaterem jest pająk. Od młodości bowiem wrażliwa na los tych stworzeń, uważałam, że niezasłużenie mają tak zły piar w świecie zwierząt. Książka, napisana przez Madlenę Szeligę i zilustrowana (pięknie psychodelicznie!) przez Paulinę Daniluk, ramię w ramię z takimi klasykami jak Pajęczyna Charlotty E.B. White'a robi wiele dla ocieplenia wizerunku tych ośmionożnych biedaków.

Mały, bojaźliwy pajączek zagląda tu pewnego razu do encyklopedii, za którą na co dzień mieszka, i znajduje w niej wizerunek najpotworniejszego potwora, z całą masą nóg i oczu. Od tej pory żyje w strachu, że spotka strasznego stwora. Puenty możecie się domyślić. A mały człowiek może się przekona, że naprawdę nie taki pająk straszny, jak go malują :).

Ale tak szczerze, mimo całej mej sympatii dla tych biednych stworzeń, wczorajsze spotkanie z ogromnym ich przedstawicielem, sunącym po ścianie zaraz nad moją głową, gdy już zasypiałam, było jednak dosyć upiorne. Może chciał sprawdzić, jak wiele nauczyłam się z książki?

Co za bestia!
Dopiero Motyl uświadomił Pająkowi, że pająki mają w sumie klawe życie.

Wszystkie trzy tytuły w przepyszny sposób bawią i uczą. Także tego, by bacznie rozglądać się dookoła, używać wyobraźni, nasłuchiwać zrzędliwych uwag z głębi szuflady lub płaczliwych jęków zza encyklopedii. (À propos: jednym z dyżurnych dowcipów mojego dziadzia była opowieść o domu, w którym nie wiadomo skąd zaczęły się rozlegać okrzyki: „Olaboga, moja noga!”; okazało się, że wydawał je pająk, który zaklinował sobie jedną z ośmiu nóg w trybach zegara. Jak widać więc, pająki mogą śpiewać różnymi głosami). Poza tym każda z tych książek to takie małe dzieło sztuki – naprawdę pięknie prezentują się na półce.

***
M. Szeliga, Rodzina Sztućców, wyd. Gereon / Aromat Słowa, Kraków 2017.
M. Szeliga, Rodzina Sztućców II, wyd. Gereon / Aromat Słowa, Kraków 2018.
M. Szeliga, Czego tu się bać?, wyd. Gereon / Aromat Słowa, Kraków 2017.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

środa, 23 maja 2018

Polskie perełki na dnie (2): Miasto, w którym czas się zatrzymał – Wojciech Klęczar, „Wielopole”

Choć przez Wielopole Wojtka Klęczara przewija się wiele postaci, tak naprawdę wszystkie są podobne – ta książka ma jednego bohatera. Trochę zmęczonego życiem, trochę niezdolnego wziąć się z nim za bary, rozczarowanego, smutnego. Przed zgiełkiem rzeczywistości, przed ludźmi i odpowiedzialnością chowającego się w knajpach, nie tych ładnych i jasnych, z czystymi toaletami i drogim piwem, ale tych bardziej spelunowatych, „gdzie powietrze zatęchłe było od nostalgii i niespełnienia”.

Ten bohater zawsze ma w życiu pod górkę – może to los się na niego uwziął, a może sam, swoją biernością i marazmem, przyciąga nieszczęścia. Jest inteligentny i wrażliwy, chce stabilnego związku i staroświeckiej, romantycznej miłości, ale żadnej kobiety nie potrafi utrzymać przy sobie na dłużej. Więc chodzi po mieście, jak ten współczesny biegun, wstępuje do znajomej knajpy i idzie dalej. Czego szuka?

Czyta się to dobrze, gładko wchodzą te opowieści o stałych bywalcach krakowskich knajp. Tylko że, pomijając pojawiające się od czasu do czasu przebłyski humoru, przeważnie jest jednak przygnębiająco. Przyznam, że przytłoczona losami tych ludzi, dla których czas się zatrzymał, sama zaczęłam się czuć jak oni, doszukiwać się w sobie ich marazmu, i wcale nie zrobiło mi się od tego dobrze. Uważajcie więc, bo czytając Wielopole możecie w sobie odkryć coś, czego odkrywać wcale nie chcecie.

