piątek, 27 października 2017

„Kuchenne rewolucje”, agenci i mięso – Festiwal Conrada 2017, dzień 1. i 2.

Październikowe literackie święto już się rozpoczęło! Tegorocznej jego edycji przyświeca hasło Niepokój, i niepokoju – w różnych formach – jak na razie w festiwalowych rozmowach rzeczywiście sporo. Zapraszam na relację z pierwszych dwóch dni tegorocznego Conrad Festival!

Tydzień rozpoczął się dla mnie znakomicie, bo doskonałym spotkaniem „Serce ciemności. Dukaj | Heydel | Świerkocki | Pindel”. Jacek Dukaj oraz doświadczeni tłumacze Magda Heydel i Maciej Świerkocki rozmawiali o Sercu ciemności – nowej, spolszczonej wersji Jądra ciemności, popełnionej przez Dukaja.

Pisarz zdradził, że pierwsza lektura dzieła Conrada była dla niego wielkim rozczarowaniem z powodu „sączącego się z niego styropianu językowego”. Kiedy jednak kilka lat później trafił na wersję angielską, zachwycił się utworem, doszedł więc do wniosku, że problemem jest polski przekład. Zafascynowany sposobem, w jaki oryginalny tekst oddziałuje na czytelnika, postanowił stworzyć dzieło w języku polskim, które nie byłoby zwykłym przekładem utworu Conrada, ale na poziomie wrażeń działałoby na czytelnika w analogiczny sposób – „robiłoby mu z mózgiem” coś podobnego, co oryginał. Nacisk kładł nie na wierne odwzorowanie tekstu, ale na intencje autora. Już na samym początku rozmowy zastrzegł jednak, że to rzecz bardzo arbitralna, nikt bowiem nie jest w stanie stwierdzić, czy intencje Conrada rzeczywiście były takie a nie inne.

Zaproszeni tłumacze przyznali zgodnie, że projekt Dukaja jest bardzo ciekawy, a Świerkocki przyznał, że jako tłumacza też często korci go, aby wyjść tak odważnie poza ramy oryginalnego tekstu. Magda Heydel spierała się jednak z autorem w kwestii celowości przedsięwzięcia. Tekst bowiem to dla niej przestrzeń przeżycia, zakodowanego w języku, nie ma więc potrzeby tak odważnych zmian. Uczestnicy spotkania mogli wyrobić sobie zdanie na ten temat, słuchając czytanego na głos tego samego fragmentu utworu Conrada w przekładzie Heydel i w wersji Dukaja. (Jeśli o mnie chodzi – wydaje mi się, że obydwa teksty robią podobnie duże wrażenie).

Maciej Świerkocki – który tak długo pozostawał w cieniu sporu Heydel-Dukaj, że tłumaczka w końcu poprosiła prowadzącego Tomasza Pindla, aby zadał mu jakieś pytanie :) – krótko przeanalizował fragment w wydaniu Dukaja. Orzekł, że jego zdaniem tekst Magdy Heydel jest czytelniejszy, ale wskazał kilka pięknych językowo rzeczy, które pojawiają się u Dukaja. Wskazał też również te, które go nie przekonały, jak określenie „Budda minus kwiat lotosu” („...a dzieci plus zapałki równa się pożar”) :).

Uczestnicy dyskutowali też o tym, jaki jest „język conradowski”, gdzie leży granica między przekładem a adaptacją oraz czy ma znaczenie, kto jest narratorem naszej opowieści. Gdy Dukaj zaczął zagłębiać się w istotę swojego działania, Magda Heydel skwitowała, że kiedy go słucha, ma niepokojące wrażenie, że jego eksperyment prowadzi do tego, by zlikwidować literaturę. Świerkocki nie zgodził się z tym i optował, by zakończyć spotkanie optymistyczną konkluzją – to nie koniec, a nowy początek literatury.

Zaraz potem w Pałacu Czeczotki zagościła Dorota Masłowska – rozpoczęło się wydarzenie „Polska śmieciowa. Spotkanie z Dorotą Masłowską”. Rozmowa dotyczyła przede wszystkim wydanego niedawno w formie książkowej zbioru felietonów Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu, a w roli prowadzącej wystąpiła Zofia Król, redaktor naczelna Dwutygodnika, na łamach którego pierwotnie ukazywały się felietony Masłowskiej.

O czym była mowa? M.in. o papce telewizyjnej, z którą Masłowska w ostatnim czasie intensywniej obcowała, jeżdżąc po Polsce w ramach promocji książki i korzystając z hotelowych telewizorów :). Komedie romantyczne, wydział kryminalny, reportaże o zbrodniach i disco polo – tak to ponoć w skrócie wygląda. Autorka wzięła pod lupę takie telewizyjnie hity jak Kuchenne rewolucje, Pierwsza randka i Azja Express :). Jak stwierdziła, programy te skrywają ogromne pokłady wiedzy o naszym społeczeństwie, „nawet jeśli od oglądania ich można się nabawić uszkodzenia mózgu” :). A skoro już mowa o polskim społeczeństwie – pisarka, odnosząc się w dalszym ciągu do tematu spotkania, stwierdziła, że nie rozumie naszej tendencji do śmiecenia, przy całym naszym uwielbieniu do piękna naszego kraju, czystych lasów, łąk i bocianów, które z taką mocą eksponowane są w reklamach piwa :).

Wątek obaw i niepokoju pojawił się i w tej rozmowie. Masłowska przyznała się do strachu przed tym, że przejmie podświadomie język głupich programów i disco polo. Niepokoi ją też to, co dzieje się z naszą świadomością, kiedy oglądamy seriale. Sama zaobserwowała u siebie, że ma wówczas poczucie że żyje i coś robi, tymczasem nie robi nic – leży na łóżku i gapi się na serial. „Przez to może przestać istnieć cywilizacja”.

