sobota, 14 października 2017

W roślinnym niebie, w roślinnym piekle – „W ciemność”, Anna Bolavá [patronat]


Pasja, której oddajemy się w wolnym czasie i która umila nam nasze szare życie, to z reguły nic złego. Co jednak, jeśli pochłonie ona CAŁE nasze życie? Jeśli stanie się dla nas ważniejsza niż nasi bliscy, środki do życia, potrzeby fizjologiczne? W swojej bolesnej powieści Anna Bolavá przedstawia właśnie taki przypadek – kobiety, która „oddała się swojej pasji” całkowicie, aż do obłędu.

W ciemność nie wciąga w swój mroczny świat od razu. Zaczyna się od lekkiego znudzenia i myśli: więc tylko o to chodzi? O zbieranie ziół (jak zresztą zwodzi autorka w jednym z wywiadów)? O to, kiedy najlepiej zrywać krwawnik, kiedy dziurawiec, a kiedy kwiat lipy, jaki jest ich wskaźnik usychalności i jak się z nimi obchodzić?

Na szczęście nie (z całym szacunkiem dla miłośników ziół!). Zioła są ważną – najważniejszą! – częścią życia głównej bohaterki, dla czytelnika jednak ważna jest przede wszystkim ona. I to, co dzieje się gdzieś pomiędzy sesjami zbierania i suszenia – te przebłyski dawnego życia Anny Bartákovej, które wciąż do niej powraca, choć uporczywie spycha je poza pole widzenia, zrzuca gdzieś do piwnicy umysłu (bo przecież nie wrzuca na strych; strych to miejsce zaszczytne, zarezerwowane dla roślinnych skarbów).

Mroczny krwawnik pospolity...
Mamy tu porzuconego przed laty męża, kalekę pozbawionego ręki, mamy również teścia, który zdaniem bohaterki przesadnie wtrącał się – i dotychczas się wtrąca – w jej życie. To postaci w tej historii symboliczne. Mąż-kaleka w pewien sposób obrazuje kalectwo (najpierw tylko emocjonalne, później również fizyczne) i słabość samej Anny, teścia można natomiast uznać za figurę opresyjnego społeczeństwa i najbliższej społeczności bohaterki, odciągających ją od jej pasji. Obydwóch mężczyzn kobieta odsuwa od siebie w mniej lub bardziej drastyczny sposób, i tak samo odsuwa przeszkody na drodze do oddania się całkowicie roślinom (praca, troska najbliższych, własne ograniczenia fizyczne). Ze swoim dawnym życiem Anna rozprawia się pewnie i zdecydowanie, jednym ruchem nożyczek do obcinania roślin.

Lektura W ciemność pokazuje, że pseudonim Bolavej naprawdę nie wziął się znikąd. To książka przesycona bólem, zarówno psychicznym, jak i fizycznym – opisy rany na ręce Anny czy sierpa wbitego w nogę ciężko czytać bez wzdrygnięcia.

... i mroczny dziurawiec zwyczajny. Polskie nazwy tych roślin
brzmią w kontekście tej historii bardzo znamiennie!
To również proza bardzo nastrojowa – i tu można doszukiwać się uzasadnienia opinii, że dzieło Bolavej przypomina Palinkę Hořavy), jednak nastrój obu utworów jest diametralnie inny. Podczas gdy u Hořavy mamy do czynienia z melancholią, u Bolavej jest czysta groza. Inaczej również niż u Hořavy we W ciemność nie ma za wiele poezji, nie ma tu liryzmu życia na wsi, sposób snucia historii jest zaś tak konkretny i rzeczowy jak sama Anna Bartáková – narratorka skupia się na szczególe, na którym z czasem zafiksowuje się tak bardzo, że traci kontakt z rzeczywistością. Nie zauważa ludzi wokół siebie, nie wie, co się dzieje, tych zaś, którzy chcą jej pomóc, stanowczo odtrąca – w końcu przeszkadzają jej w tym, co kocha. Z czasem zaczyna ignorować nawet własne potrzeby fizjologiczne, prawie nie je, traci wszystkie włosy, staje się karykaturalnym kościotrupem z łysą czaszką i siną, gnijącą dłonią. Wyniszcza się zupełnie w tej wiecznej wojnie, którą jest dla niej świat roślin.
„Przecież zioła to ja. Gdybym powiedziała coś innego, to tak, jakbym zmieniła imię i udawała kogoś, kim nie jestem. Jakbym machnęła ręką i kazała drogowcom skosić resztę jasnoty, jakby to nie miało znaczenia. A ma, wielkie. Każda roślina jest ważna, każda musi być moja. Żadnej nie zostawię. To wojna, która nie ma końca. Wieczny kołowrót pąków i kwiatów, aż można się rozchorować” (s. 49).
Petr A. Bílek porównał postać wykreowaną przez Bolavą do głównego bohatera Zbyt głośnej samotności Hrabala. Również to porównanie niespecjalnie mnie przekonuje, bo choć rzeczywiście i Haňťa i Anna Bartáková mają własny świat, niedostępny dla innych (u Haňti są to odratowane książki, u Anny – zioła) oraz swoją małą misję walki z otoczeniem, bohaterka Anny Bolavej jest zdecydowanie bardziej antypatyczna. (Oczytany Facet dodaje, że zapewne wbrew intencjom autorki – też mam takie wrażenie). Bliżej jej może trochę do Viktorki z Babuni Němcovej, do której to postaci też bywa porównywana, ale również nie do końca – bo Viktorka jest jednak ofiarą. Anna pogrąża się w swoim szaleństwie z własnej woli, jej alienacja to jej wybór i jej droga, i dlatego czytelnik czuje do niej raczej niechęć.

I może też dlatego najbardziej wstrząsające w powieści Bolavej są te maleńkie momenty, kiedy Anna budzi współczucie. Kiedy gdzieś ledwie zasygnalizowane, niemal między wierszami, wychodzą na jaw jej „ludzkie” uczucia. Samotność, tęsknota za babcią-zielarką, niemożność pokochania męża ze względu na jego słabość, pragnienie oparcia się na kimś silniejszym. Jej wrażliwe, miękkie, podatne na zranienia wnętrze, które obudowała w obronie przed otoczeniem swoją twardą skorupą, zbroją wrogości do innych – i sama zasuszyła się w ten sposób dla świata.

***
A. Bolavá, W ciemność, przeł. Agata Wróbel, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne
[2] fotoblend / pixabay.com
[3] AKupstova / pixabay.com
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa / ksiazkoweklimaty.pl

Inne recenzje powieści Bolavej przeczytacie na:

środa, 11 października 2017

Brwi à la Breżniew, śmierć i draże Korsarz – „Po trochu”, Weronika Gogola


Weronika Gogola napisała książkę, w której, jak to w życiu, „śmieszne idzie w parze ze smutnym”. Przenosi w niej czytelników w czasy swojego dzieciństwa, do rodzinnych Olszyn, i snuje swoją dowcipną, ale poprzetykaną prostymi mądrościami opowieść. Czy z powodzeniem? Moim zdaniem tak. Splot smutku z uśmiechem, anegdotyczność i pabitelskość jej prozy przywodzi mi na myśl moich ulubionych czeskich prozaików, kolorów zaś dodaje jej swojska rzeczywistość lat 90. oraz język – bezpośredni i nierzadko dosadny.

Czekałam na tę książkę jeszcze przed jej premierą. Bo debiut tłumaczki Carpathii, bo dorastanie w latach 90. (z którego sama mam wiele dobrych wspomnień), bo fragmenty zachęcały. Przeczytałam szybko, ale recenzja dojrzewała we mnie długo, bo miałam naprawdę wiele uwag. W międzyczasie śledziłam inne opinie, te bardzo pochlebne (z początku – same) i te mniej (i dobrze, bo nie powinno być za słodko). Wreszcie czas, by samej się wypowiedzieć.

Awantura o…

Mam wrażenie, że ci, którym książka nie przypadła do gustu, mieli największe zastrzeżenia do sposobu opowiadania. Bo infantylny, bo „nie przystoi” (parafrazując fragment książki – nie księżniczkom, a dorosłym). Niezależnie jednak od tego, czy ta narracja ma w końcu urok, czy nie, trochę zbyt odciąga uwagę od treści, która w recenzjach bywa sprowadzana do zwyczajnych rodzinnych historyjek. A w tej treści, w tych rodzinnych historyjkach, też przecież można grzebać i grzebać i wielu ciekawych rzeczy się doszukać. Dlatego, pozwolicie, od tego zacznę.

Kim jest narratorka?

O samej narratorce powieści dowiadujemy się niby wiele – nie wstydzi się ujawniania różnych intymnych szczegółów na swój temat – ale równocześnie niewiele, bo choć przywołuje wiele wspomnień, w kwestii własnych uczuć jest raczej powściągliwa. I to akurat ma rodzinne – tu i ówdzie sugeruje, że „Gogole nie lubią mówić o sobie”. Wolą mówić o tym, co widzą wokół siebie. I pisać.

Co wiemy na pewno? Że to silna mała kobietka. Chłopczyca, dla której punktem honoru jest nie okazywać bólu. Która skarży się na to, że chłopcom wolno więcej, i którą oburza fakt, że król z bajki nigdy nie pyta księżniczki o zdanie, gdy oddaje jej rękę zasłużonemu śmiałkowi.

Co widzi?

Przez większość czasu akcja toczy się w rodzinnych Olszynach autorki, zapamiętanych z dzieciństwa. Urocza jest ta powieściowa czasoprzestrzeń, bo z jednej strony bardzo „wiejska” z różnymi przesądami oraz atmosferą małej wspólnoty („wciąż ktoś pukał, wchodził, wychodził, przynosił ser i jajka, żegnał się, zostawiał rower pod bramką”), z drugiej – budząca nostalgię wieloma szczególikami rodem z lat 90.

Ta wspólnota doświadczeń, to „jadłam te same słodycze, kupowałam te same gazety, też zbierałam karteczki i nawet moja mama też mówiła Holender!”, z pewnością sprawi, że książkę Gogoli łatwiej będzie docenić osobom, które wychowywały się w tych samych czasach. Ale nie chodzi tylko o czasy – autorka opowiada o różnych bardzo „nieliterackich” szczególikach z naszego życia (jak choćby o tym, jak ją wkurza, gdy ktoś jej schowa masło do lodówki i jest potem całe twarde), przy pomocy których również buduje z czytelnikiem więź. Trochę przywodzi mi to na myśl fragmenty dziennika Sylvii Plath o dłubaniu w nosie; to co prawda trochę inna sytuacja, bo dziennik nie był przeznaczony do publikacji i na pewno nie chodziło o budowanie żadnej więzi, ale jednak reakcja podobna – „więc ktoś inny, i to nie zwykły »ktoś«, a słynna poetka, też to robi!”.

