czwartek, 22 czerwca 2017

Trzy książki na Big Book Festival

Już w najbliższy weekend w Warszawie Big Book Festival! Częścią tegorocznego programu jest seria Uwaga: Premiera!, w ramach której odbędą się spotkania z autorami sześciu wybranych przez organizatorów czerwcowych premier. Skusiłam się na trzy z nich, i przedfestiwalowo śpieszę z kilkoma słowami na ich temat.

W pakiecie również informacja o spotkaniach z autorami. Wszystkie z cyklu poprowadzą Anna Sańczuk i Maciej Ulewicz, a tegoroczny festiwal odbywa się w dawnym kompleksie szkół im. Klementyny Hofmanowej przy ul. Emilii Plater 31.

Stolp – Daniel Odija, Wojciech Stefaniec, wyd. Wydawnictwo Komiksowe

Komiks. Antyutopijny komiks o życiu w mieście Bardo gdzieś pośrodku morza – jedynym, które ocalało z wielkiego potopu. Odbudowanym po katastrofie, na pozór normalnie dziś funkcjonującym, ale jednak stopniowo się wyludniającym – bo dzieci rodzi się coraz mniej, zwierzęta i rośliny giną, a zdesperowani, których przybywa, kończą na Molo Samobójców.

Rzeczywiście przerażająca to wizja, zbudowana z motywów, które z literatury znamy, ale i nowych, świeżych. Bardo to świat, w którym króluje propaganda, w którym roi się od nadmiaru reklam, kolorów, dźwięków, bodźców („epileptyczne migotanie oka, tęczowe refleksy obietnic, mających przyćmić strach przed przyszłością”), w którym każdy chce być oryginalny, więc powstaje społeczeństwo dziwolągów. W którym sport polega na faszerowaniu się stymulantami, w którym w zakładach bukmacherskich typować można ilości śmierci i gwałtów w danym dniu, i w którym osoby dwupłciowe myślą o samozapłodnieniu, marząc o uratowaniu w ten sposób ludzkości. Świat, w którym wszyscy mówią, ale nikt nie ma nic do powiedzenia.

W świecie Stolpa nie ma czasu na refleksję, ale za to gdy czytamy o nim w scenariuszu Daniela Odiji i oglądając go na grafikach Wojciecha Stefańca refleksji przychodzi mnóstwo – bo to przecież nie jest rzeczywistość wzięta z powietrza, to wszystko powstało z wyjaskrawienia pewnych obserwacji dzisiejszego świata. Czy w takim kierunku zmierzamy? Niepokojąca rzecz!

I tylko jedno zaburzało mi trochę odbiór opowieści Odiji i Stefańca – duża ilość literówek w tekście. Szkoda, że nie przeszedł on dokładniejszej korekty. Więcej rysunków obejrzeć można na stronie wydawnictwa.

Spotkanie z Danielem Odiją i Wojciechem Stefańcem odbędzie się w sobotę o godz. 18:00 w Sali od polskiego.

Na pierwszy rzut oka – Grégoire Delacourt, wyd. Drzewo Babel

Książka, o której zrobiło się głośno po procesie, wytoczonym autorowi przez Scarlett Johansson. W skrócie: amerykańska aktorka przybywa na francuską prowincję, by spędzić sześć uroczych dni w towarzystwie Ryana Goslinga.

Tylko że to wcale nie tak. Ten chłopak o urodzie Ryana Goslinga to młody mechanik Arthur Dreyfuss, a do drzwi jego domku w mieścinie Long puka nie Scarlett Johansson, a łudząco do niej podobna Francuzka, Jeanine Foucamprez. Wyczerpana już ciężarem swojej filmowej urody, ściągającej na nią lubieżne spojrzenia i niewybredne komentarze, pożądana przez mężczyzn, znienawidzona przez kobiety, zobaczyła pewnego razu Arthura, jak reperuje rower małej dziewczynce. Pomyślała, że jeśli ktoś może ją naprawić, to tylko on. Pytanie, czy Arthur będzie w stanie zapomnieć o jej ciele i zobaczyć w nim prawdziwą Jeanine?

Delacourt serwuje czytelnikowi wiele zaskoczeń. Bo dowcipny ton pierwszych stron książki zdaje się zapowiadać zupełnie inną opowieść niż ta, którą ostatecznie dostajemy. W pewnym momencie gwałtownie wychodzimy ze świata celebrytów i ich gorących ciał, o których marzą zwykli śmiertelnicy, a wpadamy w sam środek ludzkich tragedii, utraconych dzieci, zaginionych ojców, obłąkanych matek, seksualnych traum z przeszłości. Gdzieś po drodze mamy uroczą fazę zauroczenia i rodzącej się między dwójką młodych ludzi miłości, wspólne delektowanie się kawą, marzenia o żółtej kuchni, córeczce Louise i psie.
Grégoire Delacourt. Fot. Emmanuelle Hauguel
„Szli powoli, lekko się zataczając z powodu różnicy wzrostu, a także dlatego, że na początku historii miłosnej niełatwo jest się idealnie zgrać. Trzeba nauczyć się słuchać, nie tylko swoich słów, ale również swojego ciała, jego prędkości, siły, jego słabości i milczenia, które wytrącają z równowagi; trzeba stracić odrobinę siebie, aby odnaleźć się w drugiej osobie” (s. 113).
I choć Delacourt momentami pisze z przesadną moim zdaniem emfazą, opowiedziana przez niego historia porusza, wzrusza i skłania do myślenia. Z jednej strony – każe się zastanowić, czy nie przepadliśmy już za bardzo w świecie bohaterów filmów i seriali, czy postaci z ekranu, ideały, o których skrycie marzymy, nie są dla nas ważniejsze niż ludzie wokół nas. A z drugiej piętnuje kult ciała. Pomysł na powieść, jak zdradza autor, zrodził się u niego po lekturze wyników pewnego sondażu, w których mowa była o tym, że jedna na dwie kobiety we Francji w wieku 15-25 lat przewiduje, że w przyszłości skorzysta z operacji plastycznej. Zaczął się zastanawiać, dlaczego. I postanowił coś z tym zrobić. „Chciałem napisać historię, w której fizyczna doskonałość byłaby tylko iluzją. Może wywołać pożądanie, ale w żadnym razie nie miłość” [źródło].

Spotkanie z Grégoirem Delacourtem odbędzie się w sobotę o godz. 12:00 w Audytorium Maximum.

Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz – Anna Kamińska, wyd. Wydawnictwo Literackie

To również jedna z premier zaprezentowanych w ramach wspomnianego cyklu. Ale tutaj już nie będę się rozpisywać, tylko odeślę Was do recenzji. I przypomnę – spotkanie z Anną Kamińską w niedzielę o godz. 18:00 w Sali od polskiego.

Ilustracje: 
[1] materiały prasowe Big Book Festivalu,
[2], [3] www.wydawnictwokomiksowe.pl,
[4] www.drzewobabel.pl,
[5] Gdelacourt / Wikimedia Commons,
[6] www.wydawnictwoliterackie.pl.

niedziela, 18 czerwca 2017

Twarde dłonie i miękkie serce – „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”, Anna Kamińska

„Zakochałam się w alpinizmie (…). Punktem wyjścia jest miłość, a dopiero później człowiek zastanawia się, czy to wszystko ma sens” (s. 416).

Choć książka Anny Kamińskiej to opowieść o słynnej himalaistce, góry i wspinaczka schodzą tu gdzieś na dalszy plan. Ważniejsze jest to, skąd wzięła się jej pasja, i ważniejsza jest sama Wanda – jej skomplikowana osobowość, przykre doświadczenia z przeszłości, samotność i zagubienie, skrywające się pod maską twardej i nieustraszonej.

I choć osobiście bardzo lubię tematykę górską, a wspinaczkę uważam za fascynującą dyscyplinę, nie ubolewam wcale nad tym, że pozostają tu one w tle. Autorka bowiem z wnikliwością, ale i ogromną dozą kobiecej delikatności analizuje psychologiczny portret Wandy Rutkiewicz, ukazując nam jej nowy obraz – taki, jakiego nie znamy z artykułów prasowych i tytułów poświęconych polskiemu himalaizmowi.

Klucze do życia

Kluczową postacią dla jej życia i osobowości jest jej ojciec, Zbigniew Błaszkiewicz. Nie bez przyczyny książkę otwiera informacja o zabójstwie, którego ofiarą padł w 1972 roku. Wysportowany, tak samo ambitny i niezależny, jak później jego córka – był dla niej wzorem; od najmłodszych lat była z nim mocno związana i bardzo przeżyła jego odejście od matki po tragicznej śmierci ich najstarszego syna. Skutkiem tej dziecięcej traumy mogła być późniejsza wielka ambicja Wandy, skłonność do rywalizacji i chęć pokazania wszystkim, że jest najlepsza – sugeruje, w oparciu o opinie bliskich im osób, autorka książki. Brutalne zabójstwo ojca, dokonane przez lokatorów jego domu w Łańcucie, miało zaś jeszcze bardziej zdystansować himalaistkę od śmierci.

Początki wspinaczki. Na Krzywej Turni, lata 60.
Fot. Seweryn Bidziński.
Drugi klucz to polskie środowisko alpinistyczne i jego stosunek do Wandy. Z książki wyłania się niezbyt korzystny obraz tego towarzystwa. Początkowo koledzy wspinacze nie doceniają jej i rzucają jej kłody pod nogi (stąd decyzja o wyprowadzce z Wrocławia i związaniu się z warszawskim środowiskiem alpinistycznym). Później, gdy już odnosi swoje pierwsze wielkie sukcesy – na czele ze zdobyciem Mount Everestu jako pierwsza osoba z Polski – wyrażają wobec niej podziw i szacunek, ale podszyte zawiścią. Bardzo powierzchowne wydają się ich relacje, niby wszyscy ją lubią i chwalą, mówią o niej „nasza Wanda”, ale za jej plecami sączą jad, nie mogąc pogodzić się z tym, że kobieta jest lepsza od nich.

Nic więc dziwnego, że z czasem czuje się wśród nich coraz gorzej. Tomasz Szostak, przyjaciel poznany w okresie jej fascynacji rajdami samochodowymi, a więc osoba spoza środowiska alpinistycznego, wspomina, jak Wanda zazdrościła mu „otaczania się życzliwymi ludźmi”. Sugeruje również, że to właśnie wrogie podejście innych polskich wspinaczy, próby umniejszania jej sukcesów, powodowały u niej poczucie nieustannego niedosytu. Gorycz, którą przez to zaprawione były jej zwycięstwa, próbowała zmazać kolejnymi, coraz trudniejszymi do zrealizowania przedsięwzięciami – aż do tej ostatniej wyprawy na Kanczendzongę. A równocześnie w góry ucieka przed ludzką złośliwością i małostkowością. Bo, jak mówi Bogdan Stefko:
„Gdy schodzę z gór, płaczę (…). Wiem, że zbliżam się do ludzi i od razu zaczynam odczuwać złą energię. W górach się oczyszczam, a teraz znowu zaczynam wchłaniać całe zło tego świata, wiem, że wejdę w świat, w którym obowiązuje prawo dżungli” (s. 416).
Despotka i kokietka

Anna Kamińska nie pokazuje jednak jednoznacznie Wandy jako niewinnej sierotki zamęczonej przez złych kolegów. Przytacza również głosy, według których jej bohaterka była osobą bardzo autorytarną, despotką wręcz, co z pewnością wpływało na jej relacje z innymi. Wiele osób twierdzi również, że nie potrafiła myśleć zespołowo, wykorzystywała innych do swoich celów, wszystko podporządkowywała własnej woli.

Pojawiają się tu przykłady z wypraw – kiedy kazała komuś wrócić się niebezpiecznym wejściem po zostawioną przez siebie kamerę albo wciskała dodatkowy bagaż koleżankom, które ledwie szły – ale również z życia osobistego, bo w końcu jej drugie małżeństwo, z zakochanym w niej po uszy austriackim lekarzem Helmutem Scharfetterem, było wyłącznie manewrem ze strachu, że po wprowadzeniu stanu wojennego nie będzie mogła wyjeżdżać na Zachód. Wiele osób twierdzi, że Wanda miała poważne problemy z nawiązywaniem głębszych relacji:
„Zawsze było z nią tak jak z kimś poznanym w pociągu. Najpierw jest krótka i miła pogawędka, ale potem każdy wysiada na swojej stacji i idzie w swoim kierunku. Tak było ze strony Wandy. Zupełnie jakby ta krótka pogawędka jej wystarczała” (s. 119).
Z wypowiedzi niektórych osób wynika jednak, że Wanda miała również drugą twarz. Krzysztof Wielicki podkreśla, że była jedyną osobą spośród starszych alpinistów, która interesowała się młodymi adeptami wspinaczki i pomagała im. W opowieściach jest często tą, która jako pierwsza śpieszy z pomocą. Wiele jej przyjaciółek i przyjaciół zapewnia również, że była doskonałą słuchaczką, potrafiła zmotywować i dodać otuchy.

Przy tym, jak podkreślają niemal wszyscy, miała klasę. W przeciwieństwie do wielu jej wspinających się koleżanek, które klęły jak szewc i zachowywały się bardzo „po męsku”, ona była schludną dziewczynką w białym kołnierzyku, grzeczną, elegancką, nawet w bazie na wysokości 7000 metrów dbającą o swój wygląd. Przy całej swojej determinacji i męskiej sile, mimo szorstkich, twardych dłoni, miała w sobie kobiecą delikatność, a także urodę, uroczy uśmiech i wdzięk, które świadomie wykorzystywała. Nic więc dziwnego, że tak wielu mężczyzn (i kobiet!) z jej otoczenia szalało na jej punkcie.

Tęsknota za makowcem

W miłości nie miała jednak szczęścia. Choć wiecznie otoczona amantami, nie zdołała z nikim zbudować trwałej relacji. Pierwsze małżeństwo, z Wojciechem „Kiciusiem” Rutkiewiczem, zawarła zdaniem Janusza Fereńskiego „dlatego, że tak robiły inne dziewczyny, które się wspinały” (s. 187). Nie potrafiła się odnaleźć jako mężatka, nie umiała się podporządkować, nie chciała jeszcze, w odróżnieniu od jej męża, zakładać rodziny, dlatego związek szybko się rozpadł. „Nie potrafiłam ugiąć się ani zagrać przeznaczonej mi roli. Podejrzewam, że bardzo często kobiety grają, nawet jeśli robią to z miłości”, przyznaje po latach (s. 188).

Jej drugim mężem był wspomniany Helmut Scharfetter, było to jednak „modelowe małżeństwo z rozsądku” i znaczyło dla niej jeszcze mniej. „To było na zasadzie: «Wyszłam za mąż, zaraz wracam»”, mówi jej przyjaciółka Barbara Grabowska. I choć o drugim małżonku Wandy jej znajomi wypowiadają się z dużą sympatią, nazywając go „austriacką wersją świętego Franciszka”, szybko zaczyna ją doprowadzać do szału życie u jego boku, w domu pełnym zwierząt.

Wydawało się, że Wanda zbyt ceni sobie swoją niezależność, by zakładać rodzinę. W ostatnich latach życia żałuje jednak tej straconej szansy. Chętnie przebywa w „mieszczańskich” domach swoich zamężnych, dzieciatych koleżanek, wypytuje o ich życie rodzinne, a po alkoholu wpada w nastrój sentymentalny i mówi wprost, jak bardzo jej tego brakuje. Zdaje sobie sprawę, jak trudno byłoby pogodzić jej pasję z życiem rodzinnym, ale widzi też koleżanki alpinistki, którym się to udaje – i jest jej przykro.
„Mówiła, że ma momenty, że wraca do Polski i nie chce jechać do pustego domu, ale nie rozklejała się, była twarda. Powtarzała mi: «Słuchaj, ja chciałabym być taką kobietą w domu i pójść z mężem i dziećmi w niedzielę do parku czy do Konstancina do restauracji, ale nie pogodzę tego z moim stylem życia, a nie mogę zrezygnować z gór». Miała takie krótkie chwile załamań, że nie założyła rodziny i nie siedzi w domu i nie robi makowca” (s. 322).
Kanczendzonga, święta góra buddystów.
To tam zaginęła Wanda Rutkiewicz.
Niektórzy alpiniści twierdzą, że rodzina nie przeszkadza, a wręcz pomaga we wspinaczce. Jeden ze znajomych Wandy uważa, że gdyby miała najbliższych, których wspomnienie towarzyszyłoby jej podczas wypraw, nie wspinałaby się tak straceńczo i miałaby więcej siły, by przeżyć.
„Gdyby miała rodzinę, to może by to się inaczej skończyło. Tak było w przypadku Jurka Kukuczki. Jurek opowiadał, że w strefie śmierci, chyba na Lhotse, zaczął przemarzać i zasypiać, tak był zmęczony, że nie mógł się podnieść. To było silniejsze od niego. Przyśnił mu się jednak dom w Istebnej, który wyremontował po swoich przodkach, i cała jego rodzina (…). I kiedy Jurek usłyszał w tym śnie głos Celiny, wstał i się ruszył. Gdyby Wanda miała rodzinę i miała do czego wracać, to może też by się podniosła na tej Kanczendzondze” (s. 344).
Jeden z jej bliskich przyjaciół, którego tożsamość nie została w książce ujawniona, wyznaje, że Wanda chciała mieć z nim dziecko. Dziś żałuje, że się na to nie zdobył, bo być może w ten sposób by ją ocalił.

Kobieta z krwi i kości

Książka Anny Kamińskiej to udana biografia Wandy Rutkiewicz, skoncentrowana na jej życiu osobistym. Autorka dotarła do wielu osób z otoczenia himalaistki, przestudiowała imponującą liczbę źródeł i stworzyła w ten sposób wiarygodny obraz swojej bohaterki. Zamiast żywego pomnika himalaizmu zaserwowała czytelnikom skomplikowaną kobiecą osobowość, poważny ton przełamując od czasu do czasu akcentami humorystycznymi – na przykład opowieściami o tym, jak to Wanda dogoniła złodzieja, który wyrwał jej w parku torebkę, i obiła go butem, aż przerażony porzucił łup, albo o tym, jak podczas jednej z wypraw wykorzystywała w roli nocnika pojemnik, w którym później inne wspinaczki gotowały kompot. Do tego książkę świetnie się czyta.

I tylko do jednego drobiazgu się przyczepię; jeśli się mylę, niech mnie ktoś poprawi! Autorka pisze, że Wanda wyruszyła na Mount Everest z anemią sierpowatokrwinkową. Tymczasem ten rodzaj anemii to schorzenie genetyczne, które uprzykrzałoby życie himalaistki nie tylko w trakcie jednej wyprawy, ale i przez całe życie. Myślę, że to pomyłka i chodziło o „zwykłą” niedokrwistość niedoborową.

***
Anna Kamińska, Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Z okazji premiery książki w najbliższym czasie zaplanowano spotkania z autorką. Najbliższe, w ramach Big Book Festivalu, odbędzie się w niedzielę 25 czerwca o godz. 18 w centrum festiwalowym przy ul. Emilii Plater 31 w Warszawie. 28 czerwca natomiast Annę Kamińską gościć będzie Księgarnia pod Globusem w Krakowie, start również o godz. 18. 

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wikimedia Commons,
[3] zdjęcie własne,
[4] Siegmund Stiehler / Wikimedia Commons,
[5] okładka książki ze strony wydawnictwa / www.wydawnictwoliterackie.pl. 

czwartek, 8 czerwca 2017

W ramionach pięknego drapieżnika – „Miłość to piekielny pies”, Charles Bukowski

Wiersze ze zbioru Miłość to piekielny pies, powstałe w latach 70., opisują m.in. doświadczenia Bukowskiego jako znanego już pisarza, ale głównym tematem jego twórczości pozostaje miłość i wielka, wielka samotność. Praktycznie każdy z tych utworów jest jak bolesna szpila smutku, „jakby ktoś wbił włócznie w moje wnętrzności” – cytując go.

Jak to u Bukowskiego, sceneria dla tego smutku bywa różna, a tematem stają się luźne rozmowy i codzienne incydenty, poranna posiadówka w kibelku, gapienie się w sufit, psikanie sprejem na karaluchy. Wiersze przypominają żywe obrazy z jego życia. Jak napisał w posłowiu Leszek Engelking: „Chce w swych utworach ukazywać rzeczywistość, zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną, psychiczną, niechętnie zaś ją komentuje czy wartościuje” (s. 365).

Bywa przy tym, że jednym tchem pisze o robieniu kupy i poezji: „zachowałem zdolność wyrzucania / z siebie odpadków. / i wierszy” (s. 30). Poświęca mnóstwo uwagi „śladom gówna na gaciach” i nie stroni od dosadnych opisów seksu, ale potrafi również zaskoczyć nieoczekiwaną pośród tej brzydoty poetycką metaforą: „robiła się wilgotna i otwarta / jak kwiat na deszczu” (s. 198).

Fragment wiersza ja.

Trochę seksu i tylko małą miłość

Świat Bukowskiego to tradycyjnie świat wyrzutków społeczeństwa i kobiet wątpliwej reputacji, nad czym zdarza mu się ubolewać. Z pewną tęsknotą pisze o „spokojnych ludziach” spotykanych na ulicy, o czystych dziewczętach w kraciastych sukienkach z bawełny, częściej jednak gardzi szaraczkami – według niego brakuje w nich życia, są jak łażące po stole muchy, bezrefleksyjne, bezmyślne. „To są trupy” (s. 120), pisze wprost.

Ludzie bezustannie go rozczarowują. Tym, że „nie są dobrzy wzajem dla siebie” (s. 186), tym, że „związki pomiędzy ludźmi po prostu nie są trwałe” (s. 39). Sam, choć dostrzega problem, nie do końca uważa siebie za wyjątek – w utworze o znamiennym tytule zima opowiada o umierającym przy drodze psie, którego nie bierze w ramiona, bo krew przesiąkłaby mu ubranie i „wyglądałoby to głupio”. „nigdy nie uważajcie się za lepszych i/lub / szlachetnych / ani nigdy nie próbujcie takimi być” (s. 274) – pisze w innym wierszu. Czasem w atmosferze smutku i samotności pojawiają się obrazy wręcz okrutne: „koraliki będą się kołysać / chmury będą się chmurzyć / a morderca będzie odcinał głowę dziecku / jakby zlizywał kawał lodów z wafla” (s. 186). Taka rzeczywistość musi przygnębiać.

Przychodzi więc bezradność i rozpacz, której Bukowski nie kryje. Potrafi pisać niesamowicie przejmujące wiersze o samotności (jak choćby sam ze wszystkimi: „ciało opina / kości i / ciało szuka / czegoś więcej niż / ciało”, s. 105), o naszym codziennym umieraniu „na duszoną w sobie miłość”, o „samobójstwach, które nie są rejestrowane”. Stale myśli o śmierci – tej fizycznej i tej duchowej. I od życia nie oczekuje już niczego, chce „tylko trochę pociechy / i trochę seksu / i tylko małą / miłość” (s. 149).

Przysysanie i wysysanie

No właśnie, miłość. Czytając te wiersze po raz kolejny dostrzegam, że pod skórą twardziela kryje się niesamowicie wrażliwy, zdolny do wielkiego uczucia facet („twardość / nic nie ma ostatecznie / do miłości”, s. 91). Stale otoczony kobietami, a mimo to samotny, wiecznie cierpiący z miłości, dręczony tęsknotą, jeżdżący po mieście za dawną kochanką i wytrwale wtykający liściki w drzwi jej mieszkania – taki jest w tym zbiorze.

Ta miłość nigdy go nie rozpieszcza. Jest nie tylko jak „piekielny pies”, ale i jak wzajemne pożeranie się, przysysanie i wysysanie, jak wpadanie w sidła czarnej wdowy. Kobiety w utworach Bukowskiego to drapieżniki, mają „usta jak paszcza rekina” (s. 205) i „twarze jak pysk rosomaka albo drapieżnej bestii” (s. 77). Miłość to wojna i wzajemne niszczenie się, miłość to łzy („teraz jej z kolei już nie ma, a ja tu siedzę i chleję / i moje oczy wydają się mokre od łez”, s. 66).

Ból istnienia. Fragment wiersza 462-06-14.
Ale jest tu również podziw dla kobiecej urody oraz jedno z najpiękniejszych wyznań miłosnych, jakie czytałam – prawie całkiem zmyślony wiersz:

„(…) byłaś jedną z najlepszych
poetek i powtarzałem wydawcom,
redaktorom: «drukujcie ją, drukujcie, jest szalona, ale ma w sobie
magię. w jej pasji nie ma kłamstwa». kochałem cię
jak mężczyzna kocha kobietę, której nigdy nie dotknął, z którą
tylko koresponduje i trzyma jej fotografie. kochałbym cię
bardziej, gdybym siedział kiedyś w jakimś pokoiku, robił sobie
skręta i słuchał jak sikasz w łazience,
ale nic takiego się nie stało.
(…) gdybym cię spotkał pewnie bym cię skrzywdził albo ty byś skrzywdziła
mnie. tak było najlepiej” (s. 50).

Tylko czy to wiersz do kobiety z krwi i kości? Czy adresatka, podobnie jak wiersz, nie jest (prawie całkiem) zmyślona? Myślę, że tak – to pewna figura kobiety, wymarzonej i wytęsknionej, którą można kochać właśnie dlatego, że jej nie ma. Bo „gdyby ją spotkał pewnie by ją skrzywdził albo ona skrzywdziłaby / jego. tak było najlepiej”.

Myślę jeszcze nad tytułem tego tomu. W przypadku poszczególnych wierszy tytuły są raczej luźno związane z treścią, więc klucza szukam gdzie indziej, nie w tytułowym utworze. Inny wiersz, szyba ze szkła taflowego, otwierają słowa „psy i anioły nie różnią się specjalnie / od siebie” (s. 178). W wielu innych miejscach Bukowski opisuje psy (i ogólnie zwierzęta) jako stworzenia boskie lub anielskie. W tytule miłość to piekielny pies mamy więc lekki paradoks. I może właśnie o to chodzi? Że miłość jest pełna paradoksów, albo wręcz, jak w prawie całkiem zmyślonym wierszu – że jej po prostu nie ma?

Smakowało słodko… z kropelką goryczy

Ale są też momenty, gdy życie jest znośne. Na przykład wtedy, gdy siedzi z córką w aucie i zajada frytki, lub gdy wspomina, jak znienawidzony ojciec pochwalił jego opowiadanie. I kiedy obcy człowiek spontanicznie wyświadczy mu uprzejmość, przywracając, choćby na chwilę, wiarę w ludzkość: „właśnie to pomaga wierzyć / że jest coś oprócz śmierci: / ktoś w samochodzie jadącym zbyt wąską ulicą. / kto zjeżdża na bok, żebyś mógł przejechać”. W tym ostatnim, bardzo ważnym wierszu z jakimś rozbrajającym ciepłem smutny człowiek oświadcza: „najlepszych z was / lubię bardziej niż myślicie. / inni się nie liczą”. I przyznaje:

„bywam zgorzkniały
ale czasem życie smakowało
słodko. boję się tylko
to powiedzieć. to tak
jak kiedy twoja dziewczyna mówi:
«powiedz, że mnie kochasz», a ty
nie możesz” (s. 355).

Czasem życie smakowało słodko… ale pozostaje posmak goryczy, i gorzka jest końcówka tego utworu. Nie potrafi się powstrzymać. Bo świat go skrzywdził i on nie może mu tego wybaczyć. Bo czegokolwiek by w życiu nie robił, jak bardzo nie byłby szczęśliwy, zawsze w tle pobrzmiewać będzie to wielkie rozczarowanie, z jakim zmierzyć się musiał wrażliwy młody chłopak – i z jakim mierzył się do końca swoich dni.

***
Ch. Bukowski, Miłość to piekielny pies. Wiersze z lat 1974-1977, przeł. Leszek Engelking, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2017.

Polecam też posłowie do tego wydania, napisane przez Leszka Engelkinga. Stanowi ono nieco bardziej naukową – ale nie pozbawioną wyczucia i wrażliwości – próbę opisu twórczości poetyckiej Bukowskiego i jej usytuowania w XX-wiecznej literaturze amerykańskiej (m.in. w odniesieniu do dzieł twórców Beat Generation).

Ilustracje:
[1], [2], [3] zdjęcie własne,
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa / noir.pl.

Na Literackich skarbach możecie również poczytać o tomiku Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu. Wiersze z lat 1955-1973. Wszystkie moje teksty o twórczości Bukowskiego znajdziecie tutaj.

piątek, 2 czerwca 2017

Spotkanie z Zośką Papużanką – Kraków, 31.05.2017

Jeszcze do niedawna Zośkę Papużankę kojarzyłam tylko jako obiecujące ponoć nazwisko młodej polskiej prozy oraz panią o bardzo wyrazistym, barwnym wizerunku. Po lekturze Onego i Świat dla ciebie zrobiłem oraz środowym spotkaniu w Krakowie wiem już, że o „obiecującym nazwisku” mówi się nie bez przyczyny, a Zośka Papużanka jest nie tylko świetną pisarką i niesamowicie wrażliwą obserwatorką, ale i bardzo sympatyczną osobą. O wspomnianych książkach autorki napiszę niedługo, a na razie – słów kilka o spotkaniu.

Odbyło się ono w krakowskiej Księgarni pod Globusem, a w roli przepytującego wystąpił Marcin Wilk z Wyliczanki. Tematem rozmowy był głównie zbiór Świat dla ciebie zrobiłem, który niedawno miał swoją premierę. Po dwóch powieściowych książkach autorka tym razem zmierzyła się z krótką formą, co stało się pretekstem do rozmowy o gatunku opowiadania.

Pisarka przyznała, że bardzo lubi tę formę, ponieważ stanowi pewien wycinek świata; mimo wysokiego poziomu skodyfikowania, przy tak wielu zasadach rządzących opowiadaniem, daje ono niesamowicie dużo przestrzeni – także interpretacyjnej, dla czytelnika. Tymczasem ona sama jako czytelniczka najbardziej lubi właśnie utwory, w których królują niedopowiedzenia, w których trudno jest samemu dojść do sedna, łatwo zbłądzić. Bo tak naprawdę ważne jest to, co każdy czytelnik samemu z historii wyciągnie, do czego sam dojdzie.

Nic więc dziwnego, że do jej ulubionych autorów opowiadań należą Vladimir Nabokov, mistrz literackich zagadek i ukrytych motywów, oraz Julio Cortázar, ekspert od mieszania w jednym utworze wielu różnych światów. Nie przepada za to za Alice Munro :). Cieszy ją jednak Nagroda Nobla dla niej oraz renesans opowiadania, jaki dzięki temu obserwujemy.

Sama Zośka Papużanka oczywiście również tworzy opowiadania według powyższego przepisu; na pytanie prowadzącego, czy ona sama wie, co znajduje się w miejscach niedopowiedzeń w jej utworach, odpowiedziała z uśmiechem: „Oczywiście, że nie! Gdybym wiedziała, to bym napisała”. Bo ważne jest to, co każdy samemu z historii wyciągnie…

Sporo jeszcze innych zakulisowych szczegółów zdradziła autorka podczas rozmowy. Opowiedziała, skąd wzięły się pomysły na niektóre opowiadania za zbioru (na przykład Cykada zainspirowana została pewnym autentycznym starożytnym grobowcem, Ursa maior – opowieścią starego Włocha, do którego jeździła na wakacje, a Spotkałem opowiadanie to scenka opowiedziana jej przez męża), a na pytanie, czy nie ma poczucia, że zdradza w swojej twórczości za wiele z własnego życia, odparła, że nie – że czerpie „z tego, co jest”, ponieważ najlepsze historie to zawsze te, które wydarzyły się naprawdę; nie ma w nich fałszu ani papierowości, nawet jeśli są kompletnie nieprawdopodobne.

Zapytana, czy jest coś, o czym z zasady nie pisze, odparła, że o seksie – bo nie wymyśliła dla niego języka. Jej zdaniem język polski jest za tę sferę kompletnie nieodpowiedzialny :) i trudno o niej pisać jako o sprawie poważnej. Na koniec prowadzący uraczył pisarkę serią krótkich pytań: – Czy do literatury można się przytulić? – Nie, wolę przytulać się do ludzi. – Czy może stanowić remedium na samotność? – Tak, to dobre remedium, jeśli już jesteśmy w sytuacji, kiedy go potrzebujemy. – Czy potrafi krzywdzić? – Chyba nie (choć kilka minut rozmówcy poświęcili kwestii okrutnych, przesiąkniętych przemocą obrazów, literackich i filmowych), co najwyżej tym, że książka jest wybitna, „a to nie ja ją napisałam” :).

Dla mnie spotkanie zakończyło się jeszcze jednym bardzo sympatycznym akcentem. Mając informację z okładki, że autorka ogląda westerny, zapytałam ją o jej ulubiony. Rozpromieniona, odpowiedziała, że tak, uwielbia, że zachwyca się tymi lekko przybrudzonymi, męskimi bohaterami, i że jej ulubiony to „oczywiście Dobry, zły i brzydki”, w którym podobało jej się wszystko, na czele z Clintem Eastwoodem. Dodała, że poważny dylemat przeżywała oglądając Butcha Cassidy’ego i Sundance’a Kida, bo Robert Redford i Paul Newman w jednym filmie – i naprawdę już nie wiadomo, na kogo patrzeć.

A na koniec – słoneczny podpis oraz słoneczny uśmiech autorki. To było miłe popołudnie!

wtorek, 30 maja 2017

Motyle gniecione kiełbasianą łapą – „Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo rowerem dookoła świata”, Ivan Binar

Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila otwiera cytat ze Szwejka, w którym pewien stuknięty profesor upiera się, że wewnątrz kuli ziemskiej znajduje się druga, dużo większa niż zewnętrzna. Taką drugą kulą ziemską, równoległym wszechświatem, do którego można uciec, jest w historii Binara szafka, w której Václav Netušil chowa się przed rzeczywistością. Ale i świat za żelazną kurtyną, o którym marzą udręczeni komunistycznym reżimem bohaterowie – wszak w tamtych czasach wydawał się bardziej odległy niż Księżyc. O ucieczkach do tych wyśnionych krain, a także o próbach ucieczki od samego siebie, jest właśnie ta książka.

Ciekawy to twór. Trzech głównych bohaterów – sam Ivan Binar, jego kolega Václav Netušil oraz alter ego Netušila, Wieńczysław Paw. Trzy światy – ten rzeczywisty, ten bajkowy ukryty za drzwiami roboczej szafy oraz zagranica, ten emigracyjny „raj”. I jeszcze do tego wiele różnych płaszczyzn czasowych. Łatwo się pogubić, więc po kolei.

Zrolowane prześcieradło, pokrzywy i rzepy

Tytułowy Václav Netušil to człowiek z góry skazany na życiową porażkę. Siłą wydarty na świat, siłą od małego wciskany w niechciane wdzianka i role, pasjonat motyli (którą to pasją jednak nikt się nie interesuje), wychowywany bez ojca (zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym), wyrasta na przeciętniaka, który chciałby po prostu mieć w życiu odrobinę spokoju. Nie jest mu to jednak dane.
„Niektórym ludziom los zmiata pyłki spod stóp, odgania od nich komary i osy, podsuwa im pod nos smakołyki na złoconych talerzach, srebrną łyżką wkłada do ust delicje, pod materacami nigdy im się nie trafi ziarnko grochu! Ale nie Václavowi Netušilowi. W łóżku prześcieradło zawsze mu się roluje i ściąga, a kołdra sama wysuwa z powłoczki i spada na podłogę, a potem dręczą go koszmary i budzi się przemarznięty. Jego ścieżki porastają pokrzywy i wszelakie zielsko, rzepy czepiają się nogawek, cierniste gałęzie smagają po twarzy” (s. 147).
Myśl przewodnia powieści
Po tym, jak nie do końca z własnej winy trafia do więzienia, staje się trybikiem komunistycznej maszyny. Nie robi tego jednak z chciwości czy żądzy władzy, więc nie przykłada się specjalnie do swych obowiązków – po prostu zgadza się na wszystko, bo nie chce, by już więcej ktoś go gwałcił, nie chce spędzić kolejnego tygodnia nago w betonowej celi, o chlebie i wodzie. Potulny szaraczek, mały człowiek pozbawiony wielkiej sprawy, zupełnie nie rozumie, czego chcą od niego komuniści. Cieszy się, kiedy uśmiechnięty estebak częstuje go kawą i papierosami, marzy tylko o tym, by znów było mu ciepło, by miał co jeść, by mógł układać swoje łamigłówki i był znowu bezpieczny.

Komuniści w Nowej Fajdlandii

Nigdy jednak już nie będzie. Nawet w swoim alternatywnym, fikcyjnym świecie, w swojej Narni, którą przemierza jako pisarz i podróżnik Wieńczysław Paw. Nie jest to bynajmniej kraina sielska i anielska, w której odpocząć można od opresyjności rzeczywistego świata – przeciwnie, ma w sobie coś z drapieżnych światów Michala Ajvaza, bo na niewinnego przybysza czyhają tu nie tylko agresywni tubylcy i spragnione krwi pantery, ale również nieznane w naszym świecie bestie, takie jak pszczowy – krowy wyposażone w śmiercionośne żądło, oraz głodne cielesnych uciech damy, których mężowie całe dnie i nocy spędzają na produkowaniu bąków do napędzania elektrowni wiatrowych. No i jest jeszcze Główny Urząd Wewnętrznej Naprawy Obywateli – w skrócie GUWNO.

Jasne, jest zabawnie, absurdalnie aż do bólu, ale za tym śmiechem kryje się rozpacz – bo ostatecznie biedny Netušil/Paw przekonuje się, że lepkie macki komunistów sięgają nawet tu, do Nowej Fajdlandii, do jego sekretnego świata. A to dlatego, że choćbyśmy bardzo chcieli, nie da się uciec swoich najgłębszych lęków – od samego siebie.
„Potrzebował jej [szafki] głównie po to, żeby schować się w niej przed światem, który bynajmniej nie był dla niego placem zabaw i beztroskich swawoli. Uciekał przed czymś, przed czym nie można uciec – wszak to wszystko, przed czym się kryje, sam sobie zafundował, a przed sobą nie można się schować” (s. 18).
Skuszony obietnicami komunistów Netušil godzi się na współpracę z nimi, ale mimo to nie oceniamy go jako bohatera negatywnego. Słowa „zdrajca” czy „kapuś” w odniesieniu do niego brzmią śmiesznie, bo przez cały czas zdajemy sobie sprawę, że to „tylko” (i zarazem „aż”) poczciwy człowieczek zniszczony przez system – co zostaje dobitnie pokazane w ostatniej scenie z jego udziałem, gdy jako motyl zostaje zgnieciony przez tłustą od kiełbasy łapę Jaryna, swojego dawnego komunistycznego prześladowcy.

Choć Ivan Binar, sam zaangażowany w walkę z systemem, mógłby patrzeć z góry na takich jak biedny Vašek, nie robi tego – staje raczej w pozycji ich adwokata, ukazuje ich dramat, tłumaczy ich motywy. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak podłymi metodami posługiwało się StB, i że nie każdy, a wręcz bardzo niewielu, zostało stworzonych, by być bohaterami. Wydaje mi się zresztą, że postać Netušila ma tu jeszcze głębsze znaczenie – w pewnym sensie jest on lustrzanym odbiciem narratora/autora, ukrytą częścią jego osobowości, której się boi i przed którą ucieka. Bo przecież ci walczący z systemem wbrew pozorom wcale nie byli wolni od obaw i wątpliwości.

Ucieczki od kłamstwa i ucieczki od prawdy

Przejdę teraz do nich – do tych, którzy odważyli się postawić, którzy słowem pisanym i mówionym walczyli z reżimem. Obok artystycznej wizji życia Netušila mamy tu rzeczową relację narratora, którego nazwisko oraz biografia dają nam podstawy, by utożsamić go z autorem. Związany z czasopismem „Tramp”, na początku lat 70. zamknięty w więzieniu za udział w musicalu Syn pułku (choć tutaj wyczytałam, że nie chodziło nawet o sam musical, a o śpiewanie pochodzących z niego piosenek na prywatnym przyjęciu), kilka lat później emigruje do Austrii, a potem Niemiec – wszystko to zgadza się z życiorysem pisarza. Ze swojej obecności w książce narrator/autor tłumaczy się:
„Mówię o Václavie Netušilu, ale także o sobie, o naocznym świadku. Nie potrafię wyeliminować siebie z gry. Nawet najbardziej obiektywny obserwator przemyci do swojej wypowiedzi część siebie, własną interpretację, swój punkt widzenia” (s. 47).
Wątek ten, w którym Binar opisuje okres od lat 70. aż do upadku komunizmu i swojego powrotu do ojczyzny, jest obrazem ciężkiego losu dysydentów, którzy żyli w strachu, podejmowali trudną decyzję o emigracji i w końcu wyjeżdżali, z myślą, że „teraz już wszystko będzie dobrze”. Tymczasem życie emigranta wcale nie było usłane różami – wypędzeni artyści nie byli ciepło witani, czuli się za granicą obco, nie mogli znaleźć źródła utrzymania, bali się o swoje rodziny. Jedyną ich nadzieją byli przyjaciele…

…ale i oni, jak się okazało, w wielu przypadkach pomagali nie bez powodu. W tych czasach szpiegami bywali nawet najbliżsi. Mimo tego wszystkiego, co przeżył w komunistycznej ojczyźnie, najcięższe chwile bohater (i autor) zdaje się przeżywać już po aksamitnej rewolucji, gdy poznaje prawdę o swoich donosicielach. Znów chce uciekać – tym razem przed prawdą. I choć wciąż powtarza sobie, że nie wolno mu ich sądzić, nie znając okoliczności, są tacy, którym wybaczyć nie potrafi. Należy do nich m.in. inny emigracyjny pisarz, Ota Filip, który wprowadził początkującego wówczas Binara w świat twórczości samizdatowej. (Filip drogo zapłacił za grzechy przeszłości - gdy w roku 1998 na jaw wyszło, że donosił na swoich przyjaciół, jego syn popełnił samobójstwo).

Potrzeba rozliczenia

Ivan Binar
Ta powieść to rozliczenie się autora z tymi, którzy nadużyli jego zaufania, ale również, jak pisze wprost – z całym komunistycznym reżimem. Nie miał innej możliwości wyrównania rachunków, nie mógł walczyć o odszkodowanie na drodze sądowej, ponieważ jego teczka została zniszczona, a po latach prześladowań nie został ślad. „Usiadłem i zacząłem pisać o tym książkę. Co innego mi pozostało?” (s. 369) – pisze.

Silne emocje czuć nawet w sposobie opowiadania. Głos narratora, gdy opowiada o Netušilu i gdy opowiada o sobie, bardzo się różni. W historii Netušila pojawiają się elementy humorystyczne, a ton opowieści, dzięki licznym absurdom, jest lżejszy; od czasu do czasu w formie przerywnika występują wpisy z encyklopedii, wyjaśniające na przykład, czym jest rozwolnienie. Wątek narratora przytłacza za to ponurymi komunistycznymi realiami, których nie jest w stanie wyjaśnić żaden słownik, bolesną szczerością, złością i niemocą:
„Działa tu absurdalny system: władzę mają skurwysyny, zdeprawowani łajdacy, którzy boją się nawet brzmienia słowa wolność, nadzorcy, zakompleksieni dewianci o naturze niewolników i inteligencji zwyrodnialców (…). Pozbawiają nas kultury, zamiast niej narzucają prymitywną ideologię, deformują każdą prawdę, zmieniając ją w półprawdę albo kłamstwo. Kłamią rano, w południe, wieczorem i w każdej innej chwili” (s. 194).
Tak, ta rzeczywistość również bywała absurdalna, ale te absurdy nie były wytworem pisarskiej wyobraźni, dotykały ludzi bezpośrednio, dlatego Binar pisze o nich z goryczą – jak o wystąpieniu Stowarzyszenia Prawników CSRS w obronie praw obywatelskich w Chile. „Nie jest nam (…) znany żaden przypadek, by wasze stowarzyszenie wystąpiło w obronie praw człowieka, swobód obywatelskich bądź praworządności w naszej ojczyźnie – w Czechosłowacji” (s. 57) – cytuje autor otwarty list więźniów politycznych, pod którym sam się podpisał.

Binar pisze o strachu. O siebie i o swoją rodzinę, o lęku przed fizycznymi torturami, o wątpliwościach, na jakie skazani byli wszyscy dysydenci. O pokusie poddania się. On też, jak Netušil, próbuje od siebie uciec – bo najgorszy jest strach przed samym sobą…
„Bałem się, że moje dzieci będą wyrastać bez ojca, że nie będę mógł się cieszyć nimi ani z nimi, nie będę mógł uczyć ich życia. Bałem się, że co wieczór będę kładł się spać sam, bez żony, że będę oddychać pierdnięciami złoczyńców i mimo woli słuchać przyśpieszonego oddechu onanistów, mlaskania ciot (…). Ale najbardziej bałem się własnej słabości. Że w którejś kancelarii StB wymyślą na mnie sposób, wpadną na pomysł, jak mnie zmiękczyć i zmusić do mówienia. Nie wiedziałem, czy wytrzymałbym bicie i kopniaki, co bym zrobił, gdybym zobaczył własne wybite zęby (…). Nie, nie mogłem być pewny, że mnie nie złamią. Dlatego wybrałem trzecie wyjście. Możliwość, którą dano mi pod rozwagę: wygnanie” (s. 201).
Czytam to, czytam wyznania Ivana Binara, czytam o nieszczęsnym Vašku Netušilu, i znów przychodzą mi do głowy motyle, które łapał jako chłopiec. Jeszcze zanim nauczył się je odpowiednio preparować i przytwierdzać do deseczki, motyle miażdżone, masakrowane, i ten ostatni, przygnieciony ciężką kiełbasianą łapą. Oni wszyscy byli jak te motyle.

***
I. Binar, Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo rowerem dookoła świata, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Amaltea, Wrocław 2016.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] wydawnictwo Amaltea / amaltea.az.pl,
[3] joffi / pixabay.com,
[4] wydawnictwo Amaltea / amaltea.az.pl,
[5] okładka książki ze strony wydawnictwa / amaltea.az.pl. 

sobota, 27 maja 2017

Nabokoviada po raz piąty: „W stronę Swanna”, Marcel Proust

Co jest właściwie wielkim tematem dzieła Prousta? Na czym polega poszukiwanie straconego czasu? W jakim celu wyruszamy w tę siedmiotomową podróż, którą wielu zaczyna, ale tak niewielu kończy? O tym głównie pisze Nabokov w swoim poświęconym tej lekturze wykładzie. Na początku skupia się jednak na formie, a główny temat dzieła rozwija później, pójdę więc również tym tropem.

Każdy chyba, kto przeczytał choćby stronę powieści Prousta, zdaje sobie sprawę, że jego styl jest niepowtarzalny. Te słynne opisy, ciągnące się przez wiele stron, wielopiętrowe porównania i metafory, ale też niesamowita plastyczność, sensualność, barwy, zapachy, smaki – to coś, co sprawia, że W poszukiwaniu straconego czasu czyta się tak trudno, a równocześnie z takim zachwytem. Wymaga cierpliwości, skupienia, ale wysiłek jest tego wart.

Léontine Lippmann, późniejsza
Madame Arman de Caillavet,
prawdopodobnie pierwowzór
powieściowej pani Verdurin.
Na drugim biegunie, trochę w roli odprężającego przerywnika, znajdują się natomiast fragmenty autentycznie zabawne, mocno ironicznie. Przy czym bywa to ironia ciepła, zaprawiona czułością – kiedy Proust pisze o na przykład o ciotce Leonii, babci (moja ulubiona postać!), dziadku czy ciotkach (tych od wiecznych aluzji) – ale bywa również uszczypliwa, obnażająca głupotę czy snobizm pewnych środowisk – jak w opisach saloniku pani Verdurin czy towarzystwa z wyższych sfer. Przyznam, że odkrycie na nowo tych elementów komicznych w dziele Prousta było dla mnie sporą niespodzianką, bo jakoś z tej pierwszej lektury kilka lat temu zapamiętałam głównie te liryczne, poświęcone wrażeniom zmysłowym fragmenty; tymczasem ironia w jego wydaniu – palce lizać!

Proust i Tołstoj

Nabokov pokusił się wymienić trzy charakterystyczne wyznaczniki stylu Prousta. Po pierwsze – bogata metaforyka i porównania (przy czym w wielu momentach te dwa środki stylistyczne przenikają się u niego, tworząc swoiste hybrydy). Po drugie – „rozciąganie” zdań, niemal do granic możliwości, poprzez różnego rodzaju wtrącenia i zdania podrzędne; z tego co słyszałam, Boy-Żeleński przy tłumaczeniu prozy Prousta i tak pozwolił sobie dzielić te ogromne twory, by ułatwić zadanie czytelnikowi – a skoro tak, to musiały być prawdziwe tasiemce! Po trzecie – stopienie w jedno dialogów i partii opisowych, w sposób, w jaki nikt przed nim tego nie robił.

Prócz tego nasz szacowny wykładowca i przewodnik po świecie literatury dokonał analizy kilku rozbudowanych opisów Prousta, by pokazać ich wielopiętrową budowę. I przyznam się tutaj, że mimo szczerych chęci nie do końca te analizy zrozumiałam :). Przyprawiły mnie tylko o ból głowy.

Robert i Marcel Proust
na fotografii z roku 1877.
Pozostając wciąż na poziomie stylu, Nabokov pisze o podobieństwach prozy Prousta do twórczości innych wielkich autorów. Zestawia go m.in. z Gogolem (który również był mistrzem porównań, jednak zawsze miały u niego charakter groteskowy, podczas gdy u Prousta przeważa czysta poezja) i Joyce’em (którego postaci mają od początku charakter „absolutny”, są obmyślone w najmniejszych szczegółach, stopniowo ujawnianych, podczas gdy u Prousta bohaterów widzimy z perspektyw poszczególnych bohaterów – o tym więcej za chwilę). Prekursorem francuskiego mistrza ma być jednak Tołstoj – według Nabokova podobieństwo stylu, „tchnącego prawdą, autentyzmem, zmysłowością” [1], widać jak na dłoni choćby w opisie światła księżycowego w wydaniu obydwu autorów.

Szparagi, głogi i muchy

Proponuję zatrzymać się jeszcze na chwilę przy tej zmysłowości. Nikt chyba nie potrafi tak jak Proust pisać o kremie czekoladowym, szparagach (i skutkach ich spożycia – nocniku, który zamienił się w „naczynie wonności”) i pieczonych kurczakach, o „brzęczącym” zapachu głogów, o bzyczeniu much, o wieży kościelnej, „złocistej i wypieczonej samej niby większa święcona baba, ze skórką i lepiącym się lukrem słońca” [2].

Charakterystyczne jest to, że u Prousta poszczególne zmysły się przenikają. Mamy tu dźwięczne zapachy i barwne dźwięki, na co Nabokov oczywiście zwraca uwagę. Prawdopodobnie też dlatego, że sam w podobny sposób postrzegał świat – był synestetykiem, czyli jednym z nielicznych ludzi, u których bodziec oddziałujący na jeden ze zmysłów wywołuje również pobudzenie innego zmysłu; napisałam kiedyś na ten temat krótki tekścik do pracy, odsyłam do niego.

Wskrzeszanie straconego czasu

Trudno się jednak dziwić zmysłowości tej prozy. Zmysły mają tu w końcu niezwykle istotne, kluczowe wręcz znaczenie – to one stanowią furtkę do przeszłości. I tak dochodzę do najważniejszego tematu utworu, czyli wskrzeszania przeszłości. Nabokov wyjaśnia szczegółowo, na czym polega ta proustowska praktyka, odnosząc się do tomu siódmego, w którym Marcel doznaje objawienia i wreszcie uświadamia sobie, jak można odzyskać stracony czas.

Charles Haas, który mógł być
pierwowzorem postaci Swanna.
Aby dokładnie wytłumaczyć ten fenomen, Nabokov wyróżnia trzy warstwy ludzkich wrażeń: „zwykłe” osobiste wspomnienia, które ma każdy z nas, wspomnienia wzbudzane przez aktualne doznania, oraz wiedzę o poszczególnych osobach „z drugiej ręki”, z perspektywy innych ludzi. Choćbyśmy nie wiadomo jak chcieli, nie uda nam się wskrzesić przeszłości, posługując się tylko warstwą pierwszą – własna pamięć to za mało. Konieczna jest jeszcze, prócz relacji innych obserwatorów, nasza własna podświadomość. To w niej – w tych momentach olśnienia, przychodzących znienacka, na przykład gdy weźmiemy do ust magdalenkę, którą jadaliśmy jako dziecko – kryje się prawda o przeszłości. Nie w intelektualnych rozważaniach, ale właśnie tam, w znanych nam smakach, zapachach i dźwiękach.

Mały Marcel przeczuwa potęgę tych bodźców, ale jeszcze jej nie rozumie. Sprawiają mu „osobliwą przyjemność” i wydaje mu się, że kryją coś więcej, niż na pierwszy rzut oka, ale sądzi, że nie są one drogą do zostania pisarzem, ponieważ nie mają żadnej wartości intelektualnej. Myli się, podkreśla Nabokov, właśnie one są bowiem jedynym naprawdę wielkim tematem dla sztuki.

Miłość i cholera

A trzecia warstwa wrażeń – perspektywa różnych osób? Proust wykorzystuje ją przede wszystkim, snując swoją opowieść o Swannie. W pierwszej części opowieści poznajemy go jako starego przyjaciela rodziny narratora, syna maklera giełdowego, „zwyczajnego” człowieka – tak postrzega go m.in. ciotka Leonia, nie wierząc w jego kontakty z wyższymi sferami. Mamy tu już jednak pierwsze sygnały, że „zwyczajny” Swann jest kimś więcej, znawcą sztuki i osobistością uwielbianą przez arystokratów. W drugiej części natomiast poznajemy go jako ofiarę nieszczęśliwego uczucia, mężczyznę, który poświęcił swoją pozycję, pasję i przyjaciół dla byłej kokoty – którą też zresztą widzimy z wielu różnych stron. W podobny sposób poznajemy m.in. kolegę Marcela, Blocha, pana Vinteuila czy jego córkę. Dopiero złożenie wszystkich tak różnych perspektyw daje nam prawdziwy obraz człowieka. Jak pisze Proust:
„Nawet z punktu widzenia najmniej znaczących rzeczy nie jesteśmy całością materialnie ukształtowaną, tożsamą dla wszystkich, którą każdy może po prostu sprawdzić niby hipotekę lub testament; nasza społeczna osobowość jest tworem cudzej myśli” [3].
Madame Georges Bizet,
z domu Geneviève Halévy,
która mogła być inspiracją
dla postaci Odety de Crécy.
Artysta: Jules-Élie Delaunay, 1878.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o rzeczy najważniejsze. Poza tym jednak w omówieniu Nabokova tradycyjnie pojawia się kilka ciekawych obserwacji i wniosków, dotyczących konstrukcji utworu i fabuły. Podobało mi się na przykład odkrycie linii fabularnej, łączącej małego Marcela i jego rozpaczliwe oczekiwanie na wieczorny pocałunek od matki z wątkiem nieodwzajemnionej miłości Swanna, a następnie uczucia narratora do Gilberty, a potem Albertyny (to jeszcze przede mną). Podobało mi się stwierdzenie, że ciotka Leonia jest jakby parodią samego Prousta, „chorego autora, który rozsnuwa swą pajęczynę i chwyta w nią brzęczące wokół życie” [4]. I podobały mi się obserwacje na temat koloru fiołkowego jako stałego motywu utworu (barwa czasu, a zarazem katlei, sukni Odety oraz głogów).

Kończąc już – moim zdaniem Proust jest najbardziej „ciarkogennym” spośród autorów omawianych przez Nabokova w jego wykładach; w tym sensie, o którym mistrz pisze w omówieniu Samotni: „Choć czytamy za pomocą mózgu, siedzibą artystycznych rozkoszy jest miejsce między łopatkami. Dreszczyk, który tam odczuwamy, jest z pewnością najwyższą formą emocji, jaką zdołała osiągnąć istota ludzka w procesie ewolucji czystej sztuki i czystej nauki” [5]. U mnie w każdym razie żaden inny autor nie wywołał tylu dreszczy – i dumy z tego, że jestem „kręgowcem zwieńczonym głową, w której płonie boski ogień” ;). Pozostaję również przy swojej dawnej opinii, że chyba nikt w dziejach literatury nie zbliżył się tak bardzo do opisania nieopisywalnego, jak właśnie Proust.

Tylko z jednego powodu mi smutno. Mam wrażenie, że podczas pierwszej lektury czerpałam jednak większą przyjemność z tych fantastycznych opisów Prousta, umiałam je powoli smakować; tym razem natomiast odczuwałam momentami lekkie zniecierpliwienie. Może to też trochę kwestia oszołomienia i zachwytu, jakie towarzyszyły mi przy pierwszym spotkaniu z tą prozą, a może lekko stresował mnie, odległy co prawda, ale jednak termin, i to czytanie w grupie; obawiam się jednak, że to przede wszystkim wina moich obecnych, złych nawyków czytelniczych – byle czytać jak najwięcej i jak najszybciej. Sygnał, żeby nad sobą popracować, bo przecież nie o to w tej całej zabawie w czytanie chodzi.

***
Bibliografia:
[1] Nabokov V., Wykłady o literaturze, przeł. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 294.
[2] Proust M., W stronę Swanna, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), wyd. PIW, Warszawa 1979, s. 65.
[3] Tamże, s. 21.
[4] Nabokov V., dz. cyt., s. 302.
[5] Tamże, s. 107.

***
Przy okazji tego odcinka Nabokoviady Prousta czytali wraz z Pyzą (Pierogi Pruskie) i ze mną również Olga (Wielki Buk), Lolanta (Lolanta czyta), Zacofany w lekturze i Karo (Niekoniecznie Papierowe). Zajrzyjcie na ich strony, by poznać ich wrażenia!

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. Kolejna na liście jest Przemiana Kafki – a ponieważ to objętościowo najmniejsze spośród wszystkich z dzieł na liście, na dyskusję zapraszamy już za miesiąc, 27 czerwca!

Poprzednie moje teksty w ramach Nabokoviady:

Ilustracje:
[1] crayonmonkey / Wikimedia Commons,
[2] Wikimedia Commons,
[3] Modeste Chambay / Wikimedia Commons,
[4] Justelipse / Wikimedia Commons,
[5] Wikimedia Commons,
[6] zdjęcia własne,
[7] grafika autorstwa Pyzy :). 

sobota, 13 maja 2017

Cztery siostry i morze – „Nad morze”, Petra Soukupová

Po lekturze Pod śniegiem Petry Soukupovej, książki, która zachwyciła mnie bolesnym, ale niezwykle prawdziwym obrazem relacji rodzinnych, postanowiłam lepiej poznać twórczość autorki. Na półce od dłuższego czasu czeka Zniknąć, o którym również słyszałam wiele dobrego, ale na pierwszy ogień poszła inna książka, pożyczone mi przez koleżankę (pozdrawiam, Gizelko!) K moři – czyli debiut Soukupovej.

Na tle pierwszej przeczytanej przeze mnie powieści pisarki K moři wypada blado, ale i tak jest to kawał dobrego pisarstwa (doceniony zresztą prestiżowym czeskim wyróżnieniem dla młodych twórców – Nagrodą im. Jiřiego Ortena). Podobnie jak w Pod śniegiem zasadniczą rolę odgrywają tu relacje między siostrami, w tym wypadku jednak nieco bardziej skomplikowane, ponieważ dziewczynki pochodzą z dwóch różnych rodzin. Druga różnica to fakt, że nie mamy tu do czynienia z samymi dorosłymi kobietami, a dwoma podlotkami, jedną starszą pannicą i jednym bachorem (wybaczcie, ale trudno o czulsze określenia dla tego rozpieszczonego monstrum, jakim jest Johanka).

Ramy czasowe powieści są bardzo rozległe, losy bohaterów śledzimy bowiem tak naprawdę w ciągu kilkudziesięciu lat. Ponad połowę książki stanowi jednak relacja z tygodniowego wyjazdu nad morze, na który Petr zabiera swoje cztery córki. I to akurat łączy dwie powieści Soukupovej, o których piszę – w tych kilku dniach bowiem niczym w soczewce skupiają się relacje między siostrami i ojcem, podobnie jak w Pod śniegiem w całą prawdę o rodzinnych stosunkach bohaterów zostajemy wtajemniczeni w ciągu jednego powieściowego weekendu.

Każda z sióstr ma swój własny świat, który, patrząc oczyma wszechwiedzącego narratora, częściowo poznajemy. Dowiadujemy się, jak się nawzajem widzą i co o sobie myślą. To właśnie w tych ich spostrzeżeniach, niewypowiedzianych i wypowiedzianych komentarzach, gestach, kryje się istota ich wzajemnych relacji. Przyjemność z lektury polega na analizowaniu tych rzeczy. To one sprawiają, że lektura ciekawi, mimo że na pierwszy rzut oka wygląda to jak suche sprawozdanie z wakacyjnego wyjazdu, na którym nic niezwykłego się nie dzieje.

Przyznaję jednak, że nie przez cały czas jest tak samo ciekawie. Podczas gdy Pod śniegiem w zasadzie nie ma momentów słabszych, przez cały czas udaje się autorce doskonale utrzymać uwagę czytelnika, w przypadku K moři chwilami wieje nudą, a opisy chodzenia na plażę, czytania, posiłków, rozmyślań, zaczynają nużyć.

Petra Soukupová z córeczką Marlą. Fot. Milan Soukup
Inny mój zarzut to fakt, że momentami pisarka odrobinę traci dystans. O Pod śniegiem pisałam: „Autorka odkrywa prawdę z niesamowitym taktem. Nikogo nie osądza, nikogo nie obwinia, za głupimi na pozór życiowymi posunięciami ukazuje mądre motywacje”. W tej drugiej, dojrzalszej chyba książce Soukupová nie sugeruje nam ani przez chwilę, jak mamy oceniać bohaterów, daje nam tylko ich słowa, czyny i motywacje, na podstawie których sami musimy sobie wyrobić zdanie, i to jest świetne! Tutaj natomiast czasem zdradza się ze swoim stosunkiem do postaci, zwłaszcza do Johanki – pisze o niej wprost, że to „zła”, „najmniej dobra” spośród sióstr.

A skoro już mowa o bohaterach – dostrzegłam tutaj wyraźne typy osobowości, wykorzystane i rozwinięte później w Pod śniegiem. Na przykład grubiutka i zakompleksiona Adéla, która robi wszystko, by przypodobać się ojcu, a mimo to wciąż czuje się gorsza, jest prototypem kury domowej Blanki; Johanka mocno przypomina rozpieszczonego Olivera, a Bára, ze swoim cielęcym zauroczeniem R., który wyraźnie nie zamierza się z nią na poważnie związać, przypomina naiwną, uwikłaną w romans z żonatym facetem i przyklejoną do telefonu w oczekiwaniu na znak od niego Kristýnę. Tropienie tych podobieństw było bardzo ciekawe i na pewno na wspomniane typy zwrócę uwagę przy lekturze Zniknąć.

Osobiście do tej lektury zabrałam się z podwójnym zaciekawieniem ze względu na porównania do Do latarni morskiej Virginii Woolf, powieści, którą uwielbiam. W tych porównaniach jest jednak sporo przesady, a wszelkie podobieństwa są zupełnie nieświadome, bo autorka ponoć powieści Woolf nigdy nie czytała (i nawet nie ma tego w planie – ale dlaczego, tego nie rozumiem; może uda się ją kiedyś o to spytać). Te podobieństwa to przede wszystkim motyw morza oraz próba zatrzymania kilku dni z życia bohaterów, utrwalenia ich niczym w bursztynie, i wykorzystania tej wakacyjnej widokówki do scharakteryzowania bohaterów i ich wzajemnych relacji. Miłośnicy prozy Woolf, którzy nie wiedzą, czego spodziewać się po Soukupovej, będą jednak rozczarowani, bo ze względu na technikę pisarską i styl są to dwa różne światy – ten Virginii jest bardziej marzycielski, oderwany, sentymentalny, podczas gdy Soukupová jest bardzo konkretna i dosadna.

Mimo kilku słabszych fragmentów K moři czyta się z dużym zaciekawieniem, ale ważne jest też, być może najważniejsze, to, co w czytelniku po tej lekturze pozostaje. We mnie została refleksja o ludziach, którzy szokująco nieodpowiedzialnie podchodzą do posiadania i wychowywania dzieci. Dla jasności (i tu będzie osobisty wtręt) – jestem ogromną fanką dzieci, chciałabym ich widzieć na świecie jak najwięcej i nie mogę doczekać się własnych, ale równocześnie zdaję sobie sprawę, jak wielką odpowiedzialność oznaczają. Dopóki nie będę pewna, że jestem w stanie zapewnić im szczęśliwą rodzinę, nie zdecyduję się na nie. Tymczasem bohaterowie Soukupovej zupełnie nie mają takich hamulców; szczególnie oburza sposób, w jaki zafundowała sobie macierzyństwo Bára – na zasadzie samolubnego kaprysu, niekochanego chłopaka wykorzystując jak byka rozpłodowego. W świecie tej powieści niemal wszyscy mają dzieci, ale mało kto potrafi się nimi zaopiekować i je zrozumieć – i to akurat wydaje mi się niepokojąco zbliżone do naszej rzeczywistości.

***
P. Soukupová, K moři, wyd. Host, Brno 2007.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] www.petra-soukupova.cz,
[3] okładka książki ze strony wydawnictwa Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz.

niedziela, 7 maja 2017

Ogień młodości vs. rybia flegma – „Rybia krew”, Jiří Hájíček

„Już nigdy nie wrócę do naszej nadwełtawskiej wioski, którą musieliśmy porzucić. Chcę ją zachować w pamięci taką, jaka była, z rzeką w jej dawnym korycie, z chałupą wuja Vency, z szopą z desek pociągniętych pokostem, z psią budą i kolorowymi ulami w ogrodzie” (s. 350).

W tej wyróżnionej nagrodą Magnesia Litera powieści Jiří Hájíček opowiada o wsiach, które zniknęły z powierzchni ziemi za sprawą budowy elektrowni atomowej Temelín. Przykład jeden z wielu, bo przecież już niejedna wioska zakończyła swój żywot w podobnych okolicznościach, ale chyba zbyt mało mówimy o dramacie ludzi pozbawianych w ten sposób czegoś więcej niż tylko domów.

W powieści poruszamy się naprzemiennie na dwóch płaszczyznach czasowych – w roku 2008, kiedy Hana, główna bohaterka, od lat przebywająca za granicą, wraca w rodzinne strony i próbuje nawiązać kontakt z dawnymi przyjaciółmi, oraz w latach 80., na które przypadają szkolne lata bohaterki spędzone w wiosce nad Wełtawą, która kilka lat później przestanie istnieć.

Prawdę mówiąc płaszczyzna bardziej współczesna niespecjalnie mnie interesowała. Nie wzruszają te wszystkie nagle odkryte tajemnice z przeszłości, przewidywalne zakończenia i pojednania; dużo ciekawsze od nich jest to, co dzieje się w przeszłości. Przejście od młodzieńczej beztroski, wiejskich potańcówek, opalania się nad rzeką, ognisk, posiadówek z tanim winem, plotek i dziewczęcych przekomarzań do bezlitosnej rzeczywistości z czterema wieżami elektrowni atomowej w tle, całe to przyspieszone dojrzewanie bohaterów – to chyba najmocniejszy akcent w powieści Hájíčka.

Elektrownia Temelín
Udało mu się to zderzenie. W tych pierwszych scenach wyraźnie czuć radość i nadzieję nastoletnich lat, atmosferę dorastania w małej wiosce, gdzie wszyscy się znają, w ostatnich – rozpacz i beznadzieję wysiedlonych oraz mroczną determinację tej garstki, która jeszcze się broni przed elektrownią, niczym grupka rozbitków na wzburzonym morzu. Ten wątek życia Hany, która jest najaktywniejszą miejscową działaczką przeciwko wysiedleniu mieszkańców, silnie splata się z jej osobistymi, miłosnymi problemami. To elektrownia – wspólny wróg – połączyła ją z jej ukochanym Petrem, ale i ona w końcu ich rozdziela. Na dryfującej pod prąd tratwie starej chałupy Petra zostaje w końcu tylko Hana. Symbolicznym końcem jej marzeń jest rozbita łazienka, którą z taką starannością odremontował Petr, wierząc jeszcze w możliwość ocalenia domu i ich wspólnego życia w nim.

Wszystko to zmienia bohaterkę – Hana przechodzi gorzką lekcję życia, dorasta. Stopniowo pozbawiana marzeń – najpierw tego o zostaniu nauczycielką w lokalnej szkole (która ostatecznie zostaje zalana wraz z resztą wioski), następnie marzenia o założeniu rodziny i osiedleniu się na stałe w domu Petra – czuje się bezdomna, nie ma dokąd pójść. Decyduje się więc wykorzystać okazję wyjazdu do Londynu. I tak rozpoczyna się jej wędrówka po świecie, w której nigdzie nie może zagrzać miejsca. „Zawsze kiedy gdzieś mi się spodobało, kiedy czułam, że zapuszczam korzenie, to zbierałam manatki i jechałam dalej” – mówi ojcu (s. 313). Wydaje się zadowolona – podróżuje, zwiedza świat, jest w dobrej sytuacji finansowej, ma młodego, kochającego partnera – ale mimo tych pozorów szczęścia jest emocjonalnie skrzywdzona, nieufna, wciąż gdzieś pędzi, jakby nie potrafiła już uwierzyć, że coś dobrego może być na zawsze.

Tato to ziemia

Na tle budowy elektrowni autor kreśli jednak nie tylko historię samej Hany, ale również jej rodziny – pełną traum z przeszłości, tajemnic i skrywanych żalów. Rodziny, która nie potrafi być razem, nie potrafi ze sobą rozmawiać. Centralną – i najbardziej konfliktową – postacią jest tutaj ojciec. Człowiek, który ponad wszystko ceni ziemię – do tego stopnia, że Hana utożsamia go z nią: „Tato to ziemia, brunatna ciężka gleba, nieruchoma w swojej masie, wilgotna, o cierpkiej woni” (s. 87). Po rewolucji z absurdalnym uporem dąży do odzyskania bezwartościowych już gruntów po ojcu, ale być może też dlatego, że mają dla niego wartość sentymentalną: są związane z historią z przeszłości, którą Hana poznaje dopiero po latach i która stawia ojca w innym świetle. Nie usprawiedliwia go – ale pozwala zrozumieć jego rozgoryczenie, fakt, że odreagowywał swój żal na własnej rodzinie. Nagle bezduszny tyran jawi nam się jako człowiek, który przez całe życie wypomina sobie, że w odpowiednim momencie nie był wystarczająco stanowczy, że nie potrafił się postawić.

Może też dlatego taką niechęcią darzy Honzę – tego, który według Hany jest jak wiatr, stale gdzieś pędzi, nie zgadza się, by żyć tak, jak każą mu inni. Zarówno w synu, jak i w córce stary Tomášek dostrzega swoją porażkę wychowawczą, ale również postawę, której po cichu im zazdrości. Czuje być może, że tak samo jak Hana walczy o rozpadającą się chałupę Petra, która jest jej domem, on sam powinien kiedyś walczyć o swoją ziemię, swoje życie, swoją przyszłość. To wszystko stawia go w ludzkim świetle i czyni postacią tragiczną, trochę podobną do innego literackiego despoty, Alfreda Lamberta z Korekt Franzena.

Jiří Hájíček (i elektrownia)
Rybia krew Czechów

Sam Hájíček mówi o Rybiej krwi, że „to powieść pisana bardziej sercem, niż głową” [1]. Temat jest mu bliski – sam pochodzi z okolic, o których pisze w książce, ma wspomnienia związane z zalanymi wioskami. „W tej powieści zagrożone wsie nie mają nazw, chociaż naprawdę istniały” – pisze na wstępie. Irytacja bohaterów, że „młodzi dzisiaj w ogóle nie wiedzą, że kiedyś tam była wieś”, to również jego irytacja. Dzięki temu o losach Hany, jej rodziny, przyjaciół i sąsiadów pisze z dużą dozą empatii. Czuć również, że dobrze zna wiejskie realia, które opisuje, ze wszystkimi ich cieniami i blaskami.

Nieco słabszą stroną książki jest moim zdaniem wspomniany na początku wątek współczesny. Przytłacza dramatyzmem, zbyt wiele tu tajemnic, które nagle wychodzą na jaw, łez i pojednań (choć niektóre postaci pozostają chłodne do końca, i za to plus); czuję też niedosyt, jeśli chodzi o wątek Petra – brakuje mi tu jakiegoś domknięcia. Poza tym nie do końca przekonał mnie kobiecy głos Hájíčka; wyczuwam w nim fałszywe nuty, a jego postaci kobiece, na czele z Haną, wydają mi się momentami drażniąco histeryczne.

Tak czy siak jednak Rybia krew to wciągająca, sprawnie napisana (brawa też dla tłumaczki, czyta się świetnie!) i bardzo emocjonalna opowieść o ludziach, którzy pozbawieni zostali swojego miejsca na świecie – na wiele różnych sposobów. Tych, którzy, ciężko doświadczeni w przeszłości, nie potrafią stawić czoła wyzwaniom przyszłości. O garstce odważnych – jak Hana, ogień, dziewczyna, która walczy do końca – i całej armii biernych i milczących – jak jej powściągliwy, zamknięty w sobie ojciec. Tutaj też leży klucz do interpretacji tytułu książki. Jak wyjaśnia sam autor: „O Czechach z południa mówi się przecież, że mają rybią krew. Dla mnie to metafora bezczynności, melancholii lub powściągliwości. Kto przeczyta książkę, wyciągnie może własne wnioski i po swojemu zrozumie ten tytuł” [2].

***
J. Hájíček, Rybia krew, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

A jeśli ktoś jest ciekawy, jak wyglądały dawne wioski położone w rejonie dzisiejszej elektrowni Temelín, zachęcam, by zajrzeć na tę stronę. Jest tam spora galeria starych zdjęć, przedstawiających mieszkańców, domy i ulice nieistniejących już miejscowości, takich jak Březí, Křtěnov czy Podhájí. Duża dawka nostalgii!

Źródła:
[1] http://www.denik.cz/ostatni_kultura/rozhovor-strihali-me-v-brezi-ktere-zmizelo-kvuli-temelinu-rika-hajicek-20120524-.html
[2] http://www.radioservis-as.cz/archiv13/26_13/26_nalad.htm

Ilustracje:
[1] Motyw z okładki książki, projekt: Magdalena Kocińska | O!Studio / www.ksiazkoweklimaty.pl 
[2] IAEA Imagebank / Wikimedia Commons
[3] Fotografia autora ze strony wydawnictwa / www.ksiazkoweklimaty.pl
[4] Okładka książki ze strony wydawnictwa / www.ksiazkoweklimaty.pl