wtorek, 31 grudnia 2013

Rozkosze ojcostwa (z kupą w tle) – „Podróże konika morskiego”, Petr Šabach

Podróże konika morskiego to powrót do znanych z Gówno się pali perypetii damsko-męskich, ale i coś nowego, innego. Bo mamy tu tatusia. Młodego. I jego momentami zbuntowanego, ale z pewnością ponadprzeciętnie inteligentnego syneczka Pepino.

Wokół nich kręci się cała akcja, bo oto tatuś decyduje się na heroiczny czyn – zostaje w domu z syneczkiem, aby mama mogła się realizować zawodowo. Jak konik morski, z poświęceniem wydający na świat młode, bierze na siebie pełnię rodzicielskich obowiązków.

Choć z początku czuje się nieco zagubiony, po kilku dniach sytuacja się poprawia – przestaje być postrzegany jako dziwadło w damskim kółeczku odwiedzającym każdego dnia ze swoimi pociechami pobliski park, a nawet zaczyna strzyc oczami w kierunku jednej z mamuś, ponętnej blondynki. Nowo poznana piękność zaczyna bezceremonialnie królować w myślach i dzienniczku młodego taty, spychając zupełnie na margines zapracowaną mamę Pepina, która jednak wkrótce dość brutalnie o sobie przypomni...

Z całym tym galimatiasem tatuś radzi sobie w oryginalny sposób. Obok wdzięków parkowej Afrodyty i rozmyślań, jak się do niej zbliżyć, a także skrupulatnych, wręcz naukowych opisów zachowań Pepina kolejnym refrenem pobrzmiewającym we wspomnianym dzienniczku są poranne obserwacje własnych odchodów (tak tak, i tutaj urocze motywy skatologiczne musiały się pojawić:)!). W swej kupie bohater pokłada nadzieję każdego ranka, wyczytując z niej najbliższą przyszłość (bo przecież wróżenie z fusów jest zbyt mainstreamowe...). Jedno spojrzenie i już wie, co go czeka.

Jak to u Šabacha, jest dużo humoru sytuacyjnego (biedny Pepinek uwięziony z głową za piecem, gdy jego tatuś celuje w swą lubą z łuku Amora! nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać), rozkoszne obserwacje na temat dorosłych, dzieci, relacji damsko-męskich (rzecz jasna), żarty małe i duże, wybryki małego Pepina... Ten potężny zastrzyk śmiechu to lek na rzeczywistość. Kiedy dobrnęłam do ostatniej strony, poczułam się rozczarowana. Że pan Šabach pisze takie krótkie książki.

Spod tej całej wesołości wyziera jednak coś bardzo nieśmiesznego i absolutnie wspaniałego – silna, choć rodząca się dopiero więź między ojcem i dzieckiem. Nie jestem odporna na takie słodycze, natychmiast rozpływam się jak sopel w wiosennym słońcu, bo nie ma dla mnie większego cudu niż troskliwy tatuś. Kilka dni temu oglądałam film w zupełnie innym klimacie, Blue Valentine, i mimo wąsika, nieodłącznego papieroska i puszki piwa w ręce oraz ogólnie zafajdanego imidżu Ryan Gosling zlizujący razem ze swą małą księżniczką rodzynki ze stołu był dla mnie zdecydowanie najseksowniejszym facetem świata.

Dlatego też bohaterowi Šabacha jestem w stanie nawet wybaczyć to, że bez cienia skrupułów projektował sobie upojne chwile w ramionach parkowej piękności. W końcu dzielny Pepino własną główką ratuje sytuację i nawet gdy sprawy przyjmują dramatyczny obrót magicznie i zupełnie nieświadomie skleja do kupy pokruszoną rodzinę. To dzięki niemu ostatnie słowa w dzienniczku młodego tatusia brzmią tak, a nie inaczej:
W ogóle nie jest źle.
***
Za książkę dziękuję wydawnictwu Afera.

***
P. Šabach, Podróże konika morskiego, wyd. Afera, Wrocław 2012.

Fotografia konika morskiego: diko1967 (sxc.hu)
Fotografia Petra Šabacha: http://www.wydawnictwoafera.pl/autorzy/petr-sabach.html

sobota, 28 grudnia 2013

Rozpłatać brzuch kobiecości – „Morawagin”, Blaise Cendrars

Dawno, dawno temu był sobie pewien chłopiec. Urodzony jako ostatni dziedzic króla Węgier, wcześnie został sierotą i wychowywał się w luksusowym więzieniu – zamku Fejérvár. Gdy miał zaledwie kilka lat, poślubił piękną arystokratkę Ritę. Pokochał ją natychmiast gorąco i szczerze. Snując się po wielkim zamczysku marzył i czekał na ten jeden dzień w roku, gdy było mu dane się z nią zobaczyć. Pewnego razu, gdy ukochana nie przyjechała w wyznaczonym terminie, dręczony tęsknotą podjął karkołomną ucieczkę. Wskutek wypadku na całe życie został kaleką.

Mijały lata, królewicza coraz bardziej fascynowały kształty i faktury, przestało mu wystarczać upajanie się spojrzeniami Rity i wdychanie jej roślinnego zapachu. Pragnął fizycznego zespolenia. Dziewczyna jednak, płocha jak leśna nimfa, wciąż mu się wymykała. W końcu, wygłodniały i doprowadzony do ostateczności, rzucił się na nią i rozpruł jej brzuch. Tak zrodziło się szaleństwo.
Odilon Redon, La Mort. Dzieło, które widniało na okładce
jednego z wydań Morawagina. Kobieta = śmierć.

Oto Morawagin. Mora – od śmierci, vagin – od waginy, kobiety. Kobieta to śmierć, a więc – śmierć kobietom. Młodzieńcze męki niespełnienia przeradzają się u kalekiego arystokraty w nienawiść do całego rodu kobiecego, a jego obsesją staje się wyrafinowane mordowanie przedstawicielek płci pięknej. Zostaje uznany za niepoczytalnego i zamknięty w sanatorium doktora Steina.

Tam poznaje go młody lekarz psychiatrii, narrator opowieści. Z miejsca ulega fascynacji tym małym, oddanych mrocznym namiętnościom człowieczkiem. Nie ma poczucia, że igra z ogniem. Nie zważając na wszystko postanawia pomóc mu uciec.

Razem ruszają w pełną przygód podróż, niczym Don Kichot i jego wierny Sancho Pansa. Wysłanie ich w świat to dla autora pretekst, by drwić z modnych w owym czasie idei, ruchów społecznych, nauk. Bohaterowie biorą udział w rosyjskiej rewolucji i nieudanym zamachu na cara, szukają złota w Ameryce, spędzają kilka miesięcy wśród Błękitnych Indian. Wszystkim ich działaniom towarzyszy dyscyplina i porządek prowadzące do chaosu, ich celem jest niszczenie, ich ideologią – nihilizm, ich motorem – pogarda dla świata. Z czasem młody lekarz popada w zniechęcenie i opada z sił, ale Morawagin jest jak maszyna. Niestrudzony, nigdy nienasycony w swoim pragnieniu mordowania, chłodnego i obojętnego mszczenia się na świecie za doznane krzywdy.
Za każdym razem, gdy uważano go za pokonanego, u kresu sił, wyczerpanego najstraszliwszymi kryzysami moralnymi, odradzał się z popiołów świeży, pełen wiary, rześki i dźwigał się zawsze bez najmniejszego dla siebie uszczerbku (…). Ta mała dłoń będąca wyrzutnią dla młodzieńczej idei, zwartej i okrągłej jak bila, która zmienia się później w precyzyjnie grającą rękę, zadającą śmiałe ciosy, prowokującą takie karambole, że wszystkie te myśli z kości słoniowej rozbiegają się jak wyrzucone z orbity słońca i głośno zderzają się ze sobą; dzisiaj panuje nad ludźmi i nad światem ta sama dłoń, dłoń, w której spoczywa jabłko cesarstwa, dłoń, która je waży, gotowa rzucić jak bombę, gotowa spowodować wybuch (s. 90).
Oczywiście głównym celem i obiektem zemsty Morawagina stają się kobiety, toteż gdziekolwiek pojawia się ten oryginalny tandem, zawsze zostawia za sobą krwawą ścieżkę kobiecych zwłok. „Kobieta to zabawka” – mówi geniusz-degenerat, „każda istota rozumna ma obowiązek rozpruć jej brzuch”. Najbardziej wyrafinowanego aktu mordu dokonuje na zakochanej w nim litewskiej Żydówce Maszy. Zabija ją bowiem, praktycznie rzecz biorąc, jej własnymi rękami. Zrozpaczona, z jego nienarodzonym dzieckiem w łonie, popełnia samobójstwo.
Mężczyzna i kobieta nie są stworzeni po to, by się rozumieć, kochać, stapiać w jedno i przetapiać. Przeciwnie, nie cierpią się i rozszarpują nawzajem; i jeśli w tej walce, której na imię miłość, kobieta uchodzi za odwieczną ofiarę, w rzeczywistości to mężczyznę się zabija, zabija bez końca. (…) Mężczyzna jest jej niewolnikiem, poddaje się, tarza u jej stóp, abdykuje bez walki (s. 71).
Morderstwo jest jedynym skutecznym sposobem, jaki sto miliardów pokoleń samców i tysiące wieków ludzkiej cywilizacji wynalazły, by nie poddać się władaniu kobiety (s. 72).
Tempo prozy Cendrarsa odpowiada szybkości, z jaką bohaterowie przemieszczają się między kontynentami (a nawet planetami – patrz: urojony lot Morawagina na Marsa) i rozmachowi ich działań. Gdzieniegdzie staje się duszna, lepka i odrealniona, jak podczas narkotycznego rejsu po Orinoko, a gdy zamknięty w areszcie Morawagin pogrąża się w swoim szaleństwie, świetnie oddaje jego gorączkowe wizje.
 
Pierwowzór postaci Morawagina istniał naprawdę. Był spotkanym przez autora w 1907 roku prostaczkiem, którego dopiero co wypuszczono z więzienia. Spędził tam wiele lat za zgwałcenie dwóch dziewczynek. Stał się dla Cendrarsa zdławionym w zarodku pomysłem, powracającym demonem, którego ostatecznie pozbył się dopiero czyniąc go bohaterem swojej powieści.

Na jej kartach zahukany zboczeniec urósł do rangi złowieszczego geniusza, anioła zniszczenia, uosobienia zła. Zrodzonego z cierpienia i pogardy i pożartego wreszcie przez swój własny, demoniczny umysł. Fascynującego i strasznego. Przeczytajcie, zachwyćcie się, a potem przeraźcie.
Nie należę do waszej rasy. Pochodzę z mongolskiego szczepu, który przyniósł okrutną prawdę: autentyzm życia, świadomość rytmu, i który zawsze będzie pustoszyć wasze ustatkowane, ułożone jak pudełka domostwa czasu i przestrzeni. Mój rumak jest bardziej nieokiełznany niż wasze zdezelowane przekładnie, jego rogowe kopyta groźniejsze od waszych stalowych kół (...). Drżyjcie, gdy wyjdę wam ze ścian jak z namiotu Attyli, zamaskowany, potwornych rozmiarów, ubrany tylko w kaptur, jak moi towarzysze więzienia w porze spaceru, i kiedy dłońmi dusiciela, czerwonymi od mrozu, otworzę chory brzuch waszej cywilizacji!
***
Za książkę dziękuję Oficynie Wydawniczej Noir Sur Blanc.

***
Cytaty: B. Cendrars, Morawagin, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2005.

Fot. UrDisaster (sxc.hu)

czwartek, 26 grudnia 2013

Czeski klasyk odkurzony – „Babunia”, Božena Němcová

Pomnik w Ratibořicach przedstawiający Babunię wraz z wnuczętami.
Ta powieść to klasyk klasyków literatury czeskiej, przerabiany jako lektura na każdym praktycznie etapie edukacji. Ponieważ powstała ponad 150 lat temu, a jej akcja rozgrywa się w środowisku wiejskim (taki odpowiednik naszych Chłopów), język jest lekko archaiczny, gwarowy, słowem – mało atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy. Dla niektórych więc zapewne powieść Němcovej nie jest niczym więcej jak przykurzoną ramotą, której miejsce na strychu babci, wśród pajęczyn i niepotrzebnych rupieci.

Postawiłam sobie za punkt honoru dowieść, że do takiej ramoty Babuni daleko. Bo choć mamy tu dobrotliwą staruszkę, wieś sielską i anielską (ale i groźną, gdy do głosu dochodzą żywioły), mnóstwo ludowych zwyczajów, bliskość z naturą i jej obszerne opisy, czyli wszystko co może nie do końca pozytywnie kojarzyć się z opowiastkami Rodziewiczówny, Mniszkówny czy oklepanym Nad Niemnem Orzeszkowej (przy czym odwołuję się tylko i wyłącznie do zasłyszanych opinii na temat tych utworów, ja sama Nad Niemnem bardzo lubię), to, moi drodzy, Němcová jest inna. Czemu? Bo pod względem talentu narracyjnego wszystkie te autorki bije na głowę.

Božena Němcová w 1850 roku.
Cytując Hrabala, to istny czempion krytych kortów, mistrzyni opowiadania, rasowa czeska gawędziarka, która snuje i przeplata nici swoich historii tak zgrabnie, że niemalże wprowadza czytelnika w trans. Nie dziwię się Erbenowi, że zachwycił się jej narracją i chwała mu za to, że odkrył tę perełkę i zachęcił ją do podzielenia się ze światem swoim talentem.

Ale, ale! Same zdolności narracyjne to jednak oczywiście za mało, by wejść na stałe do kanonu szkolnych lektur. Babunia jest tak ważną książką z innych względów.

W momencie jej powstawania państwo czeskie od ponad dwustu lat praktycznie nie istniało. Czeski naród był pod bardzo silnym wpływem Niemiec, niemiecki był językiem urzędowym, wykładano w nim w szkołach i na uczelniach, a wyższe warstwy społeczne tak bardzo zaaklimatyzowały się w tej nowej sytuacji, że istniało realne zagrożenie całkowitego wynarodowienia.

Język, tradycje i pamięć o dawnej świetności Czech przetrwały tylko dzięki prostemu ludowi. I ten fakt bardzo wyraźnie podkreśla powieść Němcovej. Odważna i kochająca ojczyznę Babunia, która po śmierci męża mając do wyboru wygodne życie na obczyźnie lub niebezpieczny i uciążliwy powrót z gromadką małych dzieci do domu, do ziemi czeskiej, bez wahania ruszyła w drogę, to jedna z wielu bezimiennych bohaterek, które pielęgnując rodzimy język i zwyczaje dzielnie podtrzymywały Czechy przy życiu.

Oczywiście wśród wierzeń Babuni mnóstwo jest nieprawdopodobnych historii uznawanych dziś za zabobony. Ale to one nadają całej historii barwny, bajkowy wymiar, przenoszą nas do czasów, gdy leśne nimfy i wodniki jeszcze krążyły wśród ludzi, do czasów sprzed mickiewiczowskiego mędrca szkiełka i oka. Němcová pisze tak malowniczo, że naprawdę chce się uwierzyć, że Wiktorka nie jest naiwną uwiedzioną przez żołnierza dziewczyną, ale nieszczęśnicą omamioną i zgubioną przez czarnego myśliwego, uosobienie złych mocy.

Zdjęcie Němcovej z dziećmi zrobione w 1852 roku.
Jest to więc narracyjna perełka i nieoceniona skarbnica wiejskich zwyczajów i ludowych wierzeń. Ale mnie Babunia ujęła przede wszystkim ze względu na swój wymiar osobisty. Tytułowa bohaterka żyła naprawdę i była najjaśniejszym punktem dzieciństwa Němcovej. Powieść ta miała być hołdem złożonym ukochanej babci, a jej tworzenie i towarzyszący mu powrót do najmilszych wspomnień – osłodą trudnych chwil w życiu autorki, które przeżywała po śmierci syna.

Na początku powieści, zwracając się do od wielu już lat nieżyjącej babci, Němcová pisze: „Dość mi będzie na tym, jeśli znajdę choć kilku czytelników, którzy czytaliby o tobie z takim uczuciem, z jakim ja o tobie piszę”. I jeśli o mnie chodzi – całkowicie jej się udało.

***
B. Němcová, Babunia, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1951.

Fotografie: Wikimedia Commons.

środa, 25 grudnia 2013

Bezkrwiste „Bez krwi” i Baricco rozczarowujący

Zaczynam żałować, że po City wyrobiłam sobie tak duże oczekiwania w stosunku do pana Baricco. Bo w przeciwnym razie do jego krótkich, zgrabnych historyjek pewnie podeszłabym inaczej. Przychylniej. Pewnie mogłyby mi się nawet spodobać. A tak – już zawsze wszystko, co wyszło spod jego pióra, porównywać będę z tą pierwszą, najwspanialszą, z tym objawieniem. I jeśli będzie choć trochę mniej doskonałe – będę rozczarowana. Dlatego coraz bardziej boję się Jedwabiu.

Krótkie, zgrabne, choć nie lekkie. Może w tym sęk. Za dużo emocji, za dużo dramatów, które autor próbuje pomieścić w tak maleńkim formacie. Nie ma się poczucia stłoczenia, bo jest oszczędny w słowach, zostawia dużo swobody czytelnikowi. Ale mknie jak wicher, jest bardzo filmowy, podobnie jak w Novecento – pokazuje tylko sceny, twarze bohaterów, zbliżenia. Z wprawą starego pokerzysty ukrywa za nimi to co istotne.

I po raz kolejny przemknęłam, nie zatrzymałam się, poczułam niedosyt. Moje wrażenia są bardzo podobne do tych, którymi podzieliła się kiedyś u siebie Chihiro – przeczytajcie, bo ona oddała to lepiej. Ja nie potrafię o tej książce pisać, za mało w niej wszystkiego, za mało miejsca, by bawić się interpretacjami, za mało punktów zaczepienia. Jest pewna mała dziewczynka, która kiedyś ocalała z piekła. I jako duża dziewczynka próbuje do tego piekła powrócić. Tyle.

***
A. Baricco, Bez krwi, wyd. Czytelnik, Warszawa 2003.

Fot. http://www.timeout.com/newyork/books/a-conversation-with-alessandro-baricco

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzenia, rocznice, uściski

Kochani! Życzę Wam, żeby te Święta były piękne. Oraz (ponieważ wiem, że Wam też tego brakuje) spokoju i czasu dla siebie, dla rodziny i dla ulubionej książki.

Podobnie jak rok i dwa lata temu mam przy tej okazji przyjemność ogłosić, że Literackie skarby świata całego obchodziły niedawno urodziny. Mój blog to już 3-letni brzdąc! Oczywiście z tej okazji przesyłam Wam podziękowania, uściski, buziaki za każdą wizytę i komentarz. 

W zeszłe Święta prorokowałam, że jeśli wielkiego przewrotu w moim życiu nie będzie (a ostatecznie nie było) to lektur w tym roku będzie jeszcze mniej niż w ubiegłym. Okazało się jednak, że tak tragicznie nie jest, sporo czytam, trochę piszę, jakoś się to wszystko kręci. I kręcić się jeszcze na pewno będzie, bo dobrze mi tu :)

Fot. photoshu (sxc.hu)

niedziela, 22 grudnia 2013

Spacery nocą i podwodne jaskinie – „Nocna dorożka”, Vlada Urošević

Karel Jaromír Erben, XIX-wieczny czeski poeta, napisał kiedyś balladę pod tytułem Wodnik. Jej bohaterka, młodziutka dziewczyna, wpada do jeziora i zostaje przechwycona przez mieszkającego na dnie Wodnika, ten zaś czyni ją swoją żoną i matką swojego syna. 150 lat później František Brabec nakręcił film Kytice na podstawie kilku utworów Erbena, w którym to filmie sceny z ballady o Wodniku zostały nakręcone pod wodą. I są absolutnie piękne:


Piszę o tym na początku mojej recenzji Nocnej dorożki, bo tamte sceny, płynne, zawieszone, marzycielskie przywodzą mi na myśl sposób obrazowania Vlady Uroševicia. Tak jak u Schulza wszystko zdaje się utopione w słoiku miodu, tak u macedońskiego pisarza świat przypomina podwodną jaskinię, ciepłą i przymgloną. Metafora takiej jaskini zostaje zresztą nawet kilkakrotnie przez autora przywołana:
Przedziały wyglądały jak małe podwodne jaskinie, wzdłuż których nieruchomo zwisały jasnozielone algi księżyca, pozostawiające na uśpionych twarzach ślady jak po przejściu ślimaka. (…) Głębokie zakładki sukien rozchodziły się powoli jak skrzela, kwiaty na koronkach powiększały się jak blade meduzy. Rytm oddechu był lekki i ledwie słyszalny: był jakby odgłosem olbrzymich fal, załamujących się gdzieś daleko na powierzchni (s. 39).
Za drzwiami pokoi słychać było przytłumione szmery: śpiący, przytłoczeni ciężką warstwą podwodnych snów, ledwie dysząc zanurzali się w głębinę prześcieradeł, wynurzali się od czasu do czasu, żeby zaczerpnąć powietrza, bulgotliwie jak topielcy (s. 78).
Nic zresztą dziwnego. Bajkowe dno jeziora z królującym tam Wodnikiem leży gdzieś w świecie fantazji. A senne, błękitne i falujące obrazy Uroševicia również pojawiają się przy przejściu z rzeczywistości w świat magiczny, niewyjaśniony, przeczący prawidłom czasu i miejsca. Cicho i niebiesko robi się, gdy tajemniczym sposobem bohaterowie trafiają do pociągu, który zaginął kiedyś na bocznicy i gdy stają się świadkami wielkiego pożaru, który miał miejsce kilkadziesiąt lat wcześniej.

Malowniczy podwodny świat przeplata się tu z wszechobecną nocą, rozumianą jako nieposkromiony żywioł, czas kiedy drogi uciekają spod nóg, a tajemnicze postaci pojawiają się i nagle znikają. Jeśli noc, to i sen, obecny jednak nie tylko w tym mglistym sposobie widzenia, w plątających się ścieżkach, ale i dosłownie (śpią pasażerowie pociągu-widma, śpią panowie w teatrze, śpi niemal bez przerwy eteryczna kuzynka Emilia).
Noc zdawała się być olbrzymim niezbadanym obszarem, po którym błądziliśmy my – jedyni świadkowie jej dwoistości. Niemal namacalne były te dwie płaszczyzny: jedna – krótka i uproszczona, na której leżały nieruchomo nieprzytomne ciała śpiących, i druga – niesamowicie zagmatwana i pełna niespodzianek, po której poruszaliśmy się tylko my (s. 60).
O ile jednak historie z części Moja krewna Emilia to przygody dzieci, które zawsze kończą się bezpiecznym powrotem we właściwe miejsce i właściwy czas i podobnie jak wizje Schulza można je uznać za wytwory nieokiełznanej wyobraźni, o tyle późniejsze, „dorosłe” opowiadania wprowadzają pewien element zagrożenia. Tu już brakuje happy endów, a splatające się z rzeczywistością i ostatecznie przejmujące kontrolę nad bohaterem fantazje stawiają go w sytuacji śmiertelnego niebezpieczeństwa. Przypominało mi to atmosferę niedawno czytanych opowiadań z tomu Anioł Esmeralda DeLillo.

Ciekawa jest też złożona z trzech opowiadań część Pisarskie rzemiosło otwierającą cały zbiór. W zaskakujący, trochę dowcipny a trochę straszny sposób krzyżuje ona rzeczywistość, w której żyje pisarz z rzeczywistością wychodzącą spod jego pióra. Utwór Opowiadanie o tym, jak się pisze opowiadania, w którym bezimienny Pisarz snuje historię człowieka idącego przez pustkowie, aby po kilku nieoczekiwanych zwrotach akcji samemu znaleźć się w sytuacji swojego bohatera, natychmiast przywiódł mi na myśl Ciągłość parków Cortázara, gdzie podróżującego między światami pisarza zastąpił czytelnik.

Urošević nie jest drugim Schulzem, do tego czarodzieja pióra z Drohobycza mu daleko, ale też pisze pięknie. Odmalowany przez niego świat tętni barwami, można go poczuć, powąchać, posmakować.
Lato już minęło, pachniało pieczoną papryką, wytłoczynami winogron, pieczonymi kolbami kukurydzy. Zza przerzedzonych liści drzew pobłyskiwały wyogromniałe nagle gwiazdy, w powietrzu, które stawało się coraz bardziej rześkie, słychać było przenikliwe głosy wieczornych nawoływań i gwizdów: miasto zaczynało tętnić życiem pierwszych jesiennych nocy, życiem pełnym niezwykłości (s. 75).
Na dworze noc już zdążyła przewlec swoje bladofioletowe żyły przez miękkie mięso mgły. Delikatna biaława faktura mgły była przeżarta trującą pleśnią nocy, siniała, zbijała się w grudę, więdła (s. 93).
Jeśli macie ochotę na coś bajkowego, magicznego, tajemniczego – a czytaniu opowiadań Uroševicia bardzo sprzyja klimat długich grudniowych nocy – to bardzo polecam. 

***
Cytaty: V. Urošević, Nocna dorożka, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1985.

Fotografie:
[1] vali_bv (sxc.hu)
[2] wyrls (sxc.hu)

czwartek, 12 grudnia 2013

O śmierci bez zadęcia – „Zasady śmiesznego zachowania”, Emil Hakl

Czeska literatura ma kilka twarzy i nie wszystkie mi się podobają. Bywa zdystansowana i prześmiewcza, nieprzyjemnie sztuczna, jak wykrzywiona ironicznie maska. Ale Zasady śmiesznego zachowania do tej akurat grupy na pewno nie należą.

Przekonuje mnie ta książka, od pierwszej do ostatniej litery. Niezależnie od tego, czy opisane w niej perypetie są oparte na faktach czy nie (a ponoć są), brzmi rozbrajająco osobiście. Jak czyjaś szczera historia opowiadana półgłosem w ciemnej knajpie. Nie wyczuwa się zgrzytu przy sentymentalnych powrotach do przeszłości, nie zostawia po sobie syntetycznego posmaku wspomnienie pierwszej miłości – burzliwego związku z Łatą.

Bardzo prawdziwie brzmi też cichy dramat po śmierci ojca, bez łez i rozdzierania szat, ale z tą odrobiną refleksji i czarnej pustki, którą odchodząc zostawia po sobie ktoś ważny. Nie ma tu żałobnej szopki, tekturowej fasady za którą nie kryje się nic. Honza nie zamierza wygłaszać patetycznych kawałków na temat więzi łączącej go z ojcem i zdaje sobie bardzo dobrze sprawę, że ich relacje nie były wzorcowe. Jakiś rys niecierpliwej czułości w jego sposobie odnoszenia się do taty przekonał mnie jednak, że ten facet wcale nie jest tak niedojrzały, jak zarzucają mu niektórzy.

Prawdę mówiąc ta nakreślona na kilkudziesięciu stronach historia, w której u schyłku ojcowskiego życia role ojciec-syn powoli się odwracają, bardzo chwyciła mnie za serce. Przypominało mi to inną czeską powieść, Zapisywaczy ojcowskiej miłości Michala Viewegha. (À propos, znalazłam nawet artykuł porównujący twórczość tych dwóch pisarzy, tyle że po czesku – dla chętnych link). Choć za prozą Viewegha nie przepadam, bo jest dla mnie klasycznym przykładem tego zdystansowanego nurtu, ta książka jest inna. Jest w niej ta sama ujmująca szczerość i prostota stosunków ojciec-dziecko, która oczarowała mnie w Zasadach śmiesznego zachowania.

Na tym jednak moja lista pochwał się nie kończy. Nie mogłabym nie wspomnieć o tym, co Hakl robi z językiem. W jego rękach słowa miękną, rozciągają się jak guma, można z nich lepić jak z plasteliny. Rzadki dar, którym niektórzy zachwycają się na przykład u Joanny Bator. Tutaj każde zdanie może być małym dziełem sztuki.
Dlatego teraz przedzieram się przez biblioteczkę, dlatego łykam nieswoje słowa. Otulam się w wyświechtane, gryzące starym potem larwy cudzych historii, żeby zagłuszyć trzaski we własnej skrzynce rozdzielczej (s. 38).

W moim mózgu powoli blednie prześwietlony ślad podgórza. Roztopiona miedź gór, szkarłatne powietrze, czarna pieczęć słońca (s. 54).

Czemu nie, skoro ludzie kupują to na siatki. Nie ja jeden cieszę się na chwilę, kiedy zacznę pozbawiać ten megaowoc celofanu, szypułek, skórki. Cierpliwie go rozmontowywać, rozbierać cytrusową konstrukcję. Aż dobiorę się do miąższu, któremu niedaleko już do żywego mięsa (s. 55).
Z całej historii wypływa nieoczekiwany wniosek: śmieszność bierze się właśnie z nadmiaru powagi. Patrząc na życie swego ojca z całą surowością kochającego syna Honza ocenia je jako smutne i nieudane, a to jego zdaniem właśnie przez usilne starania, by śmieszności uniknąć. Sam nie chce skończyć w ten sposób, stąd być może desperacka ucieczka w świat świrusów Murgy'ego i Rulpo, lot na paralotni, łowienie ryb w Dunaju.

Wszystko to po to, żeby znaleźć wolność. Tę, której i ojciec skrycie pragnął, o czym świadczy jego ostatnia wola – prochy rozsypane do morza to jego namiastka wyzwolenia. Gdzie kończy się jednak wolność, a zaczyna samotność? I jak je od siebie odróżnić?

***
Za książkę dziękuję wydawnictwu Afera.

***
E. Hakl, Zasady śmiesznego zachowania, wyd. Afera, Wrocław 2013.

sobota, 7 grudnia 2013

Łupina orzecha na wzburzonej rzece – „Anioł Esmeralda”, Don DeLillo

Anioł Esmeralda, zbiór dziewięciu opowiadań Dona DeLillo napisanych w różnych etapach jego życia, to opowieść o groźnym i nieprzyjaznym świecie, świecie na wzór wzburzonej rzeki, po której w łódeczkach z łupin orzecha dryfują bezbronni ludzie. Czasem zbliżają się do siebie, łupiny postukują jedna o drugą z nadzieją, i właśnie te krótkie chwile łączności, te „ludzkie momenty”, są tu najważniejsze.

Ludzkie momenty, czyli co? Okruchy codzienności na stacji kosmicznej nad pogrążoną w III wojnie światowej planetą Ziemią (Ludzkie momenty w czasie trzeciej wojny światowej). Miłościwe kłamstwa, jakimi biegacz chroni roztrzęsioną kobietę – świadka porwania małego chłopca (Biegacz). Poczucie bezpieczeństwa, jakie daje żyjącej w strachu przed trzęsieniem ziemi kobiecie jej przewidywalny przyjaciel, „angielski chłopiec” (Akrobatka z kości słoniowej), i jakie poszukującej spokoju Flory daje jej były już mąż, ogarnięty szaleństwem o pozorach racjonalnego planu Leo (Zamorzona). Człowieczeństwo jaśnieje w nowojorskiej dzielnicy slumsów, na ścianie odrapanej kamienicy ozdobionej anielskim graffiti upamiętniającym zabite lub zmarłe wskutek głodu i nędzy dzieci (Anioł Esmeralda). I czyni bliższym napotkanego na ulicy człowieka, każe dopisywać jego historię, wypełniać treścią pustą kukłę, jaką stanowi dla większości przypadkowych przechodniów (Północ u Dostojewskiego).

To one pozwalają przeżyć, przetrwać długi i niebezpieczny rejs w wątłej łódeczce. Bo świat nie ma nic innego do zaoferowania. Oddzieleni od niego kosmicznym dystansem bohaterowie Ludzkich momentów w czasie trzeciej wojny światowej zadają sobie pytanie „Kto chciałby tam żyć?”.
Popatrz na miasta z ich roziskrzonymi światłami pełzającymi we wszystkich kierunkach. Spróbuj wyobrazić sobie zbrodnie i przemoc. Spójrz na smugę dymu wiszącą nisko nad ziemią. Jaki ma wpływ na zaburzenia w oddychaniu? To wariactwo. (…) Popatrz na skupiska ludzkie na wybrzeżach wystawionych na działanie przypływów i odpływów. Co może być bardziej przerażającego od fal pływowych? Ale oni tam żyją, zostają tam. Dokąd mieliby pójść?
Więzień z opowiadania Sierp i młot stojąc na kładce i patrząc na mknące pod jego stopami auta zastanawia się natomiast, jak to możliwe że wszystko jakoś się trzyma, że samochody nie zjeżdżają ze swych pasów i nie zderzają się co minutę, że wszystko bezmyślnie lecz intuicyjnie mknie przed siebie prosto jak strzała. Że rzeka, mimo że burzliwa, nie wychodzi nigdy poza swe koryto.

Można poddać się prądowi, uciec w bezpieczny banał, zamknąć oczy i dać się omamić nowoczesnym technologiom stwarzającym pozory sensu. A można, mimo poczucia bezsilności, szukać dróg ucieczki. I to właśnie robią niektórzy z bohaterów DeLillo. Dla jednych jest nią, paradoksalnie, więzienie – odseparowana przestrzeń, pozbawiona oczekiwań i obowiązków dnia codziennego. Dla innych – ciemne sale kinowe, w których zamykają się na całe dnie, wybierając oswojoną, filmową wersję rzeczywistości. 
Mieli nagie twarze, nagie dusze i może dlatego się tu znaleźli, żeby czuć się bezpiecznie. Świat był tam, wyżej, w ramie, na ekranie, zmontowany i poprawiony, i ciasno związany, a oni byli tu, gdzie przynależeli, w wyizolowanej ciemności, będąc, kim byli, bezpieczni.
Don DeLillo
Student z opowiadania Północ u Dostojewskiego i jego przyjaciel Todd ucieczkę znajdują zaś w filozoficznym roztrząsaniu pozbawionych znaczenia drobnostek, budowaniu fikcyjnej historii spotykanego na ulicy starszego mężczyzny w anoraku (a może parce). Wkrótce zresztą staruszek urasta do rangi symbolu i staje się źródłem wielkiego sporu między przyjaciółmi. Bo czy lepiej skonfrontować fantazję z rzeczywistością czy raczej żyć wiecznie prawdą urojoną, tworzyć swój własny, wymyślony świat?

Jeszcze inna droga (a może nie inna, może to po prostu kolejny wariant tej jednej, jedynej?) to doszukiwanie się rzeczy nadprzyrodzonych i świętych, które pomogą rozwiać własne wątpliwości. Jednym z takich cudów jest właśnie anioł Esmeralda, wizerunek zamordowanej dziewczynki ukazujący się trochę groteskowo w rogu bilbordu reklamującego sok pomarańczowy.

Wszystkie te prawdy jednak DeLillo obudowuje zagadkami, zasnuwa mgłą tajemnicy. Zwłaszcza relacje damsko-męskie, cała ta chemia między dwójką osób przeciwnej płci, zdaje się czymś nieuchwytnym dla czytelnika. Mam wręcz wrażenie, że chwilami rzeczywistość przechodzi tu płynnie w fantazję, jakby jedna osoba była nie do końca ujarzmionym wytworem wyobraźni tej drugiej (Baader-Meinhof).

Rozwiązywanie tych literackich zagadek jest jednak sporą frajdą, a forma opowiadania tę frajdę jeszcze potęguje. Można bowiem szukać podobnych motywów między historiami, głowić się nad kluczem, porównywać sytuacje i sposoby w jakie poszczególni bohaterowie sobie z nimi radzą, a także śledzić jak zmieniał się sposób pisania i postrzegania rzeczywistości przez autora na przestrzeni lat. Dzięki temu wszystkiemu mogę śmiało napisać, że moje pierwsze spotkanie z prozą Dona DeLillo było czystą przyjemnością.

***
Za książkę dziękuję Oficynie Wydawniczej Noir Sur Blanc.

*** 
Cytaty: D. DeLillo, Anioł Esmeralda, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2013.

Ilustracje:
[1] oneshotonepic / Foter.com / CC BY-NC-SA
[2] Wikimedia Commons
[3] http://www.noir.pl/

niedziela, 1 grudnia 2013

Nieznośna lekkość problemów – „Masłem do dołu”, Petr Šabach

Masłem do dołu to książka, którą bardzo chciałam mieć i którą dzielnie wywalczyłam w konkursie. Można się więc domyślić, że podobnie jak z Sąsiadami wiązałam z nią duże nadzieje. Jakiż był mój smutek, gdy przekonałam się, że będzie to kolejne po powieści Oty Filipa czytelnicze rozczarowanie... Ratowałam ją w swoich oczach na wszystkie sposoby, bo przecież Šabach (przy którego Gówno się pali przednio się bawiłam), bo Czesi, bo humor i hrabalowskie knajpiane tradycje. Wszystko na nic.

Główni bohaterowie, Arnošt i Evžen, to panowie nie pierwszej już młodości, ale młodzi duchem. Pierwszy – rozwodnik, trochę nieudacznik, trochę anachroniczny, trochę boidupka i właściwie nie wiadomo, czego jeszcze od życia oczekuje. Pewnie raczej niczego i pewnie zasuszyłby się w swoim maleńkim antykwariacie, spoczął wraz ze swoimi książkami pod pierzynką kurzu, gdyby nie ukochana córka Julia, ukochany wnuczek Míša oraz oczywiście Evžen – wulkan energii, miłośnik militariów, zawsze z jakimś irracjonalnym pomysłem na podorędziu. Pamiętacie parę Holing – Maurice z kultowego Przystanku Alaska, dwóch kumpli rozdzielonych przez ponętną blondyneczkę Shelly? Temperamentny, nie przebierający w słowach Maurice w swojej nieodłącznej kurtce (Evžen też taką ma, wojskową, model M65 wzór Regiment) i trochę przestraszony, trochę zakompleksiony Holing, łypiący na świat niepewnie zza kontuaru w swoim barze – ta dwójka bardzo przypomina mi wymyślony przez Šabacha podstarzały duet.

Dwaj panowie często sączą piwko w knajpie Cisza, sprzeczają się i przeżywają różne zabawne perypetie. W tle natomiast rozgrywa się rodzinny dramat córki Arnošta. Są zatajone skoki w bok, niesforny mąż, tragedia z dzieckiem w roli głównej, a więc całkiem spory ładunek smutków i okropieństw jak na tak słoneczną na pozór i wesołą książeczkę.

Tyle tylko, że te smutki i okropieństwa opadają w końcu jak piwna piana, ulatują gdzieś w przestworza, lekkie i zwiewne jak kolorowe baloniki. I to mi nie gra. Bo choć wiem, że to z założenia miała być taka pozytywna i łatwa historyjka, trochę oderwana od rzeczywistości, trochę sielankowa, w której jak za dotknięciem różdżki na miejsce rozbrykanej ropuchy pojawia się całkiem przyzwoity zięć... to jednak nie trafia to do mnie. Zbyt to proste, zbyt cukierkowe, i prawie mam panu Šabachowi ten rodzinny dramacik za złe, bo starsi panowie dwaj i ich wesołe przygody (może z wyjątkiem kilku zbyt jak na mój gust montypythonowskich momentów) są prima sort. Podobnie jak pomysłowy palindrom „A to idiota!” i świetna historyjka z dramatu pisanego przez Arnošta – o panu poecie, do którego pewnego razu dzwoni zdesperowany uczeń.

Myślicie, że dopadł mnie wirus czytelniczego malkontenctwa? Wie ktoś, jak się to leczy?

***
P. Šabach, Masłem do dołu, wyd. Afera, Wrocław 2013.

niedziela, 17 listopada 2013

Z pamiętnika czeskiego emigranta – „Sąsiedzi i ci inni”, Ota Filip

Idąc w swoich recenzjach tropem miłosnych porównań (zapoczątkowanym w opisie wrażeń z lektury Czasu Czerwonych Gór) ośmielę się moją przygodę z książką Oty Filipa porównać do pewnej ważnej randki. Takiej, na którą się długo czeka i po której wiele się sobie obiecuje, tymczasem wszystko kończy się wielką klapą. Bo przez trzy godziny delikwent przynudza, uzewnętrznia się, chaotycznie zwierza, aż w końcu mam go dość i wracam do domu zmęczona.

Skąd te wielkie nadzieje? Czytałam bowiem jakieś pięć czy sześć lat temu, gdy moja czeska przygoda dopiero się zaczynała, Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy. I byłam absolutnie zachwycona. Ten czarny humor, ta smakowita krytyka ludzkich przywar, a w tle barwna narodowościowa mozaika pogranicza czesko-niemiecko-polskiego i trudna, ciężka, niestrawna XX-wieczna historia... Pochłaniałam tę książkę jak gęsty budyń, długie godziny rozkoszowania się każdą stroną i przyjemnej czytelniczej sytości! (Bloga jeszcze wtedy nie prowadziłam, ale tutaj znajdziecie garstkę moich wrażeń z tamtej lektury).

Tu też jest trochę tego wszystkiego, ale jakoś nieskładnie, jakoś już inaczej. Zamiast Śląskiej Ostrawy mamy małe podalpejskie miasteczko w Niemczech, gdzie już od wielu lat żyje i usiłuje tworzyć czeski pisarz-emigrant Oskar Miesztiaczek. Zamiast kłócących się na łamach lokalnej gazety Czechów, Niemców i Polaków mamy samych Niemców, sąsiadów Oskara, grupkę niesympatycznych kreatur stale podkładających sobie świnie (a czasem nawet zdechłe koty).

Krytyka małomiasteczkowej niemieckiej społeczności – pierwsza klasa! Zaskakująco naiwni, mimo historycznej nauczki wciąż po cichu wierni demonom hitleryzmu sąsiedzi Miesztiaczka odmalowani zostali tak sugestywnie, że aż się człowiek zastanawia, ile jest w tym prawdy a ile ironicznego przerysowania – w końcu sam Filip dzieli emigracyjne doświadczenia swojego bohatera... Ostrza krytyki nie szczędzi autor i swoim rodakom, dzięki czemu otrzymujemy karykaturalną postać rzekomej kuzynki Mileny i jej dziwacznej rodzinki na czele z mądralą docentem Franciszkiem, byłym bolszewikiem.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nagle „źli” Niemcy zaczynają opowiadać o doznanych z ręki Czechów krzywdach, a docent Franciszek słusznie wytyka Oskarowi, że emigrując wybrał najłatwiejsze rozwiązanie, podczas gdy jego rodacy w kraju upokarzali się, by godnie żyć i zapewnić swoim dzieciom wykształcenie. Ni przypiął ni wypiął. W Lojzku Lapaczku też mocno splatały się ze sobą komizm i historyczny dramat, poważne zagadnienia i zupełnie niepoważne żarty, ale tam wszystko ładnie ze sobą współgrało, tu natomiast zgrzyta. Jak gdyby autor za wszelką cenę nie chciał wypaść tendencyjnie i płasko, nawet mimo chroniącej go przecież pelerynki ironii.

Do tego zupełnie dla mnie niezrozumiały wątek kryminalny, który ściąga ze sceny kolejnych mieszkańców zaułka Im Krähwinkel, oraz sama postać Oskara – typka raczej antypatycznego, wiecznie sfrustrowanego, czerpiącego chorą satysfakcję z podglądania i podsłuchiwania sąsiadów. Obarczonego w dodatku, jak wychodzi na jaw w drugiej części powieści, brzydkim i brzemiennym w skutki romansem – kolejnym sztucznym i zgrzytającym jak piasek między zębami elementem w tej książce. Nie wiem ile w tym wszystkim autobiografizmu, może niewiele, ale mimo to odnoszę nieodparte wrażenie, że to ze strony autora jakaś próba rozrachunku z samym sobą i swoją przeszłością. Oczyszczająca dla niego, nużąca dla czytelnika.

Jeśli się mylę – mamy po prostu do czynienia z niezbyt składną i posklejaną na siłę historią. I tak źle i tak niedobrze, więc ogólnie nie polecam. Ale Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy przeczytajcie koniecznie!

***
O. Filip, Sąsiedzi i ci inni, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2008.

wtorek, 12 listopada 2013

Proust o czytaniu

Nawet Proust, który nie wierzył wszak ani w przyjaźń, ani w konwersację, sławił i celebrował milczącą rozmowę lektury. W chwilach spędzonych z ulubioną książką odpoczywa się od samego siebie, nie broni się własnego wizerunku, konwersacja ta pozbawiona zostaje wyrachowania, a miłość własna nie deprawuje już przyjaźni: „Jeśli spędzamy z owymi przyjaciółmi swe wieczory, to jedynie dlatego, że mamy na to ochotę. Przynajmniej ich opuszczamy niejednokrotnie z żalem, a gdy już ich nie ma, nie pojawia się żadna z owych myśli, które niszczą przyjaźń: co oni sobie o nas pomyśleli? Czy w niczym im nie uchybiliśmy? Czy się spodobaliśmy? – ani lęk przed byciem zapomnianym przez tego innego. Tego rodzaju niepokój właściwy przyjaźni znika na progu czystej i prostej przyjaźni, jaką stanowi lektura” [Marcel Proust, Sur la lecture, Complexe, 1987, s. 83].
 A. Finkielkraut, Niewdzięczność, wyd. Sic!, Warszawa 2005.

Kochani! W tym roku mija dokładnie 100 lat od kiedy genialne dzieło Marcela Prousta, W poszukiwaniu straconego czasu, ukazało się w formie książkowej. Z tej okazji księgarnia Czuły Barbarzyńca w Krakowie – oraz ja! – zaprasza Was na literacką demonstrację „W stronę Prousta” poświęconą temu wielkiemu francuskiemu pisarzowi.

W planach wykłady, dyskusje i projekcie filmów na podstawie jego utworów, a w weekend pieczenie magdalenek, degustacja wina i koncert na żywo. Szczegółowy program znajdziecie tutaj. Żadnego wielbiciela odurzającej prozy Prousta nie może na tym wydarzeniu zabraknąć! A ci, którzy jeszcze w niej nie zasmakowali, może dzięki temu wreszcie się odważą?

Na zachętę jeden z piękniejszych fragmentów (oczywiście w doskonałym tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego) i – mam nadzieję – do zobaczenia pojutrze!
Ogień przypiekał, niby ciasto, apetyczne zapachy, od których powietrze w pokoju było całe gruzłowate i które już umiesił i wyrobił wilgotny i słoneczny chłód ranka: ogień przekładał je, złocił, grubił, wydymał, robiąc z nich niewidzialny i dotykalny przysmak godny prowincji, olbrzymiego 'napoleonka'. I zaledwie skosztowawszy bardziej chrupiących, delikatniejszych, wybredniejszych, ale też suchszych aromatów szafy, komody, wzorzystych tapet, wracałem – wciąż z utajonym łakomstwem – aby ugrzęznąć we wnikliwym, lepkim, mdłym, niestrawnym i owocowym zapachu kwiecistej kapy na łóżko.
M. Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, wyd. PIW, Warszawa 1979. 

Fotografia: http://www.huffingtonpost.com/2013/02/27/prousts-madeleine-study_n_2775454.html

piątek, 8 listopada 2013

Książka jak spacer po linie – „Rażony gromem”, Blaise Cendrars

A wszystko, czego tylko zaznałem w życiu, szczęście i nieszczęście, wzbogacało mnie nad wyraz i przydawało mi się, ilekroć zasiadłem do pisania. Pióro moje zanurzałem nie w kałamarzu, lecz w życiu.
Blaise Cendrars

Biorąc do ręki tę książkę miałam przed oczyma obraz Cendrarsa – awanturnika, podróżnika, poszukiwacza przygód. Człowieka, który zjechał pół świata parając się rozmaitymi zajęciami, stale spragnionego wrażeń, z mnóstwem pomysłów na siebie.

Jako że Rażony gromem to pierwsza część jego autobiograficznego cyklu, spodziewałam się, że będzie to lektura dynamiczna jak on sam, jak jego życie. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Ten utwór bowiem to jeden wielki paradoks, łączący sprzeczne żywioły – impulsywność i zapał z mrówczą pracą i umiłowaniem szczegółu.

W stylu da się rzeczywiście wyczuć żywy, niespokojny umysł. Tempo, skróty myślowe, nagromadzenie gorączkowych przymiotników – wszystko to zdradza kogoś pełnego pasji, chłonącego namiętnie wiedzę oraz doświadczenia, jak Jack London rzucającego się na książki z żarłocznością dzikiego zwierza łamiącego kości i wysysającego szpik.

Pod pewnymi względami jednak jest też ta opowieść zaskakująco statyczna. Przygody Cendrarsa widzimy jak na zdjęciu – nieruchomy widoczek, miejsca i ludzie zastygli jak w bursztynie, a gdy już temat się wyczerpie i przyjdzie czas, by ruszyć w dalszą drogę, czytelnik zostaje uprzejmie wyproszony. Oraz błyskawicznie przeniesiony w inne miejsce w czasie i przestrzeni, zupełnie jakby proces zmian, przemieszczania się, dojrzewania nie był już tak istotny.

