czwartek, 22 czerwca 2017

Trzy książki na Big Book Festival

Już w najbliższy weekend w Warszawie Big Book Festival! Częścią tegorocznego programu jest seria Uwaga: Premiera!, w ramach której odbędą się spotkania z autorami sześciu wybranych przez organizatorów czerwcowych premier. Skusiłam się na trzy z nich, i przedfestiwalowo śpieszę z kilkoma słowami na ich temat.

W pakiecie również informacja o spotkaniach z autorami. Wszystkie z cyklu poprowadzą Anna Sańczuk i Maciej Ulewicz, a tegoroczny festiwal odbywa się w dawnym kompleksie szkół im. Klementyny Hofmanowej przy ul. Emilii Plater 31.

Stolp – Daniel Odija, Wojciech Stefaniec, wyd. Wydawnictwo Komiksowe

Komiks. Antyutopijny komiks o życiu w mieście Bardo gdzieś pośrodku morza – jedynym, które ocalało z wielkiego potopu. Odbudowanym po katastrofie, na pozór normalnie dziś funkcjonującym, ale jednak stopniowo się wyludniającym – bo dzieci rodzi się coraz mniej, zwierzęta i rośliny giną, a zdesperowani, których przybywa, kończą na Molo Samobójców.

Rzeczywiście przerażająca to wizja, zbudowana z motywów, które z literatury znamy, ale i nowych, świeżych. Bardo to świat, w którym króluje propaganda, w którym roi się od nadmiaru reklam, kolorów, dźwięków, bodźców („epileptyczne migotanie oka, tęczowe refleksy obietnic, mających przyćmić strach przed przyszłością”), w którym każdy chce być oryginalny, więc powstaje społeczeństwo dziwolągów. W którym sport polega na faszerowaniu się stymulantami, w którym w zakładach bukmacherskich typować można ilości śmierci i gwałtów w danym dniu, i w którym osoby dwupłciowe myślą o samozapłodnieniu, marząc o uratowaniu w ten sposób ludzkości. Świat, w którym wszyscy mówią, ale nikt nie ma nic do powiedzenia.

W świecie Stolpa nie ma czasu na refleksję, ale za gdy czytamy o nim w scenariuszu Daniela Odiji i oglądając go na grafikach Wojciecha Stefańca refleksji przychodzi mnóstwo – bo to przecież nie jest rzeczywistość wzięta z powietrza, to wszystko powstało z wyjaskrawienia pewnych obserwacji dzisiejszego świata. Czy w takim kierunku zmierzamy? Niepokojąca rzecz!

I tylko jedno zaburzało mi trochę odbiór opowieści Odiji i Stefańca – duża ilość literówek w tekście. Szkoda, że nie przeszedł on dokładniejszej korekty. Więcej rysunków obejrzeć można na stronie wydawnictwa.

Spotkanie z Danielem Odiją i Wojciechem Stefańcem odbędzie się w sobotę o godz. 18:00 w Sali od polskiego.

Na pierwszy rzut oka – Grégoire Delacourt, wyd. Drzewo Babel

Książka, o której zrobiło się głośno po procesie, wytoczonym autorowi przez Scarlett Johansson. W skrócie: amerykańska aktorka przybywa na francuską prowincję, by spędzić sześć uroczych dni w towarzystwie Ryana Goslinga.

Tylko że to wcale nie tak. Ten chłopak o urodzie Ryana Goslinga to młody mechanik Arthur Dreyfuss, a do drzwi jego domku w mieścinie Long puka nie Scarlett Johansson, a łudząco do niej podobna Francuzka, Jeanine Foucamprez. Wyczerpana już ciężarem swojej filmowej urody, ściągającej na nią lubieżne spojrzenia i niewybredne komentarze, pożądana przez mężczyzn, znienawidzona przez kobiety, zobaczyła pewnego razu Arthura, jak reperuje rower małej dziewczynce. Pomyślała, że jeśli ktoś może ją naprawić, to tylko on. Pytanie, czy Arthur będzie w stanie zapomnieć o jej ciele i zobaczyć w nim prawdziwą Jeanine?

