piątek, 21 kwietnia 2017

Czerwcowy poranek, wygodne buty i ból istnienia – „Godziny”, Michael Cunningham

Julianne Moore jako Laura Brown w filmowej adaptacji powieści, Godziny (2002, reż. Stephen Daldry). 
„Jeśli odejdzie, będzie szczęśliwa, może nawet bardziej niż szczęśliwa. Będzie sobą”.

Nagrodzona Pulitzerem książka Cunninghama to powieść o życiu w klatce cudzych oczekiwań i własnych niespełnionych nadziei, ale również o ucieczkach z tej klatki, tych wielkich i tych małych – tytułowych „godzinach”. O miłości do świata mimo bólu istnienia.

W Godzinach mamy do czynienia z trzema bohaterkami, trzema historiami, trzema płaszczyznami czasowymi. Dwie spośród tych kobiet to postacie fikcyjne, jedna to wybitna brytyjska pisarka – Virginia Woolf. I choć żyją w różnych epokach i są uwikłane w różne związki, coś je łączy – ukrywane przed światem poczucie rozczarowania, zniewolenia, wtłoczenia w pewną życiową rolę.

Meryl Streep jako Clarissa Dalloway, sama kupiła kwiaty.
(Czy kogoś jeszcze tak bardzo bawi, że w powieści podczas przechadzki
po Nowym Jorku Clarissa mija plan filmowy i widzi przez moment
wyglądającą z przyczepy... właśnie Meryl Streep?). 
Clarissa Dalloway (nie ta z powieści Virginii, a żyjąca współcześnie bohaterka, nazywana tak przez przyjaciela) to pięćdziesięcioletnia nowojorczanka, matka dorosłej córki, żyjąca obecnie w związku z kobietą. Choć na zewnątrz sprawia wrażenie wyzwolonej i pewnej siebie osoby, z werwą zajmującej się pracą wydawniczą i opieką nad chorym Richardem, w głębi duszy zarzuca sobie, że jest zbyt mieszczańska i staroświecka, jej życie wydaje jej się zbyt stateczne, tęskni za szaloną młodością i obietnicami, jakie niósł ze sobą ten czas.

Druga z fikcyjnych bohaterek, Laura Brown, żyje w latach 50. w Stanach Zjednoczonych i na pozór ma wszystko – przystojnego, kochającego męża (który po powrocie z wojny w nimbie bohatera postanowił poślubić właśnie ją, niespecjalnie ładnego mola książkowego), synka, który świata za nią nie widzi, piękny dom. Spodziewa się właśnie drugiego dziecka. Myśli, że powinna być wdzięczna za wszystko, co dostała od losu, a jednak każdego rana musi się przemóc, by wstać z łóżka. Czuje się, jakby nieustannie odgrywała jakąś rolę – a mimo to desperacko się tej roli trzyma, ponieważ…
„Chce być kochana. Pragnie być dobrą matką, czytającą spokojnym głosem swojemu dziecku, chce być żoną, która potrafi pięknie nakryć stół. Nie chce, zdecydowanie nie, być dziwaczką, egzaltowaną, kapryśną istotą pełną szaleństwa, dąsającym się odludkiem, tolerowanym, lecz niekochanym” (s. 117).
Nicole Kidman jako Virginia Woolf.
I wreszcie Virginia. Mistrzyni słowa, która mimo wybitnego talentu pisarskiego, mimo opinii najinteligentniejszej kobiety swoich czasów, przez całe życie toczyć musiała walkę ze swoim szaleństwem. Tutaj – pod ścisłą kuratelą męża, w domu poza Londynem, stara się osiągnąć psychiczną równowagę. Wraz z Cunnighamem zaglądamy do jej schorowanej głowy, dociekamy, o czym mogła wówczas myśleć. W głowie tej powstaje właśnie pomysł na książkę, powieść o jednym dniu z życia pewnej kobiety – praktycznej, „zwyczajnej” pani Dalloway, która jednak, gdy nikt nie patrzy, wspomina, tęskni, wraca do przeszłości.

Wszystkie, choć wydaje im się, że powinny być szczęśliwe, nie do końca potrafią. Clarissa myśli: „Do porażek nie zalicza się faktu, że znajdujesz się w tym mieszkaniu, we własnej skórze, obcinasz łodygi kwiatów. To nie porażka, lecz okazuje się, że musisz zaangażować wszystkie siły, by być obecną i wdzięczną, by być szczęśliwą (okropne słowo)” (s. 109). Wspomina chwile z przeszłości, zapamiętane z dzieciństwa obrazy, proustowską gałąź uderzającą o szybę, zastanawia się, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby coś zrobiła inaczej, czy byłoby bardziej szalone, „intensywne i pełne niebezpieczeństw, jak to, które przedstawia się w literaturze”. Laura nieustannie analizuje siebie i swoje małżeństwo, pyta samą siebie, dlaczego nie potrafi cieszyć się tym, co ma, dlaczego głos jej synka tak ją irytuje, dlaczego wszystko, co robi, wydaje jej się tak dalekie od doskonałości – jak tort urodzinowy dla męża, który piecze dwa razy, bo za pierwszym razem do lukru dostały się okruchy i jedna literka nie wyszła. Jest ciągle zmęczona. „A mogło być tak, jak na spacerze po polu skrzącego się śniegu. Mogło być przerażająco i cudownie” (s. 237).

W tym rozczarowaniu pojawia się myśl o śmierci – której cień wisi nad całą książką, od pierwszych jej słów, opisujących ostatnie chwile Virginii, zanim weszła do rzeki z kieszeniami pełnymi kamieni. Tak bardzo jej źle we własnej skórze; kiedy mija człowieka czyszczącego kanał w kępie łoziny, „myśli o tym, że mu się poszczęściło – może czyścić kanał wśród łozin. Jej się nie powiodło” (s. 1). Zamknięta w klatce szczęśliwego małżeństwa Laura też przez moment myśli o samobójstwie, ale wie, że tego nie zrobi – czerpie tylko z tej myśli przyjemność. Ze świadomości, że byłoby to tak proste i w zasięgu ręki, „takie proste jak zameldowanie się w hotelu”.

Za to śmierć samobójcza na pewno nie jest losem „zwyczajnej” Clarissy – podobnie jak jej powieściowej imienniczki. „Clarissa będzie pogrążona w smutku, przeraźliwie samotna, lecz nie umrze. Zbyt mocno będzie kochała życie, Londyn (…). Zdrowa psychicznie – pełna radości, zwyczajna Clarissa – będzie żyła dalej, kochała Londyn, swoje życie składające się ze zwykłych przyjemności, a umrze ktoś inny, obłąkany poeta, wizjoner” (s. 243).

Clarissa potrafi bowiem dostrzec piękno w pozornie brzydkim świecie. Radość w codzienności. Jak wtedy, gdy ją poznajemy – gdy wychodzi ze swojego nowojorskiego mieszkania w piękny czerwcowy poranek i wydaje się wręcz upajać tym dniem, niczym bohaterka mojego ulubionego Upojenia Katherine Mansfield. „Cóż to za emocjonujące doznanie, jaka rozkosz, żyć w taki czerwcowy poranek, dostatnio, korzystając z niemal kompromitującej ilości przywilejów, mając przed sobą jedynie zwykłą wyprawę po zakupy” (s. 10) – myśli sobie Clarissa, ciesząc się jak dziecko z wygodnych butów i widoku popsutego telewizora przy krawężniku. (To zresztą bardzo bliskie mi myślenie – podobne skarby wyławiam i opisuję w Pięknej rupieciarni).

Michael Cunningham, Helsinki, 2011.
Oczywiście, życie nie składa się tylko z takich chwil – bohaterka Upojenia niedługo potem z hukiem spada z chmur na ziemię, a i Clarissę czekają ciężkie chwile. Głównie jednak od nas zależy, czy tytułowe „godziny” będą dla nas udręką, jak w przypadku Richarda, czy będą to godziny z wizji Clarissy, momenty olśnienia: „Godzina w tym czy w tamtym miejscu, kiedy nasze życie, na przekór wszystkim przeciwnościom i oczekiwaniom, otwiera się nagle przed nami, dając to, co zawsze istniało w naszej wyobraźni” (s. 259).

Dla takich godzin żyje też Laura – bohaterka, o której myślałam najwięcej po lekturze tej książki, i której historia najbardziej mnie poruszyła. Laura – UWAGA, SPOILERY! – wybiera wolność, i może w tym tkwi siła, z jaką później przeciwstawia się życiowym przeciwnościom – siła, którą podziwia sama Clarissa: „Żyła, kiedy jej byłego męża zabrał rak wątroby, a córkę zabił pijany kierowca. Żyje po tym, jak Richard wyskoczył z okna i zmarł na łożu z tłuczonego szkła” (s. 255). Mimo tego, że ziarenko myśli o samobójstwie zostało w niej zasiane jeszcze wtedy, jeszcze w czasach „szczęśliwej” rodziny, pokornie godzi się ze wszystkimi ciosami, które później przynosi jej los – bo wybrała życie po swojemu. Może więc pragnienie śmierci jest tylko gwałtownym pragnieniem wyjścia z narzuconej sobie roli?

Książka Cunninghama okazała się dla mnie bardzo ważna. Ponieważ dała mi do myślenia, ale również dlatego że – zgodnie ze stwierdzeniem C.S. Lewisa: „Czytamy, by wiedzieć, że nie jesteśmy sami” – pozwoliła mi poczuć, że nie jestem sama. Nie wiem, jakich czarów dokonał autor, by tak świetnie oddać myśli i uczucia kobiety (podziwiam, jak na poziomie stylu nawiązał do twórczości Virginii, ale to – magia!); chyba po prostu musi być trochę „panną przebraną za mężczyznę”, jak pan Hrabal (który zresztą też świetnie to udowodnił w swoich Weselach w domu). Mimo jednak całego tego niepokoju i rozczarowania, mimo potężnego ładunku smutku we wszystkich historiach, jest w nich również nadzieja – nadzieja czerwcowych poranków:
„Tak, myśli Clarissa, czas, żeby ten dzień się skończył. Urządzamy przyjęcia, opuszczamy rodziny, żeby wieść samotne życie w Kanadzie; nie szczędzimy trudu, by pisać książki, które i tak nie zmienią świata, niezależnie od tego, ile włożono w nie talentu i wysiłku, najbardziej szalonych nadziei. Żyjemy, robimy to, co robimy, potem kładziemy się spać – to takie proste i takie zwyczajne (…). A jednak lubimy to miasto, cieszymy się porankiem, ponad wszystko żywimy nadzieję na więcej. Bóg jeden wie, dlaczego tak je kochamy” (s. 259).
***
M. Cunningham, Godziny, przeł. Maja Charkiewicz, Beata Gontar, wyd. Pokolenie, Łódź 1999.

W zeszłym roku Michael Cunningham był gościem Festiwalu Conrada. Relację ze spotkania z nim możecie przeczytać tutaj.
Ilustracje:
[1][2][3] imdb.com,
[4] Anneli Salo / Wikimedia Commons,
[5] zdjęcie własne.

sobota, 15 kwietnia 2017

Wesoły i smutny, jak blues – „Scherzo capriccioso. Wesoła fantazja na temat Dvořáka”, Josef Škvorecký

Škvorecký nie ma w tej książce litości dla czytelnika – wrzuca go, zdezorientowanego, w sam środek sceny, co chwila zmienia narratora, scenerię i uczestników zdarzeń, skacze w czasie i przestrzeni. Jeśli jednak poświęcimy jej wystarczająco dużo cierpliwości i uwagi, będziemy w stanie wyłuskać to, co najpiękniejsze – obraz Antonína Dvořáka, jako wielkiego, a zarazem bardzo „zwyczajnego” człowieka, oraz Ameryki – fascynującego kraju, który zainspirował go do skomponowania Symfonii z Nowego Świata.

Zakochany rzeźnik

Autor ukazuje nam Dvořáka z perspektywy wielu różnych osób – jego przyjaciół, współpracowników, także osób, które zetknęły się z nim na krótko, ale wystarczająco długo, by zapisał się w ich pamięci. Stopniowo przechodzimy do relacji coraz bardziej intymnych, do głosów osób, które były kompozytorowi bliskie – co znamienne jednak, do końca powieści nie poznajemy perspektywy samego Dvořáka. Wesołe fantazjowanie Škvoreckiego ma więc pewne ograniczenia, pozwalając nam się jedynie domyślać uczuć i myśli najważniejszej postaci tej biograficznej powieści. Jak w motcie utworu, zaczerpniętym z poezji Yeatesa: „Człowiek może ucieleśniać prawdę, ale nie może jej znać”.

Antonín Dvořák w 1882 roku.
Relacje ukazują nam człowieka o wielkim, wrodzonym talencie. Z zawodu czeladnik rzeźnicki, prosty człowiek, mąż i ojciec ogromnej gromadki dzieci, namiętny obserwator zawodów jedzenia knedlików, bywalec knajp, który lubił się napić i solidnie pojeść. Do tego patriota i wierzący, rozmodlony, przykładny katolik. Ale przy tym wszystkim, przy całej tej aurze „zwyczajności”, która go otaczała, muzyczny geniusz – żyjący muzyką i oddychający nią.
„Wśród zapachu knedlików i gruchania srających gołębi, wśród figli smarkatej Lojzički i ślepoty na domowego uwodziciela niewinnych panienek, rodzą się tak wspaniałe melodie, jak potrafił tworzyć chyba tylko Schubert, rajskie kombinacje dźwięków, muzyka niebios” (s. 23).
„Rajskość” i „niebiańskość” jego muzyki to nie przypadek – Dvořák był wielkim admiratorem świata, którego piękno według niego było odbiciem Boskiej doskonałości. Nieustannie chłonął otaczające go odgłosy, a kiedy usłyszał coś interesującego, zapominał o świecie. Te wszystkie dźwięki – śpiew ptaków, odgłosy ulicy, wesołe gwizdanie murzyńskich chłopców – przetwarzał później na muzykę.
„Taki człowiek to u mnie jest artysta, damo i panowie! Jak ktoś walnie pałeczką w naciągnięty bęben, on zapomina o Bożym świecie, łącznie ze stekiem” (s. 367).
Siostry Čermákove.
Starsza, Josefina (stojąca),
późniejsza hrabina Kounic, była
pierwszą wielką miłością Dvořáka.
Młodsza, Anna, została jego żoną.
Jest jednak jeszcze coś. Tajemnica, która w dużej mierze ukształtowała Dvořáka i pozostawiła w nim dostrzegalny smutek. Z perspektywy Harry’ego T. Burleigha: „Był to najwybitniejszy człowiek, jakiego w całym życiu poznał. Wesoły i strasznie smutny (…). Jak blues” (s. 122). Ta smutna tajemnica to historia młodzieńczej nieszczęśliwej miłości, która prawdopodobnie naznaczyła wszystkie późniejsze dzieła Dvořáka pewnym stałym muzycznym motywem. „Ślady jej uroku rozsiane wszędzie w rozległym krajobrazie jego muzyki”… Škvorecký sugeruje, że złamane serce nigdy się do końca nie zagoiło, a kompozytor do końca życia tęsknił za swoją pierwszą miłością. A w smutku i tęsknocie rodzą się najpiękniejsze dzieła.
„Dobyła sztyletu, aby zabić marzenie – sztyletu kobiecej decyzji dotyczącej losu mężczyzny. Sztyletu, który zabije doczesny żywot marzenia i w ten sposób – czasami, choć rzadko – obdarzy go życiem wiecznym” (s. 271).
Majestatyczny Nowy Świat

Ta powieść ma jednak również drugiego wielkiego bohatera. Są nim Stany Zjednoczone – kraj, do którego Dvořák wyjechał na zaproszenie Jeanette Thurber, założycielki National Conservatory of Music of America i wielkiej patronki muzyki klasycznej. W książce Škvoreckiego zostają zaprezentowane jako kraina barwna, zszyta z wielu kultur i narodowości, nade wszystko ceniąca wolność, a równocześnie posiadająca na kartach swojej historii niechlubny rozdział niewolnictwa.

Dvořák z rodziną i przyjaciółmi
po przyjeździe do Ameryki w 1893 r.
Wędrując za ocean wraz z Dvořákiem, poznajemy wzruszające historie dawnych murzyńskich niewolników (wspaniały rozdział Jessie w barze z ostrygami!) oraz imigrantów, którzy sprzedawali wszystko, by cisnąć się przez wiele dni w ścisku i brudzie pod pokładem statku towarowego, okupując nierzadko podróż życiem własnym lub dzieci, a następnie harować za grosze w pogoni za swoim amerykańskim snem (równie wspaniały Exodus!). Jest i rzut oka na tych, którym się nie udało – biedotę, która żyje na ulicy i która z głodu posuwa się do kradzieży i oszustw. Dla równowagi autor serwuje nam szereg pijackich anegdotek oraz zabawnych opowieści ze Spillville, czeskiej wioski w Ameryce, o sposobach zdobywania alkoholu w czasach prohibicji. Wszystkie te wrażenia, wspomnienia, radości i smutki, złożyły się na przepiękną Symfonię z Nowego Świata. „Przerażający, straszny dźwięk, ale na swój sposób majestatyczny. Tak, jak Ameryka” (s. 57).


Przyznam szczerze, że kiedy Škvorecký pisze stricte o muzyce, ja zaczynam się nudzić. To jednak kwestia tego, że zupełnie nie siedzę w temacie – choć moja mama jest nauczycielką gry na fortepianie i muzyka była zawsze w naszym domu ważna, nigdy nie zgłębiłam tej dziedziny sztuki i terminologia muzyczna jest mi zupełnie obca. Dla kogoś jednak, kto wie na ten temat więcej, będzie to z pewnością wartość dodana Scherzo capriccioso.

Urzekło mnie natomiast te kilka opisów koncertów lub występów, w których czuć narastającą muzyczną gorączkę – coś jak w Rozpirzonym bębnie Hrabala czy, również u Škvoreckiego, w opowiadaniu Saksofon basowy. Choć nie możemy usłyszeć muzyki, którą podziwiają bohaterowie utworu, udzielają nam się w takich fragmentach ich emocje – to wielka pisarska sztuka!

Jeanette Thurber
Bardzo podobała mi się również walka o muzykę klasyczną, jaką toczą, oprócz Dvořáka, inni bohaterowie powieści, na czele z Jeanette Thurber. (Ach, ta Jeanettka! Rajski ptak, który mimo skromnych środków robi tak wiele dla muzyki poważnej w Ameryce – posługując się przy tym swoim wielkim urokiem osobistym). Niestrudzone dążenie do tego, by muzyka przestała być uważana za „luksus dla bogatych”, wzruszenie dyrygenta przy spotkaniu z prostym chłopem, który wciąż wspomina dyrygowany przez niego koncert, na który trafił kilkadziesiąt lat temu – te fragmenty pokazują również, jak ważna była muzyka dla samego Škvoreckiego. On czuje i rozumie swoich bohaterów.

Zabawa z językiem

Nie mniej ważna niż treść jest jednak w Scherzo capriccioso forma. Pisałam już o zmianach narratora i scenerii, nie wspominałam natomiast o zmianach na poziomie języka, które za tym idą. Każdy „opowiadacz” ma swój własny, unikatowy głos. Niektórzy to tacy typowi czescy pabitele, słucha się ich więc (czy właściwie czyta) z przyjemnością, ale narracja innych jest bardzo męcząca – jak nadęte dysputy znawców muzyki czy, trudny do przyswojenia z zupełnie innych powodów, język imigrantów.

Dvořák w Spillville, anonimowa rycina.
O ile bowiem u niektórych z nich, na przykład u gawędziarza ze Spillville, mamy do czynienia tylko ze sporadycznymi anglicyzmami, o tyle list panny Rosie to już totalny amerykańsko-polski (bo w przekładzie – przy okazji brawa dla tłumacza!) bełkot; nad niektórymi jej zdaniami naprawdę trzeba siedzieć dłuższą chwilę, by rozszyfrować, o co jej chodzi. Oczywiście, mimo trudności, jakie sprawia w lekturze, taka zabawa językiem to siła powieści Škvoreckiego – już w roku 1984 tworzy on coś podobnego do monologów nastolatek w Końcu punku w Helsinkach, które tak podziwiałam u Jaroslava Rudiša.

Za to wspomniane przeze mnie na początku skoki w czasie i przestrzeni, przeładowanie postaciami, niespójność i chaos fabularny to coś, co moim zdaniem jest słabą stroną powieści. Oczywiście, tą mnogością wątków i historii Scherzo capriccioso wpisuje się w piękną czeską tradycję anegdoty, ale w tym wypadku zabrakło trochę uporządkowania, jakiegoś wyraźnego trzonu fabularnego, którym nie są ani Dvořák, ani Ameryka – stanowią raczej wyraźny i częsty refren, do którego jednak dochodzimy krętymi ścieżkami, pełnymi pojawiających się i znikających bohaterów i nierozbudowanych wątków. Dlatego mimo wielu czarujących momentów powieść Škvoreckiego trochę mnie zmęczyła.

Głowię się nad tytułem. Czemu akurat ten utwór Dvořáka, Scherzo capriccioso, posłużył jako tytuł książki? Czy szukać wskazówek w samej kompozycji i okolicznościach jej powstania, czy tłumaczyć tę nazwę na polski i doszukiwać się aluzji? Wyjaśnienia lub pomysły chętnie przyjmę…


***
J. Škvorecký, Scherzo capriccioso. Wesoła fantazja na temat Dvořáka, przeł. Andrzej S. Jagodziński, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] beethovenfest.wordpress.com / Wikimedia Commons,
[3] www.antonin-dvorak.jpg / Wikimedia Commons,
[4] Wikimedia Commons,
[5] Onteora Club archives, dzięki grzeczności E. Davisa Gaillarda /Wikimedia Commons
[6] Wikimedia Commons,
[7] okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl.

środa, 12 kwietnia 2017

Młodość w czasach gumowych pałek – „Dowód osobisty”, Petr Šabach

Dowód osobisty ma w sobie wszystko to, co u Šabacha tak lubimy – swobodną, familiarną narrację, dzięki której czujemy się, jak gdybyśmy siedzieli z nim w knajpie nad kufelkiem pilznera, dużo humoru, ironii i uroczych anegdot. Tym razem jednak ten pilzner jest trochę bardziej gorzki niż zwykle.

Bardziej bowiem niż w poprzednich książkach na pierwszy plan wysuwa się tu historia oraz niewesoła komunistyczna rzeczywistość, w której pisarz, podobnie jak jego bohaterowie, przeżywał swoją burzliwą młodość. Czytając choćby fragmenty o stłumieniu manifestacji w rocznicę sierpnia ‘68, rozumiemy już doskonale, skąd opinia krytyków, że to „najpoważniejsza powieść Šabacha”.

Akcja obejmuje prawie pół wieku, a zaczyna się w latach 60., od wesołych perypetii grupki niepokornych chłopców. Ten początek przypomina trochę opowieści Edmunda Niziurskiego – u Šabacha jest może trochę bardziej pieprznie i rubasznie, ale też mamy tu do czynienia z galerią oryginalnych indywiduów, i jest tu nawet natchniony poeta Aleš, którego poetyckie wyczyny (te bardziej melancholijne; spod jego pióra wychodzą bowiem także płomienne ody na cześć „piątek” falujących pod bluzkami koleżanek oraz „pogody cyca”) śmiało zrównywać można z utworami lirycznymi Wątłusza Pierwszego. („Zachodzi słońce nad wędzarnią krwawo”, itp. – wszystkim wielbicielom tej „poezji” bardzo polecam wierszyki z Dowodu, rewelacyjnie przetłumaczone przez Julię Różewicz!).
„Gdy w elektrowni Orlík
dziarsko wrzały turbiny,
zasłuchał się robotnik
w nieśmiały śmiech dziewczyny.

Poszli na randkę więc po zmianie
tam, gdzie się zwęża szosa.
W jej oczach było pożądanie,
on palił papierosa.

Księżyca blask oświetlał sny,
zaporę cichą sycił.
Łzy szczęścia w oczach miała, gdy
on ją za brodę chwycił” (s. 59).
Kadr z filmu Dowód osobisty Ondřeja Trojana na podstawie powieści.
Aleš tłumaczy się z wierszy spisanych na stronach dowodu osobistego :).
Początkowo też bohaterowie nie mają większych problemów – marzą tylko o tym, by posiedzieć sobie z flaszeczką taniego wina w pobliskim sadzie, a jedynym niezwykłym wydarzeniem, które mąci tę spokojną codzienność, okazuje się romans wuefistki z dyrektorem. Już wtedy jednak, choć się tego jeszcze nie spodziewają, rozpoczyna się ich walka – walka ze stróżami prawa, którą toczyć będą przez kolejne kilkadziesiąt lat swojego życia.

Wkrótce zostają brutalnie pobici przez dwóch tajniaków za udział w Juwenaliach, a narrator zaczyna mieć na karku uciążliwego „anioła stróża” w postaci niezbyt lotnego szeregowego Rusňáka, z którym codziennie ląduje na posterunku z powodu braku dowodu osobistego. Łączy ich jednak bardzo specyficzna relacja – narrator, choć nie znosi Rusňáka, postrzega go jako w gruncie rzeczy nieszkodliwego idiotę. „Rumianolicy wieśniak”, „właściwie zwykły imbecyl”, mówi o nim, a z czasem w ich wzajemnych stosunkach pojawia się nawet coś na kształt sympatii czy wręcz czułości.

Ale są i inne sceny. Ten sam „rumianolicy wieśniak” potrafi w jednej chwili przemienić się w sadystyczną bestię, która bez opamiętania okłada jakiegoś nieszczęśnika przywiezionego właśnie na komisariat. Historie takie jak to, co spotkało Charliego w rocznicę stłumienia Praskiej Wiosny, czy los biednego Míti, który w obawie przed wojskiem zastosował odmrażającą kurację i w efekcie zrujnował sobie nerki, robią wstrząsające wrażenie – zwłaszcza na tle tego całego wesołego uniwersum Šabacha.
„Rozpoczęto brutalne ładowanie zebranych do środka, wciskali ich tam, zupełnie nie patrząc kto i co, nie było już żadnego: «Rozejść się!», teraz okładali ich pałami gdzie popadnie i wpychali do tych swoich rzęchów, gdzie bili ich dalej i od tamtego momentu jedynymi słyszalnymi dźwiękami były rozpaczliwy krzyk zalanych krwią ludzi i ujadanie psów policyjnych, rozwścieczonych bestii z pianą na pysku. Wszędzie widać było sine z furii gęby ochotników Milicji Ludowej, którym przy tej bestialskiej rzezi oczy telepały się, jakby ktoś puszczał przez nie tysiące wolt” (s. 95).
Czechosłowacki dowód osobisty,
wzór z roku 1960.
Bardzo przygnębiający jest też motyw dwulicowości i agentury. Główny bohater ufa ludziom, ale często, jak się okazuje, niesłusznie – wiele razy bowiem zbliża się do kogoś, przekonany, że połączyła ich niezwykła więź, tymczasem nowy przyjaciel okazuje się wkrótce komunistycznym agentem, a urocza, małomówna przyjaciółka – zwykłą oszustką. Gorzką wisienką na torcie jest oczywiście odkrycie, którego narrator dokonuje, gdy już po roku ’89 decyduje się na sprawdzenie swojej teczki.

Ta sceneria – świat, w którym trudno być pewnym nawet swego najbliższego przyjaciela, i w którym wszelkie przejawy wolności i nieszablonowości tłumi się przy pomocy pały – sprawia, że jest to najbardziej tragikomiczny spośród dotychczas wydanych u nas Šabachów. Poczucie komunistycznej beznadziei pojawiało się już co prawda choćby w Pijanych bananach, ale w porównaniu z głosem, którym przemawia ono w Dowodzie osobistym, było tam zaledwie szeptem.

Problem mam tylko z końcówką książki. Bo zaprezentowane w niej scenki, które zdają się sugerować, że mimo upadku komunizmu nasza rzeczywistość niespecjalnie się zmieniła (co przypomina mi obejrzaną niedawno, doskonałą Nauczycielkę Hřebejka), a nawet, pod pewnymi względami, zmieniła się na gorsze, trochę osłabiają wymowę całego utworu. Oczywiście rozumiem intencję – pokazanie, że w żadnym ustroju i w żadnym systemie nie jesteśmy tak naprawdę wolni – ale z tej powieści zapamiętam jednak przede wszystkim „sine z furii gęby” i dojmujące poczucie braku zaufania, a niejednoznaczne zakończenie wprowadza tu pewien rozdźwięk.

Mogę je przyjąć tylko przy pewnym założeniu – Šabach chce pokazać, że to, czy będziemy się traktować po ludzku, zależy przede wszystkim od nas, nie od epoki, w jakiej żyjemy. I że nawet w „czasach wolności” musimy szanować się nawzajem i pozwolić sobie żyć na własnych zasadach. A to jest bardzo ładna myśl na zakończenie.

***
P. Šabach, Dowód osobisty, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

A w Święta mam w planach obejrzenie dwóch filmów na motywach prozy Šabacha – Pupendo (2003, reż. Jan Hřebejk) na podstawie Pijanych bananów i Dowodu osobistego (2010, reż. Ondřej Trojan) na podstawie dziś recenzowanej. A może i Pod jednym dachem (1999, reż. Jan Hřebejk) sobie odświeżę? Jest szansa, że o tych ekranizacjach też u siebie napiszę!

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] ceskatelevize.cz,
[3] Luk Danes / Wikimedia Commons,
[4] wydawnictwo Afera / wydawnictwoafera.pl.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Spotkanie z Radką Denemarkovą – 5.04.2017

W zeszłym tygodniu Radka Denemarková odwiedziła Polskę, promując wydany niedawno po polsku Przyczynek do historii radości. I choć w promieniu 300 km od mojego miejsca zamieszkania żadne spotkanie nie było przewidziane, postanowiłam nie przepuścić okazji i wyruszyłam do Warszawy.

Spotkanie odbyło się w siedzibie Komisji Europejskiej, toteż przed wejściem na salę każdy musiał zostać gruntownie sprawdzony :). Kiedy już wszyscy zostali wylegitymowani, a torby – prześwietlone, można było się wreszcie rozsiąść i posłuchać, co ma do powiedzenia czeska pisarka oraz jej tłumaczka, Olga Czernikow.

Wcześniej jednak wysłuchaliśmy fragmentu Przyczynku, zaprezentowanego najpierw w oryginale przez Radkę Denemarkovą, a następnie, w przekładzie, przez aktorkę Monikę Krzywkowską. Kolejne fragmenty czytane były w środku spotkania oraz na jego zakończenie.

W roli prowadzącego wystąpił Michał Nogaś, który zaczął od pytania o to, jak Denemarková wyobraża sobie swojego czytelnika. „Inteligentny, wrażliwy, współczujący, wykształcony, odważny” – zaczęła wymieniać pisarka. „To pani w lustrze”, z uśmiechem skwitował tę charakterystykę Nogaś.

I rzeczywiście, taki obraz autorki wyłania się również z jej książki – kobiety wrażliwej i nieustraszonej, która pisze o tym, o czym pisać się powinno, nawet jeśli temat jest kontrowersyjny. Zwracającej wielką uwagę na język (Nogaś stwierdził z podziwem, że w Przyczynku dokonała rzeczy niezwykłej – stworzyła język specjalnie na potrzeby jednej książki), głoszącej pogląd, że pisarz powinien wejść w zdecydowaną relację z językiem, wręcz o niego walczyć.

To wszystko widać również w poprzedniej wydanej w Polsce powieści Denemarkovej, Pieniądzach od Hitlera, w której rozlicza Czechów z ich zachowania wobec Niemców po wojnie. Zapytana o to, czemu zdecydowała się na temat, który ściągnął na nią gniew rodaków, odpowiedziała, że właśnie z miłości do Czech i Europy Środkowej – zdaje sobie bowiem sprawę z trudnej historii tego regionu, ale nie uznaje zamiatania trudnych spraw pod dywan. Dlaczego pewne zagadnienia, jak seks, nie są już dziś zupełnie tabu, tymczasem prawda historyczna – tak?

Autorka stwierdziła również, że konsekwentnie walczy ze stereotypem Czecha, funkcjonującym zwłaszcza poza granicami kraju – humor, Szwejk i piwo. Według niej to tylko fasada, pod którą kryje się niewygodna prawda, pochowane w szafach kościotrupy, które trzeba wywlec na światło dzienne. Czesi kłamią – powiedziała wprost – a bohaterami są tylko wtedy, gdy już nic się nie dzieje i nikt ich bohaterstwa nie potrzebuje (komentarz mój: Tchórze Škvoreckiego!).

Na pytanie o recepcję książek Radki Denemarkovej w Czechach odpowiedziała Olga Czernikow. Kontrowersyjne tematy i bezkompromisowe poglądy autorki rzeczywiście przysporzyły jej trochę problemów, także poza granicami Czech – na przykład za poparcie chińskich dysydentów pisarka otrzymała 10-letni zakaz wjazdu do Chin. W reakcji na swoje książki otrzymuje nieraz agresywne maile, trafiają się także napastliwi czytelnicy na spotkaniach autorskich; takie emocje budzą przede wszystkim Pieniądze, jednak również za Przyczynek już się pisarce dostało, głównie od czytelników (lub nie-czytelników) którzy określają go jako powieść feministyczną.

Nogaś był ciekaw, jak żyje się z tak ostrymi reakcjami na swoją twórczość. Odpowiedź autorki wzruszyła mnie – przyznała, że nie była na tego typu ataki przygotowana, i że okupiła je łzami. Dopiero po pewnym czasie uodporniła się i jeszcze bardziej utwierdziła w swoich poglądach. Przyznaje jednak, że w ostatnich dwóch-trzech latach ostre głosy nasiliły się, a to tylko jeden z sygnałów świadczących o tym, że Europa i świat zmierza znów ku systemom, których powrotu mieliśmy już nie doczekać. Odżywają wszelkie formy rasizmu, w tym antysemityzm, w użyciu coraz częściej jest neonazistowski słownik…

Seksizm – podjęła pisarka, gdy już rozmowa wróciła do tematu jej najnowszej wydanej w Polsce książki – to również forma rasizmu, ale taka, o której mówi się mniej, ponieważ kobiety i mężczyźni nie różnią się wyglądem zewnętrznym tak bardzo jak na przykład Murzyni i biali. To również pewien rodzaj wojny – ponieważ wojna to zawsze atak ciała silniejszego na słabsze. Autorka wyjaśniła, w jaki sposób posłużyła się w Przyczynku metaforą jaskółek, które są w jej książce symbolem wiosny i nadziei, ale również obserwatorkami, nie zdającymi sobie sprawy z podziałów między ludźmi, na narody, rasy czy płcie.

Zapytana o motyw zemsty, Denemarková przyznała, że misję jej bohaterek można interpretować na różne sposoby, a same bohaterki postrzegać jako negatywne lub pozytywne – i o to właśnie chodziło. Odpowiedzi nie są podane na tacy, zamiast tego czytelnik musi do nich samodzielnie dojść.

Kiedy głos oddano publiczności, autorka stanęła przed niełatwym zadaniem – została m.in. zapytana o to, jak wyleczyć świat :). „Jestem pisarką, nie lekarzem, więc zajmuję się bólem, nie leczeniem” – zaczęła, podała jednak własną receptę: łączyć się z ludźmi, którzy widzą świat podobnie do nas. Którzy rozumieją. Nie wdawać się w dyskusje z radykałami, którzy nie uznają żadnych argumentów. Nie bać się, mimo kierunku, w jakim zmierza nasz świat. I pamiętać, że wielkie zmiany zawsze zaczynały się od jednostek.

Na koniec przytoczę piękną odpowiedź, której Radka Denemarková udzieliła na pytanie prowadzącego, czy żyjemy w czasach, kiedy trzeba upominać się o godność: „Wystarczy, że choć jedna osoba na świecie będzie musiała walczyć o godność – ja będę o tym pisać”.

***
Po spotkaniu miałam okazję zamienić kilka słów z bohaterkami wieczoru, autorką i z tłumaczką – i choć krótkie, były to inspirujące rozmowy, za które jestem bardzo wdzięczna. A na pamiątkę zabrałam do domu uroczą dedykację od Radki Denemarkovej: „Miłej Annie, z podziękowaniem za zaangażowanie i inteligencję… Ważniejszym, niż książkę napisać, jest znaleźć kogoś, kto ją zrozumie… Radka Denemarková (»Jaskółka«)”.

P.S. A moją niestrudzoną towarzyszką podczas spotkania była po raz kolejny Ola z Parapetu :). Dziękuję!

wtorek, 4 kwietnia 2017

Książę i bestia – „Idiota”, Fiodor Dostojewski

Wasilij Surikow, Jeździec Miedziany, 1870.
Ach, ta słowiańska dusza. Ach, ci Rosjanie, zapłakani, rozhisteryzowani, w jednej chwili przechodzący od euforii do rozpaczy. Tyle tego jest w tej powieści Dostojewskiego, tyle tych emocji na skraju szaleństwa…

...że nawet ja, która, jak wiadomo, zawsze czytam bardziej sercem niż rozumem, mam ochotę pod koniec powtórzyć za Lizawietą Prokofiewną: „Dosyć już tej całej uczuciowości, trzeba wreszcie zacząć kierować się rozsądkiem”.

Ale chyba też dlatego ta historia przemawia do nas tak silnie, i dlatego, jako czytelnicy, tak mocno współczujemy. Współczujemy księciu Myszkinowi, jedynemu uczciwemu człowiekowi na świecie; współczujemy mu z powodu jego współczucia, którego nikt nie potrafi docenić. Współczujemy (ja przynajmniej współczuję!) Nastasji Filipownie, za fasadą okrutnej femme fatale skrywającej skrzywdzoną duszę. I współczujemy Agłai Jepanczyn, laleczce zamkniętej w klatce rodzicielskich oczekiwań.

I Rogożynowi, owładniętemu mroczną obsesją na punkcie Nastasji Filipowny, i Gani, obciążonemu piętnem własnej przeciętności. I nawet wiecznie pijanemu, opowiadającemu niestworzone historie generałowi Iwołginowi, i Hipolitowi, który tak bardzo, bardzo chce zwrócić uwagę innych na swoją niedolę, na chorobę, przez którą jego dni są policzone.

Ta pierwsza dwójka wzrusza mnie jednak najbardziej. Książę Myszkin, wieczne dziecko, spoglądające na świat swoimi ufnymi, błękitnymi oczętami; dziecko, które „z dużymi ludźmi przestawać nie lubi, bo nie umie” (s. 85). Rozbrajająco szczere, a przy tym nieporadne, że aż czasem uniesie się w towarzystwie, rozbijając cenną chińską wazę.

Skromny jest książę, rozumiejący, potrafi wydobyć zza ostrych słów i nieprzyjaznych gestów prawdę o człowieku; ale w towarzystwie, do którego trafił, tam, gdzie liczy się przede wszystkim gra pozorów, nie jest to mile widziane. Bo, jak mówi Agłaja: „Pan nie ma w sobie krzty delikatności, pana obchodzi tylko prawda, takie stanowisko jest niesprawiedliwe” (s. 484).

W jednej osobie księcia spotyka się mądrość 80-letniego starca i nieświadomość dziecka, dzięki czemu mimo otaczającej go niegodziwości i zakłamania, mimo nieszczęść, jakie na niego spadają, dostrzega wciąż, że życie jest cudem. (Może to choroba, która go łączy z Hipolitem, jest po części kluczem do zrozumienia?)
„Nie rozumiem, wie pan, jak można przechodzić koło drzewa i nie być szczęśliwym, że się je widzi? Rozmawiać z człowiekiem i nie być szczęśliwym, że się go kocha! O, ja tylko nie umiem wypowiedzieć… a ileż jest na każdym kroku takich pięknych rzeczy, które nawet najbardziej zatracony człowiek znajduje pięknymi?” (s. 626).
I Nastasja Filipowna, bajeczna piękność, dla której uroda stała się przekleństwem. Jako młodziutkie dziewczę wykorzystana przez człowieka, od którego spodziewała się ojcowskiej opieki, nosi od tamtej pory ciężar upokorzenia i swoimi okrutnymi kaprysami wpisuje się w rolę złej, zhańbionej, zepsutej kobiety, w którą wepchnęli ją nieczuli plotkarze. Na pierwszy rzut oka – istny potwór, bezwzględnie depczący uczucia licznych adoratorów, ale tylko książę dostrzega w niej nieszczęśliwą istotę, wołającą o pomoc: „Była w tej twarzy jakaś ogromna duma i pogarda, prawie nienawiść, a zarazem jakaś ufność, jakaś niezwykła dobroć” (s. 92).

Fascynująca jest w swoich atakach furii, a zarazem rozczulająca, gdy odmawia księciu siebie, bo nie czuje się go godna. Przekonana, że zasługuje na potępienie (jak gdyby to ona winna była swojej hańby, nie Tocki), zamiast czułej opieki najlepszego z ludzi wybiera towarzystwo psychopatycznego Rogożyna. Nie jest jednak w tym konsekwentna – raz pewna swej drogi, raz wątpiąca i zrozpaczona, miota się między jednym a drugim, by w końcu odstawić spektakularną ucieczkę sprzed ołtarza. Wspaniała, tragiczna postać.

I dla tych postaci i dla szaleństwa uczuć warto przez Idiotę brnąć. Bo, uwaga, nie jest to łatwa lektura. Czasem, w tym gąszczu wymownych spojrzeń i gestów, i słów zagadkowych, za którymi wyczuwam całe bogactwo psychologicznych smaczków, tracimy rozeznanie, o co właściwie chodzi – co się dzieje w rozgorączkowanych głowach bohaterów. Może potrzeba rosyjskiej duszy, żeby to zrozumieć?

***
F. Dostojewski, Idiota, przeł. Jerzy Jędrzejewicz, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977.

Książkę przeczytałam w ramach akcji Czytamy klasykę: Luty tylko z Idiotą (choć, jak widać, mój luty trochę się przeciągnął) dziewczyn z blogów Pani Bookowska, Skrytka na kulturę, Ekruda i Parapet Literacki. Akcja ma mieć charakter cykliczny, a w kolejnej odsłonie, kwietniowej, organizatorki zapraszają do wspólnego czytania Pani Bovary Gustawa Flauberta.

środa, 29 marca 2017

Terroryści – niewdzięczne dzieci pisarzy. „Mao II”, Don DeLillo

Ta powieść Dona DeLillo powstała 26 lat temu – przed atakiem na World Trade Center, przed zamachami w Madrycie, Paryżu i Brukseli. Dziś jednak, ze swoimi rozważaniami na temat terroryzmu i przejścia władzy w ręce niebezpiecznego, pozbawionego twarzy tłumu, wydaje się wręcz szokująco aktualna.

Jak to jednak w przypadku DeLillo zwykle bywa – to nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna. Autor pisze zagadkami, mnoży tropy, rysuje przed nami kolejne niepokojące obrazy i snuje różne wątki, często w sposób nie do końca jasny. Zacznę więc od tematów, które moim zdaniem prezentują się najbardziej spójnie, a przez to najbardziej dają do myślenia – motyw rządów tłumu oraz terroryzmu.

W ramionach totalnej kontroli

Tłum, ludzka masa poświęcona bezrefleksyjnie jednej idei, gra w powieści DeLillo bardzo ważną rolę, o czym przekonujemy się już po pierwszych kilku stronach – dzieło otwiera opis masowej ceremonii zaślubin członków sekty Moona. Później obrazy historycznych wydarzeń z udziałem tłumu pojawiają się w Mao II jeszcze kilkukrotnie.

Pragnienie bycia częścią tłumu wyjaśniane jest tym, że niektórym ludziom tak po prostu żyje się łatwiej. „Wszystkie wątpliwości znikną w ramionach totalnej kontroli” (s. 192). Pod rządami silnej jednostki, jak Mao Zedong czy wielebny Moon, ludzie zrzucają z siebie męczący obowiązek samodzielnego myślenia: „On daje im to, czego potrzebują. Spełnia ich pragnienia, zdejmuje z nich ciężar wolnej woli i niezależnej myśli. Widać, jacy są szczęśliwi” (s. 15).

Czy to naturalna ludzka skłonność? Trudno byłoby w ten sposób myśleć. Bill Gray, jeden z głównych bohaterów powieści, pisarz, stwierdza: „Doświadczenie mojej świadomości mówi mi, jak autokracja zawodzi, jak totalna kontrola wyniszcza ducha, jak moi bohaterowie opierają się moim wysiłkom, by kompletnie nimi zawładnąć, jak potrzebuję wewnętrznego odszczepieństwa, kłótni ze sobą” (s. 172).

Ale Bill to artysta-samotnik, który wybrał w życiu ekstremalną formę ucieczki od tłumu, trudno więc postrzegać go jako modelowego członka społeczeństwa. Czy to znaczy, że my, dla których brak możliwości samodzielnego myślenia i posiadania własnej twarzy jest raczej przeciwieństwem szczęścia, jesteśmy mniejszością, marginesem? Czy naprawdę dominują jednostki, które wolą porzucić własną twarz i się schronić w duszących ramionach silnego lidera? Czy przyszłość naprawdę należy do tłumów? Takie, między innymi, niepokojące pytania wypływają z tej lektury.

Zbrojny podbój ludzkiej świadomości

Szczególny rodzaj zniewolenia i pozbawienia tożsamości na rzecz idei obserwujemy w przypadku ugrupowań terrorystycznych. DeLillo tłumaczy te mechanizmy na przykładzie grupy z Bejrutu, z której przywódcą w epilogu powieści rozmawia fotografka Brita.

Abu Raszid wyjaśnia jej, że jego zwolennicy, młodzi ludzie, pragną porzucić własną tożsamość wraz ze swoim szarym, biednym życiem, aby poświęcić się czemuś „wspaniałemu i potężnemu”. Dlatego wszyscy kryją swoje twarze pod kapturami, otrzymują jedną maskę – maskę Abu Raszida. Mają wspólnego wroga – Zachód. Wściekli, że przez moment dali się mu omotać i próbowali go naśladować, mszczą się teraz z wielką mocą, wykorzystując jedyny język, jaki Zachód rozumie – „język zwracania na siebie uwagi”: „Terroryzm jest tym, co wykorzystujemy, żeby dać naszym ludziom miejsce w świecie. To, co było osiągane pracą, dostajemy terroryzmem. Terroryzm sprawia, że nowa przyszłość jest możliwa” (s. 249).

Poprzez wątek terroryzmu dochodzimy do innego, być może kluczowego, tematu powieści – podupadający autorytet pisarza. W wizji DeLillo te dwie grupy, pisarze i terroryści, ludzie pióra i ludzie bomb, jedni posługujący się językiem kultury, drudzy – przemocy, są połączeni przedziwną więzią. Jak sugeruje jeden z bohaterów, powieściopisarze z natury lepiej niż ktokolwiek inny rozumieją gniew, którym kierują się terroryści, gniew przeciwko zastanym formom i niesprawiedliwości świata.
„I czy to nie powieściopisarz, Bill, ponad wszystkimi ludźmi, ponad wszystkimi pisarzami, jest człowiekiem, który rozumie ten gniew, który wie w głębi duszy, co terroryści czują i myślą? W całej historii to powieściopisarz jest tym, który czuje sympatię do człowieka używającego przemocy, żyjącego w mroku. Z kim ty sympatyzujesz? Z policją kolonialną, najemcą, bogatym właścicielem mieszkania, skorumpowanym rządem, państwem militarystycznym?” (s. 142).
Zdjęcie Salingera, które miało zainspirować DeLillo do napisania Mao II.
Prowadzą więc tę samą wojnę, ale zupełnie innymi metodami. I choć brzmi to upiornie, terroryści są w pewien sposób spadkobiercami misji pisarzy – niewdzięcznymi dziećmi, które chcą rządzić światem „po swojemu”, spychają więc w cień swoich buntowniczych, ale mniej radykalnych staruszków. Bill podsumowuje to słowami: „Wiele lat temu myślałem, że pisarz jest w stanie zmienić wewnętrzne życie kultury. Teraz to terytorium przejęli konstruktorzy bomb i ludzie z bronią. To oni najeżdżają ludzką świadomość” (s. 53).

Gray, Salinger, Mao

Wszystkie ważne tematy tej powieści zdają się spotykać w osobie Billa Graya; ostatni z nich, o którym zamierzam napisać, to izolacja – jako ścieżka twórcza i jako sposób ucieczki od tłumu. Są podstawy do podejrzeń, że postać Billa została częściowo zainspirowana osobą J.D. Salingera – legendarnego odludka amerykańskiej literatury. To właśnie zdjęcie wściekłego Salingera, przymierzającego się do ciosu w kierunku fotografa, wykonane już w okresie, gdy pisarz od wielu lat ukrywał się przed światem, zainspirowało ponoć Dona DeLillo do napisania tej powieści. (Nie bez przyczyny w powieści pojawia się zdanie „Istnieli ludzie nierozstający się z aparatami fotograficznymi i tacy, którzy bawili się bronią, a w oczach Billa jedni od drugich prawie się nie różnili”, s. 210). Podobnie jak autor Buszującego w zbożu, za sprawą kilku doskonałych utworów Bill Gray został okrzyknięty geniuszem, a później zniknął, budując w ten sposób wokół siebie romantyczną legendę.

Bohatera DeLillo poznajemy jako osobę cierpiącą, udręczoną własnymi aspiracjami artystycznymi, zmęczoną pisaniem. W rozmowie z Britą przyznaje, że pisze po to, by NIE czuć się dobrze – pisanie jest dla niego ściśle związane z bólem. W pewien sposób stanowi dla niego klatkę: „Tyle lat zabrało mu uświadomienie sobie, że ta książka jest jego znienawidzonym przeciwnikiem. Zamknięci razem w zakazanym pokoju, zastygli w dławiącym uścisku” (s. 66).

Co gorsza, Bill pozostaje nie tylko więźniem swojej niedokończonej książki, ale i własnej legendy – zdaniem jego przyjaciela i asystenta, Scotta, szlifowane przez lata dzieło nie może ujrzeć światła dziennego, nie sprosta bowiem oczekiwaniom, wybujałym po tak wielu latach, i przyczyni się do zniszczenia aury tajemnicy i uwielbienia wokół autora. Udręczony swoim podwójnym uwięzieniem, Bill przeżywa małe tęsknoty:
„Jej dłoń na jego twarzy, jakże zaskoczyło go uczucie, że ten gest tak bardzo na niego podziałał, integralność zwykłego dotyku. Pragnienie, by żyć jak inni ludzie, jeść trzykolorowy makaron w trattoriach niedaleko parku (…). Mieszkać w pobliżu muzeów i galerii, stać w kolejce do kina, odkorkowywać butelki z winem, przemeblowywać pokoje, spać w szarej pościeli, kochać ją, zamawiać jedzenie z miasta, zamówmy coś dziś wieczorem, wyprowadzać psy, mówić słowa, słyszeć, jak portier gwiżdże na taksówki, deszcz uderzający o okna” (s. 66).
Wie jednak, że takie życie nie jest już dla niego osiągalne. Lekarstwa szuka więc w kolejnej ucieczce i w dążeniu do kolejnej izolacji – jeszcze trudniejszej, jeszcze bardziej ekstremalnej. Ile w tym autentycznej potrzeby, a ile nastawienia na efekt? Wszak tytuł Mao II nawiązuje właśnie do postaci Billa – Scott porównuje go do chińskiego wodza, który raz na jakiś czas znikał z widoku tylko po to, by zaaranżować mesjanistyczny powrót i na nowo wzniecić rewolucję…

Czołgiem… na wesele

W czasach, kiedy powstała, powieść DeLillo działała zapewne na czytelników mocno przygnębiająco; dziś, po tylu brutalnych atakach terrorystycznych, dokonanych w ostatnich latach w Europie i na świecie, na swój sposób zdaje mi się wręcz przerażająca. Także dlatego, że mimo oczywistości diagnoz autora dotyczących terrorystów i tego, skąd się biorą, nie byliśmy w stanie przez te lata zrobić nic, aby zapobiec tragediom.

Chwytam się jednak okruszyn nadziei. Wizji dwójki ludzi idących sobie naprzeciw po Wielkim Murze Chińskim – obrazu porozumienia ponad podziałami. I orszaku weselnego w Bejrucie, z czołgiem na czele, w ostatniej scenie powieści. Czy nie są to furtki, które sam autor zostawił nam na przyszłość? A jeśli potrafił tak dokładnie przewidzieć obraz ogarniającego świat wirusa terroryzmu, ufam również tym słabym nutom optymizmu.


***
D. DeLillo, Mao II, przeł. Krzysztof Obłucki, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2010.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] okładka amerykańskiego wydania powieści, wyd. Scribner / Wikimedia Commons,
[3] Literature Pics / Twitter,
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa / noir.pl. 


Inne książki Dona DeLillo na Literackich skarbach:

sobota, 18 marca 2017

Radosna siła jaskółek vs. drapieżna męska sfora – „Przyczynek do historii radości”, Radka Denemarková

„Niektórych historii nie można upchnąć w sylaby, niektórym historiom słowa nie potrafią sprostać. Potrafi im sprostać krzyk” (s. 115).

Tak naprawdę jednak w tej powieści nie ma krzyku. Jest za to język ostry jak brzytwa, jest temat, który ciąży na sercu i nie daje swobodnie oddychać, są dosadne słowa i wstrząsające relacje. A wszystko po to, by raz jeszcze, według słów Kafki, „rozłupać zamarznięte morze wokół nas”. Zwrócić uwagę na problem gwałtu – „wojny, która toczy się dzień w dzień” i nigdy się nie kończy.

Jaskółcza wendeta

„Te ciała zostały rozjechane przez gąsienice czołgów jednej jedynej armii. Była to międzynarodowa armia mężczyzn” (s. 163).

Powieść Denemarkovej zaczyna się jak kryminał. W swojej eleganckiej willi na obrzeżach Pragi zostaje znaleziony powieszony mężczyzna. Wiele wskazuje na samobójstwo, jednak prowadzący śledztwo Policjant postanawia zgłębić sprawę – i trafia na trop pomarańczowego domku na zboczu praskiego wzgórza Petřín (wzgórza zakochanych!).

Rozwiązanie zagadki szybko staje się oczywiste i dopiero wtedy do głosu dochodzi główny temat powieści. To, co znajduje w pomarańczowym domku Policjant, nie jest dla niego łatwe do przyjęcia. Wraz z nim dowiadujemy się o istnieniu trzech starszych pań, mieszkanek domu, oraz ich przyjaciółki Ingrid, Żydówki, która w trakcie wojny była poniżana i zmuszana przez nazistów do upokarzających seksualnych praktyk. Po wojnie, jako Ingrid Wiesenthal, dąży do uznania gwałtów za zbrodnie wojenne i do ukarania sprawców, jednak jej determinacja rozbija się o mur męskiej ignorancji, kpiących uśmieszków, pobłażliwego „ale przecież to TYLKO gwałt”.

To z tego małego słówka „tylko” wyrosła cała powieść Denemarkovej. W trakcie jednego ze spotkań autorskich w Niemczech pewien napastliwy słuchacz, domagający się odszkodowań dla Niemców wypędzonych po wojnie z Czech, odpowiedział nim na pytanie autorki „A co z kobietami, które zostały zgwałcone przez żołnierzy?”. „No ale przecież tylko zgwałcone”…

Czeskie „tylko” – „jen” – to również słowo w języku chińskim oznaczające jaskółkę. A jaskółki – to obrończynie skrzywdzonych kobiecych ciał, innych członkiń stada. Pierwsza z nich, Ingrid, nie potrafiła już wzbić się do lotu, nie potrafiła znieść swojego poniżenia, i ostatecznie rozbiła się o ziemię. Odebrała sobie życie. Jej przyjaciółki Diana, Birgit i Erika (zwróćcie uwagę – wszystkie mają piękne, „waleczne” imiona, pochodzące od imion bogiń i wojowniczek!) kontynuują jednak jej dzieło. Rozpuszczają wici na cały świat, widzą wszystko, choć same pozostają niezauważone – bo jaskółki, podobnie jak starsze kobiety, są dla ludzi niewidzialne. Nie znają podziałów na narody, klasy, uprzywilejowane płcie, troszczą się tylko o swoje stado, i choć wydają się delikatne, są bardzo silne, a do celu zmierzają pewnie i bez wahania – ponieważ „kiedy wyciągasz miecz, musisz wierzyć, że naprawdę zabijesz przeciwnika” (s. 140).

Okładka czeskiego wydania powieści
Mają ręce pełne roboty. Bo to się przecież nigdy nie skończyło. „Wszystko jest wciąż tak samo, to tylko epoka zmienia pióra” (s. 280). Każdego dnia młode dziewczyny, dziewczynki właściwie, są rozszarpywane przez sforę. Nieszczęśliwe w domu, pozbawione troski rodziców (a czasem, na odwrót – przytłoczone nią), szukają akceptacji wśród koleżanek. Tych pięknych, podziwianych, dorosłych, jak powieściowa Miodunka, która przyprowadza je jak świeże mięso do pożarcia. Sama kiedyś była tym mięsem, przypłaciła to załamaniem nerwowym, ale się uodporniła.

A co z innymi kulturami? Tymi, dla których kobiety znaczą jeszcze mniej? W zamieszczonych na końcu powieści fragmentach książki Birgit mowa jest o bredniach filozofa Ottona Weiningera, uważającego kobiety i Żydów za niepełnoprawnych ludzi, i o tym, że z takimi hasłami swój podbój Europy rozpoczęli naziści; nie jest to jednak zjawisko typowe tylko dla tego miejsca i czasu: „Druga wojna światowa wykluwała się w Indiach. I na Ukrainie. I w Namibii. Wykluwała się na całym globie” (s. 347).

Dlatego w powieści Denemarkovej mowa również o autobusach z przyciemnionymi szybami, które w Indiach polują na młode dziewczyny. Do jednego z nich trafia siedemnastolatka, która odważyła się wraz ze swoim towarzyszem pójść do kina na brytyjski film. Po jej brutalnym zgwałceniu i zamordowaniu, sprawiedliwości dochodzi zrozpaczony ojciec. „Ciało córki przecież nie jest polem bitwy” (s. 163)…

Autorka pokazuje, że choć wojna już się skończyła, nadal istnieje zwycięska armia, która ma niepisane prawo do gwałtu. To międzynarodowa armia mężczyzn. Prawa strzegą inni mężczyźni oraz kobiety, które są z nimi w zmowie, jednak jaskółki do upadłego walczą o rozbicie szklanego klosza i zmiany w prawie. Kiedy system zawodzi, same wymierzają sprawiedliwość.

Swąd poniżenia nigdy nie znika

„Cierpienie milionów porusza pana do żywego. Cierpienie pojedynczych ciał już nie” (s. 295).

Bohaterki Denemarkovej powtarzają, że nie chodzi o sam gwałt. Chodzi o poniżenie. O „swąd poniżenia”, który towarzyszy skrzywdzonemu ciału już na zawsze. „Czas nie leczy ran. Czas tylko je konserwuje” (s. 128). Jak wyjaśnia Diana: „Ciało zapamiętuje poniżenie i jeśli nie doczeka się sprawiedliwości, do końca życia pozostanie w jego władzy. Będzie się domagało dalszego poniżania” (s. 166). Jedna ze zgwałconych dziewczyn, Milenka, pisze: „Tego ciała już nie chcę, chcę inne, ale nie mam innego, więc muszę zostać w tym, będę w nim tkwić do końca życia, uświadamiam to sobie i robi mi się słabo” (s. 277).

To dlatego jaskółki walczą o sprawiedliwość. Jak podkreślają, nie kieruje nimi gniew czy chęć zemsty – ale miłość. Chcą uwrażliwić ludzi na krzywdę zgwałconych, każdej jednej, zetrzeć z ust kpiące uśmieszki i pobłażliwe słowo „tylko”, chcą, by mężczyźni postawili się w roli skrzywdzonych kobiet i zrozumieli je. By zrozumieli, że odebrano im nie tylko niewinność i dziewictwo, ale zaufanie do drugiego człowieka i podstawową ludzką radość – „schronić się w czyichś ramionach i tylko się w nie wtulić” (s. 301). „Mieć wzgląd na innych to dar” – mówi Diana. I w tym kontekście powieść Denemarkovej jest nie tylko feministyczna (jak by się mogło wydawać), ale po prostu ludzka. Jaskółki bronią nie kobiet, a słabszych. „Jeśli kobiety zaczną gwałcić i niewolić mężczyzn, będziemy bronić mężczyzn” (s. 299) – zapewnia jedna z nich.

W swojej empatii autorka idzie nawet o krok dalej – pokazuje sytuację również z drugiej strony. Opowiada historię młodego Ukraińca Tarasa, który decyduje się walczyć w nazistowskiej armii z nienawiści do Stalina i z powodu nędzy i głodu, które cierpiał przez całe dzieciństwo. Wierny niemieckim dowódcom Taras pomaga im później w ich okrutnych seksualnych eksperymentach na żydowskich ciałach. Na jego przykładzie pisarka pokazuje, że chęć władzy i poniżania ma swoje źródło zawsze w poniżeniu doznanym. I tak tworzy się straszny „łańcuch ofiar”. 


Denemarková używa wstrząsających obrazów i dosadnych słów, zdając sobie sprawę z reakcji, jakie może wywołać. Wie, że dla wielu czytelników konfrontacja z tak ciężkim tematem, zaprezentowanym w ten sposób, będzie równie trudna jak dla Policjanta: „Nie będzie czytał czegoś takiego. A jemu się zdawało, że to, co musiał przejrzeć na pierwszym i drugim piętrze pomarańczowego domu pod Petřínem, było zboczone (…). Nigdy go tu nie było. Nigdy nie było go w tym nawiedzonym domu, w domu niespokojnej starości zboczonych filmowców (…). Ucieka jak najdalej od wojennych lat, historia go nie interesuje. Ucieka od potężnej fali pradawnych niejasności. Ucieka od absurdu ludzkiego życia. Ucieka do teraźniejszości. Teraźniejszość jest przecież ZUPEŁNIE inna” (s. 122-123). Sęk w tym, że nie jest inna. I dlatego trzeba słuchać. Choć boli.

Rozkopać kilofem materię języka

„Rozkopać kilofem materię języka, rąbać w niej jak w zamarzniętej glebie. Ciąć aż do żywej tkanki. Żeby słowa mogły się wykluć i polecieć, silne i prawdziwe” (s. 165).

Ważny temat to jednak nie wszystko, co sprawia, że książkę Denemarkovej trzeba przeczytać. Czeska autorka po raz kolejny daje w Przyczynku popis pisarskich umiejętności. Zachwyca bogata metaforyka książki. Oczywiście na pierwszym planie mamy wszystkie zwierzęce przenośnie – Diana, Birgit i Erika jako jaskółki, gwałciciele jako sfora wilków, młodziutkie dziewczęta jako przepiórki. I choć drapieżność to zwyczajowa cecha świata zwierząt, praktyki, do których porównane zostają gwałty, mają raczej ludzki, bo sadystyczny, charakter – łapanie ptaszyny, zaciskanie dłoni, wykłuwanie oczu, przycinanie skrzydeł…

Czytając uważnie, można jednak wyłapać także subtelniejsze metafory. Poza tym mnie osobiście dużą frajdę sprawiły zabawy Denemarkovej z językiem, aliteracje („wyretuszowane zbrodnie wojenne, których żaden wpływowy watażka nie wymienił wśród wykroczeń wymagających wyśledzenia i w których władza widziała wyłącznie wytwór wybujałej wyobraźni wydelikaconych wariatek” – brawo również dla tłumaczki!) oraz to postmodernistyczne puszczenie oka do czytelnika: „Miałabym wiedzieć wszystko tylko dlatego, że to piszę?” (s. 56).

Radka Denemarková. Fot. Lucie Zajíčková
W warstwie językowej oprócz wyróżnianego za każdym razem słowa „tylko” (o jego znaczeniu już pisałam) zwracają uwagę pewne powtarzające się frazy i motywy, jak choćby „Jak wiele, kochanie, skrywa się w rutynie i rytuale”, kwiat sakury czy czerw w płaszczyku. Denemarková pisze: „Każde powtórzenie przynosi ze sobą tylko drobny ornament, za sprawą którego wszystko jednak się zmienia” (s. 300). Może więc chodzi o powtarzające się wciąż gwałty? O rytuał, który został po cichu społecznie zaakceptowany, a mimo to jest za każdym razem tragedią, która powinna wstrząsnąć światem?

Nasz ludzki język jest zresztą, obok ciała, ważnym tematem powieści – jako medium kłamliwe i nieszczere w przeciwieństwie do mowy ciała. Szczególnie ciekawe rzeczy dzieją się z nim u Denemarkovej właśnie wtedy, gdy mowa jest o cielesności i o seksie, ponieważ język oddaje również charakter zbliżeń: „Ci, co się kochają, czują miłość, ci co się ruchają, czują wściekłość” (s. 181). Język seksu bywa nieprzyjemnie wulgarny, bywa też dosadny, ale zarazem czuły (ponieważ „w miękkich objęciach żadne słowa tego świata nie są wulgarne”, s. 220), kiedy zaś mowa o przemocy, Denemarková często posługuje się militarnymi porównaniami (gwałt to u niej „broń masowej zagłady”, gwałciciele są „jednolitą armią”, zaś walka z nimi to „wojna z faszystami dnia powszedniego”). Wreszcie – nieczęsto, ale pozwala sobie na odrobinę humoru: „Sama penetracja jest jak wyprawa ślepych poszukiwaczy, co to przedzierają się przez ciemne sztolnie, żeby zdobyć węgiel, a nie wiedzą, że mijają złoża diamentów” (s. 251).

Radosne życie rozdokazywanych staruszek

„Szczęśliwa i wdzięczna za swoje barwne i namiętne życie, nieokiełznane i niezafałszowane, jest wdzięczna za radość, jaka ją spotykała i wciąż spotyka (...), że nauczyła się dostrzegać szare wróble w kurzu polnych dróg czy jaskółki i jerzyki w stajniach, i że tak wielu pomogła dostać się z powrotem na drzewa” (s. 143).

A o co właściwie chodzi z tą radością? Tytuł jest po części ironiczny, po części serio. Ironiczny – bo jeden z gwałcicieli powtarza, że „seks to radość”, a każda kolejna kobieta była „przyczynkiem do JEGO radości” (s. 41). Takie właśnie przyczynki zbierają jaskółki. W książce mowa jednak również o tej radości czystej, której źródłem jest miłość, więź z innymi ludźmi, troska o nich, chęć pomocy. Z taką radością do akcji śpieszą jaskółki, z tą radością pielęgnują w sobie dar empatii.

I to je różni choćby od powołanej do życia przez Olgę Tokarczuk Janiny Duszejko, którą pod wieloma innymi względami bohaterki Denemarkovej mi przypominały (być może to skutek niedawnej lektury Prowadź swój pług… i wizyty w kinie na Pokocie; swoją drogą, nawet te ludzkie oczy – u wilka na plakacie filmu Holland i u jaskółki na polskiej okładce Przyczynku – jakoś łączą w mojej głowie te dwa dzieła). Wszystkie troszczą się o słabszych i bezbronnych, utożsamiają się ze zwierzęcym światem i wszystkie są starszymi paniami, trochę dziwaczkami, na które nikt nie zwraca uwagi; o ile jednak Janina Duszejko kieruje się swoim świętym gniewem i bywa w tym lekko karykaturalna, o tyle jaskółki działają spokojnie, pewnie i radośnie – są całkowicie wyzbyte agresji, za to pełne miłości i troski.

A skoro już o starszych paniach mowa… fantastyczne są motta zamieszczone przez Denemarkovą na początku książki, wszystkie trzy. „Nigdzie nie jest napisane, że starym babom nie wolno chodzić po drzewach” Astrid Lindgren (no przecież!), „Pisklęta jaskółki / w gnieździe nie spuszczają oczu / z mierzchnącego nieba” Issy Kobayashiego i dłuższy cytat Ludwiga Wittgensteina. „Cała kula ziemska nie może doświadczyć większego cierpienia niż to, którego doświadcza jedna jedyna dusza”. Kojąc więc cierpienie jednej duszy – łagodzimy ból całego świata. Jak u Hostovskiego: „Jeśli każdy z nas uratuje jedno dziecko – to zbawi świat”.

Misję jaskółek każdy z nas musi ocenić moralnie sam. One jednak żyją według własnych zasad, bo inaczej nie potrafią. I nie przejmują się nami: „Nie postrzegamy świata tak samo jak wy. Co jeszcze nie znaczy, że wy postrzegacie go właściwie” (s. 305).

***
R. Denemarková, Przyczynek do historii radości, tłum. Olga Czernikow, wyd. Amaltea, Wrocław 2017.

Dla zainteresowanych – w najbliższym czasie odbędą się dwa spotkania z Radką Denemarkovą w Polsce. 4 kwietnia pisarka zawita do Wrocławia (Dom Europy, ul. Widok 10, godz. 17:00), a 5 kwietnia spotka się z czytelnikami w Warszawie (ul. Jasna 14/16a, godz. 18:00). Obydwa spotkania poprowadzi Michał Nogaś.

Ilustracje:
[1] j0e_m / Foter.com / CC BY-NC-SA,
[2] zdjęcie własne, 
[3] wydawnictwo Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz,
[4] zdjęcie własne,
[5] wydawnictwo Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz,
[6] okładka książki ze strony wydawnictwa Amaltea /   

czwartek, 16 marca 2017

Kto chce „Lorda Morda”?

Kto by takiego hrabiego Arco nie chciał? Znudzony życiem i pozbawiony ambicji szlachcic, „leń i sybaryta”, gruźlik, smakosz absyntu, narkoman, stały bywalec praskich burdeli… Tylko brać! :) 

A poważnie – jest do wzięcia jeden egzemplarz Lorda Morda Miloša Urbana (tłum. Katarzyna Kępka-Falska, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015). Opowieści z Pragi przełomu XIX i XX wieku, książki nietypowej, niebanalnej, zabawnej, przewrotnego horroro-kryminału, który nie jest ani horrorem, ani kryminałem. Recenzja tutaj.

Żeby wygrać, trzeba pomyśleć i odpowiedzieć na pytanie: Gdybyś mógł/mogła przenieść się w czasie i przestrzeni do Pragi w dowolnej epoce, jakie by to były czasy i dlaczego? 

Odpowiedzi przyjmuję tutaj w komentarzach oraz pod postem konkursowym na Facebooku. Ta, którą uznam za najciekawszą, zostanie nagrodzona książką :). Wysyłka oczywiście na mój koszt, ale tylko na adres w Polsce. Czas? Do przyszłego piątku, 24 marca. Powodzenia!

***
Aktualizacja 28.03.2017 – wyniki

To była dla mnie naprawdę trudna decyzja, bo wszystkie odpowiedzi, które napłynęły na konkurs, w jakiś sposób mnie urzekły. Niektóre – pomysłem, inne – fantazją i dopracowaniem, jeszcze inne – osobistym tonem. Szczególnie dziękuję Magdzie Lenie Lenie, ponieważ jej misterny plan mącenia w czeskiej historii i sprzedania Hrabalowi swoich nieprawdopodobnych (ale prawdziwych!) historii zachwycił mnie i rozbawił. Ostatecznie jednak książkę otrzyma

Sheyn Owieczkin
 

...ponieważ jego odpowiedź („Każde czasy są dobre na Pragę, chociaż wizja pojawienia się w skupie na Spalenej z paczką makulatury i strzelenia sobie kufla jasnego goryczkowego z Hantą Peukertem istotnie wydaje się kusząca...”) zwyczajnie oczarowała mnie szczerością i prostotą.
 

Ale, ale! Ponieważ zgłoszeń nie było wiele, a dla mnie każde jedno było wielką radością (prawdę mówiąc konkursy to dla mnie zawsze spory stres), chciałabym wszystkim uczestnikom wysłać symboliczną nagrodę pocieszenia. Wszystkich Was więc, którzy wzięliście udział (Sheyn, Olga, Magda, Mati, Rafał nie musi) proszę o adres do wysyłki. I oczywiście już tutaj – bardzo, bardzo Wam dziękuję!

czwartek, 9 marca 2017

Hrabal na Elektoralnej / 49 lat później – relacja

Hrabal nie lubił okrągłych rocznic. Dlatego też poświęcony mu wieczór w Mazowieckim Instytucie Kultury w Warszawie zorganizowano 7 marca 2017, z okazji… 49. rocznicy jedynego spotkania autorskiego pisarza w Polsce. Co takiego przygotowali organizatorzy, by uczcić ten dzień? Zapraszam na krótką relację!

Wieczór rozpoczął się od rozmowy z uczestnikami tamtego pamiętnego spotkania, wówczas młodymi bohemistami – prof. Joanną Goszczyńską i redaktorem Andrzejem Gordziejewskim. W roli moderatora wystąpił Aleksander Kaczorowski, pomysłodawca całego wydarzenia.

„Czy to było w tej sali?” – brzmiało pierwsze pytanie zadane przez prowadzącego. Szybko jednak okazało się, że goście nie za wiele pamiętają z tamtego wieczoru (więc wygląda na to, że nie był jednak specjalnie „pamiętny”). Na spotkanie wybrali się wówczas zbiorowo, zamiast zajęć, a większość towarzystwa, jako studenci drugiego roku filologii, niewiele jeszcze wiedziała na temat Hrabala.

Nieco bardziej „w temacie” była prof. Goszczyńska, która posiadała już wówczas kilka książek pisarza po czesku i po polsku, a na jednej z nich nawet jej się podpisał. Również ona, na sugestię prowadzącego, że Hrabal był wówczas niemal zupełnie w Polsce nieznany, zaprzeczyła, twierdząc, że z powodu filmu Menzla było już o nim dosyć głośno w środowisku filmowym. 

Mimo to żaden z gości nie potrafił już dziś, po latach, przywołać, o czym właściwie mówił pisarz na spotkaniu – co świadczy o tym, że raczej nie wypadł zbyt ciekawie. Pamiętają jedynie, że był bardzo wycofany, cichy i unikał wszelkich tematów politycznych. Szybko również rozstał się ze słuchaczami, wymawiając się tym, że wkrótce wyjeżdża; najwyraźniej nie czuł się w Polsce za dobrze.  

Od lewej: Aleksander Kaczorowski, prof. Joanna Goszczyńska i Andrzej Gordziejewski.

Co więcej – z jakichś powodów także później, po latach, Hrabal nie chciał mówić o tym spotkaniu w Warszawie. Próby podejmowali i prof. Goszczyńska, która zagadnęła pisarza w roku 1989 w teatrze w Pradze, i redaktor Gordziejewski, który podjął temat, kiedy spotkał się z Hrabalem w praskiej gospodzie w latach 70. W pierwszym przypadku rozmowa została szybko ucięta, w drugim – zakończona wymijającym komentarzem „Niech pan usiądzie, napije się piwa” :). 

Uczestnicy dyskusji zastanawiali się, dlaczego Hrabal tak bardzo nie chciał wracać do tamtego spotkania. Czy zwyczajnie nie pamiętał? Czy może wolał wykreślić je z pamięci, obawiając się, że po powrocie do domu będzie wypytywany o burzliwe wydarzenia 8 marca w Polsce (wszak spotkanie odbyło się zaledwie dzień wcześniej)?

Tamten marcowy wieczór w roku 1968 jest do tego stopnia osnuty tajemnicą, że gdyby nie zachowane przez Andrzeja Gordziejewskiego zaproszenie z podpisem Hrabala, można by wątpić w to, że spotkanie w ogóle doszło do skutku. Samo zaproszenie o niczym by jeszcze nie świadczyło – prof. Goszczyńska przypomniała Bieszczadzkie Spotkania w Lesku w roku 1989, których Hrabal również miał być gościem, ale ostatecznie nie pojawił się; jednak zachowane autografy są w tym wypadku niezbitym dowodem. 

Co więcej, być może trafiliśmy na trop jeszcze jednego, przemilczanego do tej pory wydarzenia z udziałem Hrabala – jeden z gości na widowni stwierdził, że w ten sam wieczór lub dzień wcześniej odbyło się spotkanie z pisarzem w sali w akademiku UW. Jaka szkoda, że tak niewiele dziś na temat tych wydarzeń wiemy! 


Drugim punktem programu były opowiadania Hrabala czytane przez aktora Wojciecha Pszoniaka. Ku mojej radości wybrał on utwory z mojego ulubionego zbioru, Takiej pięknej żałoby (którego zakup zresztą kilka minut wcześniej poleciłam Oli z Parapetu Literackiego, która towarzyszyła mi podczas całego wieczoru). 

Wraz z Pszoniakiem przenieśliśmy się więc do Nymburka, do lat dzieciństwa Hrabala, w świat opowieści o wytatuowanej na piersi syrence, śmierdzącym sklepiku pana Rehra oraz tatusiu, przed którym w popłochu uciekali wszyscy mieszkańcy miasteczka, obawiając się, że znów zostaną zwerbowani do pomocy przy całonocnym rozmontowywaniu i składaniu na nowo tatusiowego Oriona. Wspaniale było odbyć tę podróż raz jeszcze.

Wojciech Pszoniak czyta Hrabala.

Po tym przyszedł czas na wernisaż wystawy zdjęć Ladislava Michálka Magiczny świat Bohumila Hrabala, przedstawiającej starą Libeń, Hrabala i jego przyjaciół (m.in. Vladimíra „Czułego Barbarzyńcę” Boudníka oraz Egona „Kurwa fix!” Bondy’ego). Organizatorzy zadbali o poczęstunek z czeskim akcentem – do kanapek, tostów i ciastek zaserwowano piwo; w dodatku tematyczne, bo Postřižinské, prosto z browaru w Nymburku, w którym dzieciństwo spędził Hrabal. Pyszny ten trunek dostarczyła do MIK Czeska Piviarnia Żoliborz.

W przerwach między poszczególnymi wydarzeniami można było uzupełnić swoją biblioteczkę – wieczorowi patronowało wydawnictwo Czuły Barbarzyńca, które pojawiło się również ze swoim stoiskiem. Oprócz książek Hrabala można było zaopatrzyć się w album ze zdjęciami Michálka (co uczyniłam, i zakup z dumą prezentuję).


Na koniec, dokładnie tak, jak 49 lat temu, wyświetlone zostały Pociągi pod specjalnym nadzorem Jiřiego Menzla na podstawie opowiadania Hrabala. Jedyna różnica polegała na tym, że uczestnicy spotkania w 1968 jeszcze nie wiedzieli, że patrzą na film oscarowy… Dziś to dzieło powszechnie znane i cenione, legendarne wręcz, przez niektórych uczestników oglądane już pewnie wiele razy. Mimo to zachwyt, śmiech i wzruszenie – były jak zawsze.

Piękny wieczór, dla którego zdecydowanie warto było spędzić pół dnia i noc w autobusie! Za ostateczny impuls do wzięcia udziału i przemiłe towarzystwo dziękuję Oli, raz jeszcze.

A w ramach uzupełnienia – jeszcze ciekawy tekst, który ukazał się jako zapowiedź wydarzenia; o Hrabalu i o tym jedynym (ponoć) spotkaniu autorskim pisarza w Polsce opowiada jeden z gości wieczoru, pan Andrzej Gordziejewski.