Zostajemy więc zbombardowani takimi bursztynowymi wspomnieniami, dostajemy tylko miejsca i ludzi, ale za to możemy im się przyjrzeć bardzo dokładnie. Gorączkowość Cendrarsa nie bierze tu nad nim góry i przypomina mi to trochę fragmenty, w których pisał o szybkim jeżdżeniu samochodem – że jest to wspaniałe doświadczenie, ale nie jako źródło podniecenia fizycznego i niezdrowej rywalizacji, jak niektórzy je pojmują, ale jako coś, co należy niespiesznie smakować. Tak też wyglądają te opisy – są mocne i dynamiczne same w sobie, ale nie ograniczają się do kilku niedbałych uwag. Długo pieszczą przedmiot lub człowieka, wydobywając jego esencję, jego prawdziwy kształt, formując go niczym naczynie z gliny. O żonie Micka:
Baba wyglądała raczej na złodziejkę niż na pasterkę. Cisnęła tobołek na ziemię, przysiadła na nim i jęła popatrywać na mnie, uśmiechając się od ucha do ucha. Miała wilcze zębiska, głowę małą, kulistą, włosy rzadkie z koczkiem nie większym niż łajno gołębia, bielmo na oku. Wlepiała we mnie drugie oko, z którego przezierała jakaś umiejętność obserwacji, oko szczwane. Fizjonomia głupawa i chytra zarazem. Twarz przywiędła, rysy toporne, biust obwisły. Brudna, odziana w kaftanik utytłany winem i w czerwoną flanelową spódnicę. Gołe nogi z żylakami na łydkach nikły w ogromnych porozdziawianych chodakach. Dłonie popuchnięte, palce zesztywniałe.
Często tego typu opisy wyrastają gdzieś na uboczu jako wielka dygresja. I takich dygresji jest mnóstwo, czytelnik musi lawirować między nimi z gracją łyżwiarza, trzymając się wątłej niteczki głównego wątku. Muszę przyznać, że nie jest to łatwe i każdy, kto zapragnie się z tą lekturą zmierzyć, musi być przygotowany na karkołomny spacer po linie.

Ze względu na tę dbałość o szczegóły, na to bogate tło, zupełnie nie na miejscu wydaje mi się określenie „kroniki”, jakiego sam Cendrars używał w stosunku do swojego autobiograficznego cyklu. Moja wizja kroniki to reporterski przegląd zdarzeń, tymczasem tu zdarzeń w gruncie rzeczy niewiele, raczej ich uczestnicy i sceneria zdają się grać pierwsze skrzypce.

Opisy są ciekawe również dlatego, że w intrygujący sposób splatają liryzm i rzeczowość. Trochę jakby autor chwilami sam hamował się, by nie popaść w sentymentalizm, albo wręcz przeciwnie, odwrotnie – pilnował, by jego styl nie był zbyt dokumentalny i monotonny. Jak choćby tu:
Odnosiłem chwilami wrażenie, że mści się wprost na swoim mężu, a chwilami znów, że chce wypróbować swoje powaby, żeby zorientować się, jaka jest natura i siła sieci, w które uwikłał się jej mąż, albo że dawała posłuch przywarom i niskim zboczeniom przejętym odeń i że folgowała im nagle, co moment. Wydawało mi się wtedy, że pada ofiarą widma lub demona, i stąd jej krzyki. Nadwrażliwość piersi i szyi za uszami, zwłaszcza za lewym uchem. Niepomiarkowanie w czułych słowach. Minoderia. Obfite orgazmy. Nienasycona w pieszczotach, pocałunkach i łaskotkach. (…) Powiadałem jej, że nic z tego, bo i tak opuszczę ją wczesnym rankiem, i że przypuszczalnie nigdy się już nie zobaczymy, gdyż podobnej nocy powtórzyć nie sposób; że szansa, jaka nadarzyła się nam, by się połączyć, była jedyna, że nie wygrywa się dwa razy wielkiego losu i że nieszczęścia ludzkie stąd pochodzą, iż człowiek usiłuje utrwalić to, co jest nietrwałe.
Jak już mam w zwyczaju, przechodząc od razu do wrażeń z lektury zgubiłam gdzieś po drodze treść. Wychodzę jednak z założenia, że informację „o czym to” każdy już na własną rękę znajdzie i doczyta, więc nakreślę bardzo krótko – pierwsza część to fragmentaryczne wspomnienia z czasów walki w Legii Cudzoziemskiej (w tej też części szukać należy genezy tytułu), druga – powrót do kilku miesięcy spędzonych w małej miejscowości La Redonne w Marsylii, trzecia przybliża nam doświadczenia autora z czasów spędzonych w społeczności cygańskiej.

Moim zdaniem warto spróbować się przebić przez gęstwinę prozy Cendrarsa. Ale sama dla odmiany spróbowałabym teraz jego fikcji. Czuję, że spodoba mi się bardziej.

***
Za książkę dziękuję Oficynie Wydawniczej Noir Sur Blanc.

***
Cytaty: B. Cendrars, Rażony gromem, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 1998.

Ilustracje:
[1] ina.fr
[2] lechouandesvilles.over-blog.com

piątek, 1 listopada 2013

Wielka czeska iluzja? „Láska nebeská”, Mariusz Szczygieł

Fot. František Dostál [Wikimedia Commons]
Láska nebeská to kolejny rozdział czeskich opowieści Mariusza Szczygła. O ile jednak poprzednie dwa – Gottland i Zrób sobie raj – spajał pewien tematyczny klucz, tutaj takiego klucza raczej nie ma. Można by co najwyżej uznać za niego literaturę, bowiem zalążkiem większości z zamieszczonych tu opowiastek są znane czeskie dzieła, jednak oddalając się od tego literackiego punktu wyjścia autor zapuszcza się w tak odległe tematycznie rejony, że spajająca utwór klamra pęka.

Sławna historia kelnera, cwaniaczka i konformisty Jana Dzieciątka z Obsługiwałem angielskiego króla staje się impulsem do rozważań o honorze oraz (tylko z pozoru nie związanej) opowieści o Helenie Vondráčkovej i jej mężu. Od Czarnego Piotrusia Jaroslava Papouška wychodzi przezabawny felieton o czeskiej „literaturze klozetowej” – napisach na ścianach i drzwiach toalet.

Trzy spośród tekstów związane są z postacią Václava Havla, przy czym jeden – O kurczaku à la Havel – to coś w rodzaju hołdu złożonego temu najbardziej ludzkiemu z prezydentów, człowiekowi o niezwykłym poczuciu humoru i skromności.
Dziesięć lat temu pan Krzysztof Zajdel, nauczyciel z Wilkszyna, dostał od urzędującego prezydenta Havla przepis na kurczaka. Postanowił wydać książkę 101 potraw znanych osobistości z Polski i ze świata i zaczął pisać do różnych sław. „Sam pan wie, jak to jest, kiedy pisze ktoś z wiejskiej szkółki do osoby znanej” – wyznał, kiedy poprosiłem o szczegóły. „Napisałem do prezydenta Rosji, Ukrainy, Białorusi, bo moim marzeniem było pokazanie, że jesteśmy normalnymi ludźmi, że przy stole wszyscy mogą usiąść. Z tych osób jedynie prezydent Czech mi odpisał.
Literatura nieraz mocno splata się tu z życiem. Pogrzeb Havla zamienia się w absurdalny teatrzyk jakby napisany i wyreżyserowany przez samego prezydenta, a siostrzenica Kafki, skazując żądnych wywiadu dziennikarzy na czyściec czekania, staje się postacią żywcem wyjętą z książek jej sławnego wujka.

Nie brakuje i poważniejszego ujęcia tematu – jest między innymi o szwejkowskim stereotypie, który przylgnął do Czechów jak stara guma do buta i za nic nie chce się odczepić. Oraz o tym, czy poprawne jest określenie „Czechosłowacy” (i dlaczego tak). A na deser – rozkoszna opowieść o sławnym wynalazcy Járze Cimrmanie, czeskim bohaterze który... nigdy nie istniał.

Fot. František Dostál [Wikimedia Commons]
Historiom tym towarzyszą niezwykłe (mimo zupełnie zwyczajnej tematyki) zdjęcia nieznanego w Polsce fotografa, Františka Dostála – absolutny strzał w dziesiątkę! W zdjęciach Dostála jest bowiem wszystko, co człowiek chciałby uchwycić patrząc na ludzi – czy to pisząc, czy fotografując. Jest urok chwili, jest życie zaklęte w obrazie, jest proza codzienności, którą to jedno ujęcie zamieniło w coś niemal magicznego.

Láskę czyta się jednym tchem i wcale mnie to nie zaskoczyło – w końcu wiadomo, że Szczygieł potrafi opowiadać jak nikt. Po raz pierwszy jednak przy lekturze jego czeskich opowieści poczułam pewien zgrzyt. Zaczęłam się zastanawiać, ile w tym reportażu, a ile czarowania, czy na pewno rzeczywistość nie została trochę podkolorowana, czy mimo braku knajpianego rodowodu autor nie ma w sobie czegoś z pábitela, mieszającego prawdę ze słodką iluzją. Bo mam za sobą swoje pierwsze nieśmiałe doświadczenia z Czechami i nie było wcale tak różowo. Może zrobiłam sobie trochę krzywdę, może jak Emma Bovary uwierzyłam za bardzo w to, co przeczytałam. A może nie miałam po prostu szczęścia. Wciąż jeszcze wierzę.

***
Cytat: M. Szczygieł, Láska nebeská, wyd. Agora, Warszawa 2012.

środa, 16 października 2013

Mongolia cudownie odrażająca – „Czas Czerwonych Gór”, Petra Hůlová

Mongolska dziewczyna ze swoim koniem. Powieściowa Magi? [1]
Trzeba mi było kilku dni od przeczytania Czasu Czerwonych Gór, aby stwierdzić, że moja relacja z książką Petry Hůlovej przypomina burzliwy, ale pozbawiony miłości romans. Podziwiam, chwalę, kłaniam się w pas, ale przenigdy nie chciałabym do niej wrócić. Zachwyca mnie i brzydzi zarazem. Jest lepka od potu i spermy, oślizgła, buchająca złymi emocjami, ale przy tym wszystkim jest to książka doskonała.

Pewnie wielu z Was słyszało (a jeśli nie, zajrzyjcie tutaj) o pani Kalicińskiej krytykującej jurorów Nike za nagradzanie tylko bardzo depresyjnych książek. Obserwacja słuszna, ale krytyka bezsensowna, bo zjawisko to wcale nie wynika z problemów psychicznych jurorów a po prostu z tego, że w genialnych książkach genialny jest właśnie smutek. Tylko on potrafi nas naprawdę dotknąć, przebić się przez powłokę cynizmu i obojętności, i nawet jeśli dotyk ten jest zimny, mokry i obrzydliwy, to i tak znaczy dużo więcej niż radosne, cukierkowe obrazki spływające po nas jak po kaczce.

Starożytni lubili tragedie, bo fundowały im katharsis. Śledząc dramatyczne losy bohaterów raz po raz pocieszali się myślą, że ich to nie dotyczy. Dziś jest odwrotnie – chodzi właśnie o to, by pokazać, że zło spotykające bohaterów może spotkać też nas. Dobre książki brutalnie zdzierają staranne opatrunki modlitw i dobrych słów, rozdrapują rany, ukazują buchające smrodem czeluście, jakie są wciąż gdzieś obok, mimo że nie chcemy ich widzieć. Na tej zasadzie działa na przykład Piaskowa Góra Joanny Bator – kolejna równie doskonała, co odrażająca książka – i w ten właśnie sposób chwyta za serce Czas Czerwonych Gór. Akcja pierwszej z tych książek toczy się w Polsce, drugiej – w dalekiej Mongolii, ale problemy przedstawione przez Hůlovą mimo tak egzotycznych realiów wcale nie zdają się bardzo odległe.

Zagubieni w rozległym mongolskim krajobrazie... [2]
Jest to bowiem opowieść o pewnej mongolskiej rodzinie, połączonej nie tylko więzami krwi, ale i wzajemnej urazy, zazdrości, niechęci. Między nimi pada niewiele słów, ale czytelnik poznaje te uczucia dzięki przywilejowi zajrzenia do głów kluczowych uczestniczek zdarzeń. W ten sposób – fascynująca sprawa – poznajemy całą historię z punktu widzenia każdej z nich i przekonujemy się, jak mało rozumieją i jak bardzo zaślepia je nienawiść. To jakby zaglądać do czyjegoś ogródka przez kilka różnych dziur w płocie, dostrzegać inne rzeczy i wyciągać diametralnie różne wnioski. Ostatecznie sami już nie wiemy, czy Mergen jest szlachetnym, nieszczęśliwie zakochanym mężczyzną czy zapijaczonym zboczeńcem, a Chiroko czułą opiekunką pokrzywdzonych czy despotyczną wiedźmą.

Mimo niewątpliwego talentu narracyjnego autorki z ulgą uciekłam z jej krainy Czerwonych Gór i pełnego pokus Ułan Batoru, tak jak kiedyś uciekałam z Piaskowej Góry. Powieść jest świetna, ale mając za mistrza Bohumila Hrabala z jego ciepłymi, smutnymi w zupełnie inny sposób opowiastkami, nie mogę jej chwalić tymi samymi entuzjastycznymi słowami. Świetna i zimna jak kostka lodu.

***
P. Hůlová, Czas Czerwonych Gór, tłum. Dorota Dobrew, wyd. W.A.B., Warszawa 2007.

Fotografie:
[1] kitseeborg / Foter / CC BY-NC-SA 
[2] United Nations Photo / Foter / CC BY-NC-ND 

niedziela, 29 września 2013

W strzępach wartość większa – „Postrzępienie”, Paweł Kasprowicz

Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną,
Powiem ci: śmierć i miłość – obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej – modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje

– pisze Jan Lechoń w jednym z moich ulubionych wierszy. Od fragmentu tego zaczynam, bo pasuje on jak ulał do głównego bohatera Postrzępienia Pawła Kasprowicza. Dni tego zrezygnowanego trzydziestodziewięciolatka wypełniają niewesołe rozmyślania o miłości – utraconej bezpowrotnie z własnej winy – oraz śmierci – do której kusi i popycha jałowość postmiłosnego życia.

Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała,
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała

– brzmi kolejna strofa utworu Lechonia; bohater Kasprowicza również uważa te dwie tajemnice za siły napędowe, jednak według niego jedna drugiej nierówna. Miłość, mimo że krucha i darowana tylko wybrańcom, ma jego zdaniem większą moc niż nieuchronna śmierć.

Nie bez powodów przepełnione miłością ludzkie istoty odzyskują właściwą dzieciństwu i wiekowi młodzieńczemu wiarę w nieśmiertelność (s. 42).

Ponieważ miłość ma już za sobą, jest przekonany, że może czekać jedynie na śmierć. Mozolnie więc brnie przez kolejne szare dni, znieczulając się alkoholem i powrotami do przeszłości. „I believe in yesterday” – mógłby powtórzyć za McCartneyem. Szczęście jest dla niego zaklęte we wspomnieniach beztroskiego dzieciństwa i chwil spędzonych z Weroniką – w tych strzępach dawnego życia, które wypełniają jego sny i które stanowią broń w walce z tymczasowością istnienia.

Póki trwałem, trwały we mnie strzępy życia, tego wcześniejszego, zakonserwowane i pielęgnowane w pamięci, zatem trwałem i ja, miałem do czego wracać i do czego się odnosić (s. 53).

To życie z poczuciem miałkości wszystkiego, z przekonaniem, że życie jest gdzie indziej, przywodzi mi na myśl Bukowskiego. Nie Bukowskiego skandalistę, a tego zrezygnowanego poetę pijącego samotnie w ciemnym mieszkaniu, zalewającego hektolitrami alkoholu pustkę istnienia, nie solidaryzującego się z nikim i niczym. Różnica polega tylko na tym, że bohater Postrzępienia jest romantycznie wierny swojej jedynej i prawdziwej miłości, wynosząc ją do rangi nieosiągalnego bóstwa. „Wierzę w jedną kobietę i jednego Boga” – wyznaje, nieśmiało odpychając domagającą się pieszczot koleżankę.

W książce Pawła Kasprowicza sporo niestety przegadania i egzaltacji. W pierwszym momencie zachwycająca szczerością wyznania, autentycznością emocji, z czasem zaczyna nużyć. Ma co prawda piękne momenty – jak choćby zmysłowy opis bliskości między bohaterem a jego ukochaną („Czy nie jestem zbyt brutalny, czy nie uderzam cię zbyt mocno, metaforą?”). Mimo wszystko jednak myślę, że krótsza forma mogłaby się tu lepiej sprawdzić.

Zaczęłam wierszem i wierszem skończę, bo takie poetyckie ilustracje bardzo do Postrzępienia pasują. Nie z Bukowskiego jednak będzie to cytat, a z Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej:

Gdzieś to czytałam albo mi się śniło:
„Chmiel na bezsenność, a sen – na bezmiłość.
Poduszkę z chmielu gdy sobie umościsz,
Zaśnij, bo na cóż życie bez miłości”...

***
Za książkę bardzo dziękuję Autorowi.

***
Cytaty: P. Kasprowicz, Postrzępienie, wyd. Miniatura, Kraków 2013.

Fot. worek 169 (sxc.hu) 

wtorek, 24 września 2013

Nie spacer, a przebieżka – „Paryż śladami pisarzy”, Jean-Paul Caracalla

Zanim dostałam tę książkę do rąk, myślałam że to coś w rodzaju przewodnika. Literackiego, ale jednak przewodnika. Ładna mapka, prowadzenie za rączkę ulicami Paryża, zagłębianie się krok po kroku w życiorysy widniejących na okładce literatów – tego się mniej więcej spodziewałam. Rzuciłam się na nią łapczywie, wyobrażając sobie, że kiedy wreszcie za kilka lat uda mi się dotrzeć do wymarzonej stolicy Francji, będę ją zwiedzać z tym cennym tomikiem pod pachą.

Nic bardziej mylnego! Pierwsze zaskoczenie już na wstępie – mapki lub choćby jej nędznej namiastki nigdzie nie ma. A początkowe próby czytania „przewodnikowego”, z zapamiętywaniem każdej nazwy, z przyglądaniem się każdej tabliczce i każdemu kamyczkowi na chodniku, szybko mnie zmęczyły.

Po prostu nie tędy droga. Dopiero gdy się rozluźniłam i przestałam gorączkowo powtarzać nazwy ulic, placów i mostów, zaczęła do mnie docierać prawdziwa i niezmącona przyjemność z tej lektury. Bo to nie jest wcale opowieść o Paryżu. To przede wszystkim fascynująca wycieczka po literackim światku, gdzie na każdym kroku czai się jakiś smakowity kąsek. Proust jako najmilszy sąsiad na świecie, Chauteaubriand jako niezdarny podlotek, Balzac jako marny przedsiębiorca utrzymujący się przy życiu dzięki bogatej kochance, Hugo jako fetyszysta zafascynowany (podobnie jak Schulz) odzianymi w pończochy kobiecymi stopami.

James Joyce, Sylvia Beach i Adrienne Monnier
w Shakespeare & Co. w Paryżu, rok 1920.
Źródło: Wikimedia Commons
I choć to stolica Francji, nie tylko z Francuzami spacerowałam pod ramię. Przeniosłam się do przyciągającego Amerykanów jak magnes Paryża złotych lat 20., którym czarował Woody Allen w O północy w Paryżu. Zwiedziłam sławne lokale paryskiej bohemy, zajrzałam za kulisy przyjaźni Hemingwaya i Fitzgeralda oraz poznałam dzielną kobietkę, która jako pierwsza odważyła się wydać Ulissesa. W Paryżu, czułej przystani artystów, bo pryncypialne matrony Anglia i Ameryka krzywiły się na skandalicznie nieobyczajne dzieło Joyce'a.

Caracalla pisze ze swadą, barwnie, naprawdę wciąga w świat, który sam ma przed oczami. Wystarczy tylko zapomnieć o Paryżu i przymknąć oko na luki w życiorysach, luki po szczegółach, które autor pogubił w swej pospiesznej opowieści entuzjastycznego małego chłopca. Luki, których przed niedostatek wiedzy nie potrafiłam sama wypełnić, ale jakie to ma znaczenie? Bez oglądania się popędziłam za nim w ślad za Flaubertem, Stendhalem i Proustem, robiąc od czasu do czasu przystanki na nadobowiązkową lekcję francuskiej historii, powrót do dawnych lektur powiązanych z tematem i spisanie kolejnej nieznanej dotychczas książki, którą koniecznie, koniecznie muszę przeczytać.

Myślę, że na luksus uważnego i wnikliwego czytania Paryża śladami pisarzy mogą sobie pozwolić tylko osoby doskonale zaznajomione zarówno z Paryżem, jak i literaturą francuską. Całej reszcie polecam czytać go (a polecam gorąco!) jak ja, rzucając mapę w kąt i po prostu dając się porwać opowieści.

Camille Pissarro, Bulwar Montmartre wiosną, 1897. Źródło: Wikimedia Commons
***
J.P. Caracalla, Paryż śladami pisarzy, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2009.

środa, 18 września 2013

Ostrożnie z bombą! „Dziewczyny atomowe”, Denise Kiernan

Książki takie jak ta napisana przez Denise Kiernan zawsze budzą we mnie duży podziw. Nie powstają bowiem wyłącznie za biurkiem, ale są owocem odwiedzin w różnych odległych miejscach, rozmów z na pozór nieuchwytnymi ludźmi, grzebania w archiwach, zgłębiania wiedzy z różnych, często mało przyswajalnych dziedzin... Jeśli nie mieliście Dziewczyn atomowych w rękach, to tego nie wiecie, ale to spora cegła. Autorka wyczerpująco opisuje w niej nie tylko warunki życia w atomowym miasteczku Oak Ridge i osobiste historie tytułowych dziewczyn, ale także zarys badań nad rozpadami jądrowymi, narodziny Projektu Manhattan oraz techniczne zagadnienia związane z konstrukcją bomby atomowej.

Skąd ten temat? Po pierwsze, bo niecałe siedemdziesiąt lat temu wraz z bombami zrzuconymi na Hiroszimę i Nagasaki narodziło się coś wielkiego, choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Otwarcie ery atomowej było momentem, w którym człowiek siłą swego umysłu poskromił naturę, dostał do ręki narzędzie o możliwościach przypisywanych wcześniej wyłącznie Bogu. Teraz stałem się Śmiercią, burzycielem światów – brzmi cytat z hinduskiej świętej księgi Bhagawadgity, który przypomina sobie Robert Oppenheimer, gdy pierwsza na świecie bomba atomowa skonstruowana przez zespół naukowców pod jego kierownictwem wybucha podczas testów na pustyni w Nowym Meksyku.
Kiedy dawni pracownicy CEW oraz pozostałości oryginalnego miasta oraz jego fabryk w końcu znikną, w jaki sposób zdołamy zrozumieć jeden z najbardziej znaczących momentów w dziejach ludzkości – narodziny ery atomowej? (s. 382)
Budowa Oak Ridge.
Fot. Ed Westcott [Wikimedia Commons]
Po drugie, bo zbudowane na potrzeby Projektu Manhattan miasteczko Oak Ridge to jedyny w swoim rodzaju fenomen socjologiczny. Czasu było bardzo mało – władze amerykańskie mimo doniesień wybitnych naukowców długo ignorowały kwestię bomby atomowej, a kiedy wreszcie otrzeźwił je japoński atak na Pearl Harbor, prace musiały ruszyć z kopyta. W ciągu zaledwie kilku miesięcy wybrano miejsce, wyeksmitowano mieszkańców, wyburzono ich gospodarstwa i postawiono na ich miejsce ogromne ośrodki naukowo-produkcyjne wraz z miasteczkiem dla pracowników. Na gwałt ściągano młodych ludzi z całych Stanów, którzy przyjeżdżali chętnie, skuszeni dużymi zarobkami, przygodą, aurą tajemniczości otaczającą całe przedsięwzięcie. Tak naprawdę nie wiedzieli dokąd i po co jadą. W ciągu długich miesięcy wykonywali pracę, której sensu nie rozumieli – powiedziano im tylko, że to projekt, który przyczyni się do zakończenia wojny. Podtrzymywała ich myśl, że pomagają swoim braciom, synom, przyjaciołom walczącym za oceanem.

Nie jest to jednak – przynajmniej w moim odczuciu – budująca opowieść o mobilizacji, do jakiej zdolni są ludzie w razie potrzeby. To też dokumentacja ogromnej – trzeba nazywać sprawy po imieniu – ciemnoty, jaka panowała w USA zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Jedną z bohaterek książki Kiernan jest czarnoskóra Kattie. Choć jest mężatką z wieloletnim stażem, nie może mieszkać ze swoim mężem. Jej dom to blaszana buda na terenie ogrodzonym drutem kolczastym, gdzie żyje pod dyktando, gdzie nie może gotować, gdzie nie może stworzyć sobie pozorów domu, gdzie w każdej chwili bez pukania i bez powodu wtargnąć może strażnik. Bardziej przypomina to obóz pracy niż osiedle pracownicze. Murzyni mają swoje obskurne dzielnice, swoje stołówki, w których serwują im niestrawne ochłapy, swoje łazienki i toalety, ich dzieci nie mogą chodzić do szkoły ze swoimi białymi przyjaciółmi. A czarnoskóry robotnik jest najlepszym obiektem do testowania biologicznego oddziaływania plutonu. Mimo to zjeżdżają do Oak Ridge masowo, bo tam i tak jest lepiej niż gdzie indziej – przynajmniej można godnie zarobić.
Podpułkownik Crenshaw, który kierował programem, wyjaśnił w pisemnym uzasadnieniu, że Murzyni nie potrzebują ładnych domów. Wolą mieszkać w szopach i barakach, rozumował Crenshaw, ponieważ czują się o wiele swobodniej, żyjąc w warunkach poniżej pewnych standardów (s. 128).
Nie tylko zresztą Murzyni mają ciężko. Ze wspomnień rozmówczyń Kiernan wyłania się także wyraźny obraz dyskryminacji kobiet w tych tak nieodległych czasach. Jane Greer kończy statystykę, bo komisja rekrutacyjna uznaje jej pomysł studiowania inżynierii za absurdalny. Mimo rewolucji, jakiej dokonała w naukowym świecie Maria Skłodowska-Curie, męski świat wciąż patrzy z lekkim pobłażaniem na dokonania badaczek – takich jak Ida Noddack czy Lise Meitner. Kobiety gorzej zarabiają, są postrzegane jako głupsze, wielu widzi je wciąż wyłącznie jako maszynki do produkowania dzieci. One same nie potrafią jeszcze myśleć o sobie inaczej – niektóre spośród „dziewczyn atomowych” sprawiają wrażenie, jakby jechały do Oak Ridge głównie po to, by złapać męża. 

Operatorki kalutronu w zakładzie Y12. Fot. Ed Westcott [Wikimedia Commons]
Wróćmy jednak do kwestii, od której wszystko się zaczęło – do bomby atomowej. Zawsze żywo interesował mnie aspekt moralny tego zagadnienia. Bo z jednej strony jest ekscytacja, jest postęp, jest wielka radość z zakończenia wojny i powrotu bliskich, ale z drugiej – jest gigantyczna ofiara. Lise Meitner zdaje sobie sprawę z tej odpowiedzialności od samego początku, dlatego odmawia udziału w Projekcie Manhattan. Oppenheimer już po fakcie mówi prezydentowi Trumanowi – któremu zresztą bardzo nie podoba się to wyznanie – o krwi na swoich rękach. A tysiące Amerykanów, którzy nieświadomie pomogli zbudować narzędzie zagłady, uśmiecha się trochę przez łzy. Nie chcą oglądać drastycznych zdjęć ze spustoszonych przez bomby miast, zamykają oczy i uszy na doniesienia o chorobie popromiennej, tłumaczą się walczącymi na wojnie braćmi, ale widmo tamtego zwycięskiego sierpnia, jestem przekonana, prześladuje ich.

Oak Ridge świętuje koniec wojny. Fot. Ed Westcott [Wikimedia Commons]
Denise Kiernan sama zwraca uwagę na to, jak delikatna to kwestia i jak trudno pisać o niej w wyważony sposób:
Opowiedzenie historii bomby atomowej nie jest łatwym zadaniem, wymaga taktu i wrażliwości, umiejętnego balansowania pomiędzy entuzjazmem i radością a szacunkiem dla ofiar (s.382).
I to jest moim zdaniem słaby punkt tej książki, bo autorce mimo wszystko nie zawsze udaje się udźwignąć ten ciężar. Momentami jest zbyt naiwnie, zbyt beztrosko, zbyt lekko, radośnie i amerykańsko jak na tak ciężką i trudną tematykę.
Nagle zadzwonił telefon. To jej szwagierka, która chciała wiedzieć, co Jacqueline sądzi o tym, co się wydarzyło. Czym prędzej więc włączyła radio i jednocześnie otworzyła kopertę. Jak później wyznała mężowi, była „potwornie zawiedziona, że bomba została zrzucona na ludność cywilną”, ale zarazem cieszyła się, że Projekt, który pochłonął tyle czasu z życia jej rodziny, zakończył się sukcesem, a jej mąż odegrał w nim istotną rolę (s. 327).
Mimo wszystko warto, bo lektura tej książki może być jedyną i niepowtarzalną okazją, by poznać realia życia w atomowym miasteczku Oak Ridge (które zresztą istnieje do dziś). Oraz dlatego, że temat to niezwykle ważny. Narodziny swojej epoki wypada znać.

„Dziewczyny atomowe”. Fot. Ed Westcott [Wikimedia Commons]
Jako uzupełnienie polecam Odkryj smak fizyki i rozdział o Projekcie Manhattan. Mając zapewne na uwadze głęboką niechęć dużej części czytelniczej społeczności do fizyki i chemii Denise Kiernan po naukowych podstawach bomby atomowej tylko się prześlizgnęła, za to pan profesor Przystawa wchodzi w temat odrobinę głębiej, a nie mniej przystępnie. Do doczytania dla zainteresowanych.

***
Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

***
Cytaty: D. Kiernan, Dziewczyny atomowe, wyd. Otwarte, Kraków 2013.