Zwieńczeniem wieczoru było wydarzenie „Beksińscy na podsłuchu. Borchardt | Grzebałkowska | Łęcka | Piotrowska” na temat rodziny Beksińskich oraz najnowszych dzieł filmowych im poświęconych – Beksińscy. Album wideofoniczny Marcina Borchardta oraz Pars pro toto Katarzyny Łęckiej. W dyskusji uczestniczyła również Magdalena Grzebałkowska, której książka Beksińscy. Portret podwójny rozbudziła właściwie tak wielkie dziś zainteresowanie tą niezwykłą rodziną w Polsce.

Czy dystans był ważny przy opowiadaniu o Beksińskich? – pytała na wstępie Anita Piotrowska. Wszyscy goście zgodnie odpowiedzieli, że zasadniczy, ponieważ nadmiar emocji wykoślawiłby ich dzieła, mógłby sprawić, że zamiast rzetelnych obrazów powstałyby hagiografie. Grzebałkowska stwierdziła, że swoich bohaterów bardzo polubiła, ale jak odległych, na dłuższą metę denerwujących krewnych.

Do którego z członków rodziny jest im najbliżej? – drążyła prowadząca. Grzebałkowska nawiązała do jednego ze swoich spotkań autorskich, na którym prowadzący Mariusz Szczygieł zapytał ją, za którego Beksińskiego wolałaby wyjść za mąż, za ojca czy za syna. Bez wahania odpowiedziała, że za Zdzisia, bo to „sympatyczniak” i bardzo kochał swoją żonę. Tomkowi współczuła. Również pozostali goście najsilniejszą więź czuli ze Zdzisławem Beksińskim.

Nie dało się uniknąć wzmianek na temat głośnego filmu Ostatnia rodzina Jana Matuszczyńskiego. Goście w sposób powściągliwy, ale jednak krytykowali obraz ze względu na podkoloryzowanie niektórych postaci i wątków. Jak zauważyła Łęcka, zaprezentowana przed filmem uwaga „Historia oparta na faktach” to duża odpowiedzialność, sprawia bowiem, że ludzie zaczynają wierzyć w to, co widzą na ekranie. Wielu z nich, dodał Borchardt, nie widzi różnicy między filmem fabularnym a dokumentalnym, co jest niepokojące. Tymczasem Ostatnią rodzinę trudno traktować inaczej niż fikcję fabularną.

Drugi dzień festiwalu rozpoczęłam spotkaniem „Gdy pisarz nie jest najważniejszy. O agentach pisarzy”, w ramach którego Marcin Wilk rozmawiał z profesjonalnymi agentami literackimi – Magdaleną Dębowską i Marcinem Biegajem. Goście zdradzali tajniki pracy tej wciąż trochę tajemniczej w Polsce postaci, jaką jest literacki agent.

W odróżnieniu od autorów z Zachodu, polscy pisarze rzadko korzystają z usług agentów – nawet ci topowi. Z jednej strony jest to spowodowane zbyt jeszcze niskimi obrotami na polskim rynku książki (większości autorów zwyczajnie nie stać na to, by oddać sporą część tego, co zarobią, agentowi), z drugiej – zbyt małą świadomością. Pisarze nie wybiegają myślami w przyszłość, nie myślą za wiele o własnym wizerunku, sami też załatwiają wszelkie sprawy formalne związane z wydawaniem książek, i często na tym tracą. Tymczasem nawet najlepszy specjalista z wydawnictwa nie zastąpi agenta, który zawsze bezwzględnie staje po stronie autora, podczas gdy interesy wydawnictwa i autora bywają rozbieżne.

Magda Dębowska (jedna z właścicielek wydawnictwa Karakter) podzieliła się swoimi doświadczeniami z podwójnej perspektywy – zarówno agentki, jak i wydawcy. Przyznała, że wydawca czuje dużo większy respekt rozmawiając z agentem, niż prowadząc rozmowy bezpośrednio z autorem.

Jak wygląda sama praca agenta? Wielu z nich współpracuje z autorem już na etapie pracy redakcyjnej nad tekstem; kiedy tekst jest gotowy, agent szuka dla niego wydawcy – zwykle na rodzimym rynku, ale możliwa jest też sprzedaż od razu na rynek zagraniczny. Na znalezieniu wydawcy praca agenta jednak się nie kończy, tak naprawdę dopiero wtedy się zaczyna. To agent ustala z wydawnictwem kształt umowy, negocjuje najlepsze warunki, przez cały czas odpowiada za kontakt z wydawcą. Później zajmuje się również rozliczeniami. Jak przekonywała Dębowska, jest to bardzo mrówcza, żmudna praca, której pisarze bez agenta poświęcają minimum uwagi – co jest naturalne, mają się w końcu skupiać na pisaniu, ale przez to sporo tracą.

Prowadzący Marcin Wilk dociekał również, jak wyglądają relacje między autorem a agentem – czy są bardziej rodzinne, przyjacielskie, czy można do agenta dzwonić w środku nocy, żeby się wypłakać? :) Bardzo różnie – zdarzają się, owszem, tak zażyłe relacje, ale zwykle, zwłaszcza w dużych, profesjonalnych agencjach, nie ma na nie miejsca.

Poruszona została także kwestia, która zwykle interesuje ludzi najbardziej – pieniądze. Ile zarabia agent? Wszystko zależy od sytuacji, padła jednak liczba 10%, czyli 1/10 obrotów brutto związanych ze sprzedażą książki.

Konkluzja na koniec spotkania? W Polsce wciąż jeszcze zbyt mało ludzi rozumie, jak potrzebna jest osoba agenta literackiego. Przez wydawców najczęściej traktowany jest jak wróg, przez autorów zaś – jak kosztowna ekstrawagancja.

