środa, 26 września 2018

Kot-życie i połamany ptak miłości – „O kotach”, Charles Bukowski

„«mój boże – powiedzą ludzie – Chinaski nic tylko pisze o kotach!» 
«mój boże – mówili dawniej – Chinaski nic tylko pisze o kurwach!»” (s. 81).

Po dłuższej przerwie powrót do Bukowskiego, kolejna książka – i kolejne oczarowanie. Nic na to nie poradzę, ubóstwiam tego opijusa, który za maską twardziela skrywa tak ogromne pokłady wrażliwości. Kto inny potrafiłby z takim smutkiem i zachwytem pisać o kotach – porównując je do okrutnego życia, w którego pysku jak szary ptak z połamanymi skrzydłami rozszarpana zostaje miłość?

Takich obrazów jest więcej, kot w tym zbiorze – składającym się z wierszy i krótkich próz – to właściwie jedna wielka metafora. Już w pierwszym opowiadaniu, którego jednym z bohaterów jest legendarny Whit Burnett, twórca magazynu „Story”, Bukowski zestawia niezbyt owocne próby wydawania komend kotu przez Burnetta oraz atak, jaki przypiera na niego samego jego dziewczyna Millie. Utożsamia się tym samym z kotem, upartym, niezależnym, jak w wielu późniejszych utworach. W historii starego skurwiela twierdzi, że jego zezowaty, postrzelony, przejechany i pozbawiony ogona, ale wciąż żywy kot Manx inspiruje go bardziej niż ukochany pisarz, Céline.
„Lekarz powiedział: «Tego kota dwa razy przejechało auto, ktoś go kiedyś postrzelił, no i obcięto mu ogon». Ja na to: «Ten kot to ja»” (s. 62).
Bukowski z Manxem, który inspirował go bardziej niż Céline. 
W kilku utworach powraca również wspaniała metafora, wspomniana przeze mnie na wstępie: kot-łowca jako życie, równie piękne, co bezlitosne, oraz miłość jako bezczelny ptak, który drażni i prowokuje kota tak długo, aż wreszcie kończy z połamanymi skrzydłami w jego pysku. „Połamany ptak miłości”, „z wachlarzem skrzydeł, pięknych skrzydeł rozpostartych w trzepocie, piór rozłożonych jak kobiece nogi podczas seksu” (s. 39) już nie przedrzeźnia, „tylko prosi, tylko błaga”, ale kot za nic ma jego lamenty.

Kiedy indziej to miłość jest jak kot: „nie lubię miłości jak rozkazu, poszukiwania. ona musi przyjść do ciebie jak głodny kot pod drzwi” (s. 38). Nie mogłoby się również nie pojawić skojarzenie koty-kobiety, choć akurat ten obraz jest niezbyt pochlebny dla przedstawicielek płci pięknej – w wierszu mokra noc jeden z przygarniętych kotów kładzie się z podmiotem lirycznym do łóżka i rozkosznie mruczy, po czym bezczelnie obsikuje całe łóżko. Jeszcze w innym utworze, dar, to swoje wiersze autor porównuje do okrutnego zdziczałego kota, gryzącego i drapiącego. Bardzo trafnie, trzeba przyznać.

W zbiorze pojawia się również, spisane prozą, pewne bolesne wspomnienie z dzieciństwa. Młodziutki biały kot, który zostaje zapędzony w kąt przez kolegów narratora i przyparty do muru przez buldoga. Niewinne zwierzę staje się figurą wszystkiego, co w życiu dobre, piękne i czyste, w starciu z Ludzkością i jej okrucieństwem. Wspomnienie jest gorzkie – bohater obserwuje tę scenę, jest nią zbulwersowany, ale nie ma na tyle odwagi, by rzucić się kotu na ratunek. Prawdopodobnie właśnie to poczucie bezradności, złość na samego siebie, sprawiły, że na tak długi czas obraz utkwił w jego głowie.

