czwartek, 14 grudnia 2017

Dylematy słoweńskiego Bartona Finka – „Obserwator”, Evald Flisar


Kilka miesięcy temu pisałam o powieści Na złotym wybrzeżu nagradzanego słoweńskiego pisarza Evalda Flisara. Dziś kilka słów o innej książce autora, w której dla odmiany zabiera nas nie na zmęczone upałem afrykańskie pustkowia, ale do amerykańskiej stolicy świata, Nowego Jorku. Obserwator, będący powieścią kryminalno-filozoficzną w klimacie twórczości Paula Austera, wprawił mnie w pewne zakłopotanie... Ale o tym za chwilę.

Tytułowy obserwator to również główny bohater powieści, lublańczyk Simon Bebler, który kryje się za filmowym nazwiskiem Barton Fink. Simon wiecznie ucieka od samego siebie – nie potrafi żyć własnym życiem, nie potrafi zacząć działać, wiecznie stoi z boku. Kiedy ktoś zaczyna drążyć temat, ucieka w filozofię i wygłasza banały o współczesnym świecie, który przeniósł się do sieci i do telewizji. By tylko nie być sobą, wciela się w postaci z książek i filmów i, co gorsza, usiłuje w te role wcisnąć również innych. Kobieta, którą nazywa swoją dziewczyną (co nie przeszkadza mu zmuszać jej do uprawiania seksu z innymi mężczyznami, tak by on mógł patrzeć), wyrzuca mu:
„Zawsze jesteśmy w tym lub innym filmie albo książce. Zmieniasz nam imiona. Byłam Anną Kareniną, ty byłeś Wrońskim. I potem zaczęliśmy niszczyć tę piękną historię miłosną. Raz jesteś Indianą Jonesem, innym razem Terminatorem. Ja za każdym razem jestem jedną z twoich kobiet” [1].
Z wizytą u Vincenta Vegi

W pewnym momencie pasja Simona do zamieniania świata w fikcję obraca się przeciwko niemu. Fantazja wymyka się spod kontroli i swoimi lepkimi mackami wpełza do rzeczywistości – podobnie jak bohater jego sztuki, Simon zapada na groźny nowotwór. Od tego zaczyna się cały łańcuch niezwykłych zdarzeń. Wiedząc, że ma przed sobą tylko rok życia, Simon decyduje się przystać na dziwaczną propozycję pewnego bezdomnego i leci z tajemniczą paczuszką aż do Nowego Jorku. Zainspirowany myślą swojej dziewczyny, postanawia postąpić wbrew swoim obawom, zagłuszając poczucie odpowiedzialności, licząc na to, że poczuje przez chwilę prawdziwą wolność.

Nie udaje mu się jednak – z pułapki życiowej ostrożności oraz własnych fantazji wpada w zupełnie inną, stając się częścią czyjejś opowieści. Czyjejś, to znaczy swojego gospodarza, ekscentrycznego milionera Vincenta Vegi (tak, kolejna zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Vega od początku bardzo skąpi swemu gościowi informacji, kontaktuje się z nim tylko poprzez wiadomości zostawiane na automatycznej sekretarce, a kiedy wskutek nieoczekiwanego splotu zdarzeń Simon ląduje jako bezdomny w Central Parku, na wiele dni tracą kontakt. Dopiero gdy bohater odnajduje swojego tajemniczego opiekuna, część tajemnic zostaje wyjaśniona. Wówczas Simon zostaje wreszcie zmuszony do wyjścia ze swojej wygodnej pozycji obserwatora i musi zacząć naprawdę działać.

W roli Central Parku – jesienny krakowski Park Jordana ;).
…i na kozetce u Woody’ego Allena

Duch Paula Austera unosi się nad całą powieścią – nazwisko pisarza pada zresztą kilkukrotnie w utworze, a jego Trylogia nowojorska odgrywa ważną rolę w jednym z epizodów. Także słowa wypowiedziane w pewnym momencie przez Simona, „czasami myślę, że mnie jako mnie w rzeczywistości nie ma”, są jakby nawiązaniem do tego cytatu Austera: „Pisarz w pewnym sensie w ogóle nie ma życia. Niby jest, ale właściwie nie istnieje”.

By podkreślić absurdalność sposobu, w jaki Simon/Barton z początku postrzega świat i podchodzi do niego, Flisar zaludnia swoją opowieść sobowtórami gwiazd kina, posługujących się nierzadko tym samym co gwiazda nazwiskiem – mamy tu psychoterapeutę Woody’ego Allena, groźnego oprycha Bruce’a Willisa, chorą na AIDS Ajsi-Disi, wyglądającą kropka w kropkę jak Uma Thurman, i wreszcie samego Vincenta Vegę – człowieka o wyglądzie Ala Pacino, nazwisku bohatera Pulp Fiction oraz wielkiej fortunie i mętnej przeszłości w stylu Jaya Gatsby’ego. Sam Simon przechodzi stopniową przemianę, od irytującego młodego pozera do zaangażowanego, odpowiedzialnego za innych człowieka. Przemiana dokonuje się symbolicznie w momencie, kiedy wreszcie za twarzą filmowej gwiazdy potrafi dostrzec kogoś takim, jaki jest naprawdę – i takim go pokochać. (O czymś podobnym pisał niedawno również Grégoire Delacourt).

O emocjach bez emocji

Tematy, które wysuwają się na pierwszy plan w powieści Flisara, to wolność i różne formy zniewolenia. W niektóre z nich wpędzamy się sami – na przykład, jak Simon, uciekając w pozorną wolność fantazji lub dążąc do osiągnięcia określonej pozycji społecznej i bogactwa. Więzieniem, jak dowodzi znajomy kloszard Simona z Central Parku, może być również luksusowe mieszkanie, więzieniem dla osoby chorej jest samo życie (a samobójstwo – wyzwoleniem). W wielu z tych więzień jest nam wygodnie, dlatego szukamy w nich schronienia, jak Simon, który zrzuca z siebie odpowiedzialność poddając się woli Vegi. Prawdziwie jednak dojrzewa, kiedy dochodzi do wniosku: „Czy największa wolność nie tkwi w obowiązku, który sam sobie wyznaczysz? A największe niewolnictwo w wolności, którą podarują ci inni?” (s. 331).

Co mi jednak w tym wszystkim przeszkadzało, to że Flisar pisze o życiu, z całą jego złożonością, i wchodzeniu w to życie, a robi to z zupełnym chłodem. Pisze o emocjach… bez emocji. Pisze tak, jakby to on sam wciąż był obserwatorem. I nie mogę go rozgryźć – bo nie wiem, czy to literacki mankament, czy pewien celowy zabieg. W końcu to nie jest, i nie miała być, powieść psychologiczna, a być może tym emocjonalnym chłodem autor chce coś dodatkowo powiedzieć – że tytuł jest bardziej wieloznaczny, niż mogłoby się wydawać. Na ten trop naprowadza też wypowiedź Flisara w wywiadzie dla polskiego wydawcy:
„Każdy z moich bohaterów albo postaci dramatycznych jest w mniejszym albo większym stopniu moim ego. Nie potrafię sobie wyobrazić, aby było inaczej. Prawie wszyscy moi bohaterowie z natury są niezadowoleni z życia, z rzeczy takimi, jakie są, dlatego cały czas uciekają w większe lub mniejsze odstępstwa od realności, do wygodnych wymyślonych, alternatywnych światów, w których mogą być tacy, jacy chcieliby być, i w których życie jest takie, jakie mogłoby być” [2].
Faktem jest jednak, że mimo wciągającej historii i sporego materiału do przemyśleń, jakiego dostarcza Obserwator, w powieści dostrzegam wyraźny niedostatek uczuć, przez co postaci wydają się momentami papierowe. (Patrz: scena próby, jakiej poddany zostaje Simon; nie zdradzam więcej, by nie spoilerować).

Nie do końca podobał mi się również sposób, w jaki bohaterowie formułują swoje przemyślenia – momentami niepokojąco na pograniczu mądrości à la Paulo Coelho. Frazesy typu „Nigdy nie jest za późno na prawdziwe życie”, „To nie my piszemy życie, życie pisze nas”, natchnione pytania retoryczne czy rzucone w twarz manipulatorowi Vedze „Jest pan żądnym zemsty upadłym aniołem” trochę mnie śmieszyły, trochę wprawiały w zakłopotanie. I znów – jako element kreacji bohatera, jakim jest na początku powieści Simon, pretensjonalnego i przemądrzałego, sprawdziłyby się rewelacyjnie, ale podobne słowa padają nie tylko z jego ust i nie tylko w początkowych fragmentach historii… Aż chciałoby się powtórzyć za jedną z bohaterek: „Wybacz, Barton, ale twoje zdania są czasem trochę płytkie” (s. 332).

Można przeczytać, ku refleksji. Czy i my nie jesteśmy przypadkiem obserwatorami? W czyjej historii robimy za bohatera?

***
E. Flisar, Obserwator, przeł. Marlena Gruda, wyd. Ezop, Warszawa 2017.

Źródła:
[1] Flisar E., Obserwator, przeł. Marlena Gruda, wyd. Ezop, Warszawa 2017, s. 15.
[2] Artysta słowa, podróżnik, humanista. Rozmawiamy z Evaldem Flisarem„Informator literacki wydawnictwa Ezop”, 2017. 

Ilustracje:
[1] ParentRap / pixabay.com,
[2] zdjęcie własne,
[3] okładka książki ze strony wydawnictwa Ezop / ezop.com.pl

niedziela, 10 grudnia 2017

Siedem ważnych książek na siódme urodziny

Tak, to już dziś. Siedem lat Literackich Skarbów Świata Całego. Siedem lat czytania, siedem lat recenzowania, analizowania, zachwytów (przeważnie) i krytyki (sporadycznie).

Zastanawiałam się, jak uczcić ten dzień, i w końcu wymyśliłam, że przygotuję małe zestawienie. Z okazji siedmiu lat – siedem najważniejszych książek, o których pisałam. Oczywiście jest to lista bardzo subiektywna, a klucz – emocjonalny, jak to u mnie. Książki, które w ciągu tych siedmiu lat zrobiły na mnie największe wrażenie, które coś we mnie zmieniły, wzruszyły na różne sposoby. Książki przełomowe, znaczące z jakichś powodów.

Starałam się jednak, by były to też wybory nietypowe, pozycje nieoczywiste, może trochę mniej znane, i dlatego nie znalazł się tu choćby Proust, choć wrażenie zrobił ogromne. Z każdego roku blogowania wybrałam jedną, co nie było proste, bo bywały lata, kiedy trafiało mi się wiele niezapomnianych historii. Oto więc moje literackie crème de la crème ostatnich siedmiu lat. Kliknięcie w tytuł przekieruje Was do mojej recenzji.


Tylko klucz „nieoczywistości” zadecydował o tym, że ta książka wygrała w moim zestawieniu z Zabić drozda, które przeczytałam w tym samym roku i które było dla mnie literackim objawieniem. Dzieło Shawa jest chyba jednak mimo wszystko mniej znane, a nie mniej warte wzmianki. Opowieść o kobiecie, która swoją małżeńską zdradą krzywdzi wiele osób – a zadane rany okazują się głębsze, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Autor poprzez psychologiczne niuanse ukazuje wewnętrzną dezintegrację rodziny, która oficjalnie pozostaje razem. I piękny fragment o tym, co daje człowiekowi posiadanie dzieci, zacytowany zresztą w moim wpisie. Ocean emocji. Recenzja TU.


Nie mogło być inaczej. Choć minęło prawie sześć lat, odkąd przeczytałam tę powieść, wspominam ją z niesłabnącym zachwytem. Dość dziwaczna fabuła – opowieść o małym geniuszu Gouldzie, żyjącym jedną nogą w świecie fantazji, wśród wymyślonych przyjaciół, który szczęśliwie spotyka na swojej drodze drugą pokręconą istotę, natychmiast podejmującą jego grę, młodą kobietę Shatzy Shell – oraz forma utworu, w której spotykają się m.in. western i relacja sportowa, nie oddają zupełnie tego, co ta książka robi z czytelnikiem, sposobu, w jaki pobudza szare komórki, skłania do rozmyślań, ściska za gardło. Nie potrafię pogodzić się z tym, że Baricco jest znany przede wszystkim jako autor Jedwabiu, a City jest u nas tak mało znane. Z drugiej strony jednak zdaję sobie sprawę, że to powieść, która jak żadna inna wymaga od czytelnika określonej literackiej wrażliwości – i po prostu nie jest dla każdego. Recenzja TU.


Jedna z tych książek przełomowych, bo pokazała mi, jaki Bukowski jest naprawdę. I uważam ją za pierwsze moje prawdziwe spotkanie z jego twórczością, puszczając w niepamięć lekturę Kobiet, które na tym wstępnym etapie naszej znajomości wyjątkowo mnie zniesmaczyły (ale spełniły swoją podstawową rolę – pomyślałam, że przecież za tą obsceną musi się jeszcze coś kryć, i postanowiłam drążyć sprawę). Gdyby nie Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu, nigdy bym Bukowskiego nie zrozumiała – i nigdy bym się nie dowiedziała, jak bardzo podobnie odczuwamy świat. A ponieważ dziś to drugi najdroższy mi pisarz, zaraz po Hrabalu, ten zbiór musiał się tu znaleźć. Recenzja TU.


À propos Hrabala. Książka czytana jeszcze w czasach przedblogowych, ale odświeżona w roku hrabalowskim, z okazji 100. rocznicy urodzin autora. Znalazła się tu oczywiście dlatego, że bez niej nie byłoby Literackich Skarbów Świata Całego (i nie ma znaczenia to, że zasługę przypisać należy tłumaczowi, Andrzejowi Czciborowi-Piotrowskiemu, bo w oryginale tytuł jest zupełnie inny). A także dlatego, że w tym zestawieniu po prostu nie mogło Hrabala zabraknąć. Oraz po prostu dlatego, że to piękna, niezasłużenie trochę zapomniana książka – o starości, która odbiera godność, i rozpaczliwych próbach tej godności zachowania, o młodym duchu w schorowanym ciele, o odchodzeniu i żegnaniu się z przeszłością. Ale z uśmiechem, bo to przecież Hrabal. Czysta nostalgia. Recenzja TU.


Kolejna w tym zestawieniu książka o rodzinie – obok dzieciństwa to mój ulubiony literacki temat – trącająca jednak również poruszony u Hrabala motyw starości. Wciąż jedna z ważniejszych w moim życiu, mimo że spotkanie z autorem na Festiwalu Conrada dwa lata temu brutalnie rozwiało moje złudzenia na jego temat (pisałam o tym tutaj). Zabawna, ironiczna, gorzka, ale równocześnie pełna empatii, z wyczuciem i delikatnością ukazująca osobiste dramaty poszczególnych członków rodziny Lambertów, których tak łatwo skrzywdzić powierzchowną oceną. Do tego napisana z rozmachem godnym XIX-wiecznych mistrzów pióra. Dla mnie – arcydzieło. Recenzja TU.


Jedna z moich ulubionych (jeśli nie ulubiona) pisarek oraz spojrzenie za kulisy jej twórczości. Ten wybór listów pisanych do męża, Johna Middletona Murry’ego, pokazuje – bardziej chyba, niż którykolwiek zbiór jej opowiadań – jaką wspaniałą obserwatorką była Katherine i z jaką radością i entuzjazmem podchodziła do życia. Pokazuje również jej cudowne poczucie humoru oraz, żeby nie było za słodko, jej zmienność nastrojów i cięty język. Inspirująca, upajająca lektura! Recenzja TU.


Na koniec – polska perełka. Trafiła w moje ręce przypadkiem, co potwierdza tylko, że przypadków nie ma. Na zaszczytne miejsce w tym zestawieniu zasłużyła sobie ogromnymi pokładami empatii (empatia w literaturze jest dla mnie, jak widać, bardzo bardzo ważna), obrazem trudnej miłości macierzyńskiej i kobiecego niespełnienia, myślą przewodnią – że ten zwyczajny Śpik, który nigdy o nic nie pyta i zawsze siedzi cicho, taki brzydki i głupi, jest bardziej niezwykły niż wszyscy jego koledzy i koleżanki, więcej widzi, mocniej kocha. Recenzja TU.

I to tyle. Mam nadzieję, że przede mną kolejne siedem blogowych lat, i że za te siedem lat będę Was mogła uraczyć kolejnym pięknym zestawieniem. A na razie – zapraszam wszystkich na urodzinowego eklera! Smacznego!

piątek, 8 grudnia 2017

Nie bądź jak człowiek!, czyli „Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt”

Pierwszym, co zwraca uwagę w przypadku tej książki, jest jej forma – ogromne, ciężkie, wspaniale zilustrowane tomiszcze, jak z tych obrazków, na których dziecko trzyma na kolanach rozłożoną książkę i wpatruje się w nią z rozdziawioną buzią. Jest piękna. Forma nie powinna jednak odwracać zbytnio uwagi od treści – bo i w środku kryją się piękne rzeczy.

Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt to historie powstałe w pierwszej połowie XIX wieku, spisane wówczas przez wybitnych francuskich autorów (wśród nich m.in. Balzac, Nodier i George Sand) i wydane w roku 1853 z ilustracjami, a właściwie do ilustracji, Grandville’a. Jak pisał wówczas wydawca Pierre-Jules Stahl:
„Naszym zamysłem przy publikacji tej książki było nadanie daru wypowiedzi wspaniałym Zwierzętom Grandville’a oraz wspomaganie piórem jego ołówka. Tak aby skrytykować dziwactwa naszej epoki – te, które są ponadczasowe oraz wspólne dla wszystkich krajów (…). Wybraliśmy tę formę, a nie inną, ponieważ pozwoliła nam ona być szczerym bez brutalności, opowiadać nie o ludziach i faktach, a raczej o postaciach i typach” (s. 9).
Już z tego wstępu widać więc, że choć forma jest niewinna i przywodzi na myśl literaturę skierowaną do najmłodszych, w rzeczywistości w tych opowieściach kryją się ogromne pokłady ironii i uszczypliwości. Taki elegancki sposób, by dać wszystkim… po pupie. Jak to zwykle bywa, dziwactwa okazały się uniwersalne i aktualne do dziś, i dzięki temu historie te czytać można z ogromną przyjemnością także w oderwaniu od kontekstów historycznych. Stąd pomysł Madleny Szeligi i Jakuba Sokołowskiego, by zaprezentować je w uwspółcześnionej wersji dzisiejszym czytelnikom.

Jaskółka jest feministką

Zwierzęta, choć są tu stale w opozycji do człowieka, są równocześnie bardzo ludzkie – mają swój sejm, swoje wydawnictwo (w którym publikowane są właśnie Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt), bywają konformistyczne lub porywcze, wojownicze i spragnione zemsty, zakochują się, zawierają związki małżeńskie, umierają z miłości lub tęsknoty. Wyrażają też ludzkie poglądy. Poznajemy dżdżownicę, która życzy sobie, by wszyscy byli równi i by wszystko było własnością wszystkich, cierpiącą z miłości kotkę angielską, niedźwiedzia-filozofa (to ten, który należał do lorda Byrona), psa-krytyka teatralnego, wyzwoloną jaskółkę-feministkę. Poznajemy Trzmiela Eugeniusza, który smali cholewki do pszczelej księżniczki, oraz Mrówkę, która pragnie mieć dzieci i decyduje się przygarnąć pewnego Motyla-sierotę. Część obyczajów zostaje zwierzętom zaszczepiona przez wychowanie lub narzucona siłą przez ludzi, część, zafascynowane, przejmują same. I tak – wyzwolona Jaskółka rozmyśla sobie:
„Wszędzie, na każdym dosłownie kroku, napotykam zniewolenie. Zwłaszcza kobiety zniewolone są przez mężczyzn. Muszą wysiadywać jaja i nikt nie pozwala im realizować swoich ambicji. Nie ważne, czy chciałyby pisać wiersze, czy polować. Siedzą w gniazdach i tyle mają z życia” (s. 170).
Z kolei Gołąb jest, też bardzo po ludzku, przytłoczony monotonią dorosłego życia. Marzy o przygodach, nowych znajomościach, ciekawych historiach do opowiadania:
„Chciałem mieć po prostu ciekawe życie. Realne, prawdziwe i ciekawe życie. Nie chciałem, aby kiedykolwiek zabrakło mi fascynujących historii do opowiadania. Wiadomo bowiem, jak to jest z dorosłymi. Niech no tylko się ich ktoś zapyta «co słychać?», a oni już zaczynają swoje nużące, po tysiąckroć powtarzane historie o tym, co nowego w pracy. A tak naprawdę każdy ich dzień wygląda dokładnie tak samo” (s. 173).
Ten zły i brzydki człowiek

Niemal każde opowiadanie kończy się jednak tym samym morałem – to człowiek jest winien wszelkiego zła. Zając w pewnym momencie wymyśla powiedzonko „Świat schodzi na ludzi” i nawołuje do walki z człowiekiem, który „kryje się w nas”. Również kotka Piękna stwierdza, że to narzucone kotom ludzkie obyczaje w postaci więzów małżeńskich doprowadziły do jej życiowej tragedii. „Samotność i człowiek to dwie najgorsze rzeczy, jakie mogą przydarzyć się zwierzęciu” (s. 97) – podsumowuje dobitnie Krokodyl. I nawet fakt, że mama pszczoła opowiada małym pszczółkom już tylko smutne bajki na dobranoc, to wina człowieka. („Ratujmy pszczoły” – przypominam sobie wszechobecne dziś hasło, kiedy o tym myślę).

Nie wiem jak Was, ale mnie ta bakteria
autentycznie przeraża!
Człowiek w żadnym wypadku nie jest tu dumnym panem wszelkiego stworzenia. Jest miękki i różowy, nieopancerzony, brzydki – to pewnie dlatego ciągle nosi na sobie jakieś kolorowe szmaty, tłumaczą sobie zwierzęta. Wiecznie mamrocze pod nosem, dużo mówi, ale i tak nikt go nie rozumie. Wszystko komplikuje. „Gdyby wysyłali proste komunikaty, wzorem mądrych zwierząt, nie wiedzieliby, co to nieszczęście w miłości” (s. 197).

Trochę romansu, trochę kryminału

W poszczególnych historiach autorzy krytykują ludzi i ich obyczaje na różne sposoby. Klucz do użytku zwierząt, które chcą osiągnąć szczyty to cudowna satyra na świat nauki (aktualna zresztą do dziś, bo wciąż przecież słyszy się o przypadkach lansowania się naukowców na podstawie sfałszowanych wyników badań). Podróż Wróbla i obserwacje państwa mrówek, pszczół i wilków to ewidentnie aluzje do różnych państw i ich ustrojów – mrówki, zniewolone i wykorzystywane, mimo wszystko czują szczęście, bo „są częścią największego i najpotężniejszego Imperium Mrówczego na świecie”. Cierpienia pewnego Skarabeusza jest z kolei ironicznym obrazem wyższych sfer i ich rozrywek, w tym nowych form sztuki. Stonoga gra na swoim instrumencie niemiłosiernie fałszując, ale za to wieloma nogami naraz, wyczyniając przy tym dzikie pląsy, za co zbiera równie dziki aplauz.

Obok tekstów gorzkich i uszczypliwych są tu też opowieści naprawdę smutne. Łzy z oczu wyciska historia Wrony, która w trakcie burzy straciła całą rodzinę, po czym wyrusza w podróż i poznaje tragedie innych zwierząt. Bohaterowie książki przejmują od ludzi nie tylko obyczaje i zachowania, ale również ich najgłębsze, najbardziej bolesne uczucia.

A swoją drogą niektóre spośród tych historii to wspaniałe, zwierzęce warianty opowieści znanych z klasyki literatury – wspomniane Cierpienia kotki angielskiej, jakkolwiek absurdalnie to brzmi, to jakby zapowiedź flaubertowskiej Pani Bovary. Rozmiłowana w XIX-wiecznej poezji kotka, znudzona swoim plebejskim mężem Puchem, rzuca się w ramiona francuskiego kochanka Brisqueta. Zakończenie też, jak u Flauberta, nie jest zbyt szczęśliwe…

I ciekawostka – jest tu nawet historia kryminalna! Poszło o Owcę zamordowaną wraz z Jagnięciem, ale najważniejszy okazuje się aspekt moralny całego procesu – bo Wilk rzeczywiście jest najbardziej oczywistym podejrzanym, ale czy naprawdę był winny? Bardzo przewrotne jest zakończenie tej mrocznej opowieści.

Nie komplikuj

Każda z tych historii mówi o nas coś, co nie jest nam łatwo przełknąć. Wiele z nich to klasyczne bajki z morałem – na stronicach Scen z życia prywatnego i publicznego zwierząt roi się od prostych mądrości. Ciesz się tym, co masz. Nie wstydź się ucieczki, gdy przeciwnik jest zbyt silny. Nie rozmyślaj za wiele i nie filozofuj. Nie kombinuj. Nie komplikuj. „Chcesz być szczęśliwy? Nic prostszego! Wystarczy, że będziesz wolał burzę od słońca, chłód od ciepła i ból od przyjemności” (s. 193). A przy tym wszystkim zwierzęce historie skrzą się humorem, więc śledząc je na zmianę popadałam w zadumę, śmiałam się i płakałam. „Tam też mieliśmy dokonać rzezi tak okrutnej, że gdybym opisał ją panu w szczegółach, włosy stanęłyby panu dęba na głowie. Och, przepraszam! Widzę teraz, że pan nosi perukę” (s. 46) – mówi zakochany w Kokoszce Lis do Orangutana.

Wspaniała, wspaniała inicjatywa małego krakowskiego wydawnictwa Gereon. Bardzo to tomiszcze polecam, nie tylko jako efektowną ozdobę biblioteczki. A na koniec i na zachętę jeszcze jeden humorystyczny akcent (z zapewnieniem, że moje pocałunki nie mają w sobie nic z ukąszeń!):
„Była tylko jedna grupa wytwornych zwierząt, którą wszyscy omijali, pozdrawiając ją z daleka skinieniem głowy. To krytycy – wiedziałem to na pewno, widząc ich drapieżne pazury i pocałunki, które przypominały ukąszenia. Niech się Pan zastanowi, błagam Pana, co za zawód Pan wykonuje!” (s. 58).
***
Praca zbiorowa, Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt, przeł. Ewelina Zaucha, Katarzyna Fijołek, adaptacja lit. Madlena Szeliga, Jakub Sokołowski, wyd. Gereon / AA, Kraków 2015.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

niedziela, 3 grudnia 2017

Blogerski idealizm kontra rzeczywistość, czyli garść wrażeń z Literackiej Stolicy

Miło jest czytać i pisać, siedząc zagrzebaną w swojej prywatnej norce, ale od czasu do czasu, by do reszty nie zdziczeć, zdarza mi się też wychylić z tej norki nos i pobyć wśród ludzi. Szczególnie miło i ciekawie jest pobyć wśród przedstawicieli swojego „gatunku”, dlatego też w ubiegły weekend skorzystałam z okazji do spędzenia kilku godzin w towarzystwie… blogerów. A okazją tą była Literacka Stolica, czyli warszawskie spotkanie blogerów książkowych, zorganizowane przez zaprzyjaźnione blogerki – Olę z Parapetu Literackiego, Klaudię z Z książką do łóżka oraz Maję z Zaczytana do samego rana.

Nieocenione organizatorki!
I choć zaraz po ogłoszeniu informacji o spotkaniu mój entuzjazm był wielki, do Warszawy jechałam już w nastroju z lekka sceptycznym. Organizatorki przewidziały bowiem w programie wydarzenia trzy prelekcje, których tematy były dla mnie – delikatnie mówiąc – niezbyt interesujące :). Pierwsza prezentacja należeć miała do Rafała Hetmana z CzytamRecenzuję.pl i dotyczyć miała „budowania marki” bloga, następnie Justyna Suchecka i Natalia Szostak z Krótkiej Przerwy opowiedzieć miały o książkach w YouTubie, a na koniec przewidziano kilka słów o Instagramie w wykonaniu Diany Chmiel z Bardziej Lubię Książki Niż Ludzi oraz Pauli Sieczko z Rude Recenzuje.

Czemu niezbyt interesujące? Zdecydowanie lepiej wychodzi mi pisanie niż mówienie, więc filmików o książkach nigdy nagrywać nie będę, a Instagrama też zakładać nie zamierzam – taki mój mały bunt, bo mam wrażenie, że ta obsesja fotografowania książek spycha już trochę na margines to co najważniejsze, czyli treść. Jeśli natomiast chodzi o temat pierwszej prelekcji – to, o czym miał opowiadać Rafał, kłóci się z moją, może trochę anachroniczną, wizją blogowania jako czegoś, co przede wszystkim ma sprawiać radość, tworzyć więzi, ale nie w sensie „biznesowym”, tylko takim czysto ludzkim. Dzielić się swoimi opiniami o książkach, wyrażać zachwyt albo wątpliwości, wymieniać zdanie z innymi czytelnikami – ale bez silenia się na cokolwiek, bez zmieniania się na potrzeby publiki, bez udawania. [Wiem, trochę to idealistyczne :)].

Ale przecież byłabym hipokrytką, gdybym napisała, że nie zależy mi na popularności. Że zamierzam sobie mentalnie siedzieć w tej blogosferze sprzed sześciu lat, takiej, jaką była, kiedy zaczynałam blogować, i zamykać usilnie oczy na to, jak się wszystko zmienia. Oczywiście, że chciałabym mieć więcej czytelników. Bo wkładam w swoje teksty mnóstwo czasu, energii i serca i czasem jest mi smutno, że ten wysiłek do tak niewielu osób dociera. Bo piszę o dobrych książkach i wydaje mi się, że mam o nich coś ciekawego do powiedzenia. Bo chciałabym, by dzięki mnie więcej ludzi się o nich dowiedziało i ściągnęło je z półki zamiast bestsellerów Empiku. Ale też dlatego, że to zwyczajnie miłe – mieć świadomość, że ma się wpływ na czyjeś czytelnicze wybory, że ktoś śledzi to, co robisz, podziwia Cię i szanuje.

Dlatego postanowiłam przyjechać, zobaczyć, posłuchać – bez uprzedzania się na wstępie. Do sugestii Rafała podeszłam z otwartą głową – a nuż jednak znajdzie się wśród nich coś, co mogłabym zastosować bez szwanku dla mojej własnej wizji blogowania? :)

Rafał Hetman (CzytamRecenzuję.pl).
Rafał mówił o tym, jak ważne jest kreowanie własnego wizerunku. Że podstawa to sprawiać wrażenie ładniejszego i mądrzejszego, niż się jest w rzeczywistości. [Ups! W praktyce wygląda to u mnie dokładnie odwrotnie]. Że najlepiej, jeśli blog jest sprofilowany – na przykład nastawiony na konkretny rodzaj literatury [a że czeska, to się liczy?] – lub jeśli łączy dwie różne dziedziny, czyli na przykład książki + muzyka czy książki + podróże. [Ups! A ja jestem absolutnie literaturocentryczna – niczym innym nie potrafię się na serio w życiu zainteresować]. Że ważna jest spójność wizualna. [Tu też mam problem! Bo chcieć bym chciała, ale nie znam się, nie wiem zupełnie, jak się za to zabrać]. Że opłaca się pisać o blogosferze i jej problemach, bo niewiele osób to robi. [Naprawdę? Ja mam ostatnio wrażenie, że wszyscy]. Że pomaga lans na znajomość z pisarzem :). [Hmm…] Że aby być traktowanym poważnie, trzeba wyjść z wirtualu do realu – prowadzić spotkania autorskie, pisać do gazet, patronować. [I to chyba najbardziej sensowna, ale i, wydaje mi się, najtrudniejsza do zastosowania rada]. Że dobrze jest wybierać takich partnerów, którzy dobrze wyglądają i dodają prestiżu. [A ja mam jednak słabość do małych wydawnictw i niezbyt znanych autorów…] Że jeśli chodzi o prestiż, sprawdzają się też wywiady z pisarzami, ale wysiłek, jaki trzeba w nie włożyć, nie przekłada się na wyświetlenia. [U mnie zdecydowanie czasu na to brak]. Że publikować trzeba dużo, często i wszędzie – nie tylko na blogu, ale i w mediach społecznościowych. [Jak wyżej, ech]. Że dobre wrażenie robi oficjalny ton maili. [Uf! To akurat żaden problem]. I że oprócz tego wszystkiego podstawą jest oczywiście wartość samych publikowanych tekstów. [Właśnie! Gdzieś to ginie, a to przede wszystkim trzeba podkreślać, o tym mówić, ten temat rozwijać].

Gdybym więc chciała pójść tą ścieżką, musiałabym zmienić sporo rzeczy, które niekoniecznie zmieniać chcę. Najwyraźniej nie jest mi pisane zawojować blogowy świat. Było za to jedno pozytywne zaskoczenie – że zarabianie na blogu wcale nie musi polegać na recenzowaniu za pieniądze. Miło wiedzieć, że ta śliska droga nie jest jedyną dostępną :).

Justyna Suchecka i Natalia Szostak (Krótka Przerwa).
W trakcie kolejnej prezentacji dziewczyny z Krótkiej Przerwy mówiły trochę o sprzęcie do nagrywania (że wcale nie musi być drogi i profesjonalny) i trochę o statystykach (smutna obserwacja: najlepszą oglądalność zgarnia – niespodzianka! – nie materiał o książkach, a ten o serialach i o… rogalikach drożdżowych). Przekonywały, że warto mimo wszystko robić rzeczy, które nas bawią i sprawiają nam przyjemność, nawet jeśli nie mają zbyt wielu wyświetleń, i że ważne jest wzajemne wspieranie się w blogosferze/vlogosferze – bo, jak stwierdziła Natalia, „im większy będzie torcik, tym większy nam wszystkim dostanie się kawałek”. Ładnie powiedziane!

Prelekcja Diany i Pauli była chyba najbardziej merytoryczna – dziewczyny skupiły się na regulaminie Instagrama i praktycznych wskazówkach dotyczących publikacji zdjęć i ich tagowania. Czyli dla osób korzystających z serwisu wiedza zapewne przydatna.

Diana Chmiel (Bardziej Lubię Książki Niż Ludzi) i Paula Sieczko (Rude Recenzuje).
Między prelekcjami i po nich był czas na rozmowy, a ukoronowaniem spotkania było rozdanie paczek z książkami od partnerów wydarzenia (wszyscy – na poniższej grafice) oraz wymiana książkowa. Oprócz torby pełnej książek przywiozłam też do domu uroczą ręcznie robioną zakładkę od Alkanba, która trafiła do mnie drogą losowania. Mój zdobyczny zestaw wyglądał więc tak (plus Marilyn na Manhattanie Elizabeth Winder, którą już mam, więc oddałam na wymianę):

Lion. Droga do domu z wymiany, resztę znalazłam w swoim pakiecie dla uczestników :).
Fundatorzy prezentów.
Nasze blogerskie grono ugościła w swoich progach młodziutka kawiarnia Big Book Cafe. Miejsce, moim zdaniem, jak na taką liczbę osób sprawdziło się idealnie – dzięki otwartej przestrzeni nie było zbyt ciasno, ale wnętrze jest również przytulne i ciepłe.

Podsumowując, przypuszczam, że spotkanie trafiło w potrzeby osób, które chciałyby zdobyć większą publikę, które szukają właściwej formy dla swojego bloga i zastanawiają się nad swoim własnym wizerunkiem jako blogera. Mnie osobiście gdzieś pod tym wszystkim zginęła literatura i frajda z pisania o książkach, czyli chyba sens tego, co robimy. Bardzo jednak doceniam profesjonalne przygotowanie wydarzenia, trud organizatorek oraz oczywiście samą inicjatywę! Z zaciekawieniem i nadzieją wypatrywać będę kolejnych odsłon.

piątek, 1 grudnia 2017

Wspomnienia jak puch w powietrzu. Czeska zapowiedź: Antonín Bajaja, „Nad piękną, modrą Dřevnicą”

Już dziś premiera polskiego wydania Nad piękną, modrą Dřevnicą Antonína Bajai – przepięknej książki, w której autor wraca wspomnieniami do swojego „burżuazyjnego” dzieciństwa w tużpowojennym Zlínie, mieście Tomáša Bati. Powieść, będąca w zasadzie zbiorem listów pisanych do siostry w różnych okresach życia, jest prawdziwą skarbnicą obrazów, smaków i zapachów zapamiętanych z lat dziecięcych. Barwna, nostalgiczna, pełna humoru i ciepła – i bardzo w tym wszystkim „czeska” i hrabalowska.

Polscy czytelnicy mogą się zapoznać z opowieścią Bajai dzięki przekładowi pani Doroty Dobrew. Z okazji premiery książki, której Literackie Skarby patronują, zamieszczam fragmenty wywiadu z autorem, przeprowadzonego siedem lat temu przez Terezę Willoughby i zamieszczonego na portalu Novinky.cz. Już te kilka odpowiedzi daje dobry obraz tego, jakim człowiekiem jest Bajaja i w jakim stylu snuje swoje urocze historie o przeszłości. Mam nadzieję, że ta próbka zachęci Was do lektury!

***
Pana wspomnienia są ściśle związane z miejscem, gdzie się Pan urodził i spędził swoje dzieciństwo, a więc ze Zlínem i okolicami. Czy krajobraz jest dla Pana przestrzenią ludzkiej pamięci?

Czternaście lat temu w miejscowości Stráž pod Ralskem odbyła się konferencja Literatura i krajobraz. Zapytałem wtedy mnóstwo ludzi, z czym kojarzy im się krajobraz, a potem przeanalizowałem ich odpowiedzi. 89% uczestników mojego badania łączyło krajobraz z przyrodą. Trzy czwarte z nich mówiły o krajobrazie dzieciństwa, czyli takiej podkładce dla naszej pamięci. I do tej większości należę również ja (…).

Tak, pamięć jest tą najbardziej osobistą krainą, po której można również błądzić. Przypomniała mi Pani znany fragment Boskiej komedii:
W połowie drogi naszego żywota
W pośród ciemnego znalazłem się lasu,
Albowiem z prostej zbłąkałem się ścieżki [tłum. Antoni Robert Stanisławski].
Odwieczne poszukiwania własnej drogi. Bez pamięci jesteśmy zagubieni. Ale nie tylko my pamiętamy, krajobraz również. Niedawno byłem na spacerze w okolicach Zboženskiego stawu, to w okolicach Zlína, takie miejsce otoczone lasami. Piszę o nim w mojej książce. Gdy byłem dzieckiem, razem z rodzicami i ich znajomymi obserwowałem tam zaćmienie słońca. Niektóre rzeczy przez te lata pozostały bez zmian, niektóre, rzecz jasna, się zmieniły. Wciąż stoi tam drewniany krzyż postawiony na pamiątkę dawno spalonej osady, wciąż woda jest „żółtawa jak oczy kotów, kiedy na wiosnę żenią się wniebogłosy”, powietrze wciąż pachnie błotem, gnijącymi liśćmi, czarnym bzem i grzybami, tyle tylko, że trawiasty brzeg, gdzie rozbiliśmy nasz obóz, ocieniają dziś gałęzie grabów i olch. Mimo to udało mi się wygrzebać tam osmolony kamień, pozostałość ogniska, na którym w połowie ubiegłego wieku pani Ronzová gotowała gulasz. Kawałek dalej jest las rozdarty przez szkody górnicze, ale koleiny po traktorach, ta trauma, już zarastają. Nagle słyszę rechot żab. Teraz. Pani też?

Okładka czeskiego wydania.
Może, ale wróćmy do książki. Niektóre z tekstów, które się w niej pojawiły, napisał Pan wcześniej i nie były one przeznaczone do publikacji. Co sprawiło, że zmienił Pan zdanie?

To się działo stopniowo. Po ukończeniu szkół harowałem na wsi. Przede wszystkim w latach 60. i 70., kiedy powstało wiele moich literackich manifestów, refleksji, zabaw. Od rana do wieczora pilnowałem ludzi przy pracy, płaciłem im, ale też pasłem krowy, sprzątałem w oborach, nawoziłem pola, pomagałem przy żniwach i sianokosach. Do domu wracałem wykończony. Nie chodziło tylko o zmęczenie fizyczne, odczuwałem też silne przygnębienie, zwłaszcza po nastaniu sowieckiej okupacji. Spisywanie wspomnień z burżuazyjnego dzieciństwa pomagało mi, przenosiło mnie do bardziej gościnnych światów. Wysyłałem później te teksty siostrze Janie do Pragi, by jej przypomnieć niektóre wydarzenia, głównie zabawne. Wtedy nie dało się ich opublikować. Z czasem wiele listów zniknęło gdzieś w pudełkach między szpargałami, o niektórych zapomniałem, niektóre zgubiłem. Mimo to znalazło się ich później tyle, że były tylko dwie opcje: wyrzucić je albo wykorzystać (…).

W swojej książce nawiązuje Pan do filmu Amarcord Federica Felliniego. Czy chciał Pan w ten sposób między innymi uwidocznić podobieństwa pomiędzy rosnącym w siłę włoskim faszyzmem a tym, co działo się po wojnie w Czechosłowacji?

Tak. Amarcord pomógł mi pokazać, że wszystkie reżimy oparte na ideologii usprawiedliwiającej przemoc wyglądają i działają podobnie. Że to odgrywany setki razy ten sam szlagier z głośnym początkiem i haniebnym, zwykle tragicznym zakończeniem. Obawiam się, że ludzie są na takie szlagiery bardzo podatni (…).

Ale powiedziała pani: między innymi, a więc zasugerowała Pani, że nie chodzi tylko o zestawienie dwóch reżimów. I słusznie. Nie popełniłbym nigdy takiego uproszczenia, nie jestem jakimś ideologicznym oświecicielem. Tym, co łączy Amarcord i Dřevnicę są ludzkie momenty – nawet w krajach rządzonych przez tyranów ludzie mają swoje zwykłe cielesne potrzeby, żyją w małym kręgu rodziny i przyjaciół i przyzwyczajają się do udawania przed reżimem. Najwięcej jednak paralel między filmem Felliniego a moją książką pojawia się we fragmentach dotyczących dzieciństwa – wspomnienia z tego okresu płyną przez cały film, jak ten puch w powietrzu. Słowo „puch” zresztą otwiera i zamyka zarówno film, jak i książkę.

W zeszłym roku książka doczekała się też
tłumaczenia na język angielski. Przekładu
dokonał David Short. Wyd. Jantar Publishing.
W Pana dziele czymś bardzo naturalnym są ścisłe, międzypokoleniowe związki rodzinne. Czy myśli Pan, że w dzisiejszych czasach te relacje uległy zmianie?

Trochę tak. Zależy gdzie. Ale ludzie mają potrzebę żyć w rodzinie, a z tym się wiąże tak ścisła relacja kilku pokoleń. Niewiele jest na świecie rzeczy, które przynoszą tyle radości, co przyjacielski związek wnuków i dziadków. Jeżeli nawet się to zmieniło, winić należy wielkie miasta i gigantyczne osiedla, a także rozwój technologii, które ułatwiają życie i czynią je ciekawszym, ale w dłuższej perspektywie przynoszą pustkę. Tomáš Baťa wiedział co robi, kiedy kazał wybudować w Zlínie osiedla rodzinnych domów otoczonych drzewami owocowymi i grządkami.

Z tych samych stron co Pan, mimo że z nieco innego kręgu społecznego, pochodzi również Ludvík Vaculík. Podczas lektury Pana książki często przychodziła mi do głowy Siekiera. Jaki ma Pan stosunek do Vaculíka?

Myślę, że przyjacielski. Bez względu na kręgi społeczne, co stwierdzam z przekąsem. I jemu, i mnie, bliższe są [wywiad opublikowany został w roku 2010, kiedy Vaculík jeszcze żył] kręgi na wodzie lub na pniu drzewa, lub na niebie, gdy po nim kołuje myszołów. Wiemy – i każdy rozsądny człowiek to wie – że należymy przede wszystkim do kręgów przyrody (...). A rodzinne strony mamy, jak Pani zauważyła, wspólne. Każdy prażak od razu po naszej wymowie poznaje, odkáď sme. Przede wszystkim jednak łączy nas śpiewanie. Trzynaście lat temu razem z Sašą Berkovą i Ivanem Binarem po drodze z Karlovych Varów do Pragi założyliśmy chór Wlastenci – taki nietypowy oddział czeskiego PEN klubu. Czasem mam wrażenie, że Ludvík Vaculík jest żywym ucieleśnieniem tamtego krajobrazu. To dla mnie zaszczyt, że Dřevnica przywodzi Pani na myśl Siekierę – bo kiedy ją przeczytałem, pomyślałem, że to książka pisana głównie dla siebie, by dodać sobie otuchy. Jeśli przy okazji sprawił przyjemność kilku czytelnikom, tym lepiej. Właśnie tak się powinno pisać.

***
Antonín Bajaja, Nad piękną, modrą Dřevnicą, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Źródło: Salon, Právo
Tłumaczenie – moje. Fragmenty książki po polsku – w przekładzie Doroty Dobrew.
Dziękuję autorce wywiadu, Terezie Willoughby, oraz redakcji portalu za zgodę na opublikowanie powyższych fragmentów.

Ilustracje:
[1] zdjęcie autora ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl,
[2] okładka czeskiego wydania ze strony wydawnictwa Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz,
[3] okładka brytyjskiego wydania ze strony wydawnictwa Jantar Publishing / www.jantarpublishing.com,
[4] okładka polskiego wydania ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Nabokoviada po raz siódmy: „Ulisses”, James Joyce

Dublin, gdzieś między rokiem 1903 a 1908.
Pamiętam, że gdy sięgnęłam po Ulissesa po raz pierwszy, kilka lat temu, Nabokov mnie uratował. Bo owszem, udało mi się przebrnąć, ale gdyby nie jego wykład, z książki nie zrozumiałabym nic. Pamiętam do dziś zaskoczenie i zachwyt, które towarzyszyły mojemu odkrywaniu tych ukrytych znaczeń, tych synchronizacji, powiązań, smaczków. Teraz, dzięki Nabokoviadzie, miałam okazję wrócić i do dzieła Joyce’a, i do wykładu na jego temat.

Wrażenia? Znów sporo mi umknęło, jednak tym razem przyswoiłam z książki więcej niż za pierwszym razem, podpierając się oczywiście, mglistym co prawda, ale wspomnieniem pierwszej lektury. Dzięki temu wyjaśnienia Nabokova nie były już dla mnie aż tak wielkim szokiem. Co ważniejsze jednak – uświadomiłam sobie z ulgą, że nie ma żadnego wstydu choćby w tym, że ta długaśna część książki napisana w formie dramatu przyprawiła mnie o rwanie włosów z głowy. „Nie znam ani jednego komentatora, który zrozumiałby właściwie ten rozdział” – przyznaje Nabokov, i z dużą dozą krytycyzmu odnosi się też do kilku innych fragmentów dzieła, uznając je za zbyt zaciemnione przez gry językowe, lokalne aluzje, zwroty obcojęzyczne oraz szczegóły i sugestie jasne tylko dla wtajemniczonych.

James Joyce w roku 1915.
Wracając jednak do początku… Wykład zaczyna się od opowieści o tym, w jakich okolicznościach powstało monumentalne dzieło Joyce’a. Mimo że tak drobiazgowo odtwarza ono topografię Dublina, autor nie przebywał już wtedy w stolicy Irlandii, opierał się jedynie na swoich wspomnieniach, mapach i uwagach mieszkańców, z którymi korespondował. Wydarzenia tego jednego dnia, opisanego w Ulissesie, 16 czerwca 1904, zaczerpnął natomiast z wydania gazety „Evening Telegraph” z tego właśnie dnia. Grunt pod fabułę został więc bardzo pieczołowicie przygotowany.

Nabokov bierze pod lupę trójkę głównych bohaterów powieści – Stefana Dedalusa, Leopolda Blooma oraz jego żonę, Molly Bloom. Charakteryzuje ich wszystkich po kolei (Stefan – intelektualista, raczej projekcja umysłu Joyce’a niż żywy człowiek; Bloom – przeciętniak, ale o perwersyjnych skłonnościach, Żyd Wieczny Tułacz, ktoś zarazem z wewnątrz i z zewnątrz, jak sam Joyce; Molly – kobieta prymitywna i wulgarna, ale i nie pozbawiona pewnej błyskotliwości i oryginalnych myśli) oraz opisuje ich wzajemne relacje, jednak radzi nie przywiązywać zbyt dużej wagi do analogii z Odyseją. Jego zdaniem analiza powieści pod tym kątem to straszna nuda :).

Główne tematy? „Beznadziejna przeszłość”, zdominowana przez śmierć synka Blooma, Rudiego, „groteskowa teraźniejszość”, czyli Molly romansująca ze swoim ordynarnym impresariem Bujnym Boylanem, i „żałosna przyszłość”, w której Bloom projektuje podsunąć żonie Stefana jako kochanka, wybijając jej z głowy Boylana. Zaskakująco mało natomiast wykładowca pisze/mówi o relacji synowsko-ojcowskiej między Bloomem a Stefanem. Bloom z tak dużą serdecznością traktuje młodego Dedalusa, ponieważ w pewnym sensie zastępuje mu on zmarłego syna; być może jednak naszemu wykładowcy ten wątek nie wydał się wcale ciekawy :).

Na dole po prawej Nora Barnacle,
towarzyszka życia Joyce'a. Podobno
inspiracja dla postaci Molly Bloom.
Rok 1924, Paryż.
Przy jednej jeszcze rzeczy zatrzymam się odrobinę dłużej niż Nabokov – przy seksie. Myślę o Prouście i o jego W poszukiwaniu straconego czasu, wydanym ledwie kilka lat wcześniej niż Ulisses, a przecież dzieli te dwie książki istna przepaść – przy proustowskich subtelnościach te dosadne i, co tu dużo mówić, wulgarne opisy Joyce’a brzmią jak jakiś język z innej planety. Nietrudno mi wyobrazić sobie, jak wielkie oburzenie pruderyjnych czytelników musiała budzić prawie sto lat temu lektura tej powieści, skoro nawet dziś, gdy seksem atakowani jesteśmy ze wszystkich stron, nie potrafię bez rumieńca zaglądać w najskrytsze myśli Blooma czy jego żony. I tym bardziej podziwiam Sylvię Beach, że odważyła się wydać coś tak w tamtych czasach kontrowersyjnego.

Tym jednak, co w Ulissesie budzi chyba najwięcej emocji, jest forma. Czyli zmiany stylu i wielość różnych perspektyw, co Nabokov porównuje do stawania na plaży, schylania się i patrzenia na świat pomiędzy swoimi kolanami, do góry nogami – ile w tym świeżości! :) Wśród tego formalnego bogactwa wykładowca wyróżnia trzy główne style: 
  • „oryginalny Joyce”: styl prosty i przejrzysty, 
  • osławiony strumień świadomości, któremu Nabokov przypisuje mniejsze znaczenie, niż większość zachwyconych czytelników (do których, przyznam się, należę) – bo w rzeczywistości nie myślimy tylko słowami, jak u Joyce’a, ale również obrazami, 
  • parodie, zarówno form niepowieściowych (nagłówki gazet, utwory muzyczne, burleski, egzaminacyjne pytania i odpowiedzi, czasopisma kobiece), jak i powieściowych (sentymentalne powieści dla panien).
Nabokov, z właściwym sobie zacięciem, śledzi wszelkie zabiegi formalne, pojawiające się i znikające motywy (mydło cytrynowe, koń wyścigowy Ulotka, człowiek w macintoshu – który, jak się okazuje, jest samym Joyce’em!), synchronizacje, cały ten wielki, cudowny mechanizm, jakim jest Ulisses. Analizuje również gry i smaczki językowe, i na tych przykładach naprawdę widać, jak wiele, mimo wszystko, zginęło w polskim przekładzie.

Okładka pierwszego wydania powieści
z roku 1922.
Sporo pojawia się w tym wykładzie zachwytów, przy czym mam wrażenie, że Nabokov najbardziej ceni nie stylistyczne wygibasy Joyce’a, nie jego formalne gierki, zagadki, kalambury, nie sam strumień świadomości, który mnie osobiście momentami zapierał dech, ale właśnie te momenty, w których Joyce jest sobą, pisze prosto, jasno i przejrzyście, ale mimo to pięknie, na przykład w scenie przynoszenia śniadania Molly. Również opis sceny na plaży, w którym młody gentelman „chichotał wręcz z ukontentowania”, budzą jego duży entuzjazm. W zupełności go zresztą podzielam i rozumiem te powtarzające się okrzyki: „Jakże to wszystko jest dowcipne i wdzięczne!”, „Cudowny pisarz z tego Joyce’a!”.

Wszystkich niezdecydowanych przekonuję więc, za naszym drogim wykładowcą – warto. Są tu, owszem, fragmenty nieznośne, męczące, przyprawiające o permanentny ból głowy (na szczęście nie ma potrzeby ich rozszyfrowywania – co za ulga!), ale z nawiązką rekompensują je te, w których ujawnia się prawdziwy literacki geniusz Joyce’a. Nie bać się, czytać!

A po wywodach Nabokova naprawdę polubiłam Blooma. Mimo jego dziwactw, seksualnych perwersji i zamiłowania do podrobów. Co za poczciwy, uczciwy, uroczy facet!

Grafton Street w Dublinie, gdzie Bujny Boylan kupował owoce :). Przełom XIX i XX w.
***
J. Joyce, Ulisses, przeł. Maciej Słomczyński, wyd. Porozumienie Wydawców, Warszawa 1999.
V. Nabokov, Wykłady o literaturze, przeł. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005.

Zobaczcie też, jakie obserwacje po lekturze Ulissesa i wykładu Nabokova mieli Pyza na Pierogach Pruskich oraz Piotr z Literatura sautée!

I to już koniec! Ostatni wykład z cyklu Nabokova za nami. To była wspaniała przygoda, którą wszystkim polecam, i za którą niniejszym dziękuję Pyzie – ja też sama bym się na nią nie zdecydowała :). To jednak nie koniec, szykujemy ciąg dalszy tej literackiej zabawy, a szczegóły wkrótce… 

Wszystkie moje poprzednie teksty powstałe w ramach Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park
Charles Dickens, Samotnia
Gustave Flaubert, Pani Bovary
Robert Louis Stevenson, Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a
Marcel Proust, W stronę Swanna
Franz Kafka, Przemiana

Ilustracje:
[1] National Library of Ireland on The Commons / Foter.com
[2] Alex Ehrenzweig / Wikimedia Commons 
[3] Wikimedia Commons
[4] Tsamuk / Wikimedia Commons
[5] National Library of Ireland on The Commons / Foter.com 
[6] grafika autorstwa Pyzy :)

czwartek, 23 listopada 2017

Literacka przystawka – Tokarczuk, Hustvedt, Tučková

Na zdjęciu jeszcze lato i pierwsze opadłe liście – to pokazuje, jak długo brnęłam przez książkę Siri Hustvedt.
W ciągu ostatnich kilku tygodni moje zasoby wolnego czasu skurczyły się drastycznie, są jednak takie zajęcia, nazwijmy to, nadobowiązkowe, których mimo to nie chcę zaniedbywać – choćby wymagało to ode mnie organizacyjnych akrobacji i wstawania o piątej rano (co teraz, w listopadzie, szczególnie boli!). Jednym z takich zajęć są Literackie Skarby. Piszę więc. Ale z konieczności tymczasowo trochę mniej obszernie, trochę mniej wnikliwie.

I dziś proponuję Wam taką właśnie przystawkę, polsko-amerykańsko-czeską. Trzy panie, trzy bardzo różne książki, choć łączy je to, że żadna z nich mnie specjalnie nie porwała. I po cichu przyznam się, że potraktowałam je skrótowo nie tylko dlatego, że czasu brak, ale i dlatego, że w zasadzie nie mam za wiele o nich do powiedzenia.

Olga Tokarczuk – Prowadź swój pług przez kości umarłych

Często i chętnie wyznaję, że Olga Tokarczuk to moja ulubiona polska pisarka – i jedna z ulubionych pisarek w ogóle. Jej wnikliwe, badawcze, a zarazem bardzo liryczne spojrzenie na rzeczywistość, zdolność do przenoszenia w zupełnie inny świat, niesamowity dar opowiadania – to wszystko budzi mój niekłamany zachwyt.

Ta książka jednak – czytana już po raz drugi, tym razem z okazji premiery Pokotu Agnieszki Holland – zupełnie do mnie nie trafia. Nie potrafię zrozumieć intencji autorki. Wnioskując z jej wypowiedzi w wywiadach i na spotkaniach autorskich, zakładam, że podeszła do tematu bardzo serio i pisała Prowadź swój pług… trochę z poczuciem misji. Chciała ruszyć sumienie, wzbudzić dyskusję. Tylko dlaczego w takim razie bojująca z myśliwymi Janina Duszejko jest tak bardzo komiczna i karykaturalna? Czemu porównuje rzeźnie do obozów koncentracyjnych? Czemu krzyczy histerycznie „Chcę zmienić prawo!”, „Zgłoszę morderstwo!”? To przerysowanie sprawia, że naprawdę trudno się jej misją na poważnie przejąć. Sama w sobie to świetna literacka kreacja, ale czy może poruszyć czyjeś sumienie? Nie sądzę.

O. Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

Siri Hustvedt – Oczarowanie Lily Dahl

Jedyna książka, którą udało mi się przeczytać w ramach Conrad Challenge, czyli akcji wspólnego czytania książek gości Festiwalu Conrada. A i tak brnęłam przez nią ze dwa miesiące. Nie chodzi o to, że czytało się źle – nie, skąd! Po prostu sporo rzeczy się w tej powieści dzieje, rzeczy dziwnych, rzeczy tajemniczych, ale i w tym wypadku nie do końca potrafię stwierdzić, o co chodziło autorce i co chciała powiedzieć. Zakończenie niestety nie rozwiało moich wątpliwości. Po kilku tygodniach od lektury zostały mi już tylko jakieś strzępki: małe miasteczko, kelnerka w barze, romans z przyjezdnym malarzem, Szekspir, lunatyczka, znalezione w garażu buty, tajemnice z przeszłości, lokalny szaleniec… Może tryb czytania, zrywami, z długimi przerwami, nie sprzyjał tej lekturze, może trzeba po prostu siąść spokojnie na czterech literach i ją przeczytać. Może powieści Siri nie da się czytać na pół gwizdka, bo zbyt wiele wtedy umyka.

Nie zamierzam się jednak do autorki zniechęcać – zbyt dobre wrażenie zrobiła na mnie na tegorocznym Conradzie. W ramach festiwalu miałam też okazję obejrzeć film Claude’a Millera Pokój wróżek, którego scenariusz powstał na kanwie innej powieści Hustvedt, Na oślep. I zaintrygował mocno. Spróbuję więc z tym Na oślep.

S. Hustvedt, Oczarowanie Lily Dahl, przeł. Magdalena Słysz, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2000.

Kateřina Tučková – Vyhnání Gerty Schnirch

Powieść, która w zasadzie otworzyła autorce Bogiń z Žítkovej drzwi do literackiej kariery w Czechach. Głośno było o tej książce między innymi ze względu na kontrowersyjny temat – autorka opisuje brnieński Marsz Śmierci, czyli wypędzenie czeskich Niemców w 1945 roku z Brna, oraz skutki tych wydarzeń, które odczuwali oni do końca życia.

Temat jest oczywiście bardzo ważny, warto o nim pisać i mówić, zwłaszcza że tragedia Niemców sudeckich przez długie lata komunizmu pozostawała całkowicie przemilczana. Mam jednak zastrzeżenia do samej powieści. Kreacje bohaterów to nie jest najmocniejsza strona pisarstwa Tučkovej, jej postaci drugoplanowe są bardzo czarno-białe, co widać choćby na przykładzie ojca tytułowej Gerty Schnirch – nie wystarczyło, że jest nazistą, musi być do tego seksualnym zwyrodnialcem, by czytelnik nie miał wątpliwości, że to postać negatywna. Jeśli chodzi o psychologię, pewne epizody z życia Gerty również niespecjalnie przekonują, a do tego pod koniec książki dynamika opowieści mocno siada. Za to autorka, jak to ona, funduje czytelnikowi sporo danych i cała warstwa historyczna jest przygotowana bardzo rzetelnie. Czyli po prostu rzecz w stylu Bogiń, i ogólnie w stylu Tučkovej – wielbiciele i wielbicielki opowieści o uzdrowicielkach z Białych Karpat nie powinni być zawiedzeni. A ptaszki ćwierkają, że może niedługo wyjść polski przekład.

Przy okazji polecam bardzo ten obszerny artykuł o powieści. Tylko uwaga na spoilery :) 

K. Tučková, Vyhnání Gerty Schnirch, wyd. Host, Brno 2009.

sobota, 18 listopada 2017

Empatia, czułość i piękna fraza – o prozie Zośki Papużanki

Od dłuższego czasu już zbierałam się, by napisać o twórczości Zośki Papużanki. Od kiedy bowiem przeczytałam niemal jedno po drugim Onego i Świat dla ciebie zrobiłem (a było to dobrych kilka miesięcy temu; liście, które dziś się na chodnikach ścielą, dopiero wtedy na drzewach pączkowały), zdążyłam się już kilka razy o te książki posprzeczać. Pora na oficjalne blogowe wyznanie czytelniczej miłości!

Zacznę od Onego – pierwszego zarówno chronologicznie, jak i pod względem miejsca w moim sercu. Narratorką powieści jest kobieta, która równie dobrze mogłaby być samą autorką – w swojej opowieści wraca do lat 80., do własnych czasów szkolnych. Dyskretnie kreśli tło społeczne i obyczajowe: smutny, szary świat, w którym wszyscy są tacy sami, wszyscy chodzą do szkoły w butach relaks, a zagranicę znają tylko z piosenek. „Wszyscy mieliśmy ojców z huty, żelaznych ojców wypalanych w piecach martenowskich, a matki ze sklepu spożywczego, ewentualnie z apteki” (s. 40) – mówi, i dodaje, trochę gorzko: „Ojcowie pełnili w naszym życiu funkcję bohaterów epizodycznych”.

W tym świecie wyrasta również On, Śpik. On, który do końca pozostaje trochę tajemnicą, bo choć narratorka momentami wychodzi ze skóry zwykłej koleżanki z klasy i widzi więcej niż inni, wdzierając się do domu Śpika, do głów jego rodziców i babci, myśli samego Śpika nigdy nie poznajemy. Śpik „zawsze miał niebieskie, zanadto niebieskie oczy i dobry humor, a to ostatnie doprawdy nie wiadomo czemu” (s. 44). Choć nauczyciele nad nim pomstują, ojciec w domu pierze, inne dzieci się śmieją, Śpik się nie stawia, Śpik się nie buntuje, nigdy o nic nie pyta, „jakby światu chciał się tylko przyjrzeć, nie zrozumieć go” (s. 47).

Jedyna choć trochę przyjazna mu dusza – to mama. Ale i mama walczy ze sobą, by nie patrzeć na niego z niechęcią. Bo taki jej się udał głupi i brzydki, bo wolałaby wygadaną blondyneczkę z piątkami w dzienniku, bo chciałaby mieć się kim pochwalić, ale tak nie można, to przecież jej synek kochany, kocha go. I on kocha ją, nie chce jej sprawiać przykrości, ale jest tylko sobą. Na odpuście wszystkie pieniądze wydaje na wielki bukiet z plastikowych kwiatów, przynosi jej, mama płacze. Czemu płacze? Walczy, ciągle walczy:
Zośka Papużanka na MSA we Wrocławiu, 2017.
„Jego nie da się zmienić, na zawsze będzie zmięty i kanciasty i będą mu się pociły dłonie (...). Moje słoneczko, tak się mówi do dzieci, mój promyczku, nie jesteś moim promyczkiem (...). Do kogo on ma podobne ręce, do nikogo chyba, do nikogo niepodobne i do niczego nieprzydatne ręce, ani do grabi, ani do przytulenia, ani do ołówka (s. 55)”.
Mama ma swój własny dramat. Całe życie tęskni za miłością, żyje w nieudanym małżeństwie, od męża dzieli ją zimny mur, są blisko tylko dlatego, że żyją razem w ciasnym mieszkaniu, w ciasnej socjalistycznej norze, gdzie miejsca starcza tylko na jedną ciasną wersalkę. Chciałaby być Anną Kareniną, która z miłości rzuca się pod pociąg, ale to na nic, bo „nie można się tak szaleńczo zakochać, żeby chcieć się rzucać pod pociąg, pędzący pociąg znacznie łatwiej znaleźć niż szaleńczą miłość” (s. 150).

Ogromne wrażenie zrobił na mnie ten portret. Tej rodziny, tak zwyczajnej, tego trudnego macierzyństwa, zawiedzionych nadziei, tego Śpika, tak brzydkiego i głupiego, z którego tak trudno jest być dumnym, który ciągle jest gdzieś w cieniu, choć przecież dużo więcej jest wart niż wszystkie te złotowłose księżniczki, niż te wygadane mądrale. I choć od tej lektury dzieli mnie już kilka miesięcy, wciąż pamiętam, jak siedząc w parku chłonęłam ostatnie strony, jak czytałam o spotkaniu narratorki z dorosłym już Śpikiem, o tym, jak odprowadzał ją do domu, trzymając ją za rękę, i pamiętam, jak łzy kapały mi na strony książki.

Zbiór opowiadań Świat dla ciebie zrobiłem pamiętam już mniej, choć czytałam go później. Emocji nie było tak wiele, historie nie poruszały już tak bardzo, ale wystarczyło mi przejrzeć raz jeszcze swój egzemplarz z podkreślonymi cytatami, by się przekonać, że są równie pięknie napisane. Bo jest tu, podobnie jak w Onym, dużo zdań błyskotliwych i w punkt. (Dla przykładu, z Onego: „Nie komplikowaliśmy życia ani składni”, „Ludzie zbiegli się w jednej chwili, ludzie i wątki to potrafią”, i z opowiadań: „Jak ktoś się boi, to szczeka” „Starym ludziom wszystko wpada, włosy, zęby i powiedzieć, co się chce”). Ale Papużanka to też prawdziwa mistrzyni pięknej frazy i literackiej zmysłowości. Trudno się powstrzymać, by nie zacytować:
„Dotknąć z czułością, wiesz, jak się dotyka wygiętej szyi, jak się zapisuje czyjeś nazwisko na zaproszeniu, jak się patrzy na opadającą pianę w kąpieli. Złociste pęcherze karmelu na patelni. Ziarna piasku. Szorstki cynamon. Zagłębienie w obojczyku” (s. 113).
„Chciwie zbierały wargami różowe sutki malin, odkręcały korony szypułek truskawkom. Przebierały korale owoców jak różańce, szepcząc słodkie modlitwy jadalnego staropanieństwa. Nikt was między palcami nie przebiera, nikt z waszego powodu mniam nie robi, nikomu wasza czerwień warg i paznokci” (s. 132).
Język jej opowiadań jest obrazowy, zmysłowy, dowcipny, ironiczny. Jej prozę po prostu pięknie się czyta. I dlatego wiem, że na pewno sięgnę po zaległą Szopkę, oraz że będę niecierpliwie czekać na kolejne książki Zośki Papużanki. Gotowa ich bronić do ostatniej kropli krwi :)

***
Z. Papużanka, On, wyd. Znak, Kraków 2015.
Z. Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem, wyd. Znak, Kraków 2017.

Zachęcam też do przeczytania relacji ze spotkania z autorką w krakowskiej Księgarni Pod Globusem, zorganizowanego w maju tego roku z okazji premiery zbioru opowiadań Świat dla ciebie zrobiłem.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] okładka Onego ze strony wydawnictwa Znak / www.znak.com.pl,
[3] zdjęcie własne,
[4] Rafał Komorowski / Wikimedia Commons
[5] okładka Świat dla ciebie zrobiłem ze strony wydawnictwa Znak / www.znak.com.pl.