Po rozmowie o agentach powędrowałam do Pałacu Czeczotki na „Czy reporter może być zagniewany? Spotkanie z Maciejem Zarembą Bielawskim”. Polski reporter od lat żyjący w Szwecji mówił m.in. o publicystyce papierowej w dobie internetu, o błędach popełnianych przez reporterów, o polskiej szkole reportażu i obecnej sytuacji politycznej w Polsce.

Rozpoczął refleksją, że brak rzetelności i anonimowość internetu sprawia paradoksalnie, że publicystyka papierowa zyskuje na nowo na znaczeniu. Dobry reportaż zdefiniował w bardzo zwięzły, trafny sposób – musi uwodzić, ale nie zwodzić. Dlatego też nie ma nic przeciwko stosowaniu form typowo literackich w literaturze faktu, a także przeciwko wchodzeniu w głowy bohaterów, opisywaniu rozmów, których nie było się świadkiem – pod warunkiem jednak, że się do tego przyznamy; niedopuszczalne jest za to koloryzowanie i wprowadzanie czytelników w błąd.

Bielawski ma bardzo dużo wyrozumiałości dla młodych reporterów i czuł się w odpowiedzialności stanąć w ich obronie. Apelował, by szanować ich pracę, ponieważ jest bardzo trudna, oraz by przymykać oko na sporadyczne błędy i wpadki, które zdarzają się każdemu.

Jeśli chodzi o polską literaturę faktu, stwierdził, że jest w niej dużo manieryzmu, ale to „manieryzm epigonów”, który jest seksowny :). Dzięki temu te książki dobrze się czyta. Błędem młodych autorów są jednak próby imitowania temperamentu czołowych polskich reportażystów, tymczasem „nie da się być drugim Szczygłem, Baderem czy Tochmanem”. Sam podtrzymuje stwierdzenie z wywiadu sprzed kilku lat, że nie identyfikuje się z polskim reportażem, ponieważ to zupełnie inne teksty, niż pisze on. Polska szkoła reportażu kładzie nacisk na jednego, wyrazistego bohatera, u niego zaś tego nie ma. „Nie potrafię tak ładnie pisać” – stwierdził rozbrajająco.

Co do dzisiejszych przemian politycznych w Polsce – ponoć w Szwecji nie poświęca się im za wiele uwagi (większe obawy budzi to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych i Trump na czele państwa), jeśli jednak już, to przyjmuje się je ze zdziwieniem. Zdziwieniem, że Polska, która z takim zaangażowaniem walczyła o wolność za czasów Solidarności, wydaje się teraz z własnej woli tę wolność oddawać.

Ostatnim spotkaniem dnia była rozmowa z Olgą Tokarczuk wokół jej książki Prowadź swój pług przez kości umarłych oraz jej ekranizacji, Pokotu w reżyserii Agnieszki Holland („Kości umarłych. Spotkanie z Olgą Tokarczuk”). Wydarzenie literacko-filmowe nieoczekiwanie zamieniło się w dyskusję o ekologii, wegetarianizmie, mięsie i jego przyszłości, co nie do końca mi się podobało – ale, gwoli sprawiedliwości, stało się tak raczej za sprawą pytań publiczności niż prowadzącego czy samej pisarki.

Tokarczuk opowiedziała o tym, jak powstała wspomniana książka. Wszystko zaczęło się od tego, że jej sąsiadce zginęły ukochane psy. Wyobraźnia zaczęła pracować, pojawił się scenariusz z polowaniem, i tak zrodziła się cała historia, której główna bohaterka, Janina Duszejko, wzorowana była na nieżyjącej już dziś sąsiadce. Cała powieść powstała dosyć spontanicznie, w czasie sześciu miesięcy zagranicznego stypendium.

Dla autorki była to ważna książka – jak wyznaje, po raz pierwszy przydarzyło jej się, że po postawieniu ostatniej kropki rozpłakała się. Wiedziała jednak, że główna bohaterka jest dosyć dziwna, że dla wielu czytelników będzie odrzucająca, a historia wzbudzi kontrowersje. Prowadzący Michał Olszewski wskazał na podobieństwo do innej kontrowersyjnej literackiej postaci – Elizabeth Costello z powieści Coetzeego. Tokarczuk przyznała, że to trafny trop – książka Coetzeego zrobiła na niej duże wrażenie, a obydwie bohaterki to podobny typ starszej kobiety, zajmującej się ekologią i zwierzętami, ignorowanej przez społeczeństwo („stara wariatka”).

Kilka słów autorka poświęciła współpracy z Agnieszką Holland nad scenariuszem do filmu. Przyznaje, że podeszła do tego trochę naiwnie – ponieważ wiele osób mówiło jej, że Pług to niemal gotowy scenariusz, jej pierwsza wersja scenariusza bardzo silnie trzymała się literackiej wersji. Tymczasem film, jak zupełnie inne medium, wymaga opowiedzenia historii innymi środkami.

Zapytana o to, jak wybiera tematy swoich książek, odpowiedziała, że trudno mówić o „wybieraniu” – pisze po prostu o tym, co budzi w niej silne emocje, i gdyby spóźniła się z tematem polowań, prawdopodobnie napisałaby teraz książkę o przemysłowym chowie zwierząt, który jest skandalicznym zjawiskiem. Samo jedzenie mięsa określiła jako „okrutny luksus”, zaś wegetarian – jako ludzi religijnych (zgodnie z definicją religijności jako systemu samoograniczeń). Wyraziła również nadzieję, że w toku zmian, jakim w ostatnich latach podlega nasza wiara i nasza religijność, więcej uwagi poświęci się światu zwierząt i roślin.