Bardzo istotnym tłem tych opowiadań, tłem, które jest niemalże równoprawnym ich bohaterem, jest Kraków. Dla osób, które dobrze znają to miasto, książka z pewnością będzie miała dodatkowy urok. Odwołując się znów do osobistego doświadczenia – choć sama nigdy knajpianym typem nie byłam, na początku pierwszych studiów zdarzało mi się zapuszczać na wieczorne eskapady w okolice Rynku i Kazimierza (także do legendarnego Kitschu) i podczas lektury Wielopola jak żywy stawał mi przed oczami tamten Kraków, sprzed dziesięciu lat. Gdy nostalgia bohatera jest twoją własną nostalgią, odczuwasz lekturę inaczej, lepiej, mocniej. Ale, znów uwaga – to też uczucie gorzkie.

W tym skupieniu się na ludziach wyrzuconych gdzieś na margines, niepotrzebnych, zapomnianych, jest oczywiście coś hrabalowskiego, ale bez hrabalowskiego zachwytu dla świata. Już prędzej – à la późny Hrabal. I bez znaczenia jest zakończenie, pozytywne przecież, bo jest jakby doszyte na siłę, niewiarygodne i błahe. Czarny nastrój, w jaki wprawia lektura, to jednak nie zarzut – są przecież tacy, którzy w literackim smutku doskonale się odnajdują.

Zarzut mam za to inny – brak mi wyraźnej puenty, zarówno w poszczególnych opowiadaniach, jak i całym zbiorze. Wyczuwam, że jest to pisanie z potrzeby, może też dla udokumentowania pewnej epoki, ale czy oprócz tego autor ma jeszcze jakąś wyraźną myśl do przekazania? Po co właściwie to wszystko? Bywa, rzecz jasna, że to „po co” nie jest potrzebne, że sama narracja jest celem, ale ta opowieść nie ma niestety aż tyle uroku, by samej się bronić.

Uwiera mnie też obraz kobiet w Wielopolu, ale z tego autor częściowo wybronił się podczas niedawnego spotkania autorskiego w krakowskim Pierwszym Lokalu na Stolarskiej po lewej stronie, idąc od Małego Rynku. Kobiecość w tej książce jest mocno zbanalizowana: są tu jedynie brzydkie i głupie studentki polonistyki, zwariowane feministki, puszczające się nastolatki, i gdzieś pośród tego wybranki bohaterów – mdłe, zasługujące na bycie wybranką chyba tylko tym, że sytuują się gdzieś na środku tej kobiecej charakterologicznej skali, tj. są względnie „normalne”. Sceny seksu raczej bawią, bywają niesmaczne. Autor odpowiada jednak, że to element kreacji – że jego zdaniem w taki sposób widzi rzeczywistość typ, którego uczynił bohaterem. I ma to sens, choć tym samym bohater traci resztki mej sympatii :).

20.05.2018, spotkanie z autorem w Krakowie. Prowadzi Łukasz Grzesiczak.
Jeśli lubicie się czasem unurzać w smutku i nostalgii, jeśli miewacie wrażenie, że „życie jest gdzie indziej”, jeśli nieobce Wam jest poczucie życiowego zagubienia i pragnienie schowania się gdzieś przed światem jak ślimak w muszli, na przykład w ciemnym wnętrzu knajpy – myślę, że się w Wielopolu odnajdziecie. Szczególnie zaś polecam krakowskim miłośnikom spleenu.

***
W. Klęczar, Wielopole, wyd. Forma, Szczecin 2016.

***
Polskie perełki na dnie to cykl, w którym prezentuję mało znaną polską prozę. W centrum mojego zainteresowania są książki autorów, którzy, wydawani przez mniejsze wydawnictwa lub własnym nakładem, nie mają szans na promocję w mainstreamowych mediach, a mimo to piszą ciekawie i zasługują na dostrzeżenie.