„«Dla nas koty są dziećmi» – powiedziała żona”.
Skąd właściwie u Bukowskiego tak wielka miłość do kotów? Jego zdaniem mają w sobie wielką mądrość. W przeciwieństwie do „kobiet i psów”, zgodnie z arabską tradycją beztrosko wrzucanych do jednego worka, nie okazują uczuć, nigdy nie odpuszczają, nie przejmują się głupstwami („kiedy pierdzę / mojemu kotu to / zwisa”). Są „wyluzowane”, dzięki czemu każde spojrzenie na nie jest „lekcją stawiania czoła przeciwnościom” (s. 85). Jakby mówiły: „zanadto przejmujesz się niczym, patrz na nas / i ucz się spokoju: odwaga jest piękna” (s. 110).
„Kiedy źle się czujesz, wystarczy na nie spojrzeć i zaraz ci się poprawi humor, bo one wiedzą, że wszystko jest tylko takie, jakie jest. Nie ma się czym podniecać. Wiedzą to, i już” (s. 97).
W wierszu 5 kotów Bukowski bawi się w zgadywanie, jakiego pisarza czy filozofa najchętniej czytałby każdy z jego kotów. Najpiękniejsze jednak jest w nich to, że ludzie i ich osiągnięcia tak naprawdę nic ich nie obchodzą – nie muszą, bo i tak są lepsze od nas. Choć Beethoven, zdaniem pisarza, „nieźle się spisał / jak na to kim / był” (w domyśle: człowiekiem), i tak pierwszy lepszy kot jest więcej wart od niego.
„mają oczy
piękniejsze od naszych
i umieją spać 20 godzin
na dobę
bez
zahamowań ani
wyrzutów sumienia” (s. 120)
Czy miłość do takiej istoty jest łatwa? Oczywiście, że nie. I choć w wierszu pokrętne dobro w ratowaniu cierpiących rozeźlony autor obiecuje sobie, że „następny kot znajda który przyjdzie pod moje drzwi / pozostanie / znajdą”, oczywistym jest, że tak się nie stanie. Bo pisanie i koty – to dla niego dwa sposoby, by wszystkiemu sprostać. Lek na życie, na samotność, na miłość.

***
Ch. Bukowski, O kotach, przeł. Michał Kłobukowski, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2017.

niedziela, 23 września 2018

W poszukiwaniu straconej wolności – „Guwernantka”, Vladimír Macura [patronat]

„Marzenia są jak garść puchu: wystarczy najlżejszy powiew i nie ma po nich śladu” (s. 220).

Vladimír Macura porusza w swojej Guwernantce cały szereg tematów – maluje portret XIX-wiecznego Wrocławia, pokazuje różne postawy względem rewolucyjnych ruchów w dobie czeskiego odrodzenia narodowego, zwraca uwagę na problem tożsamości narodowej polskich mieszkańców niemieckojęzycznego Wrocławia, zastanawia się nad istotą poezji. Będę jednak szczera – wszystkie te wątki zeszły dla mnie na dalszy plan w stosunku do historii młodej kobiety zamkniętej w klatce nieszczęśliwego małżeństwa z jednym z największych XIX-wiecznych czeskich poetów.

Mowa o Františku Ladislavie Čelakovskim, który w powieści Macury ukazany zostaje jako postać antypatyczna, z niezwykle przerośniętym ego. Myśli sobie na przykład tak:

„Ale Szyjkowski, dyletant, który z mozołem pnie się na niemiecki Parnas, pewnie nie przeczytał żadnego z moich wierszy. Goni za nie wiadomo jakimi nowinkami z zagranicy, a nie widzi, że najprawdziwsze źródło najczystszej poezji ma tuż pod nosem” (s. 47).

Tymczasem jego poezji, choć formalnie doskonałej, brak uczuć – dlatego Antonie nigdy nie powiedziała o niej, jak o poemacie dyletanta Szyjkowskiego, że „żyje i oddycha”. Oschłość poety, brak fantazji, małoduszność przejawiają się na różne sposoby – Čelakovský nie włącza się aktywnie w wydarzenia w Pradze, a nawet bezlitośnie potępia tych, którzy decydują się po wolność sięgać czynami, nie słowami.