Wątek mięsa zabrnął jednak w pewnym momencie w bardzo dziwne rejony… Ktoś z publiczności ciekaw był, co autorka sądzi o mięsie syntetycznym. Odpowiedziała, że nie może się go już doczekać i że jej zdaniem to rozwiązanie zupełnie fair, po czym roztoczyła wizję przyszłości, w której każdy ma w domu, trochę jak dziś mikrofalówkę, urządzenie do namnażania komórek, kupuje sobie te komórki w supermarkecie i w ciągu kilku dni wyhodowuje sobie piękny kawałek mięsa. A najlepiej by było, dodała, żeby można było wykorzystać własne komórki – dostalibyśmy pożywny, immunologicznie zgodny pokarm… ;).

Bardzo ładnie za to mówiła o ogrodach – że owszem, ma swój, ale mimo wszystko ogrody wydają jej się czymś sztucznym i nienaturalnym, odgradzane od dzikiej natury za płotem… Dodała też, że po tym, jak musiała otoczyć swój ogród siatką dla ochrony przed dzikami, dużo bardziej szanuje ten świat „po drugiej stronie siatki”. Podobała mi się też wizja nastoletniego człowieka jako ogromnego, rozgałęzionego drzewa (tyle marzeń, tyle możliwości!), które z czasem uświadamia sobie, że jest raczej drzewkiem bonsai :) oraz wizja pisarzy, podsunięta pisarce kiedyś przez Korę, jako małych bodhisattwów – pomagających ludziom zrozumieć świat i siebie.

W temacie zemsty – autorka wyznała, że niektóre reakcje na Pokot bardzo ją zaniepokoiły. Zarówno w książce, jak i filmie nie chodziło oczywiście o to, aby pokazać jakieś wzorce zachowań, by nawoływać do drastycznych rozwiązań. To trochę historia jak ze starego westernu, gdzie kibicujemy bohaterowi mszczącemu się za spalenie jego domu i zamordowanie rodziny, mimo że to, co robi, nie likwiduje cierpienia, ale jeszcze je pomnaża. W literaturze i filmie motyw zemsty jest w końcu bardzo silny, choć mścicielem jest zwykle mężczyzna lub piękna kobieta, nie staruszka; prezentowanie podobnych historii to sposób na badanie granic świata, ale w żadnym wypadku – pokazywanie, jak należy się zachowywać. Nic bowiem nie usprawiedliwia zbrodni. Silne reakcje na opowiedzianą historię wzbudziły niepokój autorki przede wszystkim dlatego, że nie chciałaby, by literatura przestała być dla niej przestrzenią wolności.

Czy spotkała w życiu dobrych, mądrych, skłonnych do dialogu myśliwych? Tak, odpowiedziała, ale nie ma ich w Pługu, w tej powieści bowiem widzimy wszystko oczyma Janiny Duszejko, która właśnie tak społeczność myśliwych postrzega. Tokarczuk opowiedziała jednak o tym, jak podczas kręcenia filmu chęć współpracy wyraziło lokalne kółko łowieckie (sic!) i o długich, ciekawych rozmowach z jednym z myśliwych. Chętnie dyskutował, nie zamykał się na opinie innych i autorka przyznaje, że często nie potrafiła odpowiedzieć na jego argumenty – a on z kolei na jej. Dziś jednak, przyznała ze smutkiem, po burzy, którą wywołał film, po zaostrzeniu nastrojów, pewnie nie chciałby już z nią rozmawiać. „Zapalił się ogień, zaraz może polać się krew” – stwierdziła, i tym niepokojącym akcentem zakończyło się spotkanie.

I tym akcentem również kończę pierwszą część festiwalowej relacji. W następnej – rozczarowujący dzień trzeci oraz przywracający nadzieję dzień czwarty. Wypatrujcie!

piątek, 20 października 2017

Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem (1): Czeska jesień

Zaczęło się! Jesień w pełni, na drzewach kolorowo, mamy więc ten okres w roku, kiedy na rynku wydawniczym najintensywniej. Osobiście wolę nie śledzić premier, bo moje półki uginają się od książek, które już dawno temu powinnam przeczytać, i z tego też względu nie lubię blogowych zestawień wydawniczych zapowiedzi.

Ale jest jeden wyjątek – literatura czeska.

Pomyślałam więc, że ten „zapowiedziowy” trend mogę po swojemu przetworzyć i wykorzystać. Bo nie znam miejsca, w którym pojawiałyby się zestawienia TYLKO czeskich premier. A wiem, że wśród moich czytelników są osoby, dla których taki czeski newsletter byłby bardzo pomocny. Niniejszym więc otwieram cykl „Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem”. Na dobry początek – krótki przewodniczek, co czeskiego czytać tej jesieni. Świeżutki, na bazie informacji wprost od wydawców!

Niedawno ukazały się:



Tereza Boučková – Rok Koguta 
(przeł. Olga Czernikow, wyd. Afera) 

Premiera jeszcze wakacyjna, ale przeczytałam dopiero niedawno, dorzucam więc do zestawienia. Bardzo osobista opowieść autorki o problemach wychowawczych z adoptowanymi synami. Rzecz kontrowersyjna – osobiście przeżyłam lekki szok, że ktoś potrafi pisać o intymnych sprawach, swoich i własnej rodziny, aż tak otwarcie. Recenzja wkrótce. 



Anna Bolavá – W ciemność 
(przeł. Agata Wróbel, wyd. Książkowe Klimaty) 

Klimatyczna, niepokojąca i bolesna książka z ziołami w tle, w której uwagę czytelnika zawłaszcza nietypowa główna bohaterka. Pod patronatem Literackich Skarbów Świata Całego. Moją recenzję można przeczytać tutaj, zaś tekst o autorce – tu


Miroslav Pech – Uczniowie Cobaina 
(przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Historia pewnego dorastania, dorastania w latach 90., przy dźwiękach Nirvany, w alkoholowo-narkotykowym zamroczeniu. Humor i iskrzące dialogi, podobno – sama zacznę czytać w tym tygodniu!