Ilustracje:
[1] PublicDomainPictures / pixabay.com
[2] Mr_Incognito_ / pixabay.com
[3] zdjęcie własne
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa Forma / www.wforma.eu

środa, 16 maja 2018

Tyfus i miłość, której nie było – „Gorączka”, Mary Beth Keane

Z sensacyjnej historii kucharki Mary Mallon, Tyfusowej Mary, pierwszego w Stanach rozpoznanego przypadku nosicielki tyfusu, Mary Beth Keane upichciła trochę opowieść o życiowej pasji, z której nie sposób zrezygnować, a trochę – love story. Kluczowy składnik upichconego dania, czarujący alkoholik i narkoman Alfred Briehof, jest jednak od początku do końca wymysłem autorki. I co z tym fantem zrobić?

O tym, kim była Tyfusowa Mary, jak zyskała swój przydomek i dlaczego ostatecznie na kilkadziesiąt lat została odizolowana od społeczeństwa w małej chatce na szpitalnej wyspie North Brother, szczegółowo pisać nie będę. Tę historię bez problemu znajdziecie w internecie. Skupię się natomiast na tym, jaką Mary Mallon prezentuje nam autorka Gorączki, oraz co akcentuje (a co dopisuje) w jej historii życia – i z jakim efektem.

Portret głównej bohaterki jest nakreślony bardzo starannie – Keane pokazuje ją jako kobietę wybuchową i temperamentną (jak na Irlandkę przystało), pewną siebie, silną i niezależną, ale nie wolną od wątpliwości i obaw. Mary walczy jak lwica z lekarzami i wymiarem sprawiedliwości, upiera się przy swoim, domaga się prawa do wykonywania ukochanego zawodu, ale tak naprawdę wypiera prawdę o sobie, zdaje sobie sprawę, że może rzeczywiście stwarzać zagrożenie dla otoczenia, przypomina sobie małego synka rodziny Kirkenbauerów, u której pracowała, zmarłego na tyfus – i nie potrafi sobie wybaczyć.

Artykuł gazecie, opisujący przypadek „Tyfusowej Mary”.
Trudno jednak jej się dziwić, że nie chciała przyjąć do wiadomości swojego nosicielstwa. Wyobraźmy sobie, że jest coś, co kochamy robić najbardziej na świecie, i co w dodatku zapewnia nam w miarę dostatnie życie, aż pewnego dnia ktoś mówi nam, że nie możemy dalej realizować się w tej pasji, nie i basta! Mary była kucharką z powołania, uwielbiała swój zawód i nie potrafiła się pogodzić z tym, że zamiast gotować będzie musiała od rana do nocy harować za grosze jako praczka. Nie dziwię się więc, że potajemnie wracała do zawodu, choć zdawała sobie sprawę z zagrożenia – i Mary Beth Keane też zdaje się temu nie dziwić. Tylko czy aby nie jest to z jej strony trochę zabieg à la Nabokov i Lolita, oddawanie głosu postaci, która świadomie postępowała źle, i stawianie jej w lepszym świetle, niż na to zasługuje?

Toksyczna miłość, której nie było

Również poprzez stosunek Mary do Alfreda autorka kreuje bohaterkę jako kobietę skrywającą w sobie ogromne pokłady czułości. Twarda, samodzielna i pyskata Mary Mallon pozostaje bezbronna wobec uroku swojego życiowego partnera, który nigdy nie zdobył się na to, by zaproponować jej małżeństwo, a do tego nieustannie uprzykrzał jej życie, najpierw swoim alkoholizmem, później – uzależnieniem od morfiny i heroiny. Postać Alfreda jest zresztą również nieoczywista, daleko mu do pięknego hultaja, który bez skrupułów wykorzystuje oddaną mu kobietę; to facet bez wątpienia również zakochany w Mary, na swój sposób dobry, ale słaby i podatny na pokusy. Złożony obraz ich toksycznego, choć opartego na szczerym uczuciu związku, był dla mnie mocną stroną całej powieści.

Dlatego też poczułam się trochę oszukana, gdy po sprawdzeniu źródeł odkryłam, że w rzeczywistości żadnego związku nie było, a Alfred Briehof to wytwór wyobraźni autorki. Natknęła się ona jedynie na wzmiankę o przyjacielu-imigrancie, a całą resztę historii dopisała. By ocieplić wizerunek Mary, by dodatkowo uzasadnić wrogość otoczenia i opinii publicznej wobec niej (kobieta żyjąca z mężczyzną bez ślubu!) i, cóż, zapewne też po to, by uczynić całą opowieść bardziej atrakcyjną dla czytelników, zwłaszcza tych płci pięknej. I choć taki czytelnik, uświadomiwszy sobie, że dał się zwieść, może mieć do autorki żal za doszywanie na siłę tak obszernego, fikcyjnego wątku (bo czy naprawdę trzeba do historii życia Mary Mallon, ciekawej samej w sobie, dopisywać jeszcze romans?) trzeba przyznać, że wątek ten jest po prostu bardzo dobrze zrobiony. A prawem autora jest zmyślać i koloryzować, jeśli tylko nie mamy do czynienia z biografią, a jedynie opowieścią zainspirowaną czyimś życiem.

Ciała ofiar katastrofy parowca General Slocum,
wyrzucone na brzeg wyspy North Brother.
Nowy Jork? Tak. Historia medycyny? Mało!

Relacjonując losy swoich bohaterów, Mary Beth Keane maluje również obraz Nowego Jorku z początku XX wieku – kulturowego tygla, przyciągającego obcokrajowców, dla których rzeczywistość okazuje się jednak bardzo odległa od „amerykańskiego snu”. Miasto jest brudne i pełne śmierdzących targowisk, samotnym osobom trudno znaleźć wygodne lokum i skazane są na przytułek lub spanie w wynajmowanych pokojach wraz z kilkunastoma innymi lokatorami, wcale nie jest też łatwo znaleźć pracę, a kiedy już się to uda, nierzadko trzeba harować od rana do nocy w fatalnych warunkach. Mowa oczywiście o czasach, gdy przepisy bezpieczeństwa jeszcze praktycznie nie istniały – autorka obrazowo pisze m.in. o wielkim pożarze w fabryce odzieży Triangle Shirtwaist, który pochłonął życie prawie 150 osób, ale wspomina również o katastrofie parowca General Slocum (ponad 1000 ofiar – aż do ataku na World Trade Center było to najtragiczniejsze wydarzenie w historii Ameryki) oraz, oczywiście, o zatonięciu Titanica.

Nie zgadzam się za to ze stwierdzeniem z okładki, że równoprawnym bohaterem powieści jest również ówczesny rozkwit medycyny. Rozczarowująco mało uwagi autorka poświęca fenomenowi nosiciela gorączki tyfusu, nie wyjaśnia, w jaki dokładnie sposób Mary zarażała innych i jak dochodzili do tego lekarze. Jesteśmy wraz z Mary w szpitalu i na wyspie North Brother, ale rozmowy medyków pozostają za zamkniętymi drzwiami gabinetu i wiemy tak samo mało jak ona. Być może pisarka bała się zanudzić czytelnika medycznymi detalami, być może nie czuła się pewnie w tej tematyce, ale jestem pewna, że przy wsparciu medycznego konsultanta można by było wzbogacić tę opowieść o dodatkowy, fascynujący wymiar.

Tak wygląda dziś wyspa North Brother, gdzie
przetrzymywano Mary. Na końcu recenzji podaję link do strony,
na której obejrzeć można więcej zdjęć tej upiornej wyspy.
Poza tym drobnostki – zabrakło mi na przykład wyjaśnienia, dlaczego po tym jak Mary przestała stawiać się do kontroli, przez tyle lat nikt specjalnie jej nie szukał. Skoro była aż tak niebezpieczna, dlaczego Soper nie postawił całego miasta na nogi, aby ją odnaleźć? A skoro już mowa o Soperze – o nim także chętnie przeczytałabym więcej, bo to interesująca postać, pozostająca do końca trochę w cieniu. Jaka była jego motywacja, kiedy tak zawzięcie tropił Mary? Czy był bezwzględnym karierowiczem, czy naprawdę leżały mu na sercu losy ludzi, których zarażała?

Podobało mi się natomiast to, że pewne fragmenty historii autorka przedstawia z perspektywy Alfreda, i że tworzą one z perspektywą Mary pewną przeplatankę – jedno wydarzenie widzimy zawsze oczyma tylko jednego z nich; kiedy jedno o czymś opowiada, drugie milczy. W ten sposób część opowieści pozostaje zawsze osnuta tajemnicą i sami musimy sobie ją dopowiedzieć.


Cieszę się więc, że spędziłam swoją majówkę z Gorączką. Czyta się bardzo przyjemnie, a dzięki lekturze dowiedziałam się, kim była Tyfusowa Mary i jak wyglądało życie w Nowym Jorku sto lat temu. Pamiętajcie jednak – to nie jest biografia, to nie jest dokument. To po prostu powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, zainspirowana losami autentycznej postaci. Oraz próba zrozumienia, co ta postać, znienawidzona i potępiana, mogła myśleć i czuć.

***
M. B. Keane, Gorączka, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 (premiera: 23 maja).

Na koniec ciekawostka związana z historią Mary Mallon. Szpitalna wyspa North Brother, na której Mary spędziła w izolacji dużą część swojego życia, od lat 60. jest opuszczona. Dziś, ze swoją mroczną historią (była miejscem śmierci wielu chorych na gruźlicę, a u jej wybrzeży wyłowiono setki ciał po wspomnianej katastrofie parowca General Slocum) i postapokaliptycznym krajobrazem, stanowi jedno z najbardziej upiornych miejsc w Nowym Jorku. Jej zdjęcia można zobaczyć na przykład tutaj.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Lupo / Wikimedia Commons,
[3] Gustav Scholer / Wikimedia Commons,
[4] reivax / Wikimedia Commons,
[5] okładka książki ze strony Wydawnictwa Literackiego / www.wydawnictwoliterackie.pl.

wtorek, 8 maja 2018

Literacka Przystawka (3) – na Bałkany!

Ostatnio literacko spędzam sporo czasu na Bałkanach, w ramach kolejnej Literackiej Przystawki serwuję więc tym razem coś w klimacie bałkańskim. W zestawie pisarz serbski, bułgarski i bośniacki.

Na początek – Serb. Powieść Bory Ćosicia Rola mojej rodziny w światowej rewolucji już na wstępie zwraca uwagę formą – przypomina dziecięcy pamiętniczek. Dystansując się w ten sposób, autor pisze o swoim dzieciństwie i dorastaniu w Belgradzie czasów komunistycznej rewolucji. Za prostymi, szkolnymi zdaniami i pozornie naiwnymi obserwacjami, które często budzą rozbawienie, kryją się w tej książce bardzo poważne tematy, jak polityka, absurdy życia codziennego w komunistycznym państwie czy relacje rodzinne (traktowanie kobiet, dramat matki, nigdy nie szanowanej przez ojca, a w końcu porzuconej). Książka powstała w roku 1968 i już cztery lata później została przełożona przez Danutę Cirlić-Straszyńską, ale ze względu na cenzurę musiała przeleżeć w szufladzie wiele lat, nim doczekała się polskiego wydania. Dziś jest słodko-gorzkim dokumentem minionej epoki. Warto przeczytać.

Georgi Gospodinow
Powieść naturalna Georgiego Gospodinowa to coś ze zdecydowanie innej beczki. Odważny literacki eksperyment, a równocześnie szczera opowieść człowieka, któremu właśnie rozpadło się małżeństwo, ponieważ żona zaszła w ciążę z innym. „Powieść naturalna”, składająca się z samych początków, historia przeplatana enigmatycznymi cytatami, rozważaniami filozoficznymi (również na tak oryginalne tematy jak… klozet), wspomnieniami z dzieciństwa, opowieściami o tajemniczym kloszardzie i jego bujanym fotelu czy o starcu-ogrodniku w zaczarowanym ogrodzie. Wszystkie te efektowne literackie zagrywki mają być jednak po prostu ucieczką i wytchnieniem od bolesnego tematu rozwodu, zaś temat początku wybrzmiewa tu tak silnie, ponieważ sam narrator staje przed trudnym zadaniem pod tytułem „zacząć wszystko od nowa”.

Proza, która budzi całe mnóstwo literackich skojarzeń (u mnie: Ajvaz, Šindelka, Mitana, trochę także polecająca ją na okładce Olga Tokarczuk, a momentami nawet klimat à la Paul Auster), ale oprócz tego zwyczajnie, po ludzku wzruszająca. Oczywiście mnie najbardziej spodobały się właśnie te momenty, gdy autor przestaje bawić się formą. Samotność, zagubienie, cichy smutek człowieka wspominającego minione lata, w których oddalał się od żony, oraz obsesyjnie wracającego do wieczoru, gdy dowiedział się o jej ciąży, naprawdę się udzielają. Dziwna, ale w tej dziwności piękna książka.

Dla odmiany Kocham Bardzo Izeta Sarajlicia to opowieść o związku bardzo, bardzo szczęśliwym. Książka powstała po śmierci długoletniej towarzyszki życia autora, Mikicy, i jest tak naprawdę jednym wielkim wyznaniem miłosnym. Sarajlić, znany i ceniony na świecie bośniacki poeta, opowiada o tym, jak poznał swoją przyszłą żonę i o tym, jak połączyli swe dwa odmienne światy (ona – pół-Austriaczka, katoliczka, zafascynowana kulturą Zachodu, on – muzułmanin sympatyzujący z rewolucją socjalistyczną, choć z własną, bardzo idealistyczną jej wizją). Wspomina przy okazji ludzi, których poznał i drogie mu, często już nieistniejące miejsca. Dzięki temu książka jest także opowieścią o dawnym Sarajewie, prężnym ośrodku kulturalnym, który w latach 90. został zniszczony przez wojnę.

Przyznam, że spośród powyższych trzech jest to tytuł, który wywołał u mnie najbardziej mieszane uczucia. Oddanie Sarajlicia i jego bezgraniczne uwielbienie dla żony budziło bowiem we mnie w równym stopniu rozczulenie, co irytację. Nie potrafię sobie wyobrazić związku tak idealnego, tak nieskazitelnego, jak rysuje tu Sarajlić. Brak mi codziennych sprzeczek i wielkich kłótni, brak mi wzmianek o tym, co drażniło i irytowało (a przecież coś musiało), brak mi trzeźwego spojrzenia z drugiej strony. I choć rozumiem, że ta książka miała być w pewien sposób hołdem dla Mikicy, dla mnie ten obraz małżeństwa jest zbyt wygładzony, zbyt nieznośny w swej jednowymiarowości.

Nie zmienia to faktu, że byłam również urzeczona poetyckim stylem i emocjonalnym ładunkiem wspomnień Sarajlicia. Przypuszczam więc, że dla niektórych (może trochę mniej zgorzkniałych?) Kocham Bardzo może się rzeczywiście okazać, jak przeczytałam w jednej z opinii, „najpiękniejszą książką o miłości”. Polecam sprawdzić samemu.

***
B. Ćosić, Rola mojej rodziny w światowej rewolucji, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska, wyd. Czarne, Wołowiec 2002.
G. Gospodinow, Powieść naturalna, przeł. Marta Hożewska-Todorow, wyd. Pogranicze, Sejny 2009.
I. Sarajlić, Kocham Bardzo, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska, wyd. Pogranicze, Sejny 2003.

Ilustracje:
[1], [3] zdjęcie własne,
[2] Mrs Robinson at Bulgarian Wikipedia / Wikimedia Commons.

czwartek, 3 maja 2018

Żyjemy w momencie przejścia – spotkanie z Olgą Tokarczuk (23.04.2018)

Tegoroczny Światowy Dzień Książki można było świętować w Krakowie między innymi w towarzystwie Olgi Tokarczuk. Klimat spotkania w Księgarni Pod Globusem był niesamowity – podczas gdy za oknem szalała burza, pisarka opowiadała o opresyjności współczesnego świata i o tym, że prawdopodobnie zbliża się wielka bitwa o ostatnie bastiony naszej wolności.

Spotkanie towarzyszyć miało premierze nowego zbioru pisarki, Opowiadań bizarnych, oczywiście jednak rozmowa nie mogła się nie zacząć od Biegunów oraz gratulacji z okazji dotarcia do finału Nagrody Bookera. Prowadzący Marcin Wilk zwrócił przy tej okazji uwagę na aktualność Biegunów (wydanych po raz pierwszy w roku 2007) także dziś, na co Tokarczuk odparła, że dziś z pewnością dodałaby kilka dodatkowych tematów, jak uchodźcy czy wojny klimatyczne. Uważa, że tego typu kwestie mogą być z powodzeniem poruszane zarówno w publicystyce, jak i w literaturze, przy czym literacko sięgamy głębiej, opisujemy je z różnych perspektyw i poszukujemy w nich nowych, głębszych sensów.

Również Opowiadania bizarne powstały w reakcji na to, co dzieje się w otaczającym nas świecie, na nasze postępujące zamykanie się na innych. Zdaniem pisarki nasi dziadkowie ogarniali jeszcze świat, bo odpowiedzi znajdowali u księdza, tymczasem my musimy sami poszukiwać sensu i nie przychodzi nam to łatwo. Ubocznym efektem tych poszukiwań są jej zdaniem wyrastające jak grzyby po deszczu teorie spiskowe.

Internet niczego nie ułatwia, choć z założenia miał to robić. Powstały z myślą o zbliżaniu nas do siebie i dzieleniu się informacjami, uwolnił w nas diaboliczne zapędy, skłonność do hejtu, zamknął nas w bańce facebookowych znajomych i uczynił nas niewolnikami reklamy. Biorąc to wszystko pod uwagę, pisarka ma poczucie, że już wkrótce będziemy musieli stoczyć wielką bitwę o ostatnie bastiony naszej wolności.

„Żyjemy w momencie przejścia” – stwierdziła. Dodała jednak, że sama ma w sobie dużo optymizmu („Nie można nie mieć, kiedy się pisze książki – inaczej żadnej by się nie skończyło”). I przywołała historię o tym, jak w XIX wieku ludzie martwili się, że z powodu rosnących potrzeb transportowych za kilkadziesiąt lat miasta utoną w odchodach koni powozowych; wkrótce potem wynaleziono samochody, które raz na zawsze rozwiązały problem końskich odchodów. Być może i w naszych czasach wydarzy się coś, czego w tym momencie nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ale co rozwiąże przynajmniej część naszych problemów.

Pisarka opowiedziała również o swojej miłości do opowiadań – jako czytelniczka („To taka tartinka do zjedzenia przed snem”) i jako autorka (bo to dla niej odpoczynek między dłuższymi formami, a także rodzaj ćwiczenia stylistycznego). Dodała, że według niej opowiadaniem nigdy nie będzie fragment dłuższej prozy; opowiadanie musi mieć bowiem swoją określoną strukturę, a przede wszystkim wyraźną puentę, której wymyślenie jest bardzo trudne. Idealne opowiadanie zapada nam w pamięć na długo. Wśród swoich mistrzów tego gatunku wymieniła Cortázara, Czechowa oraz autorów „opowieści niesamowitych”, historii wychodzących poza ramy rzeczywistości, jakie tworzyli m.in. Poe, Hoffmann czy Grabiński.

Jedno z pytań od publiczności stało się natomiast dla pisarki okazją do opowiedzenia o tym, czym jest dla niej literatura. Brzmiało ono: „Czy literatura jest dla pani bardziej konfrontacją czy ucieczką?”. Autorka odparła, że ucieczką bywa tylko literatura pop, tymczasem największe literackie dzieła to zawsze konfrontacja – ze światem i z innymi ludźmi. Chodzi przede wszystkim o empatię, o to, by zobaczyć świat oczyma kogoś innego. „Książka to psychologiczna rewolucja” – podsumowała.

Opowiadania bizarne, którym poświęcone było spotkanie, miały swoją premierę 18 kwietnia. A już 22 maja dowiemy się, czy to właśnie Olga Tokarczuk zostanie laureatką tegorocznej Nagrody Bookera. Mocno trzymam kciuki!

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wydawnictwo Literackie / www.wydawnictwoliterackie.pl,
[3] Penguin Random House / www. penguinrandomhouse.com.