Jest próżny i kłótliwy. „Gardzi spokojną pogawędką, musi się kłócić” (s. 34). Uważa, że żona powinna być bezgranicznie szczęśliwa, że wybrał właśnie ją: „Ma w domu poetę, i to z prawdziwego zdarzenia, jada z nim przy stole, sypia w jednym łożu – jeszcze jej nie dość?” (s. 80). W pewnym momencie obwinia ją wręcz o to, że on sam zaczyna fantazjować o służącej. Trudno nie ulec wrażeniu, że traktuje ją wyłącznie jako „narzędzie” rozładowywania erotycznego napięcia, narzędzie, którym w gruncie rzeczy gardzi:
„Najchętniej czytałaby od rana do wieczora, a gdyby miała więcej czasu, ani chybi sama zaczęłaby pisać powieści. Występowałby w nich nudny profesor, pewna głęboko nieszczęśliwa kobieta o wzniosłych ideałach i cała chmara zakochanych młodych awanturników. Nawet gotować nie umie, laleczka z porcelany. Przy spełnianiu obowiązku małżeńskiego zamyka oczy i aż do końca leży jak kłoda. A w myślach niewątpliwie rozpamiętuje co pikantniejsze sceny z romansów albo z własnych nieprzyzwoitych snów” (s. 98).
Pięknym dodatkiem do książki są fotografie i ryciny dawnego Wrocławia.
Čelakovský odmalowany przez Macurę nie szanuje żony, chce ją sobie całkowicie podporządkować: „Jestem zły, bo ucieka w świat słów, który nie wypowiedziałem ja” (s. 50). Ma pretensje, że Antonie zamyka przed nim szufladę w szafce, porównuje ją z byłą żoną, która nigdy nie miała przed nim żadnych tajemnic. Momentami jego pretensje osiągają wymiary wręcz absurdalne: „Dzisiaj bladość jest wprost niewiarygodnie zaraźliwa. Marie zbladła tylko raz w życiu: kiedy umarła” (s. 55).

Marie wciąż jest w jego głowie, do Antonii zdaje się żywić nie tylko pogardę, ale wręcz nienawiść: „Patrzyłem na rozczochrane ciemne włosy i niemal życzyłem jej zbliżającego się nieuchronnie bólu” (s. 83). Posuwa się nawet do skandalicznego stwierdzenia, że „jest tu tylko w zastępstwie pewnej nieboszczki” (s. 117). Czytelnik odnosi więc wrażenie, że bohater ożenił się po raz drugi tylko po to, by uciec od myśli o starości, „powstrzymać przemijanie” („sądziłem, że będę przy niej młodnieć” – przyznaje), oraz by jego dzieci nie pozostały bez kobiecej opieki. Guwernantką – tym, rzeczywiście, miała być. „Wodzę wzrokiem za swoją rodziną jak kwoka za kurczętami. Jak guwernantka za podopiecznymi” (s. 29) – żali się Antonie.

Pomijając zresztą jego ukochaną Marie, która zasłużyła sobie na tę atencję swoją potulnością, posłuszeństwem i pokorą, Čelakovský z powieści Macury nie znosi kobiet. Najchętniej każdą z nich zamknąłby na cztery spusty w domu, między kuchnią a pokojem dziecinnym. „To takie nieprzyzwoite, kiedy kobiety i mężczyźni podróżują jednym dyliżansem. Zwłaszcza w nocy. Powinno się tego zakazać. Co na to Kościół? Czemu te kobiety ciągle gdzieś nosi? Nie mogą usiedzieć w domu? Mało to bałaganu jest już na tym świecie?” (s. 165).

Czy był taki naprawdę? W pewnym momencie Macura jak gdyby wygląda spomiędzy linijek powieści, z uśmiechem – jako pisarz ma prawo do takich zmyśleń, a postać, o której pisze, nie ma nic do powiedzenia:
„Oprócz tych skromnych śladów wszystko inne zniknie, zwietrzeje jak zapach cynamonu unoszący się nad filiżanką kawy u państwa Jungmannów. Choć jeśli o nim napiszę – jeśli ktoś o nim napisze – przyszłe pokolenia będą mogły go poczuć. Nie ma znaczenia, jakim byłeś człowiekiem, którędy podążały twoje myśli i nad czym się trudziłeś – zostanie po tobie tylko to, co ktoś pospiesznie naskrobie piórem (…). I nieważne, że za owym zapisem stoi czyjaś złośliwość albo niebezpieczna skłonność do fantazjowania: zawrze się w nim twoje dalsze życie” (s. 84).
Guwernantka wpisuje się więc w popularny dziś w literaturze czeskiej nurt tworów z pogranicza biografii i fikcji. W podobny sposób historię życia autentycznych postaci opowiadają również Jan Němec w Historii światła czy Jan Novák w doskonałym Nie jest źle.

A jak to wszystko wygląda ze strony Antonie? „Czuję, że jestem nie tam, gdzie powinnam” – przyznaje nieszczęśliwa bohaterka. Na początku, we Wrocławiu, wydaje jej się, że chodzi o tęsknotę za ojczyzną, ale kiedy wracają do Pragi, uświadamia sobie, że nie ma znaczenia, gdzie mieszka. Wychowana do życia w posłuszeństwie, jest jednak rozgoryczona losem, który jej przypadł: „Mąż sprawił mi nową poduszeczkę do igieł i tkaninę do haftu, żebym już nie miała wątpliwości, czym powinnam się zajmować przez resztę życia” (s. 95). Marzy o podróżach, o przygodach, o wielkim uczuciu, zadowoliłaby się też realizacją marzenia o uruchomieniu szkoły dla panien, ale musi podporządkować całe swoje życie i ambicje mężowi.
„Zazdrościłam mu [Pepiemu] ogromnych, bezkresnych przestrzeni, obcych miast, nowych twarzy i doświadczeń, a także odwagi, która pozwoliła mu wszystko rzucić i pójść w świat. Gdyby František czytał w moich myślach, pewnie zaraz by się obruszył (…). I te nowe doświadczenia, też coś! Niech nas Bóg przed nimi chroni – powiedziałby mąż” (s. 94).
I ma rację, bo w głowie jej męża znajdujemy takie oto myśli: „Dostaję wysypki na myśl o tym przemożnym pragnieniu Antonii – zresztą nieudolnie skrywanym – żeby się stąd wyrwać i uciec od naszej banalnej codzienności (…). Czyż nasze życie nie polega na spełnianiu obowiązków?” (s. 156). Pytanie – dlaczego w takim razie zgodziła się na to małżeństwo? Z człowiekiem, do którego starała się ustosunkować życzliwie, ale mimo to od pierwszych chwil budził w niej wstręt? Tłumaczy to sobie sama tak:
„Najwyraźniej od dawna przyświecało mi hasło «Wspierajmy poetów». Troska o nich to przecież służba ojczyźnie! Jak to więc możliwe, że spotkał mnie tak pospolity, ordynarny koniec: wspólne łóżko, upstrzone plamami krwi i nasienia, zastawiony naczyniami stół, mnóstwo szycia i codzienna mordęga z dziećmi?” (s. 128).
Miała mimo wszystko nadzieję, że życie, które wybiera, pozwoli zrealizować jej pragnienia: „Zawsze marzyłam, żeby podróżować do odległych krajów, czegoś dokonać, stworzyć coś, czego wcześniej nie było, przeżyć wielką miłość. Kiedyś Cyganka wywróżyła mi daleką wyprawę – przez jakiś czas myślałam, że Wrocław jest spełnieniem tej wróżby. Ale czar wkrótce prysł. Miałam nadzieję na więcej. Podobnie było z wielką miłością: wciąż pytałam, kiedy wreszcie się pojawi, bo to, co czułam, nie odpowiadało moim wyobrażeniom” (s. 215). Szuka więc dla siebie szczelin wolności – w wolnych chwilach w tajemnicy pisze wiersze i wyobraża sobie, że w łóżku obok niej zamiast starego męża leży ktoś inny: „Wyobrażałam sobie inny dotyk i inne uściski i ani przez moment się tego nie wstydziłam” (s. 197).

Czymś na kształt hasła przewodniego powieści Macury jest ELEGIA, rozumiana jako „tęsknota za tym, co dalekie, nieosiągalne”. Čelakovskiemu wydaje się, że coś o tym wie, ale tak naprawdę to jego żona żyje swoją wielką elegią, pogrążona w melancholii, rozczarowana życiem, jakie przypadło jej w udziale. Dlatego tak dobrze rozumie elegijną poezję Szyjkowskiego, zagubionego w obliczu swojej niejasnej narodowej tożsamości: „Słyszę słowa o utraconej miłości i utraconej ojczyźnie. O utraconym języku, którym dało się niegdyś rozmawiać o zaprzepaszczonej ojczyźnie. ELEGIA: zanurzam się w niej jak w wielkiej łzie” (s. 33). Prócz tego Antonie, świadoma swojej drugorzędnej roli w sercu męża, stwierdza w pewnym momencie, że sama jest dla niego elegią: „A przecież mam być tylko namiastką, wspomnieniem o zmarłej. Tęsknotą za tym, co dalekie. ELEGIĄ” (s. 146).

Ten akcent odrobinę ociepla demoniczny wizerunek Čelakovskiego w oczach czytelnika. Wszyscy bohaterowie tej powieści są na swój sposób nieszczęśliwi, uwięzieni, bezradni wobec paraliżującej tęsknoty, co dobrze oddaje również atmosferę tamtej historycznej epoki. Ze względu na ten nastrój oraz wspaniałe pióro Macury, umiejętność wejścia zarówno w skórę starzejącego się poety, jak i jego młodej, spragnionej życia żony, i za wiarygodność obydwu narracji, obydwu języków, obydwu sposobów opowiadania świata – zdecydowanie warto sięgnąć po Guwernantkę.

***
V. Macura, Guwernantka, przeł. Michał Kunik i Olga Czernikow, wyd. Amaltea, Wrocław 2018.

W recenzji Agnieszki Szymik na portalu histmag.org wyczytać można trochę więcej na temat historycznego tła powieści – polecam. O książce z zachwytem pisała też Księgarka na regale.

niedziela, 9 września 2018

Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem (4): Nagroda Václava Buriana – wydarzenie

Fot. Petr Palarčík
Zdaję sobie sprawę, że poezja nie cieszy się dziś u nas szczególnym zainteresowaniem, nagrody dla poetów – tym bardziej, a te czeskie – to już w ogóle. Chciałabym jednak w tym swoim małym, polsko-czeskim internetowym zakątku krótko opowiedzieć Wam o jednej z nich, która z Polską i polską literaturą ma akurat silny związek. Podobnie jak jej patron.

Cornelia Hülmbauer. Fot. Florian Hülmbauer
Mowa o przyznawanej od trzech lat Nagrodzie Václava Buriana. Václav Burian był czeskim polonistą, tłumaczem m.in. poezji Czesława Miłosza, człowiekiem zakochanym w Polsce i zasłużonym dla propagowania polskiej literatury w kraju naszych południowych sąsiadów. A przy tym postacią niezwykle barwną. Jak pisał o nim Witold Bereś*:
Kim jest Vaszek Burian? Trzeba przymknąć oczy i wyobrazić sobie mitycznego Czecha: gabaryty rozbójnika Rumcajsa (ze stosowną brodą), hrabalowski dystans do wszystkich rzeczy świata tego i odwzajemniona miłość do hektolitrów czeskiego piwa. No i szwejkowski charakter: poczucie humoru, łagodność i dziesiątki opowieści wyskakujących jedna z drugiej niczym rosyjskie matrioszki.
Jakub Řehák. Fot. Ondřej Lipar
Po nagłej śmierci Buriana w 2014 roku ku jego pamięci ustanowiono nagrodę, do której nominowana jest co roku czwórka poetów z Polski, Czech, Słowacji oraz niemieckojęzycznych krajów europejskich. Zwycięzca jest wybierany przez międzynarodowe jury i ogłaszany podczas finałowej imprezy w Ołomuńcu. Dotychczasowi laureaci nagrody to Czech Milan Děžinský oraz Polak Tomasz Różycki. W tym roku o statuetkę powalczą Polak Jarosław Mikołajewski, Czech Jakub Řehák, Słowak Michal Habaj i Austriaczka Cornelia Hülmbauer.

Oprócz tego doceniane są osoby, które, tak jak to robił Václav Burian, poprzez swoją działalność kulturalną zbliżają do siebie kraje Europy Środkowej. Pierwszą nagrodę za wkład w dialog środkowoeuropejski w dziedzinie kultury otrzymał Aleksander Kaczorowski, drugą natomiast – László Szigeti (tak, ten od Dryblingu Hidegkutiego, wywiadu-rzeki z Hrabalem!). W tym roku zostanie ona wręczona Andrzejowi S. Jagodzińskiemu, wybitnemu tłumaczowi, autorowi przekładów na język polski m.in. dzieł Josefa Škvoreckiego.

Michal Habaj. Fot. Natalja Bodnar
Piszę o tym wszystkim głównie dlatego, że zbliża się finał kolejnej, trzeciej edycji nagrody. Odbędzie się on 28 września w Ołomuńcu, mieście Buriana, w teatrze Na cucky, od godziny 15. Atrakcją towarzyszącą – a równocześnie kolejnym polskim akcentem – będzie późniejszy występ w Ponorce, czyli Hospodzie U Musea, Marcina Świetlickiego i zespołu Zgniłość.

Może ktoś z szacownych czytelników będzie akurat wtedy w Ołomuńcu i zajrzy? A jeśli nie, może zainteresuje się samą nagrodą, nominowanymi i zacnym patronem? Moja mała misja zostanie wówczas spełniona. Dziękuję za uwagę! :)

Cytat: http://wyborcza.pl/1,76842,16781600,Nie_zyje_Vaclav_Burian__zasluzony_czeski_opozycjonista.html