Zapowiedzi:



Vladimír Macura – Guwernantka
(Guvernantka, przeł. Michał Kunik, wyd. Amaltea) 

Książka, która przenosi czytelnika do Wrocławia i Pragi lat 40. XIX wieku. Opowieść o Františku Ladislavie Čelakovskim, czeskim poecie epoki odrodzenia narodowego, oraz jego drugim małżeństwie, z młodziutką Antonie. W tle: poezja i odrobina XIX-wiecznej historii. 

Premiera: październik/listopad. 

Antonín Bajaja – Nad piękną, modrą Drzewnicą 
(Na krásné modré Dřevnici, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty) 

W tym wypadku przenosimy się do czasów nieco nam bliższych, bo do lat 50. XX wieku, na które przypadło dzieciństwo autora. Wspomnienia przywołuje on w listach do swojej o rok starszej siostry. Mimo szarej komunistycznej scenerii, która towarzyszyła ich dorastaniu, oraz represji, jakim poddana została ich rodzina, Bajaja znajduje w pamięci obrazy pełne barw, zapachów i dźwięków. To chyba będzie bardzo „moja” książka – miło mi więc zdradzić, że będzie to drugi patronat Literackich Skarbów! 

Premiera: listopad. 



Petra Hůlová – Macocha 
(Macocha, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera) 

Bogata w językowe eksperymenty (to w końcu Hůlová! patrz: Plastikowe M3) powieść-monolog. Tym razem narratorką jest pisarka, która od problemów życiowych ucieka w alkohol. Podobno książka-wyzwanie. Podobno żadna lekka lekturka do tramwaju. Podobno bardzo osobista. Nie mogę się doczekać! 

Premiera: koniec listopada. 



Ota Pavel – Puchar od Pana Boga 
(Pohár od Pánaboha, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Kolejny zbiór reportaży sportowych Pavla – ale, jak to u niego, w literackiej, bajkowej odsłonie. Skoro Pavel, musi być pięknie! 



Michal Viewegh – Ekomąż 
(Biomanžel, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Luźna kontynuacja Ekożony, i tym razem opowiedziana z perspektywy douli. Kolejna bardzo osobista (czy to przypadek, czy tak silna jest dziś u czeskich pisarzy potrzeba zwierzeń?), ekshibicjonistyczna wręcz powieść Viewegha. Jest humor, ale jest i dramat, bo pojawiają się tu takie autobiograficzne wątki jak pęknięcie aorty i śmierć kliniczna, których autor doświadczył w grudniu 2012. 



Irena Dousková – Taniec niedźwiedzia 
(Medvědí tanec, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Premiera, z której cieszę się szczególnie, ponieważ do tej powieści przymierzam się od dawna! Autorka przezabawnego Dumnego Bądźżesia napisała tym razem książkę zupełnie inną. O ostatnich miesiącach życia Jaroslava Haška, o atmosferze prowincji, gdzie ten czas spędził i o wielkiej samotności autora nieśmiertelnego Szwejka. To biograficzna opowieść, w której fakty przeplatają się z fikcją. 



M.M. Cabicar – Dítě školkou povinné 
(przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 

Humorystyczne opowiastki ojca 3-letniej dziewczynki, które wcześniej zrobiły furorę w internecie. Lekka, urocza lektura.








Czesi w Polsce!

A jeśli chodzi o wizyty czeskich pisarzy w Polsce, spotkania, wydarzenia… Październik to oczywiście miesiąc krakowskiego Festiwalu Conrada, którego gościem jest w tym roku również Jan Němec, autor Historii światła. Wraz z węgierskim pisarzem László F. Földényim będzie on debatował na temat melancholii Europy Środkowej. Spotkanie odbędzie się w festiwalową sobotę, 28 października, o godz. 12:00 w Pałacu Czeczotki. Wcześniej Němec spotka się również z czytelnikami we Wrocławiu (wtorek 24 października, Klub Proza, godz. 19:00) oraz w Łodzi (środa 25 października, Dom Literatury, godz. 19:00).

W planach na przyszły tydzień w Krakowie są również spotkania z Ivanem Binarem, autorem Siedmiu rozdziałów z życia Václava Netušila (piątek 27 października, Księgarnia Kawiarnia Podróżnicza Bonobo, godz. 19:00; link do wydarzenia), oraz pewna urocza akcja poświęcona zmarłemu niedawno Petrowi Šabachowi (sobota 28 października, Hospůdka u NÁS, godz. 21:00; link do wydarzenia).

Taką mamy piękną jesień! Jak Wam się podoba?

W cyklu „Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem” będę co kilka miesięcy zestawiała nadchodzące czeskie premiery, a także pisała o ciekawych literackich i nieliterackich wydarzeniach z czeską kulturą w tle. Wszelkie propozycje wydarzeń lub akcji, które mogłabym zaprezentować w cyklu, chętnie przyjmę! Można je przesyłać na adres: lit.skarby.swiata.calego@gmail.com.