Ton opowieści jest raczej wesoły, dominują dziecięce obserwacje i anegdotki, okraszone cudownym poczuciem humoru autorki (brwi jak Breżniew, mama jak David Bowie, chłopak, który wyglądał jak „Jezus, Kurt Cobain i Janosik”). I nie przeszkadza tu zupełnie fakt, że jednym z motywów przewodnich Po trochu jest śmierć – bo w wersji Gogoli to śmierć oswojona, uśmiechnięta, śmierć jak przyjazna starucha, ciągle gdzieś obok. Ale przecież na początku swojego tekstu wspomniałam o smutku. I rzeczywiście, jest – ale pojawia się między wierszami, gdzieś na marginesie, często w duecie z jakąś rodzinną tajemnicą. Historia smutnej babci ze zdjęcia, ciotki, „której się w głowie pomieszało”, czy nauczycielki, która „podobno się powiesiła”, choć to zaledwie migawki, robią na tym radosnym tle jeszcze większe, wstrząsające wrażenie.

Oprócz smutku na marginesie pozornie błahych opowiastek Gogoli pojawia się też wiele prostej mądrości. Takiej babcinej. I empatii. I miłości do ludzi. „Jak ktoś płacze, to nie może być przecież całkiem zły. Nawet jeśli pijak” (s. 126) – pisze na przykład autorka. Albo: „Bo tak już jest, że jak się człowiek boi albo nie rozumie, albo po prostu, kiedy jest mu smutno, to potrzebuje coś słodkiego na język i dużo snu. Dużo snu, żeby nie było tego, co jest naprawdę” (s. 93). Albo: „Bo najgorzej jest patrzeć na kogoś, kto nigdy nie płakał, a nagle zaczyna szlochać. Bo to trochę tak, jakby ci się walił dom, jakby znowu przyszła powódź, jakby spłonął giees” (s. 166).

Na marginesie też wyjaśnia, czemu zdecydowała się spisać swoje rodzinne historie. By zachować przy życiu tych, którzy odeszli. Bo było jej przykro, że o niektórych członkach rodziny się zapominało. Że ludzie nie słuchali ich historii. Bo „są ludzie, którzy pamiętają to, co im się opowiada, a są tacy, którzy tylko kiwają głową, mówią: No, no, no, ale nie słuchają” (s. 93). Warto śledzić te marginesy!

We mnie osobiście ciepłe uczucia wzbudziły również motywy rodem jak z twórczości moich ulubionych czeskich pisarzy. Bo nietłukące szklanki z duraleksu i lepienie gipsowych cycków i siusiaków jest przecież jak z Šabacha, a tata płaczący po zabiciu kociaków czy kradzież pieniędzy ze skrzynki św. Antoniego to czysty Hrabal. W stylu hrabalowskiego Haňti jest też choćby ten cytat: „Dźwięk dzwonów poruszanych przez pilota jest zupełnie inny. Jakiś taki głuchy. Bo jak ręka ludzka wprawia je w ruch, to zostawia tam coś jeszcze. Po sobie coś zostawia” (s. 150). Wreszcie – jak u Hrabala, zderzenie dosadności z poezją. Tutaj jednak moim zdaniem polskiej autorce brakuje jeszcze trochę wyczucia – poezji jest u niej mniej, a z dosadnością czasem przesadza.

Jak o tym pisze?

Jest jeszcze coś bardzo czeskiego w prozie Weroniki Gogoli – ten duch gawędziarstwa, niekontrolowany żywioł opowieści, te spontanicznie pączkujące anegdoty. To urodzona pabitelka; strumień jej opowieści płynie nieprzerwanie i wartko (momentami może aż zbyt wartko – jakby chciała powiedzieć zbyt wiele naraz, i robi się mały chaos, a akapity rozrastają się do gigantycznych rozmiarów).

Na wstępnie wspomniałam o dosadności. To chyba też trochę specyfika wiejskiej rzeczywistości, że o naturalnych rzeczach mówi się bardziej wprost, bez ogródek i bez bawienia się w eufemizmy; taki sposób opisywania rzeczywistości tworzy również w Po trochu klimat opowieści. O ile jednak fragmenty o robieniu kupy, lepieniu kulek z kóz czy o „trąbach słonia” w chłopięcych spodniach (znów mi się przypomina Sylvia Plath i jej „szyjki indycze”) nie są specjalnie zniesmaczające, jest w tej książce kilka momentów, które przekraczają granicę dobrego smaku i moim zdaniem z powodzeniem mogłyby zostać wycięte.

Na osłodę jest za to kilka naprawdę ładnych, obrazowych opisów. „Na werandzie pachniało inaczej niż w całym domu, kurz był pomarańczowy, ściany kruszyły się na różowo” (s. 16) – wizualizuje autorka. Albo: „Lubiłam też patrzeć na ich ręce. Całe były popękane na czarno. Tak samo pęka mydło w domach starych ciotek. Też ma ciemne szramy. To się nazywa czysty brud” (s. 32). (Pamiętam takie mydło z domku na działce u dziadków – wynosiło się je na plastikowym talerzyku razem z szczotką w kształcie łabędzia, i w strumieniu zimnej wody z kranu na zewnątrz szorowało się ręce, żeby za paznokciami nie została ziemia. I tak, miało ciemne szramy – czysty brud).

Mimo drobnych zastrzeżeń z przyjemnością więc przeniosłam się do świata odtworzonego przez Weronikę Gogolę w Po trochu. I myślę sobie ze smutkiem o tych wszystkich wspaniałych rodzinnych historiach, które odchodzą w niepamięć, bo nie ma ich kto tak pięknie spisywać. Każda rodzina powinna mieć swoją Gogolę.

***
W. Gogola, Po trochu, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Debiutancką powieść Weroniki Gogoli często zestawia się z Gugułami Wioletty Grzegorzewskiej. Postanowili to wykorzystać organizatorzy Festiwalu Conrada, którzy w ramach tegorocznej odsłony festiwalu zapraszają na debatę z udziałem obydwu pisarek. Spotkanie, zatytułowane „Nowoczesne prowincjałki”, odbędzie się w niedzielę 29 października o godz. 13:00 w Pałacu Czeczotki.

Recenzji tej książki ukazało się już bez liku, dlatego dla odmiany polecam wywiady z autorką na:

sobota, 23 września 2017

Bolesna historia czeskiej rusałki. Czeska zapowiedź: Anna Bolavá, „W ciemność”

Dwa lata temu w Czechach wydana została debiutancka powieść, która zrobiła furorę i zgarnęła Magnesię Literę w kategorii Proza – W ciemność Anny Bolavej. Krytycy nie szczędzili jej ciepłych słów, a sam Petr Bílek, o współczesnej czeskiej literaturze mający do powiedzenia wiele, ale na pewno nie rzeczy miłych, określił ją jako powieść mocną i magiczną, jej bohaterkę zaś porównał do Haňti ze Zbyt głośnej samotności.

Już za tydzień premierę będzie miało polskie wydanie tej książki. To zasługa wydawnictwa Książkowe Klimaty oraz debiutującej tłumaczki Agaty Wróbel, zwyciężczyni ubiegłorocznego konkursu im. Susanny Roth (która nagrodę zdobyła właśnie za przekład fragmentu powieści Bolavej). Nagradzana debiutująca autorka i nagradzana debiutująca tłumaczka, wydawnictwo, które słynie z interesujących publikacji, ciekawy temat i entuzjastyczne opinie – czy to nie brzmi zachęcająco? A żeby jeszcze bardziej podsycić Waszą ciekawość, opowiem Wam trochę o autorce.

Rusałka z czeskiej prowincji

W ciemność to historia Anny Bartákovej, kobiety z małego miasteczka, której życiową pasją jest zbieranie ziół. Z czasem pasja ta zaczyna ją całkowicie pochłaniać, aż do szaleństwa – przestaje się liczyć mąż, praca, najbliżsi przyjaciele, a nawet własne ciało i jego potrzeby. Wszelkie próby pomocy Anna odrzuca, zamyka się coraz bardziej w swoim mrocznym, pachnącym ziołami świecie. „Rusałka” – mówi Bolavá o swojej bohaterce, którą czytelnicy porównują również do Viktorki z Babuni Němcovej.

Ze względu na podobieństwo pseudonimu autorki (naprawdę nazywa się Bohumila Adamová) do nazwiska stworzonej przez nią postaci oraz łączącą je pasję zielarską, szybko pojawiły się pytania o autobiograficzny podtekst powieści. Bolavá przyznaje – tak, sama również zbiera zioła, tak, zna dobrze uczucia swojej bohaterki, sama co roku w okolicach marca znajduje się na skraju szaleństwa, nie mogąc nadążyć ze zbieraniem ukochanych roślin. Twierdzi również (ale czy serio?), że zielarstwo to dla niej najważniejszy motyw tej powieści; że nie chciała napisać książki o byciu „innym”, o samotności, o ucieczce, ale przede wszystkim o tym, jak wygląda zbieranie ziół i jak się z nimi obchodzić.

Dobra książka musi zaboleć

Zaintrygowani? No to lećmy dalej. Przez kilka lat Bolavá pracowała w Instytucie Języka Czeskiego czeskiej Akademii Nauk, ale do tych czasów wraca niechętnie. Zrezygnowała i obecnie zawodowo zajmuje się pomocą ludziom ze stomią (sztuczną przetoką jelitową). Swoją pracę – znalezioną podobno z ogłoszenia – bardzo lubi, ponieważ może dzięki niej pomagać ludziom i przynosić im ulgę.

W zupełnie inny sposób stara się oddziaływać swoją twórczością. „Dobra książka musi być jak policzek. Musi zaboleć” – mówi w jednym z wywiadów. A swoją filozofię twórczości podkreśla już pseudonimem, pochodzącym jeszcze z czasów jej twórczości poetyckiej – „bolavá” to po czesku „bolesna”. Dlaczego Anna? Bo to jej zdaniem najpiękniejsze czeskie imię.

Outsiderka na czeskiej scenie

Krytycy zestawiają powieść Bolavej z innym głośnym debiutem ostatnich lat – Palinką Matěja Hořavy. Sama autorka przyznaje, że ze względu na te porównania przeczytała książkę Hořavy. Uważa jednak, że oba dzieła nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że są debiutami.

Do innych współczesnych czeskich autorów odnosi się z rezerwą. Zapytana, czy twórczość któregoś z nich szczególnie sobie ceni, odpowiada, że przestała ich czytać – zamiast tego w wolnych chwilach robi szaliki. Pociągnięta za język w temacie czeskiej literatury, podaje dwa nazwiska, mało współczesne – Karel Václav Rais oraz Jan Čep.

Z wizytą u Gotta

Choć Anna Bolavá zaczynała jako poetka (debiutowała tomikiem Černý rok), teraz czuje się już prozaiczką. W Czechach kilka tygodni temu ukazała się jej kolejna powieść, Ke dnu, w której autorka wykorzystuje raz jeszcze fikcyjną przestrzeń zaprezentowaną w swoim debiucie, a także wraca do kilku znanych już bohaterów.

Poza tym podobno w jej szufladach zalega jeszcze wiele spisanych historii. I są wśród nich nawet rzeczy humorystyczne (sic!); być może, jak mówi, kiedyś wyda je pod innym pseudonimem. Jest również opowieść o kobiecie z południowoczeskiej wioski, która postanawia odwiedzić Karla Gotta… Tej jednak prawdopodobnie nigdy nie ujrzymy w druku. Jak bowiem mówi autorka, nie chce czymś urazić Gotta :). Wracając jednak do najbliższej przyszłości...