Delacourt serwuje czytelnikowi wiele zaskoczeń. Bo dowcipny ton pierwszych stron książki zdaje się zapowiadać zupełnie inną opowieść niż ta, którą ostatecznie dostajemy. W pewnym momencie gwałtownie wychodzimy ze świata celebrytów i ich gorących ciał, o których marzą zwykli śmiertelnicy, a wpadamy w sam środek ludzkich tragedii, utraconych dzieci, zaginionych ojców, obłąkanych matek, seksualnych traum z przeszłości. Gdzieś po drodze mamy uroczą fazę zauroczenia i rodzącej się między dwójką młodych ludzi miłości, wspólne delektowanie się kawą, marzenia o żółtej kuchni, córeczce Louise i psie.
Grégoire Delacourt. Fot. Emmanuelle Hauguel
„Szli powoli, lekko się zataczając z powodu różnicy wzrostu, a także dlatego, że na początku historii miłosnej niełatwo jest się idealnie zgrać. Trzeba nauczyć się słuchać, nie tylko swoich słów, ale również swojego ciała, jego prędkości, siły, jego słabości i milczenia, które wytrącają z równowagi; trzeba stracić odrobinę siebie, aby odnaleźć się w drugiej osobie” (s. 113).
I choć Delacourt momentami pisze z przesadną moim zdaniem emfazą, opowiedziana przez niego historia porusza, wzrusza i skłania do myślenia. Z jednej strony – każe się zastanowić, czy nie przepadliśmy już za bardzo w świecie bohaterów filmów i seriali, czy postaci z ekranu, ideały, o których skrycie marzymy, nie są dla nas ważniejsze niż ludzie wokół nas. A z drugiej piętnuje kult ciała. Pomysł na powieść, jak zdradza autor, zrodził się u niego po lekturze wyników pewnego sondażu, w których mowa była o tym, że jedna na dwie kobiety we Francji w wieku 15-25 lat przewiduje, że w przyszłości skorzysta z operacji plastycznej. Zaczął się zastanawiać, dlaczego. I postanowił coś z tym zrobić. „Chciałem napisać historię, w której fizyczna doskonałość byłaby tylko iluzją. Może wywołać pożądanie, ale w żadnym razie nie miłość” [źródło].

Spotkanie z Grégoirem Delacourtem odbędzie się w sobotę o godz. 12:00 w Audytorium Maximum.

Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz – Anna Kamińska, wyd. Wydawnictwo Literackie

To również jedna z premier zaprezentowanych w ramach wspomnianego cyklu. Ale tutaj już nie będę się rozpisywać, tylko odeślę Was do recenzji. I przypomnę – spotkanie z Anną Kamińską w niedzielę o godz. 18:00 w Sali od polskiego.

Ilustracje: 
[1] materiały prasowe Big Book Festivalu,
[2], [3] www.wydawnictwokomiksowe.pl,
[4] www.drzewobabel.pl,
[5] Gdelacourt / Wikimedia Commons,
[6] www.wydawnictwoliterackie.pl.

niedziela, 18 czerwca 2017

Twarde dłonie i miękkie serce – „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”, Anna Kamińska

„Zakochałam się w alpinizmie (…). Punktem wyjścia jest miłość, a dopiero później człowiek zastanawia się, czy to wszystko ma sens” (s. 416).

Choć książka Anny Kamińskiej to opowieść o słynnej himalaistce, góry i wspinaczka schodzą tu gdzieś na dalszy plan. Ważniejsze jest to, skąd wzięła się jej pasja, i ważniejsza jest sama Wanda – jej skomplikowana osobowość, przykre doświadczenia z przeszłości, samotność i zagubienie, skrywające się pod maską twardej i nieustraszonej.

I choć osobiście bardzo lubię tematykę górską, a wspinaczkę uważam za fascynującą dyscyplinę, nie ubolewam wcale nad tym, że pozostają tu one w tle. Autorka bowiem z wnikliwością, ale i ogromną dozą kobiecej delikatności analizuje psychologiczny portret Wandy Rutkiewicz, ukazując nam jej nowy obraz – taki, jakiego nie znamy z artykułów prasowych i tytułów poświęconych polskiemu himalaizmowi.

Klucze do życia

Kluczową postacią dla jej życia i osobowości jest jej ojciec, Zbigniew Błaszkiewicz. Nie bez przyczyny książkę otwiera informacja o zabójstwie, którego ofiarą padł w 1972 roku. Wysportowany, tak samo ambitny i niezależny, jak później jego córka – był dla niej wzorem; od najmłodszych lat była z nim mocno związana i bardzo przeżyła jego odejście od matki po tragicznej śmierci ich najstarszego syna. Skutkiem tej dziecięcej traumy mogła być późniejsza wielka ambicja Wandy, skłonność do rywalizacji i chęć pokazania wszystkim, że jest najlepsza – sugeruje, w oparciu o opinie bliskich im osób, autorka książki. Brutalne zabójstwo ojca, dokonane przez lokatorów jego domu w Łańcucie, miało zaś jeszcze bardziej zdystansować himalaistkę od śmierci.

Początki wspinaczki. Na Krzywej Turni, lata 60.
Fot. Seweryn Bidziński.
Drugi klucz to polskie środowisko alpinistyczne i jego stosunek do Wandy. Z książki wyłania się niezbyt korzystny obraz tego towarzystwa. Początkowo koledzy wspinacze nie doceniają jej i rzucają jej kłody pod nogi (stąd decyzja o wyprowadzce z Wrocławia i związaniu się z warszawskim środowiskiem alpinistycznym). Później, gdy już odnosi swoje pierwsze wielkie sukcesy – na czele ze zdobyciem Mount Everestu jako pierwsza osoba z Polski – wyrażają wobec niej podziw i szacunek, ale podszyte zawiścią. Bardzo powierzchowne wydają się ich relacje, niby wszyscy ją lubią i chwalą, mówią o niej „nasza Wanda”, ale za jej plecami sączą jad, nie mogąc pogodzić się z tym, że kobieta jest lepsza od nich.

Nic więc dziwnego, że z czasem czuje się wśród nich coraz gorzej. Tomasz Szostak, przyjaciel poznany w okresie jej fascynacji rajdami samochodowymi, a więc osoba spoza środowiska alpinistycznego, wspomina, jak Wanda zazdrościła mu „otaczania się życzliwymi ludźmi”. Sugeruje również, że to właśnie wrogie podejście innych polskich wspinaczy, próby umniejszania jej sukcesów, powodowały u niej poczucie nieustannego niedosytu. Gorycz, którą przez to zaprawione były jej zwycięstwa, próbowała zmazać kolejnymi, coraz trudniejszymi do zrealizowania przedsięwzięciami – aż do tej ostatniej wyprawy na Kanczendzongę. A równocześnie w góry ucieka przed ludzką złośliwością i małostkowością. Bo, jak mówi Bogdan Stefko:
„Gdy schodzę z gór, płaczę (…). Wiem, że zbliżam się do ludzi i od razu zaczynam odczuwać złą energię. W górach się oczyszczam, a teraz znowu zaczynam wchłaniać całe zło tego świata, wiem, że wejdę w świat, w którym obowiązuje prawo dżungli” (s. 416).
Despotka i kokietka

Anna Kamińska nie pokazuje jednak jednoznacznie Wandy jako niewinnej sierotki zamęczonej przez złych kolegów. Przytacza również głosy, według których jej bohaterka była osobą bardzo autorytarną, despotką wręcz, co z pewnością wpływało na jej relacje z innymi. Wiele osób twierdzi również, że nie potrafiła myśleć zespołowo, wykorzystywała innych do swoich celów, wszystko podporządkowywała własnej woli.

Pojawiają się tu przykłady z wypraw – kiedy kazała komuś wrócić się niebezpiecznym wejściem po zostawioną przez siebie kamerę albo wciskała dodatkowy bagaż koleżankom, które ledwie szły – ale również z życia osobistego, bo w końcu jej drugie małżeństwo, z zakochanym w niej po uszy austriackim lekarzem Helmutem Scharfetterem, było wyłącznie manewrem ze strachu, że po wprowadzeniu stanu wojennego nie będzie mogła wyjeżdżać na Zachód. Wiele osób twierdzi, że Wanda miała poważne problemy z nawiązywaniem głębszych relacji:
„Zawsze było z nią tak jak z kimś poznanym w pociągu. Najpierw jest krótka i miła pogawędka, ale potem każdy wysiada na swojej stacji i idzie w swoim kierunku. Tak było ze strony Wandy. Zupełnie jakby ta krótka pogawędka jej wystarczała” (s. 119).
Z wypowiedzi niektórych osób wynika jednak, że Wanda miała również drugą twarz. Krzysztof Wielicki podkreśla, że była jedyną osobą spośród starszych alpinistów, która interesowała się młodymi adeptami wspinaczki i pomagała im. W opowieściach jest często tą, która jako pierwsza śpieszy z pomocą. Wiele jej przyjaciółek i przyjaciół zapewnia również, że była doskonałą słuchaczką, potrafiła zmotywować i dodać otuchy.

Przy tym, jak podkreślają niemal wszyscy, miała klasę. W przeciwieństwie do wielu jej wspinających się koleżanek, które klęły jak szewc i zachowywały się bardzo „po męsku”, ona była schludną dziewczynką w białym kołnierzyku, grzeczną, elegancką, nawet w bazie na wysokości 7000 metrów dbającą o swój wygląd. Przy całej swojej determinacji i męskiej sile, mimo szorstkich, twardych dłoni, miała w sobie kobiecą delikatność, a także urodę, uroczy uśmiech i wdzięk, które świadomie wykorzystywała. Nic więc dziwnego, że tak wielu mężczyzn (i kobiet!) z jej otoczenia szalało na jej punkcie.

Tęsknota za makowcem

W miłości nie miała jednak szczęścia. Choć wiecznie otoczona amantami, nie zdołała z nikim zbudować trwałej relacji. Pierwsze małżeństwo, z Wojciechem „Kiciusiem” Rutkiewiczem, zawarła zdaniem Janusza Fereńskiego „dlatego, że tak robiły inne dziewczyny, które się wspinały” (s. 187). Nie potrafiła się odnaleźć jako mężatka, nie umiała się podporządkować, nie chciała jeszcze, w odróżnieniu od jej męża, zakładać rodziny, dlatego związek szybko się rozpadł. „Nie potrafiłam ugiąć się ani zagrać przeznaczonej mi roli. Podejrzewam, że bardzo często kobiety grają, nawet jeśli robią to z miłości”, przyznaje po latach (s. 188).

Jej drugim mężem był wspomniany Helmut Scharfetter, było to jednak „modelowe małżeństwo z rozsądku” i znaczyło dla niej jeszcze mniej. „To było na zasadzie: «Wyszłam za mąż, zaraz wracam»”, mówi jej przyjaciółka Barbara Grabowska. I choć o drugim małżonku Wandy jej znajomi wypowiadają się z dużą sympatią, nazywając go „austriacką wersją świętego Franciszka”, szybko zaczyna ją doprowadzać do szału życie u jego boku, w domu pełnym zwierząt.

Wydawało się, że Wanda zbyt ceni sobie swoją niezależność, by zakładać rodzinę. W ostatnich latach życia żałuje jednak tej straconej szansy. Chętnie przebywa w „mieszczańskich” domach swoich zamężnych, dzieciatych koleżanek, wypytuje o ich życie rodzinne, a po alkoholu wpada w nastrój sentymentalny i mówi wprost, jak bardzo jej tego brakuje. Zdaje sobie sprawę, jak trudno byłoby pogodzić jej pasję z życiem rodzinnym, ale widzi też koleżanki alpinistki, którym się to udaje – i jest jej przykro.
„Mówiła, że ma momenty, że wraca do Polski i nie chce jechać do pustego domu, ale nie rozklejała się, była twarda. Powtarzała mi: «Słuchaj, ja chciałabym być taką kobietą w domu i pójść z mężem i dziećmi w niedzielę do parku czy do Konstancina do restauracji, ale nie pogodzę tego z moim stylem życia, a nie mogę zrezygnować z gór». Miała takie krótkie chwile załamań, że nie założyła rodziny i nie siedzi w domu i nie robi makowca” (s. 322).
Kanczendzonga, święta góra buddystów.
To tam zaginęła Wanda Rutkiewicz.
Niektórzy alpiniści twierdzą, że rodzina nie przeszkadza, a wręcz pomaga we wspinaczce. Jeden ze znajomych Wandy uważa, że gdyby miała najbliższych, których wspomnienie towarzyszyłoby jej podczas wypraw, nie wspinałaby się tak straceńczo i miałaby więcej siły, by przeżyć.
„Gdyby miała rodzinę, to może by to się inaczej skończyło. Tak było w przypadku Jurka Kukuczki. Jurek opowiadał, że w strefie śmierci, chyba na Lhotse, zaczął przemarzać i zasypiać, tak był zmęczony, że nie mógł się podnieść. To było silniejsze od niego. Przyśnił mu się jednak dom w Istebnej, który wyremontował po swoich przodkach, i cała jego rodzina (…). I kiedy Jurek usłyszał w tym śnie głos Celiny, wstał i się ruszył. Gdyby Wanda miała rodzinę i miała do czego wracać, to może też by się podniosła na tej Kanczendzondze” (s. 344).
Jeden z jej bliskich przyjaciół, którego tożsamość nie została w książce ujawniona, wyznaje, że Wanda chciała mieć z nim dziecko. Dziś żałuje, że się na to nie zdobył, bo być może w ten sposób by ją ocalił.

Kobieta z krwi i kości

Książka Anny Kamińskiej to udana biografia Wandy Rutkiewicz, skoncentrowana na jej życiu osobistym. Autorka dotarła do wielu osób z otoczenia himalaistki, przestudiowała imponującą liczbę źródeł i stworzyła w ten sposób wiarygodny obraz swojej bohaterki. Zamiast żywego pomnika himalaizmu zaserwowała czytelnikom skomplikowaną kobiecą osobowość, poważny ton przełamując od czasu do czasu akcentami humorystycznymi – na przykład opowieściami o tym, jak to Wanda dogoniła złodzieja, który wyrwał jej w parku torebkę, i obiła go butem, aż przerażony porzucił łup, albo o tym, jak podczas jednej z wypraw wykorzystywała w roli nocnika pojemnik, w którym później inne wspinaczki gotowały kompot. Do tego książkę świetnie się czyta.

I tylko do jednego drobiazgu się przyczepię; jeśli się mylę, niech mnie ktoś poprawi! Autorka pisze, że Wanda wyruszyła na Mount Everest z anemią sierpowatokrwinkową. Tymczasem ten rodzaj anemii to schorzenie genetyczne, które uprzykrzałoby życie himalaistki nie tylko w trakcie jednej wyprawy, ale i przez całe życie. Myślę, że to pomyłka i chodziło o „zwykłą” niedokrwistość niedoborową.

***
Anna Kamińska, Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Z okazji premiery książki w najbliższym czasie zaplanowano spotkania z autorką. Najbliższe, w ramach Big Book Festivalu, odbędzie się w niedzielę 25 czerwca o godz. 18 w centrum festiwalowym przy ul. Emilii Plater 31 w Warszawie. 28 czerwca natomiast Annę Kamińską gościć będzie Księgarnia pod Globusem w Krakowie, start również o godz. 18. 

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wikimedia Commons,
[3] zdjęcie własne,
[4] Siegmund Stiehler / Wikimedia Commons,
[5] okładka książki ze strony wydawnictwa / www.wydawnictwoliterackie.pl. 

czwartek, 8 czerwca 2017

W ramionach pięknego drapieżnika – „Miłość to piekielny pies”, Charles Bukowski

Wiersze ze zbioru Miłość to piekielny pies, powstałe w latach 70., opisują m.in. doświadczenia Bukowskiego jako znanego już pisarza, ale głównym tematem jego twórczości pozostaje miłość i wielka, wielka samotność. Praktycznie każdy z tych utworów jest jak bolesna szpila smutku, „jakby ktoś wbił włócznie w moje wnętrzności” – cytując go.

Jak to u Bukowskiego, sceneria dla tego smutku bywa różna, a tematem stają się luźne rozmowy i codzienne incydenty, poranna posiadówka w kibelku, gapienie się w sufit, psikanie sprejem na karaluchy. Wiersze przypominają żywe obrazy z jego życia. Jak napisał w posłowiu Leszek Engelking: „Chce w swych utworach ukazywać rzeczywistość, zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną, psychiczną, niechętnie zaś ją komentuje czy wartościuje” (s. 365).

Bywa przy tym, że jednym tchem pisze o robieniu kupy i poezji: „zachowałem zdolność wyrzucania / z siebie odpadków. / i wierszy” (s. 30). Poświęca mnóstwo uwagi „śladom gówna na gaciach” i nie stroni od dosadnych opisów seksu, ale potrafi również zaskoczyć nieoczekiwaną pośród tej brzydoty poetycką metaforą: „robiła się wilgotna i otwarta / jak kwiat na deszczu” (s. 198).

Fragment wiersza ja.

Trochę seksu i tylko małą miłość

Świat Bukowskiego to tradycyjnie świat wyrzutków społeczeństwa i kobiet wątpliwej reputacji, nad czym zdarza mu się ubolewać. Z pewną tęsknotą pisze o „spokojnych ludziach” spotykanych na ulicy, o czystych dziewczętach w kraciastych sukienkach z bawełny, częściej jednak gardzi szaraczkami – według niego brakuje w nich życia, są jak łażące po stole muchy, bezrefleksyjne, bezmyślne. „To są trupy” (s. 120), pisze wprost.

Ludzie bezustannie go rozczarowują. Tym, że „nie są dobrzy wzajem dla siebie” (s. 186), tym, że „związki pomiędzy ludźmi po prostu nie są trwałe” (s. 39). Sam, choć dostrzega problem, nie do końca uważa siebie za wyjątek – w utworze o znamiennym tytule zima opowiada o umierającym przy drodze psie, którego nie bierze w ramiona, bo krew przesiąkłaby mu ubranie i „wyglądałoby to głupio”. „nigdy nie uważajcie się za lepszych i/lub / szlachetnych / ani nigdy nie próbujcie takimi być” (s. 274) – pisze w innym wierszu. Czasem w atmosferze smutku i samotności pojawiają się obrazy wręcz okrutne: „koraliki będą się kołysać / chmury będą się chmurzyć / a morderca będzie odcinał głowę dziecku / jakby zlizywał kawał lodów z wafla” (s. 186). Taka rzeczywistość musi przygnębiać.

Przychodzi więc bezradność i rozpacz, której Bukowski nie kryje. Potrafi pisać niesamowicie przejmujące wiersze o samotności (jak choćby sam ze wszystkimi: „ciało opina / kości i / ciało szuka / czegoś więcej niż / ciało”, s. 105), o naszym codziennym umieraniu „na duszoną w sobie miłość”, o „samobójstwach, które nie są rejestrowane”. Stale myśli o śmierci – tej fizycznej i tej duchowej. I od życia nie oczekuje już niczego, chce „tylko trochę pociechy / i trochę seksu / i tylko małą / miłość” (s. 149).

Przysysanie i wysysanie

No właśnie, miłość. Czytając te wiersze po raz kolejny dostrzegam, że pod skórą twardziela kryje się niesamowicie wrażliwy, zdolny do wielkiego uczucia facet („twardość / nic nie ma ostatecznie / do miłości”, s. 91). Stale otoczony kobietami, a mimo to samotny, wiecznie cierpiący z miłości, dręczony tęsknotą, jeżdżący po mieście za dawną kochanką i wytrwale wtykający liściki w drzwi jej mieszkania – taki jest w tym zbiorze.

Ta miłość nigdy go nie rozpieszcza. Jest nie tylko jak „piekielny pies”, ale i jak wzajemne pożeranie się, przysysanie i wysysanie, jak wpadanie w sidła czarnej wdowy. Kobiety w utworach Bukowskiego to drapieżniki, mają „usta jak paszcza rekina” (s. 205) i „twarze jak pysk rosomaka albo drapieżnej bestii” (s. 77). Miłość to wojna i wzajemne niszczenie się, miłość to łzy („teraz jej z kolei już nie ma, a ja tu siedzę i chleję / i moje oczy wydają się mokre od łez”, s. 66).

Ból istnienia. Fragment wiersza 462-06-14.
Ale jest tu również podziw dla kobiecej urody oraz jedno z najpiękniejszych wyznań miłosnych, jakie czytałam – prawie całkiem zmyślony wiersz:

„(…) byłaś jedną z najlepszych
poetek i powtarzałem wydawcom,
redaktorom: «drukujcie ją, drukujcie, jest szalona, ale ma w sobie
magię. w jej pasji nie ma kłamstwa». kochałem cię
jak mężczyzna kocha kobietę, której nigdy nie dotknął, z którą
tylko koresponduje i trzyma jej fotografie. kochałbym cię
bardziej, gdybym siedział kiedyś w jakimś pokoiku, robił sobie
skręta i słuchał jak sikasz w łazience,
ale nic takiego się nie stało.
(…) gdybym cię spotkał pewnie bym cię skrzywdził albo ty byś skrzywdziła
mnie. tak było najlepiej” (s. 50).

Tylko czy to wiersz do kobiety z krwi i kości? Czy adresatka, podobnie jak wiersz, nie jest (prawie całkiem) zmyślona? Myślę, że tak – to pewna figura kobiety, wymarzonej i wytęsknionej, którą można kochać właśnie dlatego, że jej nie ma. Bo „gdyby ją spotkał pewnie by ją skrzywdził albo ona skrzywdziłaby / jego. tak było najlepiej”.

Myślę jeszcze nad tytułem tego tomu. W przypadku poszczególnych wierszy tytuły są raczej luźno związane z treścią, więc klucza szukam gdzie indziej, nie w tytułowym utworze. Inny wiersz, szyba ze szkła taflowego, otwierają słowa „psy i anioły nie różnią się specjalnie / od siebie” (s. 178). W wielu innych miejscach Bukowski opisuje psy (i ogólnie zwierzęta) jako stworzenia boskie lub anielskie. W tytule miłość to piekielny pies mamy więc lekki paradoks. I może właśnie o to chodzi? Że miłość jest pełna paradoksów, albo wręcz, jak w prawie całkiem zmyślonym wierszu – że jej po prostu nie ma?

Smakowało słodko… z kropelką goryczy

Ale są też momenty, gdy życie jest znośne. Na przykład wtedy, gdy siedzi z córką w aucie i zajada frytki, lub gdy wspomina, jak znienawidzony ojciec pochwalił jego opowiadanie. I kiedy obcy człowiek spontanicznie wyświadczy mu uprzejmość, przywracając, choćby na chwilę, wiarę w ludzkość: „właśnie to pomaga wierzyć / że jest coś oprócz śmierci: / ktoś w samochodzie jadącym zbyt wąską ulicą. / kto zjeżdża na bok, żebyś mógł przejechać”. W tym ostatnim, bardzo ważnym wierszu z jakimś rozbrajającym ciepłem smutny człowiek oświadcza: „najlepszych z was / lubię bardziej niż myślicie. / inni się nie liczą”. I przyznaje:

„bywam zgorzkniały
ale czasem życie smakowało
słodko. boję się tylko
to powiedzieć. to tak
jak kiedy twoja dziewczyna mówi:
«powiedz, że mnie kochasz», a ty
nie możesz” (s. 355).

Czasem życie smakowało słodko… ale pozostaje posmak goryczy, i gorzka jest końcówka tego utworu. Nie potrafi się powstrzymać. Bo świat go skrzywdził i on nie może mu tego wybaczyć. Bo czegokolwiek by w życiu nie robił, jak bardzo nie byłby szczęśliwy, zawsze w tle pobrzmiewać będzie to wielkie rozczarowanie, z jakim zmierzyć się musiał wrażliwy młody chłopak – i z jakim mierzył się do końca swoich dni.

***
Ch. Bukowski, Miłość to piekielny pies. Wiersze z lat 1974-1977, przeł. Leszek Engelking, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2017.

Polecam też posłowie do tego wydania, napisane przez Leszka Engelkinga. Stanowi ono nieco bardziej naukową – ale nie pozbawioną wyczucia i wrażliwości – próbę opisu twórczości poetyckiej Bukowskiego i jej usytuowania w XX-wiecznej literaturze amerykańskiej (m.in. w odniesieniu do dzieł twórców Beat Generation).

Ilustracje:
[1], [2], [3] zdjęcie własne,
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa / noir.pl.

Na Literackich skarbach możecie również poczytać o tomiku Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu. Wiersze z lat 1955-1973. Wszystkie moje teksty o twórczości Bukowskiego znajdziecie tutaj.

piątek, 2 czerwca 2017

Spotkanie z Zośką Papużanką – Kraków, 31.05.2017

Jeszcze do niedawna Zośkę Papużankę kojarzyłam tylko jako obiecujące ponoć nazwisko młodej polskiej prozy oraz panią o bardzo wyrazistym, barwnym wizerunku. Po lekturze Onego i Świat dla ciebie zrobiłem oraz środowym spotkaniu w Krakowie wiem już, że o „obiecującym nazwisku” mówi się nie bez przyczyny, a Zośka Papużanka jest nie tylko świetną pisarką i niesamowicie wrażliwą obserwatorką, ale i bardzo sympatyczną osobą. O wspomnianych książkach autorki napiszę niedługo, a na razie – słów kilka o spotkaniu.

Odbyło się ono w krakowskiej Księgarni pod Globusem, a w roli przepytującego wystąpił Marcin Wilk z Wyliczanki. Tematem rozmowy był głównie zbiór Świat dla ciebie zrobiłem, który niedawno miał swoją premierę. Po dwóch powieściowych książkach autorka tym razem zmierzyła się z krótką formą, co stało się pretekstem do rozmowy o gatunku opowiadania.

Pisarka przyznała, że bardzo lubi tę formę, ponieważ stanowi pewien wycinek świata; mimo wysokiego poziomu skodyfikowania, przy tak wielu zasadach rządzących opowiadaniem, daje ono niesamowicie dużo przestrzeni – także interpretacyjnej, dla czytelnika. Tymczasem ona sama jako czytelniczka najbardziej lubi właśnie utwory, w których królują niedopowiedzenia, w których trudno jest samemu dojść do sedna, łatwo zbłądzić. Bo tak naprawdę ważne jest to, co każdy czytelnik samemu z historii wyciągnie, do czego sam dojdzie.

Nic więc dziwnego, że do jej ulubionych autorów opowiadań należą Vladimir Nabokov, mistrz literackich zagadek i ukrytych motywów, oraz Julio Cortázar, ekspert od mieszania w jednym utworze wielu różnych światów. Nie przepada za to za Alice Munro :). Cieszy ją jednak Nagroda Nobla dla niej oraz renesans opowiadania, jaki dzięki temu obserwujemy.

Sama Zośka Papużanka oczywiście również tworzy opowiadania według powyższego przepisu; na pytanie prowadzącego, czy ona sama wie, co znajduje się w miejscach niedopowiedzeń w jej utworach, odpowiedziała z uśmiechem: „Oczywiście, że nie! Gdybym wiedziała, to bym napisała”. Bo ważne jest to, co każdy samemu z historii wyciągnie…

Sporo jeszcze innych zakulisowych szczegółów zdradziła autorka podczas rozmowy. Opowiedziała, skąd wzięły się pomysły na niektóre opowiadania za zbioru (na przykład Cykada zainspirowana została pewnym autentycznym starożytnym grobowcem, Ursa maior – opowieścią starego Włocha, do którego jeździła na wakacje, a Spotkałem opowiadanie to scenka opowiedziana jej przez męża), a na pytanie, czy nie ma poczucia, że zdradza w swojej twórczości za wiele z własnego życia, odparła, że nie – że czerpie „z tego, co jest”, ponieważ najlepsze historie to zawsze te, które wydarzyły się naprawdę; nie ma w nich fałszu ani papierowości, nawet jeśli są kompletnie nieprawdopodobne.

Zapytana, czy jest coś, o czym z zasady nie pisze, odparła, że o seksie – bo nie wymyśliła dla niego języka. Jej zdaniem język polski jest za tę sferę kompletnie nieodpowiedzialny :) i trudno o niej pisać jako o sprawie poważnej. Na koniec prowadzący uraczył pisarkę serią krótkich pytań: – Czy do literatury można się przytulić? – Nie, wolę przytulać się do ludzi. – Czy może stanowić remedium na samotność? – Tak, to dobre remedium, jeśli już jesteśmy w sytuacji, kiedy go potrzebujemy. – Czy potrafi krzywdzić? – Chyba nie (choć kilka minut rozmówcy poświęcili kwestii okrutnych, przesiąkniętych przemocą obrazów, literackich i filmowych), co najwyżej tym, że książka jest wybitna, „a to nie ja ją napisałam” :).

Dla mnie spotkanie zakończyło się jeszcze jednym bardzo sympatycznym akcentem. Mając informację z okładki, że autorka ogląda westerny, zapytałam ją o jej ulubiony. Rozpromieniona, odpowiedziała, że tak, uwielbia, że zachwyca się tymi lekko przybrudzonymi, męskimi bohaterami, i że jej ulubiony to „oczywiście Dobry, zły i brzydki”, w którym podobało jej się wszystko, na czele z Clintem Eastwoodem. Dodała, że poważny dylemat przeżywała oglądając Butcha Cassidy’ego i Sundance’a Kida, bo Robert Redford i Paul Newman w jednym filmie – i naprawdę już nie wiadomo, na kogo patrzeć.

A na koniec – słoneczny podpis oraz słoneczny uśmiech autorki. To było miłe popołudnie!