Główna ilustracja: Benderish / Foter.com / CC BY-NC-ND
Okładki książek: polskie okładki Roku Koguta, W ciemność, Uczniów Cobaina oraz Pucharu od Pana Boga pochodzą od wydawców. Pozostałe to okładki wydań czeskich, pobrane ze stron wydawców, księgarni internetowej Kosmas lub Miejskiej Biblioteki w Pradze. 

sobota, 14 października 2017

W roślinnym niebie, w roślinnym piekle – „W ciemność”, Anna Bolavá [patronat]


Pasja, której oddajemy się w wolnym czasie i która umila nam nasze szare życie, to z reguły nic złego. Co jednak, jeśli pochłonie ona CAŁE nasze życie? Jeśli stanie się dla nas ważniejsza niż nasi bliscy, środki do życia, potrzeby fizjologiczne? W swojej bolesnej powieści Anna Bolavá przedstawia właśnie taki przypadek – kobiety, która „oddała się swojej pasji” całkowicie, aż do obłędu.

W ciemność nie wciąga w swój mroczny świat od razu. Zaczyna się od lekkiego znudzenia i myśli: więc tylko o to chodzi? O zbieranie ziół (jak zresztą zwodzi autorka w jednym z wywiadów)? O to, kiedy najlepiej zrywać krwawnik, kiedy dziurawiec, a kiedy kwiat lipy, jaki jest ich wskaźnik usychalności i jak się z nimi obchodzić?

Na szczęście nie (z całym szacunkiem dla miłośników ziół!). Zioła są ważną – najważniejszą! – częścią życia głównej bohaterki, dla czytelnika jednak ważna jest przede wszystkim ona. I to, co dzieje się gdzieś pomiędzy sesjami zbierania i suszenia – te przebłyski dawnego życia Anny Bartákovej, które wciąż do niej powraca, choć uporczywie spycha je poza pole widzenia, zrzuca gdzieś do piwnicy umysłu (bo przecież nie wrzuca na strych; strych to miejsce zaszczytne, zarezerwowane dla roślinnych skarbów).

Mroczny krwawnik pospolity...
Mamy tu porzuconego przed laty męża, kalekę pozbawionego ręki, mamy również teścia, który zdaniem bohaterki przesadnie wtrącał się – i dotychczas się wtrąca – w jej życie. To postaci w tej historii symboliczne. Mąż-kaleka w pewien sposób obrazuje kalectwo (najpierw tylko emocjonalne, później również fizyczne) i słabość samej Anny, teścia można natomiast uznać za figurę opresyjnego społeczeństwa i najbliższej społeczności bohaterki, odciągających ją od jej pasji. Obydwóch mężczyzn kobieta odsuwa od siebie w mniej lub bardziej drastyczny sposób, i tak samo odsuwa przeszkody na drodze do oddania się całkowicie roślinom (praca, troska najbliższych, własne ograniczenia fizyczne). Ze swoim dawnym życiem Anna rozprawia się pewnie i zdecydowanie, jednym ruchem nożyczek do obcinania roślin.

Lektura W ciemność pokazuje, że pseudonim Bolavej naprawdę nie wziął się znikąd. To książka przesycona bólem, zarówno psychicznym, jak i fizycznym – opisy rany na ręce Anny czy sierpa wbitego w nogę ciężko czytać bez wzdrygnięcia.

... i mroczny dziurawiec zwyczajny. Polskie nazwy tych roślin
brzmią w kontekście tej historii bardzo znamiennie!
To również proza bardzo nastrojowa – i tu można doszukiwać się uzasadnienia opinii, że dzieło Bolavej przypomina Palinkę Hořavy), jednak nastrój obu utworów jest diametralnie inny. Podczas gdy u Hořavy mamy do czynienia z melancholią, u Bolavej jest czysta groza. Inaczej również niż u Hořavy we W ciemność nie ma za wiele poezji, nie ma tu liryzmu życia na wsi, sposób snucia historii jest zaś tak konkretny i rzeczowy jak sama Anna Bartáková – narratorka skupia się na szczególe, na którym z czasem zafiksowuje się tak bardzo, że traci kontakt z rzeczywistością. Nie zauważa ludzi wokół siebie, nie wie, co się dzieje, tych zaś, którzy chcą jej pomóc, stanowczo odtrąca – w końcu przeszkadzają jej w tym, co kocha. Z czasem zaczyna ignorować nawet własne potrzeby fizjologiczne, prawie nie je, traci wszystkie włosy, staje się karykaturalnym kościotrupem z łysą czaszką i siną, gnijącą dłonią. Wyniszcza się zupełnie w tej wiecznej wojnie, którą jest dla niej świat roślin.
„Przecież zioła to ja. Gdybym powiedziała coś innego, to tak, jakbym zmieniła imię i udawała kogoś, kim nie jestem. Jakbym machnęła ręką i kazała drogowcom skosić resztę jasnoty, jakby to nie miało znaczenia. A ma, wielkie. Każda roślina jest ważna, każda musi być moja. Żadnej nie zostawię. To wojna, która nie ma końca. Wieczny kołowrót pąków i kwiatów, aż można się rozchorować” (s. 49).
Petr A. Bílek porównał postać wykreowaną przez Bolavą do głównego bohatera Zbyt głośnej samotności Hrabala. Również to porównanie niespecjalnie mnie przekonuje, bo choć rzeczywiście i Haňťa i Anna Bartáková mają własny świat, niedostępny dla innych (u Haňti są to odratowane książki, u Anny – zioła) oraz swoją małą misję walki z otoczeniem, bohaterka Anny Bolavej jest zdecydowanie bardziej antypatyczna. (Oczytany Facet dodaje, że zapewne wbrew intencjom autorki – też mam takie wrażenie). Bliżej jej może trochę do Viktorki z Babuni Němcovej, do której to postaci też bywa porównywana, ale również nie do końca – bo Viktorka jest jednak ofiarą. Anna pogrąża się w swoim szaleństwie z własnej woli, jej alienacja to jej wybór i jej droga, i dlatego czytelnik czuje do niej raczej niechęć.