Premiera W ciemność – dokładnie za tydzień, 30 września. Spodziewajcie się recenzji! Książka ukaże się pod patronatem Literackich skarbów świata całego.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
http://kulturio.cz/rozhovor-autorske-cteni-anna-bolava/
http://itvar.cz/rychle-a-beze-svedku/
http://d-dur.rozhlas.cz/liberatura-s-annou-bolavou-o-silenstvi-sberu-bylin-a-samote-5235963/
http://www.literarky.cz/literatura/222-literatura/24402-anna-bolava-spravna-kniha-musi-zabolet-postavy-tenae-i-autora
https://www.respekt.cz/tydenik/2015/22/bylinne-srdce-temnoty

Ilustracje:
[1] zdjęcie Anny Bolavej ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl
[2] okładka czeskiego wydania Do tmy ze strony wydawnictwa Odeon / www.odeon-knihy.cz
[3] okładka czeskiego wydania Ke dnu ze strony wydawnictwa Odeon / www.odeon-knihy.cz
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl

niedziela, 17 września 2017

Smutno, lecz z uśmiechem o Petrze Šabachu


Tekst, który czytacie, powstał z potrzeby serca po dzisiejszej nieoczekiwanej wiadomości – nie żyje Petr Šabach. I choć podejrzewam, że on sam do wszelkich możliwych pomników miał stosunek podobny jak Hrabal, który zażyczył sobie tablicy na wysokości, gdzie sikają psy, pomyślałam, że mimo wszystko na tekst-pomnik zasłużył. Pomniczek chociaż. I oto on.

Od Hrabala też się to wszystko u mnie zaczęło. „Podobno Petr Šabach pisze jak Hrabal” – doniósł znajomy, a że było to akurat krótko po wydaniu pierwszego polskiego przekładu Šabacha, Gówno się pali, książkę nabyłam. (Nie ukrywam, że kontrowersyjny tytuł był również wabikiem – jak to dobrze, że autor się uparł i nie zgodził się na jakąś banalną Wodę z sokiem!).

To Gówno mnie urzekło – jak bardzo, możecie przeczytać tutaj. Prostotą mówienia o relacjach damsko-męskich, pogodą ducha, ciepłem. Klimat opowieści może i był trochę hrabalowski, ale Šabach podbił moje serce przede wszystkim jako Šabach, bo mimo wszelkich porównań ma jednak własne tematy i swój własny, niepowtarzalny styl. Miał. (Wciąż samą siebie muszę poprawiać).

Tak urzeczona, postanowiłam wybrać się na spotkanie z autorem w krakowskiej Księgarni pod Globusem. To był mój pierwszy rok na filologii czeskiej, poszłam z koleżanką z roku. Spotkanie było kameralne, bo mało kto jeszcze wtedy Šabacha w Polsce znał. Wszyscy dostaliśmy na wstępie po Gambrinusie, a potem Šabach zaczął gadać, i tak gadał i gadał przez ponad dwie godziny (bez prowadzącego!). O czym? Możecie poczytać tutaj. Wyszłam szczęśliwa, bo okazało się, że Šabacha nie tylko czyta się miło, ale również słucha. I dostałam autograf z kwiatuszkiem.

Drugą jego książkę wydaną po polsku wygrałam w konkursie (tu znów w historię wcina się Hrabal, bo pytanie konkursowe było o ulubionego czeskiego pisarza – opisałam, rzecz jasna, Sami Wiecie Kogo). Było to Masłem do dołu, które mnie dla odmiany rozczarowało. Šabach balansował tu, jak zresztą w każdej swojej książce, na granicy komizmu i tragizmu, i akurat w tym wypadku połączenie tych dwóch elementów wydało mi się zbyt grubymi nićmi szyte – więcej tutaj. Do dziś to moja najmniej ulubiona jego książka, ale są i tacy ;), których z kolei urzekła najbardziej ze wszystkich.

Później przyszedł czas na dowcipne Podróże konika morskiego, upatrzone od czasu wspomnianego spotkania z Šabachem, na którym opowiadał o swoich perypetiach w roli ojca na pełen etat, a następnie na Pijane banany, czyli szaleństwa młodości w latach 80. Aż wreszcie wydany po polsku kilka miesięcy temu Dowód osobisty – lekki, a zarazem ciężki, jak dobre piwo. I tak samo gorzki.

W międzyczasie było kolejne spotkanie z Šabachem, na Festiwalu Conrada, i tym razem byłam trochę bliżej – miałam okazję wymienić z nim kilka zdań, a nawet, jako pomoc organizacyjna, skoczyć mu po piwo do Piwnicy pod Baranami ;). Wciąż wspominam tamto popołudnie z wielkim uśmiechem – cała sala pełna, wszyscy już czekają, a on spokojnie dopija sobie piwko na dziedzińcu, a później, jak gdyby nigdy nic, krokiem lekko chwiejnym idzie jeszcze do łazienki i wyciąga grzebień. Wszak trzeba się zaprezentować godnie festiwalowej publiczności ;). O samym spotkaniu pisałam tutaj.

Gdzieś po drodze oglądałam też filmy na podstawie prozy Šabacha, których jest sporo, i o których chciałabym napisać dłuższy tekst – może teraz wreszcie to zrobię. Wszystkie łączy jedno – są zabawne, ale podszyte smutkiem (często z powodu smutnych czasów, w których bohaterowie żyją). Ta ich ciepła melancholia, zgaszony uśmiech, to również klimat jego książek, które nie są oderwane od szarej rzeczywistości, przeciwnie, ale humorem trochę ją oswajają.

Teraz odkrywam, że odejście Šabacha również wprawia mnie w podobny nastrój – jest mi smutno, bardzo smutno, ale przypominam go sobie, jego książki, spotkania, rozmowy, i mimo wszystko się uśmiecham. Coś jest w tym z magicznej sztuczki, której mu zazdroszczę – bo to chyba sztuka, pozostawić po sobie uśmiech? Kto z nas by tego nie chciał?

Żegnam więc Petra Šabacha z uśmiechem. Oby tam, gdzie jest, nigdy nie zabrakło zimnego piwa :)

P.S. Na koniec dziękuję wydawnictwu Afera. Za to, że przedstawiło Šabacha nie tylko mnie, ale i tysiącom polskich czytelników. I składam wyrazy współczucia – bo wiem, że dla nich był kimś więcej niż tylko jednym z autorów.

Fot. wydawnictwo Paseka / facebook.com/pasekanakladatelstvi

piątek, 15 września 2017

Prowansalski koniec lata – „Narodziny dnia”, Colette

Jakoś tak na przełomie sierpnia i września przychodzi czas, o którym mówię „zmęczone lato”. Światło się zmienia, niebo staje się trochę wyblakłe, jak na starej pocztówce, promienie słońca padają pod wieczór już pod innym kątem. Robi się cicho. Właśnie o tym czasie pisze Colette w Narodzinach dnia.

I to podwójnie, bo sceneria idealnie odpowiada stanowi ducha bohaterki. Kończy się nie tylko lato na francuskiej Prowansji, ale i lato życia narratorki, alter ego („model”, jak sama pisze) samej Colette. Zmęczona pełną burzliwych romansów młodością, kobieta zaszywa się w swoim nadmorskim domu w towarzystwie ukochanych zwierząt, a na miłości i miłostki, „jeden z największych banałów istnienia”, patrzy już tylko z dobrotliwym uśmieszkiem.
„Drugie nakrycie... Niewiele zajmuje teraz miejsca: zielony talerz, stary kieliszek z grubego szkła, trochę mętnego. Jeśli dam znak, by sprzątnięto to na zawsze, żaden złowieszczy powiew nie zerwie się nagle na horyzoncie, nie zjeży mi włosów i nie sprawi – jak to bywało – że całe moje życie obróci się w inną stronę. Jeśli to nakrycie zniknie z mego stołu i tak nadal będę jadła z apetytem” (s. 10).
Dopiero teraz dostrzega piękno przyrody, które ją otacza, pisze o wietrze i o morzu, zachwyca się gracją swojej kotki, czerpie przyjemność z prac w ogrodzie. W zasadzie z takich opisów, sensualnych, barwnych, pobudzających wyobraźnię, składa się cała ta książka. I dlatego trudno o niej pisać inaczej niż litanią cytatów.
„Jakąż piękną mamy porę, mój mały! Posłuchaj tego fa, którym dźwięczy hydroplan, posłuchaj łagodnego wiatru płynącego wysoko, od północnego wschodu, wciągnij powietrze, czujesz, jak pachną sosny i mięta rosnąca koło słonego jeziorka, ten zapach domaga się, by go wpuścić, jak kotka” (s. 76).
Narratorka powieści Colette cieszy się z drobnostek, których kiedyś nie zauważała, zaabsorbowana własnymi miłosnymi dramatami. Dopiero teraz ma w sobie wystarczająco dużo spokoju i cierpliwości, by niczym jej matka, jej dobry duch i wzór, wyczekiwać zakwitnięcia ukochanej rośliny, i aby przedkładać ciche narodziny dnia nad malownicze, efektowne wieczory.
„Dopiero moim dojrzałym latom te dobra były pisane. Moja kanciasta młodość pokaleczyłaby się o cienkie, odstające blaszki naszywanych dżetami skał, o dwudzielne igły sosen, o agawy, o kolce jeżowców, o gorzkie, żywiczne posłonki i o figowce, których liście przypominają od spodu język dzikiego zwierzęcia. Cóż to za niezwykła kraina!” (s. 12).
Dojrzała. Potrafi wyrzekać się uczuciowych kaprysów i trzeźwo oceniać sytuację. Tę równowagę burzy na chwilę Vial – młody, przystojny i zapatrzony w nią jak w obrazek. Bohaterka tłumi jednak nieśmiałe porywy serca, stwierdzając, że „ten chłopiec tak przystojny, którego piękna, opalona skóra tak ciasno opina zgrabną sylwetkę, tworzy, mimo jasnego ubrania, bardzo ciemną plamę na tle mego domostwa, różowej ściany, bodziszków, róż rajskich i dalii…” (s. 65). I uspokaja samą siebie: „No, no, serce… bądź cicho… odpoczniemy teraz” (s. 27).

Colette w roku 1932,
pięć lat po Narodzinach dnia.
Ciekawe są jej refleksje na temat szczęścia, miłości, małżeństwa. „Wszystko byłoby lepsze niż małżeństwo” – to słowa jej matki, ale i sama narratorka gardzi uczuciową stabilizacją, wieloletnim przywiązaniem, „poczciwym, malutkim szczęściątkiem”. Ze zgrozą pisze o kobietach, mężatkach nawet, które „zabierają ze sobą do grobu zatwardziałą cnotliwość starych panien”. Może być tylko wszystko albo nic – szaleństwo uczuć albo cicha samotność.

