czwartek, 18 stycznia 2018

O współpracy tłumacza i wydawcy – relacja ze spotkania

O przekładzie literackim oraz specyfice pracy tłumacza mówi się dziś coraz więcej. Pojawiają się wywiady z tłumaczami, nowe publikacje poświęcone sztuce przekładu, organizowane są spotkania i debaty na ten temat. W jednym z takich wydarzeń, dyskusji w krakowskiej Artetece, zatytułowanej „Tłumacz/ka - redaktor/ka - wydawca: wymiary współpracy” i zorganizowanej przez koło „WKoło Tłumaczeń”, miałam przyjemność wczoraj uczestniczyć. A ponieważ zainteresowanie wydarzeniem wyraziło sporo osób, także spoza Krakowa, obiecałam podzielić się swoją krótką relacją.

W rozmowie udział wzięły Aleksandra Małecka, tłumaczka i wiceprezeska Fundacji Korporacja Ha!art, Magdalena Matuszewska, redaktorka inicjująca w Grupie Wydawniczej Foksal, oraz Małgorzata Szczurek, redaktorka naczelna wydawnictwa Karakter. Spotkanie poprowadziła Agnieszka Pokojska, tłumaczka oraz wykładowczyni w Podyplomowym Studium dla Tłumaczy Literatury przy Katedrze UNESCO UJ.

Dyskusja, zorganizowana przede wszystkim z myślą o młodych adeptach przekładu literackiego, dotyczyła tego, jak wygląda współpraca między tłumaczem a wydawnictwem oraz reprezentującym je redaktorem. Na wstępie wyjaśniono, że chodzi o redaktora prowadzącego/inicjującego (a więc tego, który opiekuje się publikacją, nie tego, który dba później o kształt językowy tekstu), co było dla mnie małym rozczarowaniem. Otrząsnęłam się z niego jednak i skupiłam się na rozmowie, by wyciągnąć z niej dla siebie jak najwięcej.

Jak zostać tłumaczem?

Na początek sporo uwagi poświęcono samemu rozpoczęciu współpracy. Mowa była m.in. o tym, w jaki sposób nawiązać kontakt i na co szczególnie zwrócić uwagę, wysyłając maila do wydawcy. Niestety ta część rozmowy moim zdaniem utonęła trochę w oczywistościach (bo to, że żaden młody tłumacz nie powinien wysyłać maila z ofertą współpracy bez propozycji książki do przekładu ani próbki swojego tłumaczenia, jest przecież chyba oczywiste, podobnie jak fakt, że sam e-mail musi być dobrze i poprawnie napisany).

Wydawczynie zdradziły, skąd najczęściej werbują tłumaczy, jeśli mają konkretną pozycję do przełożenia. Jeśli jakaś książka danego autora jest już dostępna po polsku, w pierwszej kolejności biorą pod uwagę jej tłumacza, jeśli nie – korzystają z bazy Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury lub z poleceń zaufanych osób. Małgorzata Szczurek podkreśliła jednak, że są teksty specyficzne, które wymagają odpowiedniego dobrania tłumacza – na przykład takie, do tłumaczenia których potrzeba dużego poczucia humoru, co nie jest tak częste w narodzie ;).

Oczywiście powyższe sytuacje nie dotyczą tłumaczy przed debiutem, tacy więc muszą szukać dojścia do wydawnictw innymi drogami. Podstawa to oczywiście propozycja książki do przekładu, najlepiej sprofilowanej pod kątem wydawnictwa, do którego się zwracamy. Jak zaznaczały rozmówczynie, ważna jest śmiałość i obrotność, nie należy również bać się zagadywać do wydawców na targach książki i festiwalach. Dobrym pomysłem jest też wyszukiwać dostępne źródła dofinansowania, okazje do wydania książki, rocznice, i podsuwać takie rzeczy wydawcy.

Wszystkie rozmówczynie podkreślały też, że ewentualne odrzucenie próbki tłumaczenia nie jest tragedią i nie należy się nim załamywać. Pierwsze próby często bywają nieudane, każdy z nas ma na koncie słabsze teksty, tłumaczenia, redakcje – mówiła Małgorzata Szczurek. Można natomiast wykorzystać tę sytuację, by się czegoś nauczyć. Magdalena Matuszewska potwierdziła, że „odrzucony” tłumacz może oczywiście poprosić o uzasadnienie, aby dowiedzieć się, co zrobił źle i co powinien w przyszłości poprawić. Jak podsumowała pani prowadząca – to jak u lekarza: na początku trochę boli, ale potem będzie lepiej.

Co robić, a czego nie?

Bardziej ciekawiło mnie to, co dzieje się już po rozpoczęciu współpracy, ale tu z kolei konkretów było niewiele. Przedstawicielki wydawnictw mówiły m.in. o tym, jakie praktyki ze strony tłumacza są mile widziane, a jakie nie. Dobrze jest pokazać swoje zaangażowanie, zwracać się o pomoc w dostępie do publikacji, które pomogą lepiej zrozumieć tłumaczoną książkę, a także kontaktować się z wydawcą na każdym etapie tłumaczenia w wypadku ewentualnych problemów – wszystkie rozmówczynie podkreśliły, że kontakt w trakcie prac nad przekładem jest BARDZO mile widziany. Dodatkowo duże wydawnictwa opłacają konsultacje ekspertów, dlatego w razie problemów związanych np. ze specjalistyczną terminologią można uzyskać fachowe wsparcie.

O samej pracy nad tekstem nie powiedziano za wiele. Pod koniec prowadząca dociekała tylko, czy tłumacz może prosić o pomoc z tłumaczeniem konkretnych słów, określeń i zdań (w praktyce raczej się to nie zdarza, ale czasem dokonuje się ustaleń dotyczących np. konkretnej terminologii używanej w książce) i czy zdaniem rozmówczyń przypis jest porażką tłumacza (wszystkie odparły, że nie, i że podchodzą raczej luźno do tego typu „przykazań tłumacza”).

Czytać, czytać, czytać!

Pytań od publiczności było całe mnóstwo. Pytano m.in. jak często właściwie zdarza się, że wydawnictwo zleca przekład z popularnego języka typu angielski początkującemu tłumaczowi (Magdalena Matuszewska trochę rozwiała złudzenia – w W.A.B. jest to jeden przypadek na sto), czy dochodzi czasem do sytuacji, że z powodu zmian planu wydawniczego gotowy przekład nie zostaje opublikowany (bardzo, bardzo rzadko – ale tak czy siak wydawnictwo musi w takim wypadku zapłacić) i jak rozwiązywane są sytuacje sporne, kiedy wydawca nalega na zmiany w tekście, a tłumacz nie chce się na to zgodzić (i tu nastąpiła urocza rozbieżność zdań; pani Matuszewska stwierdziła, że jeśli do porozumienia nie dojdzie, ostatnie słowo należy do tłumacza, pani Małecka zaś – że „perswadujemy do skutku”).

Ciekawe było też pytanie, co powinien zrobić początkujący tłumacz w sytuacji gdy wydawnictwo proponuje mu przełożenie książki, którą ten nie do końca „czuje”. Kwestia „czucia” konkretnego dzieła pojawiała się już wcześniej w dyskusji kilkakrotnie i za każdym razem rozmówczynie podkreślały, że jest ono konieczne, by przekład był dobry. Tym razem również skłaniały się ku temu, że w ramach uczciwości artystycznej tłumacz powinien odmówić – ale nie padło magiczne i wyczekiwane zapewnienie, że po tej uczciwej odmowie może on jeszcze w przyszłości liczyć na kolejną propozycję od wydawnictwa.

Urzekły mnie za to odpowiedzi na pytanie zadane przez panią Magdę Heydel: „Jak się kształcić jako tłumacz?”, i myślę, że będą one ładnym podsumowaniem całej mojej relacji. Mieć dużo pokory – i świadomość, że przez całe życie się uczymy. Być otwartym na ewentualne uwagi. Pamiętać o kontekście – a więc i pogłębiać wiedzę ogólną o świecie. Oraz czytać, czytać, czytać (przede wszystkim w języku, na który tłumaczymy, dla jego specyficznej melodii), słuchać i rozmawiać – by opanować wszystkie możliwe odcienie języka. 

Brzmi jak bardzo trudna, ale i piękna praca, co?

wtorek, 2 stycznia 2018

Intensywnie! Podsumowanie roku 2017


Tak jak ubiegłoroczne podsumowanie zaczęłam od słów „Czytelniczo to był bardzo słaby rok”, tak w tym roku mogę napisać, ze sporą dumą i zadowoleniem, że było dużo lepiej. Wręcz, biorąc pod uwagę moje możliwości i tempo czytania, rewelacyjnie – przeczytałam 68 książek plus dwie do recenzji wewnętrznej dla wydawnictwa, co w sumie daje magiczną liczbę 70.

W dodatku w tym roku dużo więcej czytałam po czesku. Dwie książki obcojęzyczne przeczytałam równolegle z ich polskim przekładem – Doktora Jekylla i pana Hyde’a Roberta Louisa Stevensona oraz Plastikowe M3 Petry Hůlovej. Tak sobie myślę, że mógłby się tutaj z tego wykluć nowy cykl, taki, w ramach którego, oczywiście bardzo skrótowo i po amatorsku, analizuję przekłady różnych książek. Skupiłabym się rzecz jasna na czeskim. Zobaczymy jednak, czy znajdę na to czas. Bylibyście w ogóle takiego cyklu ciekawi?

Teraz jednak – do rzeczy! Czas na małe zestawienie książek, które zrobiły na mnie w minionym roku największe wrażenie. Na początek kilka słów o tym, jakiej narodowości autorów najchętniej czytałam.

Odrobina geografii

Literatura czeska – 28 pozycji
Literatura polska – 15 pozycji
Literatura amerykańska – 7 pozycji
Literatura francuska – 5 pozycji
Literatura brytyjska – 3 pozycje
Literatura rosyjska – 2 pozycje
Literatura słoweńska – 2 pozycje
Literatura kanadyjska – 1 pozycja
Literatura włoska – 1 pozycja
Literatura austriacka – 1 pozycja
Literatura irlandzka – 1 pozycja
Literatura serbska – 1 pozycja
Literatura niemiecka – 1 pozycja (ale tu byłam w kłopocie, bo chodzi o Kafkę, a trudno go tak po prostu wrzucić do worka z literaturą niemiecką, prawda?)

Oczywiście żadną niespodzianką nie jest dominacja Czechów, zaskoczyły mnie za to dwie rzeczy. Z jednej strony – tak duża liczba pozycji polskich (w poprzednich latach było ich mniej), z drugiej – tak mała liczba amerykańskich (w poprzednich latach wyraźnie więcej). Ale to raczej przypadek niż jakaś nowa tendencja.

Chciałabym, żeby ta lista w przyszłości była trochę bardziej narodowościowo zróżnicowana. Będzie to jednak plan trudny do zrealizowania, bo nie ukrywam, że literaturę czeską traktuję priorytetowo, zawsze czytam ją w pierwszej kolejności i staram się być na bieżąco ze wszystkimi nowymi tytułami, a ponieważ wydaje jej się dziś u nas bardzo, bardzo dużo – po prostu na literaturę innych krajów zwykle brakuje mi czasu.

5+1 najlepszych książek roku 2017

Na ogół najlepsze tytuły minionego roku wyłaniają mi się w sposób dosyć naturalny, tym razem jednak tak nie było. Po dłuższym głowieniu się wybrałam pięć (plus jeden) książek, które zrobiły na mnie największe wrażenie.


Godziny – Michael Cunnigham 
Pozostaje dla mnie niepojętym, jak Cunnigham, mężczyzna, potrafił tak głęboko wniknąć w najgłębsze uczucia, obawy i pragnienia kobiece. I jak wspaniale oddał to rozdarcie między pragnieniem bycia wdzięczną, kochaną, docenianą, między życiem „jak trzeba”, a chęcią bycia sobą i urządzania życia po swojemu. Bardzo ważna dla mnie książka.

On – Zośka Papużanka 
O Onym pisałam już w swoim zestawieniu siedmiu ważnych książek na siedem lat blogowania – sam fakt, że powieść Papużanki znalazła się na tej liście, mówi sam za siebie. Piękna, „płynąca” wręcz, bardzo empatyczna proza.

Narodziny dnia – Colette 
Książka pełna barw, zapachów i dźwięków. Malownicza, nostalgiczna, lekko zrezygnowana jak schyłek lata. To też wspaniały obraz końca pewnego etapu w życiu i przygotowywania się na starość. Wyciszania się, godzenia się z nieubłaganym upływem czasu, choć nie bez nutki żalu.

Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt – praca zbiorowa 
Odświeżona wersja bajek dla dorosłych spisanych przez XIX-wiecznych francuskich mistrzów pióra, którzy za historiami ze świata zwierząt skryli poważne morały i błyskotliwe obserwacje na temat świata ludzi. Bawi, wzrusza i skłania do refleksji! Wspaniale wydana publikacja małego krakowskiego wydawnictwa.

Nad piękną, modrą Dřevnicą – Antonín Bajaja 
Opowieść o dzieciństwie i dorastaniu w Gottwaldowie, czyli komunistycznym Zlínie. Na przekór niewesołym czasom – ciepła, barwna, pełna dziecięcego entuzjazmu, humoru i wzruszeń. Pokazująca, że dziecięcy świat zawsze jest trochę magiczny, niezależnie od miejsca i czasów. Oprócz recenzji przygotowałam również jej zapowiedź z fragmentami wywiadu z autorem.

A dodatkowo: Miłość to piekielny pies – Charles Bukowski 
Jeden z najsłynniejszych zbiorów poezji Bukowskiego, wznowiony w minionym roku przez Noir Sur Blanc. Na doczepkę, bo Buk jest dla mnie trochę poza kategorią, a bardzo chciałam, żeby się w tym zestawieniu znalazł (nie tylko po to, by nie przerywać passy – przez ostatnie cztery lata w każdym rocznym podsumowaniu na liście najlepszych pojawiała się jakaś jego książka ;). Dla mnie była to kolejna podróż do świata niesamowitej wrażliwości Bukowskiego. Naprawdę, jeśli chcecie wiedzieć, kim był naprawdę, czytajcie jego wiersze!


Poza tym… klasyka!

Również klasyka jest dla mnie trochę poza kategorią, na wyższej półce, dlatego osobno postanowiłam napisać o wszystkich dziełach z literackiego kanonu, jakie udało mi się w minionym roku przeczytać. Jest ich dużo mniej, niż bym chciała, ale cieszę się, że mimo wszystko udaje mi się je wcisnąć gdzieś między nowości.


Oczywiście w dużej mierze to zasługa Nabokoviady, której pierwsza odsłona w tym roku dobiegła końca (ale bez obaw, w drodze jest kolejna – w końcu są również Wykłady o literaturze rosyjskiej Nabokova :). W ramach niej przeczytałam Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a Roberta Louisa Stevensona oraz, wreszcie, Przemianę Franza Kafki (tak, to prawda – nigdy wcześniej jej nie czytałam!) a także odświeżyłam sobie W stronę Swanna, czyli pierwszy tom cyklu W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta oraz Ulissesa Jamesa Joyce’a. Proust nadal zachwyca, natomiast Joyce zachwyca trochę mniej niż za pierwszym razem, ale utrzymuję, że fragmenty jego dzieła są absolutnie genialne, i warto spróbować się z nim jednak zmierzyć.

Prócz tego, dzięki akcji „Czytamy klasykę” dziewczyn z blogów Parapet Literacki, Ekruda, Skrytka na kulturę i Pani Bookowska, przeczytałam również Idiotę Dostojewskiego – i bardzo mi się podobało, choć to nie była łatwa lektura. Poza tym dziewczyny czytały również Panią Bovary Flauberta (którą omawiałyśmy już z Pyzą w ramach Nabokoviady w zeszłym roku), Wielkie nadzieje Dickensa oraz Krystynę, córkę Lavransa Sigrid Undset, ale latem i jesienią miałam zbyt wiele pracy, by dołączyć. Chętnie nadrobię w przyszłości.

Muszę powiedzieć, że podobne akcje czytelnicze cudownie motywują do zapoznawania się z literacką klasyką – jeśli robi się to z kimś, nie wypada się poddać i odłożyć książki, nawet jeśli brnie się przez nią z trudem. A na koniec ZAWSZE jest satysfakcja, nawet jeśli lektura nas wymęczyła. Dlatego cieszę się, że podobne inicjatywy powstają.

Już poza inicjatywami – ale za to dzięki silnym rekomendacjom internetowych znajomych – udało mi się natomiast przeczytać Marsz Radetzky’ego Josepha Rotha. I ogromnie się z tego cieszę. Książka, która w piękny i bardzo nastrojowy sposób opisuje bezpowrotne odchodzenie pewnej epoki.

Wyróżnienia

Tych pięciu (plus jeden) miejsc dla najlepszych książek minionego roku jest mi jednak zdecydowanie mało, dlatego dorzucam pięć czeskich wyróżnień.


Dla Pod śniegiem Petry Soukupovej – za piękną śnieżną metaforę, za odmalowane z wyczuciem ciche rodzinne dramaty, za „pisanie z głębi trzewi, bolesne i prawdziwe”.

Dla Młynu do mumii Petra Stančíka – za kryminalną historię z XIX-wiecznej Pragi, parodiującą wszystkie oklepane chwyty literatury klasy B i obficie podlaną potrawką z jeża, piwa i spermy (i jest pysznie, choć może nie brzmi!).

Dla Zaginionego Egona Hostovskiego – bo bardzo lubię powieści o XX-wiecznej historii Czech, a ta w naprawdę zajmujący sposób opisuje „zwycięski luty” roku 1948.

Dla Przyczynku do historii radości Radki Denemarkovej – bo opowiada o wstrząsających rzeczach, o których wciąż mówi się zbyt rzadko, i naprawdę robi to tak, że „rozłupuje zamarznięte morze wewnątrz nas”. Ściśnięte gardło i dużo łez.

Dla Palinki Matěja Hořavy za piękną frazę, chwilę zadumy i powroty do własnych wspomnień. Za zapachy i smaki Banatu, za całą tę „poezję sadzy, brudu, potu i kresu”.

I jeszcze trzy książki z Polski

Chciałabym jeszcze wspomnieć o trzech przeczytanych w tym roku pozycjach biograficzno-wspomnieniowych, które mocno zapadły mi w pamięć.


Pierwsza to Najlepiej w życiu ma twój kot, czyli zbiór listów Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza, o którym to zbiorze, przeczytanym na przełomie roku 2016 i 2017, wspominałam już w zeszłorocznym podsumowaniu. Te listy, dowcipne, błyskotliwe, są same w sobie pierwszej klasy literaturą!

Druga – Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości Anny Augustyniak – wyciągnęła dla mnie z cienia siostrę wielkiego brata i pokazała ją jako nietuzinkową, bardzo nieszczęśliwą postać.

Trzecia wreszcie to głośna Wanda Anny Kamińskiej, dzięki której poznałam prawdziwe oblicze nieustraszonej Wandy Rutkiewicz. I wzruszył mnie ten obraz do łez!

Co się wydarzyło w 2017?


Zdecydowanie najważniejszym dla mnie wydarzeniem w tym roku była wygrana w konkursie im. Susanny Roth dla młodych tłumaczy z języka czeskiego. Wiem, że mój przekład nie powalił jurorów na kolana, ale mimo wszystko zwycięstwo to zwycięstwo i uwierzyłam dzięki niemu, że będę kiedyś tłumaczką. A może nawet całkiem niedługo.

Z okazji wygranej pojechałam do Czech i spędziłam tydzień w towarzystwie laureatek konkursu z innych krajów (nawet z Japonii i Korei Południowej!). Wzięłam udział w warsztatach tłumaczeniowych w Pradze (świetnych!) oraz seminarium bohemistycznym w Czeskich Budziejowicach (z którego przywiozłam m.in. taki tekst).

Prócz tego w minionym roku do współpracy zaprosiło mnie czasopismo „Inter”, dla którego napisałam dwa teksty – jeden o wspomnianym Młynie do mumii, drugi o Przyczynku do historii radości. Pod koniec roku zaś dostałam jeszcze jedną miłą propozycję – poprowadzenia spotkania z Markiem Šindelką na Uniwersytecie Jagiellońskim. Oczywiście był to ogromny stres, ale pierwsze koty za płoty, a prowadzenie rozmowy z takim autorem, który rozgaduje się na praktycznie każdy temat, okazało się niezbyt trudne!

Od października niestety trochę się miotam, próbując ze sobą pogodzić wszystkie swoje zajęcia, okazało się bowiem, że aby dostać się na upragnione studia doktoranckie, muszę jeszcze zdobyć dyplom magistra bohemistyki. Zdobywam go więc w bólach, pracując na ¾ etatu, dojeżdżając na zajęcia z Rzeszowa i usiłując zrobić dwa lata studiów w jeden. Na wszystkie te literackie rzeczy, które kocham robić, musi mi jednak wystarczyć czasu, i basta!

Festiwale, wydarzenia, spotkania


W marcu wzięłam udział w wydarzeniu „Hrabal na Elektoralnej / 49 lat później” w Warszawie, zorganizowanym w 49. rocznicę jedynego spotkania autorskiego Bohumila Hrabala w Polsce. To był bardzo ciekawy wieczór, szczegółowa relacja tutaj.

Tradycyjnie też odwiedziłam swoje ulubione literackie festiwale – Big Booka oraz Conrad Festival. Prawdę mówiąc z roku na rok jestem coraz bardziej krytyczna, jeśli chodzi o festiwalowe wydarzenia, ale mimo to wciąż znajduję dla siebie na festiwalach wiele ciekawych rzeczy. Nie zamierzam więc z nich rezygnować, ale ponieważ sił też z każdym rokiem coraz mniej, zmieniam podejście – nie będę już chodzić na wszystko jak leci, wybiorę tylko kilka wydarzeń, na których najbardziej mi zależy, ale dobrze się do nich przygotuję, czytając książki zaproszonego autora i wywiady z nim. Moją relację z tegorocznego Big Book Festival przeczytacie tutaj, a z Festiwalu Conrada – tu, tu i tu.

Na oku mam również stale inne festiwale – wrocławski Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, Miesiąc Spotkań Autorskich, Bruno Schulz Festival, Literacki Sopot czy mniejsze, powstałe niedawno, jak organizowany przez Olgę Tokarczuk Festiwal Góry Literatury czy Miedzianka Fest. Najchętniej jeździłabym na wszystkie, ale oczywiście wiele zależy od tego, na ile pozwolą mi praca i studia. Nie oszukujmy się – jeżdżenie na różne literackie wydarzenia jest cudowne, ale bardzo męczące, zwłaszcza jeśli mieszka się w mieście, z którego wszędzie jest daleko.

Sił za to starczyło jeszcze na uczestnictwo w Literackiej Stolicy, czyli listopadowym warszawskim spotkaniu blogerów książkowych zorganizowanym przez Olę z Parapetu Literackiego, Klaudię z Z książką do łóżka oraz Maję z Zaczytana do samego rana. Wydarzenie, choć bardzo sympatyczne, wprawiło mnie jednak w pewne zakłopotanie i skłoniło do refleksji na temat blogowania – więcej w relacji. Reakcje na ten wpis przekonały mnie, że jest wiele osób, które tak jak ja nie do końca umieją się odnaleźć w dzisiejszej książkowej blogosferze, choć chciałyby.

A co na Literackich Skarbach?

Również na blogu sporo się działo! Jak już wspomniałam, razem z Pyzą Wędrowniczką zakończyłyśmy pierwszą odsłonę Nabokoviady. Pyzo, dziękuję za wspaniałe towarzystwo! W tym roku do czytania arcydzieł literatury z listy Nabokova przyłączyli się też inni zaangażowani czytelnicy, m.in. Olga z Wielkiego Buka, Karo z Niekoniecznie Papierowe, Zacofany w lekturze, Piotr z Literatura sautée oraz Lolanta.

Poza tym ruszyłam z dwoma nowymi cyklami. W pierwszym, „Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem”, będę zbiorczo prezentować nadchodzące premiery polskich przekładów czeskich książek, a także informacje o czeskich wydarzeniach i akcjach w Polsce. Pierwszy odcinek opublikowałam w październiku, następny planuję na wiosnę.

Drugi cykl natomiast, i tu się czerwienię, ruszył z pompą, ale na razie leży i kwiczy. Chodzi o „Polskie perełki na dnie”, czyli recenzje książek polskich, mniej znanych autorów, wydawanych niewielkim nakładem w niszowych wydawnictwach. Optymistycznie wystartowałam z nim w lipcu, tekstem o Cieniu jabłoni Wojciecha Szlęzaka, ale niedługo potem zwaliło się na mnie mnóstwo obowiązków związanych ze studiami i priorytetowi Czesi trochę zepchnęli cykl na dalszy plan. Na pewno jednak z niego nie zrezygnuję, mam około dwudziestu książek, o których chcę Wam opowiedzieć i zrobię to, prędzej czy później! ;)

Wreszcie – patronaty. W drugiej połowie roku patronowałam trzem czeskim tytułom: 
Pomyślałam, że mogę w ten sposób jeszcze trochę się przyczynić do promowania czeskiej literatury w Polsce (ale i, no dobra, zareklamować też trochę samą siebie). W ramach patronowania robię użytek ze swojej znajomości czeskiego i publikuję różne ciekawostki związane z książką oraz fragmenty wywiadów z czeskich stron – takie rzeczy, których sama szukam, kiedy książka mnie zainteresuje lub przygotowując recenzje. Prawdę mówiąc marzy mi się w przyszłości przeprowadzanie samej takich krótkich wywiadów, ale na razie nie ma na to szans. Pomysł do zrealizowania, kiedy będę mieć trochę więcej wolnego czasu.

Mam jeszcze wiele innych pomysłów. Naprawdę, głowa mi wręcz od nich pęka. Marzą mi się różne projekty we współpracy z Czechami, ale dopóki Literackie Skarby nie są dla mnie w żaden sposób źródłem utrzymania, a ja miotam się między studiami, pracą, tłumaczeniami i blogiem, nie będę miała na nie czasu i siły. Jestem jednak dobrej myśli – w końcu całe to miotanie się jest właśnie po to, by w przyszłości może choć częściowo utrzymywać się z literatury, badania jej, tłumaczenia jej, pisania o niej, może więc znajdę kiedyś sposób, by poświęcić Literackim Skarbom tyle czasu, ile bym chciała.

Postanowień na rok 2018 nie mam, bo wiem, że będzie bardzo pracowity i trudno przewidzieć, na ile mi czas pozwoli. Mam za to życzenia dla Was:

Pięknego, zaczytanego roku oraz siły i zapału do robienia tego, co najbardziej kochacie!