I może też dlatego najbardziej wstrząsające w powieści Bolavej są te maleńkie momenty, kiedy Anna budzi współczucie. Kiedy gdzieś ledwie zasygnalizowane, niemal między wierszami, wychodzą na jaw jej „ludzkie” uczucia. Samotność, tęsknota za babcią-zielarką, niemożność pokochania męża ze względu na jego słabość, pragnienie oparcia się na kimś silniejszym. Jej wrażliwe, miękkie, podatne na zranienia wnętrze, które obudowała w obronie przed otoczeniem swoją twardą skorupą, zbroją wrogości do innych – i sama zasuszyła się w ten sposób dla świata.

***
A. Bolavá, W ciemność, przeł. Agata Wróbel, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne
[2] fotoblend / pixabay.com
[3] AKupstova / pixabay.com
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa / ksiazkoweklimaty.pl

Inne recenzje powieści Bolavej przeczytacie na:

środa, 11 października 2017

Brwi à la Breżniew, śmierć i draże Korsarz – „Po trochu”, Weronika Gogola


Weronika Gogola napisała książkę, w której, jak to w życiu, „śmieszne idzie w parze ze smutnym”. Przenosi w niej czytelników w czasy swojego dzieciństwa, do rodzinnych Olszyn, i snuje swoją dowcipną, ale poprzetykaną prostymi mądrościami opowieść. Czy z powodzeniem? Moim zdaniem tak. Splot smutku z uśmiechem, anegdotyczność i pabitelskość jej prozy przywodzi mi na myśl moich ulubionych czeskich prozaików, kolorów zaś dodaje jej swojska rzeczywistość lat 90. oraz język – bezpośredni i nierzadko dosadny.

Czekałam na tę książkę jeszcze przed jej premierą. Bo debiut tłumaczki Carpathii, bo dorastanie w latach 90. (z którego sama mam wiele dobrych wspomnień), bo fragmenty zachęcały. Przeczytałam szybko, ale recenzja dojrzewała we mnie długo, bo miałam naprawdę wiele uwag. W międzyczasie śledziłam inne opinie, te bardzo pochlebne (z początku – same) i te mniej (i dobrze, bo nie powinno być za słodko). Wreszcie czas, by samej się wypowiedzieć.

Awantura o…

Mam wrażenie, że ci, którym książka nie przypadła do gustu, mieli największe zastrzeżenia do sposobu opowiadania. Bo infantylny, bo „nie przystoi” (parafrazując fragment książki – nie księżniczkom, a dorosłym). Niezależnie jednak od tego, czy ta narracja ma w końcu urok, czy nie, trochę zbyt odciąga uwagę od treści, która w recenzjach bywa sprowadzana do zwyczajnych rodzinnych historyjek. A w tej treści, w tych rodzinnych historyjkach, też przecież można grzebać i grzebać i wielu ciekawych rzeczy się doszukać. Dlatego, pozwolicie, od tego zacznę.

Kim jest narratorka?

O samej narratorce powieści dowiadujemy się niby wiele – nie wstydzi się ujawniania różnych intymnych szczegółów na swój temat – ale równocześnie niewiele, bo choć przywołuje wiele wspomnień, w kwestii własnych uczuć jest raczej powściągliwa. I to akurat ma rodzinne – tu i ówdzie sugeruje, że „Gogole nie lubią mówić o sobie”. Wolą mówić o tym, co widzą wokół siebie. I pisać.

Co wiemy na pewno? Że to silna mała kobietka. Chłopczyca, dla której punktem honoru jest nie okazywać bólu. Która skarży się na to, że chłopcom wolno więcej, i którą oburza fakt, że król z bajki nigdy nie pyta księżniczki o zdanie, gdy oddaje jej rękę zasłużonemu śmiałkowi.

Co widzi?

Przez większość czasu akcja toczy się w rodzinnych Olszynach autorki, zapamiętanych z dzieciństwa. Urocza jest ta powieściowa czasoprzestrzeń, bo z jednej strony bardzo „wiejska” z różnymi przesądami oraz atmosferą małej wspólnoty („wciąż ktoś pukał, wchodził, wychodził, przynosił ser i jajka, żegnał się, zostawiał rower pod bramką”), z drugiej – budząca nostalgię wieloma szczególikami rodem z lat 90.

Ta wspólnota doświadczeń, to „jadłam te same słodycze, kupowałam te same gazety, też zbierałam karteczki i nawet moja mama też mówiła Holender!”, z pewnością sprawi, że książkę Gogoli łatwiej będzie docenić osobom, które wychowywały się w tych samych czasach. Ale nie chodzi tylko o czasy – autorka opowiada o różnych bardzo „nieliterackich” szczególikach z naszego życia (jak choćby o tym, jak ją wkurza, gdy ktoś jej schowa masło do lodówki i jest potem całe twarde), przy pomocy których również buduje z czytelnikiem więź. Trochę przywodzi mi to na myśl fragmenty dziennika Sylvii Plath o dłubaniu w nosie; to co prawda trochę inna sytuacja, bo dziennik nie był przeznaczony do publikacji i na pewno nie chodziło o budowanie żadnej więzi, ale jednak reakcja podobna – „więc ktoś inny, i to nie zwykły »ktoś«, a słynna poetka, też to robi!”.

Ton opowieści jest raczej wesoły, dominują dziecięce obserwacje i anegdotki, okraszone cudownym poczuciem humoru autorki (brwi jak Breżniew, mama jak David Bowie, chłopak, który wyglądał jak „Jezus, Kurt Cobain i Janosik”). I nie przeszkadza tu zupełnie fakt, że jednym z motywów przewodnich Po trochu jest śmierć – bo w wersji Gogoli to śmierć oswojona, uśmiechnięta, śmierć jak przyjazna starucha, ciągle gdzieś obok. Ale przecież na początku swojego tekstu wspomniałam o smutku. I rzeczywiście, jest – ale pojawia się między wierszami, gdzieś na marginesie, często w duecie z jakąś rodzinną tajemnicą. Historia smutnej babci ze zdjęcia, ciotki, „której się w głowie pomieszało”, czy nauczycielki, która „podobno się powiesiła”, choć to zaledwie migawki, robią na tym radosnym tle jeszcze większe, wstrząsające wrażenie.