Jest w tym jednak jakiś paradoks, jakiś zgrzyt. Spomiędzy linijek wyziera smutek, który zdradza, że bohaterka nie do końca jest szczęśliwa na drodze, którą wybrała, i że wytrwanie na niej nie jest wcale takie proste. Bo pisze przecież: „Moja pogoda, wypracowana, a nie samorzutna, ma nie tyle sztuczne, co uznojone oblicze rzeczy budowanych zbyt pracowicie. Miałabym ochotę zawołać do niej: «Podpij sobie trochę! Nie tak sztywno!», gdybym była pewna, że upije się na wesoło” (s. 105). A gdy sprawa z Vialem jest już zamknięta, gdy serce przechodzi na powrót w stan spoczynku, zostaje jednak jakiś żal: „Wystarczy poczekać, by powrócił rytm na jakiś czas przerwany. Poczekać, poczekać… Tego da się nauczyć w dobrej szkole, w której uczą także, jak odchodzić z najwyższą elegancją, z niedościgłym szykiem…” (s. 113).

Te subtelności intrygują. Tak piękną, delikatną kreską wszystko w tej powieści jest rysowane – czy to uczuciowe niuanse, czy zmęczone lato Prowansji (kiedyś tam pojadę o tej porze roku!) z jego barwami, dźwiękami, zapachami. Nie czyta się Narodzin dnia lekko, bo wymagają nastrojenia się na pewną artystyczną „częstotliwość”. Ale gdy już się to uda, lektura staje się prawdziwą przyjemnością.
„Ale ty niejeden już najazd przeżyłaś. Porzucą cię ci, których znęciły tu obietnice jakiegoś kasyna, hotelu czy widokówki. Uciekną spieczeni, pokąsani wiatrem białym od pyłu. Ty zaś zatrzymaj tych swoich kochanków, co piją wodę z dzbana i wytrawne wino dojrzewające w piasku; tych, co nabożnie leją oliwę i odwracają, przechodząc, głowę od poćwiartowanych mięs; tych, co wstają rano, a wieczorem, już w łóżku, kołyszą się w rytm urywanego oddechu stateczków, gdy inni zabawiają się na nich w porcie; zatrzymaj mnie także...” (s. 13).
***
Cytaty: Colette, Narodziny dnia, przeł. Krystyna Dolatowska, wyd. PIW, Warszawa 1975.

Za inspirację lekturową dziękuję Zacofanemu w lekturze. Zobaczcie, jak on ubrał w słowa swoje wrażenia z lektury tej książki!

Poza tym polecam też wywiad z tłumaczką twórczości Colette i jej biografii, Katarzyną Bartkiewicz, który ukazał się w „Dwutygodniku”. Pani Bartkiewicz opowiada tu trochę o tym, jaka naprawdę była Colette i co ją w życiu ukształtowało (kilkukrotnie cytując właśnie Narodziny dnia).

Ilustracje:
[1] djedj / pixabay.com,
[2] Agence de presse Mondial Photo-Presse / Wikimedia Commons,
[3] zdjęcie własne.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Słodki koszmar urlopu – „Urocze wakacje”, Natalia Rolleczek

W dzisiejszych czasach podróżowanie to właściwie prosta sprawa. Kupujesz bilet (przez internet), rezerwujesz nocleg (przez internet) i… jedziesz. W wielu przypadkach – zero wiz, zero paszportów, wystarczy spakować plecak (no dobrze, czasem trochę to trwa) i gotowe.

W PRL-u człowiek miał jednak trochę trudniej. Zwłaszcza, jeśli człowieka nie nęcił Bałtyk lub polskie góry, i postanawiał się wyprawić za granicę. I jeśli człowiek zabierał ze sobą rodzinę. Wtedy już robiło się „wesoło”, o czym przekonałam się, czytając Urocze wakacje Natalii Rolleczek – uroczą, skądinąd, relację z pewnej rodzinnej podróży do Bułgarii.

Śmiech i łzy na granicy

Pewne rzeczy się nie zmieniają bez względu na epokę, dlatego bohaterowie powieści Rolleczek marudzą przed wyjazdem dokładnie tak, jak i dziś wielu z nas. Bo to taka męka, pakować się, tarabanić wiele godzin autem lub niewygodnym pociągiem, dusić się w upale lub moknąć na deszczu, żywić się nieapetycznymi mielonkami, i w ogóle ten namiot, to już nie na nasze zdrowie… Pani narratorka i jej mąż Bogumił, mając to wszystko na uwadze, postanawiają sobie, że w tym roku nie ruszają się z domu, zostają na balkonie z książką i chłodnym napojem. Im jednak bliżej lata, tym bardziej silna wola traci na sile, a małżonkowie, niezależnie, zaczynają gromadzić wyjazdowe zapasy… Kończy się jak zwykle – „Jedziemy”! Dokąd? Do słonecznej Bułgarii.

Tak, zabrałam Urocze wakacje na własne urocze wakacje, i tak, zrobiłam im całą okolicznościową sesję!
Tutaj – na sopockiej plaży. Trochę aktywności fizycznej i trochę czytelniczej :).
I tu powoli zaczyna się historia, która trochę już dziś brzmi egzotycznie. Bo pani Natalia, za radą przyjaciółek, wrzuca do przepastnych walizek i toreb nie tylko rzeczy potrzebne i praktyczne, ale również te, które za granicą będzie można „opylić”, by kupić trochę świeżego arbuza czy moreli. Takie tam: ciepły jesienny płaszcz, spódnica, zestaw kredek do oczu…

Gdy gehenna pakowania wreszcie się kończy, pozostaje wyruszyć w drogę. Podróż jednak, rzecz jasna, nie może się obyć bez komplikacji. Wskutek nieszczęśliwej stłuczki zamek od bagażnika wehikułu naszych bohaterów zacina się na dobre, a jak przejechać przez granicę z zamkniętym bagażnikiem? Te wszystkie przygody Rolleczek opisuje oczywiście z dystansem i humorem, i czytelnik się śmieje, ale ten dzisiejszy pewnie i wpadnie w lekką zadumę – bo ta podejrzliwość pograniczników, te akcje wyrzucania wszystkiego z samochodu i układania później na nowo, to wszystko jest jednak dosyć smutne.

Ravensbrück na bułgarskiej plaży

Smutku jest zresztą w tej książce, wbrew pozorom, sporo. Bo równolegle z tą słoneczną bułgarską opowieścią narratorka snuje historię swojej rodziny, w której roi się od niezagojonych ran, żalu i złości. Mówi o swoim ojcu, porzuconym przez rodziców jako dziecko z powodu swojej ślepoty, o jego upokorzeniu, zranionej dumie, o jego nieszczęśliwej historii miłosnej, ale przede wszystkim o swojej siostrze Łucji i ich trudnej relacji, której kres położyło aresztowanie dziewczyny przez gestapo i jej śmierć w obozie w Ravensbrück. Obraz siostry, której nie pomogła wystarczająco, a wręcz przyczyniła się do jej śmierci, prześladuje narratorkę nawet na słonecznej bułgarskiej plaży.

Szczerze – połączenie dwóch tak diametralnie różnych wątków, wręcz całych powieściowych światów, trochę mi nie grało. Widziałabym je raczej w dwóch osobnych książkach, przeskakiwanie bowiem między beztroską wakacyjną paplaniną a szczerą, dramatyczną narracją z okupowanym Drohobyczem w tle było dla mnie zbyt dużym szokiem. Rozumiem jednak, że taki był pomysł autorki – przełamać słoneczną błahość wakacyjnego wątku poważnymi historiami z przeszłości, i na odwrót.

Faktem jest jednak, że pióro Rolleczek jest lekkie jak puszek; kiedy trzeba, skrzy się dowcipem, kiedy indziej zaś autorka tworzy bardzo sugestywne, przejmujące obrazy. A ponieważ czyta się ją tak dobrze, miło spędziłam z nią kilka urlopowych dni na nadbałtyckiej (nie bułgarskiej, niestety – choć po opisie takich perypetii bułgarskich wakacji się jednak trochę odechciewa!) plaży.

P.S. Po tytuł ten sięgnęłam w ramach „Uroczych wakacji z powieściami Natalii Rolleczek”, zorganizowanych przez Pyzę Wędrowniczkę. Pyza całkowicie kupiła mnie zapałem i błyskiem w oku, z jakim mówiła o tej książce, dlatego bez zastanowienia wrzuciłam ją (książkę, nie Pyzę) do swojego wakacyjnego plecaka.

P.S.2 Na koniec jeszcze jeden przykład cennej wiedzy, jaką zdobyłam dzięki tej lekturze – wiem, czym są zeszyty bezdrzewne! I czemu były dużo bardziej cool niż zwykłe drzewne :).

***
N. Rolleczek, Urocze wakacje, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Afryka z magii odarta – „Na złotym wybrzeżu”, Evald Flisar


W tej powieści słoweński autor Evald Flisar zabiera czytelnika do gorącej Afryki. Nakreślony przez niego obraz tego kontynentu niewiele ma w sobie turystycznego romantyzmu – to dziki, przerażający świat, w którym obowiązuje prawo dżungli i który wyzwala w ludziach mroczne instynkty.

Zanim jednak przejdę do wizerunku Afryki, kilka słów o fabule i bohaterach. To bardzo dziwna książka – postaci jest tu wiele, przy czym raz po raz pojawiają się i za chwilę znikają ze sceny. Widać, że Flisar zajmuje się również, a może przede wszystkim, pisaniem dramatów – nawet w tytułach poszczególnych rozdziałów wymienione zostają pojawiające się w nich osoby, analogicznie jak na początku kolejnych scen sztuki.

Główne postaci „dramatu” to Słoweniec Marko, podróżujący śladami ostatniej powieści jego zaginionego ojca, małżeństwo Silvija i Peter, również ze Słowenii, oraz Jack i Sally, Anglicy. Te trzy „zespoły” podróżują niezależnie, ale ich drogi co rusz się krzyżują, a ogniwem łączącym ich wyprawy okazuje się ojciec Marka, Igor Hladnik. Z ust mieszkańców Afryki, których podróżnicy spotykają na swojej drodze, dowiadujemy się stopniowo coraz więcej na temat pisarza i jego ostatniej afrykańskiej podróży, podczas której zaginął.

Na początku powieści pojawia się ciekawy motyw – Markowi na jego drodze zaczynają się przytrafiać dokładnie takie same sytuacje, jak opisane w ostatniej książce ojca. Niestety, po pewnym czasie autor jakby porzuca koncept i analogiczne przypadki znikają, a mnie robi się przykro, bo byłam ciekawa, jak ten pomysł rozwinie. Ale jedźmy dalej.

Tłok, malaria i ręka Lucyfera

Poprzez różne sytuacje, w których umieszcza swoich bohaterów, Flisar buduje obraz Afryki, zapewne czerpiąc obficie z własnych podróżniczych doświadczeń. I ten opis Czarnego Kontynentu bardzo mi się podobał; jest sugestywny, wiarygodny, ale i nie pozbawiony odrobiny dystansu i humoru. Podziurawione drogi, zatłoczone i niewygodne autobusy, puste hotele, w których do picia nie można zamówić nic oprócz ciepłego piwa, niemiłosierny gorąc i malaria – nie jest to bynajmniej turystyczne eldorado, a raczej szkoła przetrwania dla najwytrwalszych.
„Takiego skwaru jeszcze nie doświadczył. Wiatr, który wpadał przez otwarte okna, uderzał podróżnych po twarzach jak ręka Lucyfera. To był skwar podobny do tego, jaki bucha w twarz z piekarnika, w którym pieczesz kurczaka: odurzająca, dusząca kara boska” (s. 148).
Evald Flisar
Na dalszym planie autor pokazuje też problemy społeczne Afryki – wszechobecną korupcję i kumoterstwo, przepaść między wpływowymi a biedakami, rozprawianie się z oponentami przy pomocy trucizny, galopujący postęp obok zacofania, pogardliwy stosunek do kobiet. Warto jednak wspomnieć, że akcja powieści rozgrywa się w latach 80., i zapewne wtedy również własne afrykańskie doświadczenia zbierał sam autor; być może od tego czasu pewne rzeczy się zmieniły.

Flisar odziera więc Afrykę z sentymentów i magii – pokazuje, że to trudny do okiełznania, mroczny, dziki wciąż kontynent, niewiele mający wspólnego z pięknymi fotografiami z turystycznych folderów. Symbolem takiego europejskiego, naiwnego podejścia do Czarnego Lądu są w powieści Złote Wybrzeże, czyli dzisiejsza Ghana, oraz Timbuktu. Hladnik pisze w swojej ostatniej książce:
„Jakiś czas przekonywaliśmy się, że to, co przeżywamy, to w ogóle nie jest Afryka, ta dopiero się zacznie, jak dotrzemy do Timbuktu, jeśli nie wcześniej. Dopiero pod koniec drogi zaczęła w nas dojrzewać świadomość, że się oszukujemy. Że Afryka jest tym, co przeżywamy. I tym, co dotychczas przeżyliśmy. Że Timbuktu, o którym mówią legendy, ukrywa się w świecie, do którego nie dociera rzeczywistość. Tak, ja szukałem Timbuktu. Ona szukała Złotego Wybrzeża” (s. 244).
Dlatego też swoje ostatnie, niedokończone dzieło bohater zamierzał zatytułować Na złotym wybrzeżu – i taki tytuł otrzymała powieść Evalda Flisara.

Tutaj rządzą duchy

Turystycznej magii Afryki w powieści Flisara nie ma, ale za to pojawiają się elementy czarnej magii. I związane z nią wątki są chyba najciekawsze, jak choćby historia wodza, zamienionego w kobietę, który, by zdjąć z siebie czar, otrzymał za zadanie codziennie przez dziewięćdziesiąt dni spać z trzema młodymi kobietami, czy kłótliwych młodzieńców z wioski Nampong, według legendy przed laty uwięzionych w jaskini, i jako duchy terroryzujących lokalną ludność.

Ten pierwotny afrykański mrok ma w sobie również kobieta, która pojawia się na drodze wszystkich powieściowych podróżników, zmieniając tożsamość. Jest piękna i kusząca, ale też nieokiełznana, dzika, nieprzewidywalna – ona również symbolizuje ducha Afryki oraz mroczne instynkty, które wyzwala w człowieku Czarny Kontynent. Pisze o tym Hladnik, i mówi o tym sama Adriana:
„Nie rozumiesz Afryki? Stąd pochodzimy. Przez tysiące lat o tym nie pamiętaliśmy i dajemy upust swojej naturze jeszcze tylko w wojnach i radości z czyjegoś nieszczęścia, którą darzymy swoich przyjaciół. Afryka pod warstwą europejskiej nowoczesności została pierwotna. Tutaj umrzesz dlatego, że ktoś chce, żebyś umarł. Tutaj rządzą duchy” (s. 307).
Afrykański chaos fabularny?

Nie przemówiła za to do mnie warstwa filozoficzna powieści – prawdę mówiąc rozważania Hladnika o naszej tożsamości, o wolności, o ucieczce od samego siebie, wydały mi się dosyć mętne. Sporo trudności nastręczyły mi też zawiłości fabularne – zbyt liczni bohaterowie ustawicznie mi się mylili i kiedy po dłuższej przerwie brałam książkę znów do ręki, ciężko było mi się odnaleźć. (Co prawda w takiej opowieści, przesiąkniętej afrykańskim chaosem, mógłby to być zabieg w pewnym stopniu celowy, ale nie jestem w 100% przekonana). Czasem uwierały mnie nie do końca zgrabne sformułowania („grube uda, które w trakcie chodzenia przekładał z lewej strony na prawą”, „ni stąd, ni zowąd nie wiedziała, co ma zrobić”, „jej twarz skrzywiła się w wyrazie przygnębienia”) – to chyba trochę kwestia przekładu, trochę redakcji i korekty.

Mimo to jednak Na złotym wybrzeżu jest ciekawą propozycją, zwłaszcza ze względu na wspomniany obraz Czarnego Kontynentu, sugestywność opisu i afrykański żar buchający z kart powieści. Bardzo ciekawa jestem drugiej wydanej ostatnio w Polsce, tym razem lublańsko-nowojorskiej, powieści Flisara – Obserwator. O niej – już wkrótce.

***
E. Flisar, Na złotym wybrzeżu, przeł. Marlena Gruda, wyd. Ezop, Warszawa 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] fotografia autora ze strony wydawnictwa Ezop / ezop.com.pl,
[3] okładka ze strony wydawnictwa Ezop / ezop.com.pl.

piątek, 28 lipca 2017

Polskie perełki na dnie (1): Wojciech Szlęzak, „Cień jabłoni”


Od pewnego czasu jestem bardzo wyczulona na los młodych polskich autorów i staram się im pomagać, jak tylko mogę. Rzadko więc odmawiam, gdy jakiś debiutujący lub mało znany pisarz prosi mnie o recenzję, lub gdy dostaję podobną propozycję od jego wydawcy. Spora kupka książek, którą w ten sposób uzbierałam, zainspirowała mnie do rozpoczęcia na blogu nowego cyklu. Będzie on nosił nazwę „Polskie perełki na dnie” i będę w nim prezentować młodą, niekoniecznie promowaną przez mainstreamowe media, polską prozę.

Cykl zaczynam od kilku słów na temat debiutanckiej powieści Wojciecha Szlęzaka, Cień jabłoni. Czuć tutaj bardzo silną inspirację Wiesławem Myśliwskim, którą zapowiada już motto utworu. I nie chodzi tylko o tematykę wiejską, ale i główny motyw fabularny – choć w tym akurat wypadku bohater nie wysłuchuje opowieści starszego mężczyzny przy łuskaniu fasoli, lecz w przerwie od zrzucania węgla i rąbania drwa.

Historie opowiadane przez Adamczyka śledzi się z dużą przyjemnością, jedna gładko przechodzi w drugą i czytelnik szybko zostaje wciągnięty w wir opowieści. Potok słów płynie z ust opowiadacza nieprzerwanie, stopniowo dorzuca on kolejne elementy swojej życiowej układanki, ale im dłużej mówi, tym bardziej jest rozgoryczony, bo wbrew oczekiwaniom opowieść nie przynosi mu ulgi. Przekonujemy się, że jest człowiekiem niepewnym i niezdecydowanym, rozczarowanym swoim życiem, próbującym zrozumieć, dlaczego nigdy nie potrafił cieszyć się tym, co ma. Spontanicznie przeprowadza się do wsi, z którą wiążą się jego wspomnienia, ale zgodnie z mottem z utworu Myśliwskiego „nie wraca się już nigdy w to samo miejsce. Tak naprawdę tego miejsca już nie ma i nawet takiej możliwości nie ma, aby było gdzie wrócić”. Dlatego bohater spędza całe dnie wpatrując się w telewizor i marząc o ucieczce od siebie, w byt gdzie indziej, w niebyt lub byt zwierzęcy – na przykład koci (czyli myśl trochę à la Bukowski).
„Zazdrościłem mu. Dziwi się pan, czego można kotu zazdrościć? Można. Instynktowności, wolności od poczucia niepokoju, niepewności, lęku przed przyszłością, życiem albo przed sobą samym” (s. 139).
Narrator uważnie słucha jego opowieści i wyciąga z niej wnioski. Dla czytelnika pozostaje on trochę tajemnicą – choć w pewnym momencie podejmuje decyzję, że zrewanżuje się Adamczykowi własną spowiedzią, ostatecznie do tego nie dochodzi. Wiemy tyle, że jest on młodym człowiekiem, który zrezygnował właśnie z pracy w wielkim mieście i czuje się trochę zagubiony. „Wiedziałem jedynie, kim nie jestem i czego dla siebie nie chcę” – mówi.

Trochę lepiej poznajemy go także dzięki jego refleksjom na temat pragmatycznego, nastawionego na celowość i zysk świata, z którego uciekł, oraz przeciwstawianego mu prostego życia na wsi, gdzie piękna jest pod dostatkiem, i to zupełnie za darmo. W przeciwieństwie do zabieganych nymburczyków z opowiadań Hrabala, którzy nie dostrzegali piękna gazowych latarni, tutaj mieszkańcy doceniają barwne spektakle, jakie serwuje im natura. Oczywiście, to też nie jest świat idealny – zrezygnowani ludzie przesiadują w barze, bezmyślnie śledząc kolejny odcinek telenoweli, byle tylko zapomnieć o tym, że „wszystko już było”. Ale ta bezcelowość ma również dla narratora, zmęczonego dynamicznym miejskim życiem, pewien urok.
„Tak, to właśnie bezcelowość od jakiegoś czasu pociągała mnie najbardziej. Chyba na przekór światu, który stał się doskonale celowy. Po co? Dlaczego? Co z tego masz? Pytania, które stały się podwaliną epoki” (s. 181).
Wojciech Szlęzak
Dla wrażliwego, poszukującego dopiero swojej drogi narratora, historia Adamczyka staje się swego rodzaju ostrzeżeniem. Życie tego starszego mężczyzny wydaje się bezustannym spoglądaniem w przeszłość i roztrząsaniem straconych szans i niespełnionych marzeń; jest on jak tytułowa jabłoń, uginająca się pod ciężarem przejrzałych już owoców. W tym kontekście tytuł powieści, który z początku wydawał mi się trochę banalny, nabiera właściwego, mrocznego rysu.

Nie wiemy, co ostatecznie stało się z Adamczykiem – zakończenie jego historii jest cudownie niejednoznaczne, bo „Ameryka” może oznaczać po prostu Amerykę, ale może również oznaczać coś zupełnie innego. Wiemy jednak, że swoją spowiedzią pomógł młodemu słuchaczowi – a pojawiające się w końcówce dziecko, machający z pociągu chłopiec, jest chyba znakiem dającym nadzieję na przyszłość. Narrator uświadamia sobie:
„Marnotrawiłem czas, podziwiając to, co wyrosło na może jeszcze nie rozłożystych, ale jednak gałęziach wzbierającego życia, zamiast próbować pozbyć się balastu” (s. 237).
Choć, jak wspomniałam, opowieść Adamczyka śledzi się z przyjemnością, Cień jabłoni ma również momenty mniej porywające – zmęczyły mnie niektóre opisy czynności wykonywanych przez narratora w gospodarstwie rodziców, na przykład zbierania orzechów (choć wiem, czemu miały tu służyć). W innych miejscach sugerowałabym przypisy, na przykład gdy mowa o sprzęcie pszczelarskim :). I żeby mieć już z głowy krytykę – trochę brak w tej powieści dyscypliny, pewne fragmenty można by było z powodzeniem okroić lub usunąć, a od czasu do czasu autor wpada w pułapkę zbyt złożonego stylu z nutką patosu.

Są to jednak rzeczy czysto warsztatowe, które można z czasem poprawić, ważne jest natomiast to, że Wojciech Szlęzak rzeczywiście ma coś do powiedzenia. Choć krytyka wielkomiejskiego, korporacyjnego życia i przeciwstawianie mu prostoty i spokoju wsi to temat trochę oklepany, autor pisze o tym w sposób osobisty i przekonujący. Podobnie jak o szczęściu i braku zdolności jego odczuwania.

Książka szczęśliwie trafiła do mnie w dobrym momencie. Jeszcze kilka lat temu podobne historie, mężczyzn w średnim wieku lub starszych, wspominających miłości, które odeszły i błędy, które w życiu popełnili, traktowałam raczej z pobłażliwym uśmiechem; dziś odbieram opowieść Adamczyka z dużo większym zrozumieniem. 

Silnie przemawiają do mnie też rozważania na temat miejskiego życia, jego nastawienia na zysk, dyktatu celowości – sama bowiem regularnie muszę się tłumaczyć rodzinie z tego, dlaczego, ze swoim wykształceniem, nie poszukam sobie lepszej pracy, dlaczego przeznaczam tyle czasu na zainteresowania, z których nic nie mam, dlaczego nie podejdę do życia bardziej praktycznie. Podejrzewam, że takich jak ja jest więcej. Mam więc nadzieję, że Cień jabłoni trafi na podatny grunt – do czytelników, którzy dobrze zrozumieją, co autor chce powiedzieć.

***
W. Szlęzak, Cień jabłoni, wyd. JanKa, Pruszków 2016.

Ilustracje:
[1] pixel2013 / pixabay.com
[2] okładka książki ze strony wydawnictwa / www.jankawydawnictwo.pl
[3] readingspace.pl.

niedziela, 23 lipca 2017

Tkanki miękkie i opera mydlana. Petr A. Bílek o najnowszej literaturze czeskiej


Z okazji miłej niespodzianki, którą było moje pierwsze miejsce w tegorocznym konkursie tłumaczeniowym im. Susanny Roth (tutaj się tym jeszcze nie chwaliłam), spędziłam ostatnio tydzień w Czechach. Dzięki zaproszeniu organizatorów wzięłam udział w warsztatach przekładowych w Pradze oraz w seminarium bohemistycznym w Czeskich Budziejowicach.

Petr A. Bílek
Właśnie w ramach seminarium miałam okazję wysłuchać ciekawego wykładu Petra A. Bílka na temat tendencji we współczesnej czeskiej literaturze. O czym dziś najczęściej piszą czescy pisarze? Czy krytycy i literaturoznawcy podchodzą do ich dzieł tak samo entuzjastycznie jak polscy czytelnicy? Czyje książki sprzedają się w Czechach najlepiej? Uznałam, że te kwestie mogą też zainteresować czytelników mojego bloga, zdecydowałam się więc podzielić swoimi notatkami.

Bílek rozwiał złudzenia już na wstępie – swoją prezentację rozpoczął od krytyki :). Nie mamy już wielkich dzieł, takich jak Siekiera Vaculíka czy Żart Kundery, współczesnej czeskiej literaturze brakuje kręgosłupa, mamy same tkanki miękkie – stwierdził. Dzisiejszą czeską literaturę porównał również do mydlanej opery, której akcja rozwija się bardzo powoli.

Obiektem jego krytyki stali się przede wszystkim tak zwani bestsellerowi autorzy, tacy jak Michal Viewegh czy Kateřina Tučková (którzy mogą się już pochwalić sprzedażą książek sięgającą 50-60 tysięcy egzemplarzy). Kolejna grupa to pisarze starający się pogodzić zainteresowanie czytelników z ambicjami literackimi, i do tych zaliczył m.in. Jaroslava Rudiša, Petrę Hůlovą, Petrę Soukupovą (która, jak zasugerował Bílek, swoją popularność zawdzięcza temu, że pisze też scenariusze do seriali), Jáchyma Topola, Miloša Urbana, Emila Hakla i Markétę Pilátovą – ale tu już mamy do czynienia ze sprzedażą dużo niższą, na poziomie ok. 5000 egzemplarzy. W Czechach sytuacja wygląda podobnie jak u nas; wydaje się coraz więcej, ale sprzedaje coraz mniej.

Zdaniem Bílka są pewne motywy i zagadnienia, które szczególnie interesują współczesnych czeskich pisarzy. Pierwszym z takich obszarów tematycznych ma być obsesja przeszłości. W wielu czeskich powieściach musi się pojawić choćby mała retrospekcja, i często są to powroty do okresu wojny i okupacji (ale do czasów stalinizmu – nie; ten temat został już przepracowany). Dotyczy to powieści m.in. Radki Denemarkovej, Kateřiny Tučkovej, Jiřiego Hájíčka i Jáchyma Topola, a poza tym nie wydanych jeszcze w Polsce Němców Jakuby Katalpy czy K hranici Ondřeja Štindla. Silnym trendem są też ponoć powroty do czasów normalizacji, ale w tonie nostalgicznym: Rybia krew Hájíčka, tetralogia Kde lišky dávají dobrou noc Chaima Cigana (pseudonim Karla Sidona) czy Rubiková kostka Vratislava Maňaka.

Drugi ważny trend to biograficzne opowieści o artystach, które łączą fakty biograficzne z fikcją – przykładem takiego dzieła są wydana u nas niedawno Historia światła Jana Němca o fotografie Františku Drtikolu czy też sławny, lecz jeszcze nie przetłumaczony na język polski, Básník Martina Reinera o poecie Ivanie Blatnym. Bílek stwierdził, że to dziwny twór, czytelnik nie wie bowiem, co jest prawdą, a co zmyśleniem lub domysłem; ponadto powieści tego typu skupiają się z reguły na indywidualnej osobie, zbyt mało uwagi poświęcają jej otoczeniu.

W nurcie „współczesnym” czeskiej prozy uwagę zwracają przede wszystkim trzy obszary tematyczne. Pierwszy to desperackie działania, rewolta i terror i w tej akurat grupie dominują tytuły jeszcze nie tłumaczone na język polski; wyjątkiem jest opublikowany niedawno Przyczynek do historii radości Radki Denemarkovej. Prócz tego w prezentacji Bílka pojawiły się Skutečná událost Emila Hakla, Anarchista Magdalény Platzovej, Vítr, tma, přítomnost Václava Kahudy oraz Citlivý člověk Jáchyma Topola (zdaniem wykładowcy najciekawsza rzecz od czasów Siostry; „Ciężko ją odłożyć, a to się dziś zbyt często nie zdarza w czeskiej literaturze” – dorzucił kąśliwie).

Drugi motyw „współczesny” często eksploatowany przez czeskich twórców to życie wewnętrzne i jego ciemne strony. Tu pojawiły się dostępne już po polsku świetne Zasady śmiesznego zachowania Hakla, nagradzany zbiór Marka Šindelki Zostańcie z nami, nie tłumaczone jeszcze na polski Stropy i Voliéry Zuzany Brabcovej oraz dwie książki, które wkrótce pojawią się również na polskim rynku – Macocha Petry Hůlovej (której wydanie zapowiada Afera) oraz W ciemność Anny Bolavej (w zapowiedziach wydawnictwa Książkowe Klimaty).

Bílek zwrócił uwagę, że czeska literatura odrobinę otworzyła się ostatnio na świat, Czesi nie piszą już tylko o Czechach, i z tym związany jest trzeci obszar tematyczny nurtu „współczesnego” – zagranica. Z wymienionych tu tytułów polskiego przekładu doczekał się tylko, zresztą całkiem niedawno, Matěj Hořava, a konkretnie jego Palinka, którą Bílek chwalił za rytm oraz poczucie, że każde słowo jest tu wycyzelowane. Inne dzieła wpisujące się w ten trend to Lucemburská zahrada Michala Ajvaza, Vrač Martina Ryšavego, Evropa je jako židle Thonet, Amerika je pravý úhel Sylvy Fischerovej (intrygujący tytuł), Únava materiálu Marka Šindelki oraz dwie książki Markéty Pilátovej, Tsunami blues i S Baťou v džungli.

Na koniec wykładowca poświęcił kilka słów literaturze z przyszłością w tle, która ma w tych dziełach („of course”) charakter dystopijny. Pojawił się tu Mondschein Ondřeja Štindla oraz Jezero Bianki Bellovej (które ukaże się już w przyszłym roku w Aferze).

Bílek nie znalazł zgrabnego podsumowania dla swojego wykładu :). Ja natomiast przywołam na koniec jego słowa na temat czeskiej krytyki. Jak twierdzi, sytuacja w Czechach wygląda tak, że jeśli jakaś książka zostanie przez kilka osób pochwalona, zaraz znajdą się tacy, którzy będą ją krytykować tylko po to, by się wybić i wydać interesującymi; i choć ta obserwacja brzmi dość dziwnie w ustach osoby tak krytycznej :), spodobała mi się. Nie tylko dlatego, że dostrzegam to zjawisko również na naszym, polskim gruncie, ale również dlatego, że pozwala nabrać dystansu do szczególnie jadowitych (oczywiście nie mam tu na myśli wszystkich krytycznych głosów; rzeczowa i uzasadniona krytyka jest sztuką!) uwag, tekstów i komentarzy na temat niektórych dzieł literackich.

Zdjęcia okładek pochodzą ze stron wydawnictw. Zdjęcie Petra Bílka: Ksoukup / Wikimedia Commons.

sobota, 15 lipca 2017

Żółty i skośny kryminał – „Roznegliżowane”, Iva Procházková

Druga książka z serii Ivy Procházkovej o podinspektorze Holinie, a jednocześnie druga publikacja z serii Czeskie Krymi wydawnictwa Afera, to dobry, solidny kryminał. Trochę jednak brakuje mu humoru i lekkości pierwszej części serii, Mężczyzny na dnie – zdecydowanie mniej tu rogalików i astrologii.

Czytałam sobie tę książkę nieśpiesznie, po raz pierwszy też bawiłam się w typowanie zabójcy, bo ponoć jest większa frajda (trochę jest, to fakt!). Wynotowałam sporo uwag, mam dużo obserwacji, niektóre rzeczy mi się podobały, inne nie. I tak…

Na minus – Holina. Jakoś się tu zmienił. Melancholii po utraconej miłości nie zagryza rogalikami, jego uwielbienie dla nich schodzi na dalszy plan, a miejsce pierwszego obżartucha powieści przejmuje po nim Mrštík; podinspektor traci swój humorystyczny rys, robi za to wrażenie bardzo stanowczego i profesjonalnego – przypomina mi bardziej tego serialowego. Jest jednak przez to mniej oryginalny, staje się takim „zwykłym” kryminalnym z filmów i seriali.

Okładka czeskiego wydania.
Bardziej przewidywalna niż polska
(patrz: przedostatni akapit) :).
Na plus – postaci drugoplanowe. Rozczarowanie z powodu Holiny wynagradzają mi tu inne postaci, takie jak pan Holopírek, emeryt, który w jednej z pierwszych scen powieści znajduje ofiarę, czy pan w pasiastej czapce z kamienicy na Nuslach. Żałuję, że pojawiają się one tylko na chwilę i szybko znikają.

Na duży plus – intryga. Śledziłam ją tym razem wyjątkowo uważnie, i choć poprawnie udało mi się wytypować zabójcę, muszę przyznać, że kilka razy autorka mocno mota czytelnikowi w głowie, aby sprowadzić go na niewłaściwy trop. Podejrzanych jest wielu, żaden typ nie jest oczywisty, rozwój śledztwa obserwuje się z dużym zainteresowaniem.

Na minus – mało astrologii. Jest tylko kilka wzmianek, Holina wybiera się niby na jakiś wykład poświęcony astrologii, ale w końcu na niego nie dociera. Nie wiem, czy wszyscy czytają te książki i oglądają serial w podobny sposób, podejrzewam, że – zwłaszcza w Czechach – nie, ale dla mnie obraz kryminalnych rozwiązujących sprawę posiłkując się wiedzą astrologiczną to naprawdę wielka sranda :). Dlatego żałuję, że w tej odsłonie cyklu jest takich praktyk mniej, i to też sprawia, że kryminał Procházkovej nie jest już tak oryginalny.

Na plus – tło społeczne. Autorka zapędza się w tej powieści na Libuš, praską dzielnicę Azjatów – wraz z bohaterami wędrujemy m.in. po ogromnym wietnamskim targowisku i poznajemy mieszkańców tej dzielnicy Pragi, o której milczą przewodniki. Trąca też takie kwestie jak tożsamość narodowa („Siedziała na krześle barowym jak jaskółka na drutach. Dziś Praga, jutro Zurych, za pół roku – kto to wie? (…) Nigdy nie zastanawiała się nad tym, gdzie jest u siebie” – myśli Holina o Hanie Ovečce) czy szerzące się wśród młodych dziewczyn zjawisko zarabiania na studia i życie w mieście swoim ciałem. Ku refleksji.

Na minus, ale mały – język. Miałam momenty irytacji, bo wydawał mi się tak płaski, zwyczajny, zupełnie nic ciekawego się w nim nie dzieje. Nie wiem jednak, na ile to moje narzekanie jest uprawnione, bo przecież w literaturze tego typu nie chodzi o język, ale treść, sposób opowiadania wręcz nie powinien odwracać uwagi od opisywanych wydarzeń. A druga rzecz, że chyba jestem też przyzwyczajona do prozy bardziej artystycznej. Więc minus, ale trochę niepewny.

Na plus – okładka. Ten słonecznie żółty kolor jest bardzo nieoczywisty – z początku mnie dziwił, bo tu przecież grudzień, mróz, Praga, jakaś śnieżna biel albo bury szary byłyby bardziej na miejscu. Kiedy jednak okazało się, że cała sprawa jest związana z praskim środowiskiem Wietnamczyków, „żółta i skośna”, jak mówi Karoch – wybór okazuje się jasny. A dodatkowo żółty wyróżnia tę książkę na półce z kryminałami (które właśnie szare, bure i ponure, ewentualnie czerwone, bo krew).

Ostatecznie bilans wychodzi na plus, i mimo że w tej odsłonie proza Procházkovej straciła trochę swoich smaczków, wciąż warto ją czytać. Zwłaszcza, jeśli ktoś po prostu lubi wciągające kryminały.

***
I. Procházková, Roznegliżowane, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] wydawnictwo Paseka / www. paseka.cz,
[3] wydawnictwo Afera / wydawnictwoafera.pl. 

Polecam ciekawe recenzje tej książki na:

wtorek, 4 lipca 2017

Góry i doliny – relacja z Big Book Festival 2017


Tegoroczny Big Book Festival nie zachwycił mnie tak, jak edycja 2015. Choć organizatorzy zadbali o moc atrakcji, takich jak mecz koszykówki pisarze kontra dziennikarze, bicie rekordów, spotkania w prywatnych mieszkaniach, debaty przy okrągłym stole, leżaczki, gofry i tańce, poziom merytoryczny spotkań i dyskusji nie był tak wysoki, jak dwa lata temu. Znalazło się jednak kilka rozmów, których wysłuchałam z dużym zainteresowaniem, poniżej więc krótka relacja, z naciskiem na te najciekawsze.

Grégoire Delacourt: „Zinédine Zidane literatury”

Wejście było mocne – pierwsze spotkanie, w którym wzięłam udział, z Grégoirem Delacourtem z okazji premiery jego książki Na pierwszy rzut oka w ramach prowadzonego przez Annę Sańczuk i Macieja Ulewicza cyklu „Uwaga: Premiera!” (więcej na temat cyklu i samej książki tutaj), okazało się ostatecznie najlepszym, w moim odczuciu, wydarzeniem całego festiwalu. Aż szkoda, że debata przy okrągłym stole, która odbyła się w tym samym czasie na dziedzińcu, skradła większość publiczności.

Sam Delacourt dał się poznać jako dowcipniś i przesympatyczna gaduła. Oprócz tego ujął mnie również jego sposób postrzegania literatury, ukształtowany już przez pierwszą świadomą lekturę. Była to książka Marcela Pagnola, podarowana mu w wieku 10 lat przez ojca, i zapamiętał ją jako opowieść o rodzinie, której członkowie się kochają i mówią sobie o tym; dzięki temu literatura stała się dla niego perspektywą piękniejszego życia. Dziś uważa, że powinna ona przede wszystkim trafiać do serc i głów zwykłych ludzi, wnikać w ich ból i pokazywać, jak niezwykłą rzeczą jest miłość.

W tym duchu powstała także jego najnowsza wydana w Polsce powieść Na pierwszy rzut oka. Jak mówił Delacourt, mamy dziś do czynienia z pierwszym pokoleniem chłopców i dziewcząt, które odkryło ciało w kontekście przemocy występującej w pornografii. Postanowił więc napisać książkę przesiąkniętą szacunkiem do ciała, rodzaj instruktażu dla młodych, jak się z nim obchodzić. Na pierwszy rzut oka to również krytyka fascynacji życiem innych osób, celebrytów – autor chciał pokazać, że życie każdego z nas jest piękne, nie musimy zazdrościć go sławnym ludziom. Tymczasem zamiast je doceniać, polujemy na lajki i z samotności robimy zdjęcia tego, co jemy; to nowy rodzaj niewolnictwa.


Dlaczego w swojej powieści zdecydował się wykorzystać akurat postać Scarlett Johansson? To proste – bo miała być zmysłowa, a we Francji nie znalazł aktorki w odpowiednim wieku i o odpowiedniej urodzie. Potrzebował kogoś, kto jest ikoną zarówno dla chłopców, jak i dziewcząt, choć dla niego osobiście Scarlett nie jest specjalnie pociągająca. „Pewnie nie powinienem był jej wybierać”, skwitował dowcipnie, nawiązując do sprawy w sądzie, wytoczonej mu po publikacji książki przez aktorkę.

I choć cała rozmowa utrzymana była raczej w lekkim, żartobliwym tonie, w niektórych momentach robiło się bardzo poważnie. Delacourt wyznał – ze szczerością, która mi zaimponowała – że był dzieckiem rodziców, którzy się nie kochali, co było dla niego bardzo bolesne i pisze m.in. po to, by zapanować nad tym bólem. Opowiedział również, jak pewien dziennikarz zwrócił uwagę na powtarzający się w jego twórczości motyw martwego dziecka i zdiagnozował, że to dziecko to on, sam autor; „kiedy to przeczytałem, rozpłakałem się”, przyznał pisarz, uświadomił sobie bowiem, że to prawda.

Gość spotkania usłyszał wiele miłych słów pod swoim adresem od pewnego pana z publiczności; nazwał on Delacourta „Zinédinem Zidanem literatury” i zapytał, dlaczego literatura francuska jest u nas tak mało popularna. Delacourt odciął się jednak od innych twórców z Francji; stwierdził, że wielu z nich pisze tylko po to, by być na salonach, nie lubi czytelników, a kiedy ich książka się nie sprzedaje, tłumaczą to prosto: „Czytelnicy są głupi”.

Wnętrze dawnego Gimnazjum Żeńskiego im. Klementyny Hoffmanowej, gdzie w tym roku odbył się Big Book Festival. Co roku organizatorzy wybierają na festiwal inne, klimatyczne miejsce, i to jest piękne. A na ścianie szczegółowy program, z godzinami i salami wydarzeń – rewelacyjny pomysł!

Prof. Magdalena Fikus: Nauka jest jak chodzenie po górach

Oprócz spotkań poświęconych stricte literaturze, w ramach tegorocznego Big Book Festivalu zorganizowano również cykl wykładów popularnonaukowych „Antywykłady”. Naukowcy (i jeden ojciec dominikanin) opowiadali na nich m.in. o genetyce, mózgu, Darwinie i jego epokowym dziele O powstawaniu gatunków, a także o ludzkiej duszy.

Sama wzięłam udział w spotkaniu z prof. Magdaleną Fikus, genetyczką, i byłam mile zaskoczona frekwencją – sala pękała w szwach. Sam wykład natomiast trochę mnie rozczarował – pani profesor mówiła o bardzo ciekawych rzeczach, ale w sposób trochę chaotyczny. Zrobiła na mnie jednak wrażenie bardzo sympatycznej, ciepłej osoby i z pewnością rozejrzę się za wydaną kilka dni temu przez Czarne książką Pani inżynier od życia – wywiadem z nią, przeprowadzonym przez Irenę Cieślińską.

Prof. Fikus w trakcie swojego wykładu mówiła o tym, że nauka jest jak chodzenie po górach (już, już ci się wydaje, że jesteś blisko wierzchołka, ale nagle widzisz zejście i okazuje się, że jeszcze wiele zejść i podejść przed tobą), o potrzebie rozmowy między naukowcami, oraz oczywiście o swojej specjalizacji, czyli genetyce – o tym, jak wiele jeszcze nie wiemy, o mądrej ewolucji, która pewne fragmenty materiału genetycznego wyrzuca, inne zostawia, i o tym, że nie ma genów inteligencji czy piękna. Niewiele za to powiedziała o głównym temacie wydarzenia, „Czy musimy umierać?”; jak wyjaśniła, cały jej wykład miał być odpowiedzią na to pytanie – tak, musimy, genetyka nie pozwoli bowiem tak łatwo się „oszukać”. Mimo wszystko jednak liczyłam na to, że temat zostanie trochę rozwinięty.

Marcin Kącki, Ignacy Karpowicz, Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Kryzys męskości

Wahałam się, czy pójść na kolejny antywykład, o tym, co dzieje się w naszym mózgu, gdy czytamy, czy wybrać debatę „Bądź mężczyzną” z udziałem trzech polskich pisarzy, prowadzoną przez Magdę Mołek. Ostatecznie poszłam za tłumem – na debatę, i to była bardzo zła decyzja.

Krótko, bo nawet nie ma sensu się nad tym rozwodzić – było to najgorsze spotkanie, na jakim kiedykolwiek byłam na festiwalu literackim. Jedynie Klimko-Dobrzaniecki trzymał fason, panowie Kącki i Karpowicz natomiast zachowywali się jak niesforne dzieciaki, zupełnie nie zwracali uwagi na pytania i uwagi prowadzącej, co rusz przekrzykiwali się i wymieniali prymitywne docinki i niesmaczne dowcipy. To była rozmowa rodem z zakrapianej imprezki, nie z festiwalu tego typu. Wytrwałam do końca, trochę z ciekawości, jak zareaguje publiczność, i razem z połową sali (publika się podzieliła) biłam brawo dwóm czy trzem paniom, które odważyły się powiedzieć gościom, że ich występ był żenujący. Pozostał niesmak.


Daniel Odija, Wojciech Stefaniec: Równoległość wrażeń

Ostatnim spotkaniem, w którym wzięłam udział w festiwalową sobotę, była rozmowa z twórcami komiksu Stolp – Danielem Odiją i Wojciechem Stefańcem, czyli kolejne wydarzenie z serii „Uwaga: Premiera!”. Obydwaj panowie są związani ze Słupskiem, i już sam tytuł ich dzieła (będący też imieniem głównego bohatera) jest w pewien sposób wyrazem lokalnego patriotyzmu – „Stolp” to po prostu przedwojenna nazwa Słupska. W związku z tym ponoć wielu słupszczan przekonanych jest, że komiks Odiji i Stefańca to opowieść o Słupsku. I w pewnym sensie tak – rysownik Wojciech Stefaniec wykorzystał w swojej wizji rzeczywiste elementy słupskiego krajobrazu, pojawiają się również ogromne mewy (które w Słupsku ponoć zjadają gołębie i małe koty) – ale biorąc pod uwagę, że całe dzieło to mroczna, dystopijna wizja, raczej nie nadaje się ono do folderu reklamującego miasto :).

Zapytani o to, czy boją się przyszłości, autorzy odpowiedzieli, że nie. Są „facetami po przejściach”, podobnie jak ich Stolp, dlatego w ten a nie inny sposób widzą rzeczywistość, w gruncie rzeczy sądzą jednak, że nie ma sensu za wiele się nad przyszłością zastanawiać. Zmiany bowiem nastąpią, czy tego chcemy czy nie, „t tak nic nie zmienimy, i ten komiks pewnie też nie”, skwitował Odija.

Autorzy Stolpa opowiedzieli także o tym, jak wygląda współpraca między scenarzystą a rysownikiem. Obaj przyznali, że są wyjątkowo zgodni, nie kłócą się i nie wcinają się we własne wizje, a raczej wzajemnie je poszerzają i uzupełniają. Praca nad komiksem jest jednak dla nich bardzo absorbująca – Stefaniec przez 15 miesięcy pracował nad rysunkami po 8 godzin dziennie, zaś Odija żył niemal przez cały czas tą historią. Na koniec powiedzieli także kilka słów o tym, dlaczego warto czytać komiksy – podkreślili, że ich zaletą jest równoległość wrażeń, ale nie tak przytłaczająca jak na przykład w filmach.

Magdalena Parys, Olaf Kühl: Rozlewna literatura

Lubię rozmowy o tym, jak wygląda sytuacja literatury w innych krajach, dlatego w niedzielę w samo południe wybrałam się na debatę „Polska-Niemcy 1:1. Opowieść równoległa”, w której udział wzięli mieszkająca od lat w Berlinie polska pisarka Magdalena Parys oraz niemiecki pisarz, slawista, tłumacz z języka polskiego, Olaf Kühl. W roli prowadzącego wystąpił Marcin Wilk z Wyliczanki.

Zapytani na wstępie o najnowszą literaturę niemiecką, goście nie mieli zbyt wiele do powiedzenia – Magdalena Parys stwierdziła, że kiedy pisze, niewiele czyta, Olafa Kühla natomiast bardziej interesuje najnowsza literatura polska. Przyznał jednak, że wiele rzeczy mu się nie podoba, i jako recenzent pisze więcej tekstów krytycznych niż pochwalnych. Jako że jest tłumaczem Szczepana Twardocha, wspomniał jednak o jego książkach :). Jego zdaniem Twardoch to przede wszystkim mistrz narracji, pod kątem języka jego powieści nie są wybitne, ale potrafi zaskoczyć – Morfina była bowiem napisana językiem wyjątkowo pięknym.

Na pytanie o zainteresowanie wydawców literaturą polską w Niemczech Kühl odpowiedział, że jest ono ogromne, dużo większe niż na przykład rosyjską czy czeską, ale nie do końca wiadomo dlaczego, dzieła polskich pisarzy sprzedają się bowiem stosunkowo słabo. Większość z nich osiąga sprzedaż na poziomie 3-4 tys. egzemplarzy, i dotyczy to także autorów znanych i cytowanych w prasie, jak Stasiuk. Ekstremalnym przypadkiem była biografia Ryszarda Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego, której w Niemczech sprzedało się dokładnie… 18 sztuk.


Z kolei polscy czytelnicy niechętnie sięgają po dzieła niemieckich pisarzy. Magdalena Parys uważa, że problemem jest brak osoby, która „prowadziłaby” niemieckiego autora w Polsce, zajmowała się jego promocją. Zdaniem pisarki nie jest tak, że literatura niemiecka się u nas nie sprzedaje tylko z tego powodu, że jest niemiecka; jest bowiem garstka autorów, których czytamy chętnie (np. Charlotte Link).

Nie tylko o samej literaturze i jej sytuacji w obu krajach była mowa, ale również o językach niemieckim i polskim – czym się różnią, jakie dają możliwości. Rozmówcy zgodnie stwierdzili, że język polski jest bardziej „rozlewny”, świetnie nadaje się do opisywania emocji, podczas gdy niemiecki jest bardziej konkretny i rytmiczny. „Dobry chyba tylko do opisywania części rowerów”, jak stwierdził dowicpnie Olaf. A przy okazji tematu przekładów Magdalena Parys wyznała, że jest trudnym autorem dla tłumacza – jedna z jej tłumaczek zrezygnowała z przekładania jej książek na niemiecki, prawdopodobnie z powodu ciągłego wtrącania się pisarki :).

Pod koniec pojawił się również ciekawy wątek tego, jak polityka wpływa dziś na postrzeganie polskiej literatury. Olaf Kühl przyznał, że niestety media niemieckie kreują negatywny wizerunek naszego kraju, zniechęcając też pośrednio do naszej literatury. O samej sytuacji politycznej w Polsce tłumacz wypowiedział się jednak z uśmiechem – stwierdził, że te dzisiejsze walki polityczne u nas są wręcz szekspirowskie, i może być z tego za jakiś czas piękna literatura :).

Leonie Swann, Gaja Grzegorzewska: Poważne też może być śmieszne

Ostatnim wydarzeniem, w którym wzięłam udział w ramach tegorocznego festiwalu, było spotkanie „Outsiderki” z Gają Grzegorzewską i Leonie Swann, prowadzone przez Łukasza Wojtusika. Prowadzący, aby wpisać się w „outsiderski” charakter spotkania, wykazał się inwencją i przyniósł ze sobą, w gustownej czapeczce, zestaw pytań do losowania – dla osób z publiczności, które same nie miały pomysłu, o co zapytać.

„Outsiderstwo” pojawiające się w tytule spotkania przejawia się u obu zaproszonych autorek na różne sposoby; zdaniem prowadzącego u Gai Grzegorzewskiej przede wszystkim chodzi o przerysowanie, u Leonie Swann – o spojrzenie z boku, z innej perspektywy, często zwierzęcej. Równocześnie pisarki zostały chyba dobrane trochę na zasadzie przeciwieństwa, twórczość Grzegorzewskiej jest bowiem bardzo mroczna i drastyczna, podczas gdy u Swann powaga kryminału zostaje przełamana humorem i absurdem (zwierzęta w roli detektywów).

Dlaczego humor? Pisarka wychodzi z założenia, że śmiech i powaga się nie wykluczają, że mimo kryminalnego tła życie toczy się dalej i bywa śmieszne. Fakt, że te dwa bieguny nie są sobie tak odległe, widać również u osób wykonujących stresujące zawody, takich jak ratownicy medyczni czy żołnierze – to zwykle ludzie o świetnym poczuciu humoru, muszą bowiem umieć odreagować.


„Czy film na podstawie twoich książek mógłby nakręcić Quentin Tarantino?”, zapytał dowcipnie prowadzący Gaję Grzegorzewską. „Leonie – Guy Ritchie?”. Obie propozycje spodobały się, choć w przypadku Leonie Swann z zastrzeżeniem, że musiałby to być Ritchie wczesny, z czasów Przekrętu :). Przy okazji autorka stwierdziła, że filmy mogą wiele nauczyć, jeśli chodzi o pisanie książek – inspirujące są zwłaszcza ich tempo i zwięzłość.

Pojawił się także – z oczywistych względów dla mnie interesujący – temat recenzji. Leonie Swann stwierdziła, że krytycy to „another type of animal”, że recenzje to fikcja, podobnie jak literatura, a ich pisanie polega często na kreowaniu siebie na osobę inteligentną, za taką natomiast łatwiej zostać uznanym, gdy się coś skrytykuje. Gaja Grzegorzewska, która sama przez pewien czas recenzowała kryminały, dodała zaś, że przyjemność z czytania, kiedy się musi później o książce napisać, jest dużo mniejsza, stale bowiem analizuje się tekst od strony technicznej i na bieżąco wymyśla zdania do recenzji. Do tego dochodzą terminy, które dla osoby czytającej powoli, jak ona, są męką. Wnioski? W byciu krytykiem / recenzentem nie ma nic fajnego :).

Na koniec autorki opowiedziały trochę o swoich zwyczajach czytelniczych (Gaja – namiętnie kreśli po książkach, Leonie – czytelnik hedonistyczny, czyta tylko to na co ma ochotę) i pisarskich (Gaja – typ chomika, obserwuje otoczenie i „zdrapuje inwektywy ze ścian kibli”, Leonie – wiecznie przekracza terminy, bo jej zdaniem nie powinno się pisać na siłę). Na pytanie czytelniczki o pierwsze zdanie książki padła zaś odpowiedź, że nieważne, jak się zacznie – ważne, by w ogóle zacząć. I to stwierdzenie ładnie mi się wpisuje w hasło tegorocznego Big Book Festivalu („Back to beginning”), a zarazem będzie świetnym zamknięciem relacji.

A ciekawych edycji 2015, którą tak zachwycam się na wstępie mojego tekstu, odsyłam do relacji z tamtego Big Book Festivalu: tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Ilustracje: zdjęcia własne