Oprócz smutku na marginesie pozornie błahych opowiastek Gogoli pojawia się też wiele prostej mądrości. Takiej babcinej. I empatii. I miłości do ludzi. „Jak ktoś płacze, to nie może być przecież całkiem zły. Nawet jeśli pijak” (s. 126) – pisze na przykład autorka. Albo: „Bo tak już jest, że jak się człowiek boi albo nie rozumie, albo po prostu, kiedy jest mu smutno, to potrzebuje coś słodkiego na język i dużo snu. Dużo snu, żeby nie było tego, co jest naprawdę” (s. 93). Albo: „Bo najgorzej jest patrzeć na kogoś, kto nigdy nie płakał, a nagle zaczyna szlochać. Bo to trochę tak, jakby ci się walił dom, jakby znowu przyszła powódź, jakby spłonął giees” (s. 166).

Na marginesie też wyjaśnia, czemu zdecydowała się spisać swoje rodzinne historie. By zachować przy życiu tych, którzy odeszli. Bo było jej przykro, że o niektórych członkach rodziny się zapominało. Że ludzie nie słuchali ich historii. Bo „są ludzie, którzy pamiętają to, co im się opowiada, a są tacy, którzy tylko kiwają głową, mówią: No, no, no, ale nie słuchają” (s. 93). Warto śledzić te marginesy!

We mnie osobiście ciepłe uczucia wzbudziły również motywy rodem jak z twórczości moich ulubionych czeskich pisarzy. Bo nietłukące szklanki z duraleksu i lepienie gipsowych cycków i siusiaków jest przecież jak z Šabacha, a tata płaczący po zabiciu kociaków czy kradzież pieniędzy ze skrzynki św. Antoniego to czysty Hrabal. W stylu hrabalowskiego Haňti jest też choćby ten cytat: „Dźwięk dzwonów poruszanych przez pilota jest zupełnie inny. Jakiś taki głuchy. Bo jak ręka ludzka wprawia je w ruch, to zostawia tam coś jeszcze. Po sobie coś zostawia” (s. 150). Wreszcie – jak u Hrabala, zderzenie dosadności z poezją. Tutaj jednak moim zdaniem polskiej autorce brakuje jeszcze trochę wyczucia – poezji jest u niej mniej, a z dosadnością czasem przesadza.

Jak o tym pisze?

Jest jeszcze coś bardzo czeskiego w prozie Weroniki Gogoli – ten duch gawędziarstwa, niekontrolowany żywioł opowieści, te spontanicznie pączkujące anegdoty. To urodzona pabitelka; strumień jej opowieści płynie nieprzerwanie i wartko (momentami może aż zbyt wartko – jakby chciała powiedzieć zbyt wiele naraz, i robi się mały chaos, a akapity rozrastają się do gigantycznych rozmiarów).

Na wstępnie wspomniałam o dosadności. To chyba też trochę specyfika wiejskiej rzeczywistości, że o naturalnych rzeczach mówi się bardziej wprost, bez ogródek i bez bawienia się w eufemizmy; taki sposób opisywania rzeczywistości tworzy również w Po trochu klimat opowieści. O ile jednak fragmenty o robieniu kupy, lepieniu kulek z kóz czy o „trąbach słonia” w chłopięcych spodniach (znów mi się przypomina Sylvia Plath i jej „szyjki indycze”) nie są specjalnie zniesmaczające, jest w tej książce kilka momentów, które przekraczają granicę dobrego smaku i moim zdaniem z powodzeniem mogłyby zostać wycięte.

Na osłodę jest za to kilka naprawdę ładnych, obrazowych opisów. „Na werandzie pachniało inaczej niż w całym domu, kurz był pomarańczowy, ściany kruszyły się na różowo” (s. 16) – wizualizuje autorka. Albo: „Lubiłam też patrzeć na ich ręce. Całe były popękane na czarno. Tak samo pęka mydło w domach starych ciotek. Też ma ciemne szramy. To się nazywa czysty brud” (s. 32). (Pamiętam takie mydło z domku na działce u dziadków – wynosiło się je na plastikowym talerzyku razem z szczotką w kształcie łabędzia, i w strumieniu zimnej wody z kranu na zewnątrz szorowało się ręce, żeby za paznokciami nie została ziemia. I tak, miało ciemne szramy – czysty brud).

Mimo drobnych zastrzeżeń z przyjemnością więc przeniosłam się do świata odtworzonego przez Weronikę Gogolę w Po trochu. I myślę sobie ze smutkiem o tych wszystkich wspaniałych rodzinnych historiach, które odchodzą w niepamięć, bo nie ma ich kto tak pięknie spisywać. Każda rodzina powinna mieć swoją Gogolę.

***
W. Gogola, Po trochu, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Debiutancką powieść Weroniki Gogoli często zestawia się z Gugułami Wioletty Grzegorzewskiej. Postanowili to wykorzystać organizatorzy Festiwalu Conrada, którzy w ramach tegorocznej odsłony festiwalu zapraszają na debatę z udziałem obydwu pisarek. Spotkanie, zatytułowane „Nowoczesne prowincjałki”, odbędzie się w niedzielę 29 października o godz. 13:00 w Pałacu Czeczotki.

Recenzji tej książki ukazało się już bez liku, dlatego dla odmiany polecam wywiady z autorką na: