niedziela, 25 lutego 2018

Polska nie-perełka na dnie – Tomasz Kowalczyk, „Maszynopis z Kawonu”

Zapowiadanej delikatności zabrakło, a nieliczne dobre fragmenty były jak kwiatki... na wysypisku.
Cykl Polskie perełki na dnie stworzyłam, by choć trochę pomóc młodym polskim autorom – tym mało znanym, wydawanym w niewielkich nakładach przez niszowe wydawnictwa, które nie stać na szeroko zakrojone kampanie reklamowe. Drażniło mnie, że książki przeciętne są promowane z takim rozmachem, podczas gdy naprawdę wartościowe pozycje pozostają gdzieś na obrzeżach uwagi, czekając, aż ktoś je dostrzeże.

Oczywiście musiałam się liczyć z tym, że nie wszystkie przysyłane mi przez autorów książki, nawet mimo obiecujących zapowiedzi i recenzji, będą naprawdę dobre. Pierwsza taka sytuacja spotkała mnie jednak szybciej, niż się spodziewałam, bo już teraz – na samym początku akcji. Z przykrością muszę stwierdzić, że Maszynopis z Kawonu Tomasza Kowalczyka to żadna perełka.

Moja lista zarzutów jest długa, największe zastrzeżenia budzi chyba jednak sposób, w jaki autor ubiera swoje myśli w słowa. Pseudoartystyczny, niby-poetycki, opierający się na nagromadzeniu trudnych terminów, co ma zapewne świadczyć o oczytaniu i elokwencji, ale w gruncie rzeczy brzmi do bólu pretensjonalnie. „Poczułem się, jakby ktoś wbił rękę w zegar mojego DNA i zawirował sekundnikiem, zezwalając na repetę sprzężeń tych samych asumptów, w tym samym punkcie odniesienia i koincydencji” (s. 30) – pisze na przykład autor. W innym miejscu wspomina o pukaniu do drzwi „wyrwanym z otaczającego oniryzmu” (s. 24), o „turbinach nakręconych na perfekcyjne wykorzystanie archetypu duszy” (s. 103) i o tym, że „zaczęły kiełkować w nas jajeczka, które nakazywały nam zedrzeć z siebie skorupy istnienia i kopulować się [sic!] z esencją metafizycznej istotności” (s. 108).

Widać i czuć wyraźną inspirację twórczością takich pisarzy jak Bruno Schulz (w jednym miejscu pojawiają się nawet jego „telluryczne ingrediencje”), ale, cóż, Tomasz Kowalczyk drugim Schulzem nie jest. Oczywiście, nie brakuje w literackim panteonie gigantów, przez których teksty brnie się z trudem, ale przecież nie o sam trud chodzi. Tymczasem u polskiego autora mamy do czynienia ze zwykłym efekciarstwem („Mnie się nie chce myśleć o złudzie pieniężnej. Zatapiam się ostatnio w Mannie i Fraengerze” – odpowiada bohater na pytanie znajomego, co słychać), za którym kryje się tylko mocno banalne przesłanie – świat jest zły i niczego nie rozumie.

Wyjątkowo karykaturalnie ten sposób opisu rzeczywistości prezentuje się w połączeniu z całą masą błędów językowych, składniowych, stylistycznych (Bogu dzięki przynajmniej ortograficznych brak). Jak twierdzi stopka redakcyjna, nad publikacją czuwała korektorka, ale naprawdę trudno mi w to uwierzyć. Jak mogła bowiem nie zauważyć, że autor nie ma pojęcia, jak się używa imiesłowów („idąc, na horyzoncie rozpościerały się bloki mieszkalne”, „żując go, rozprzestrzenił się po mojej jamie ustnej słodki brokat”, „opuszczając różne wehikuły, zmienia nam się pogląd”), notorycznie używa słowa „prominentny” w niewłaściwym znaczeniu („i tylko zapach prania krzeszący swoje spoiwo z zakamarków zaświatów wydawał się prominentny”) oraz słowa „wyzierać” w niepoprawny sposób („białe otoczenie wyziera we mnie zapach”, „ceglasta gęba kominka wyzierała skonsumowane polana”). Takie błędy drażnią, ale prawdziwą furię wywołał u mnie widok „dlatego, bo”. Jak można było przepuścić coś takiego w wydanej drukiem książce?

W całej powieści roi się od nieporadnych językowo, pokracznych, udziwnionych sformułowań. Naprawdę trudno dociec, co autor miał na myśli, pisząc o tasiemkach żywicznych soków, które „próbowały, rozciągnąwszy swoje włókienka, dosięgnąć błyszczących genitaliów chmur” (s. 9), o „negroidalnym płomieniu świecy” (s. 22), „enigmatycznie odzianym ciele” (s. 29) czy „persyflażu ptomain świata” (s. 95). Zaskakują „skwierczące oczy” ukochanej (mimo szczerych chęci trudno mi się pozbyć skojarzeń z cebulą na patelni), „jędrna i wypełniona gazem” pupa czy „sklepienie czaszki przypominające trzon filozofii”. W osłupienie wprawiły mnie również zdania typu: „Wydostałem się z tej krótkiej rozmowy jak delfin wyskakujący ku niebu, aby zaczerpnąć haustu powietrza, w połączeniu z samochodem wyjeżdżającym ze zmurszałego garażu” (s. 13), „Powszechnością jest wymiana członków i macic na kształt kruszących się żarówek” (s. 140) czy też „Ekspedientką, kurczowo trzymającą się reguł syderycznej sprzedaży, była hybryda składająca się z połowy wszystkich znienawidzonych przeze mnie ludzi, a w połowie z papieża i wszystkich matek kościelnych, tak jakby doszło do lepkiej kopulacji między nimi wszystkimi” (s. 103).

Już na podstawie powyższych cytatów można też zauważyć, że autor nie tylko lubuje się w trudnych słowach, ale i wykazuje niepokojącą skłonność do obrzydliwych obrazów. Cielesność może być oczywiście wdzięcznym tematem dla literatury, ale „zabrudzone odbyty szukające oazy w jedwabnym dotyku papieru”, „zużyte kobiety przez niezaspokojone członki” czy też spostrzeżenie, że „każdy dzień to czopek mizantropii zaszczepiany doodbytniczo podczas porannej defekacji” [jak?!] przekraczają zdecydowanie granice dobrego smaku (szokując do tego kulejącą logiką i składnią). W dodatku odmalowane w książce fantazje nabierają momentami wręcz chorobliwego zabarwienia. „Miała uśmiech ckliwy i naiwno-dziecięcy, jakby ją tłuste putta z renesansowych fresków smyrały swoimi peniskami po rozognionych sutkach” (s. 99) – pisze autor, a prócz tego funduje nam dziwną scenkę z dziewczynką masturbującą się przy muzyce fortepianowej.

Kiedy indziej jego bohater fantazjuje o tym, że nożem do mięsa zabija swoją matkę. Proza Kowalczyka wręcz kipi gniewem i nienawiścią – i to jeszcze jedna rzecz, która tak bardzo w niej odrzuca. Czasami jego bohater nie przebiera w słowach – w momentach furii mówi o „gorących, napalonych sukach”, których „cipy pragną dogłębnego przeczyszczenia wibrującym bolcem” (s. 89). Szczególnie dziwacznie wyglądają te fragmenty w zestawieniu z przesłodzonym gruchaniem zakochanych gołąbków, gdy na scenę wkracza Tosia. „To jest mój mały kwiatuszek i muszę o niego dbać” (s. 74) – rozmyśla facet, który jeszcze niedawno mordował w myślach swoją matkę ze słowami „To, kurwa, wszystko twoja wina, suko!”.

Tosia jest w ogóle postacią problematyczną. Z jednej strony – kreowana na istotę niewinną i uroczą, trochę dziecinną w tym, co mówi i jak mówi (po dziecinnemu sepleni). Kiedy więc z jej ust padają słowa takie jak „Kochanie, nie denerwuj się. Tych idiotów nie zmienisz. To są zwykłe rekwizyty”, „Ja tak bardzo nienawidzę ludzi” czy „Dzisiaj wyjątkowo nie chciało mi się rzygać”, pojawia się jeden wielki zgrzyt. Płomienna nienawiść, jaką obydwoje darzą ludzkość, dziwi, biorąc pod uwagę stwierdzenia narratora, że „trzeba kochać i być dobrym dla innych”. Mówi, że na świecie byłoby lepiej, gdyby tylko ludzie podchodzili do siebie z miłością i dobrocią – może więc zmienianie świata warto zacząć od siebie?

Żal, że w ogólnym rozrachunku to tak słaba książka – bo trafiło się również w Maszynopisie z Kawonu kilka fragmentów, obrazów, które uważam za naprawdę dobre. Kilka prostych, ale zaskakująco obrazowych metafor i jeden ujmujący moment smutnej szczerości, bez epatowania wyższością – jak kwiatek na wysypisku. Niestety toną one w cuchnącej pianie efekciarskiego stylu i pseudointelektualnych wynurzeń, do których prędzej czy później autor z lubością powraca.

Myślę, że taki a nie inny sposób pisania to trochę zgubny efekt zapatrzenia w ulubionych twórców, wśród których Tomasz Kowalczyk wymienia m.in. Prousta, Joyce’a i Leśmiana. I choć jego Maszynopis z Kawonu byłby doskonałym polem do ironicznych popisów krytycznoliterackich (już wyobrażam sobie tekst na jego temat w „Koktajlu z maku” Marty Syrwid), postanowiłam skupić się na rzeczowym wypunktowaniu elementów, które sprawiają, że ta książka jest po prostu zła.

Gdybym miała autorowi coś doradzić, byłoby to: więcej pokory, więcej prostoty oraz zaprzyjaźnienia się nie tylko ze słownikiem wyrazów obcych, ale i poprawnej polszczyzny. I więcej delikatności, o której przecież autor w wypowiedziach na temat tej książki tak często wspomina. Niestety, ja tutaj delikatności nie widzę.

***
T. Kowalczyk, Maszynopis z Kawonu, wyd. Poligraf, Brzezia Łąka 2015.

Ilustracje:
[1] ulleo / pixabay.com
[2] wydawnictwo Poligraf / wydawnictwopoligraf.pl

sobota, 24 lutego 2018

Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem (2): Polsko-Czeska Wiosna Literatury w Warszawie – wydarzenie


W ramach swojego czeskiego cyklu (pierwszy odcinek tutaj) zapowiedziałam, że publikować będę przede wszystkim informacje o premierach książek, ale również o ciekawych wydarzeniach związanych z czeską kulturą. Ponieważ początek roku nie obfituje u nas w czeskie książkowe premiery, ale za to na horyzoncie bardzo interesujące czeskie wydarzenie, dziś kilka słów tylko o nim.

To nawet nie wydarzenie, a cały cykl. Mowa o Polsko-Czeskiej Wiośnie Literatury, organizowanej w Warszawie przez Mazowiecki Instytut Kultury we współpracy z Czeskim Centrum, Instytutem Polskim w Pradze, Biblioteką Václava Havla oraz Domem Spotkań z Historią. Jak piszą organizatorzy, okazją do tej serii spotkań jest 100-lecie niepodległości Polski i Czech.

Wydarzenia w ramach Polsko-Czeskiej Wiosny odbędą się w trzy marcowe weekendy. Będą to spotkania z polskimi i czeskimi autorami, w czasie których fragmenty ich książek czytać będą znani polscy aktorzy, a także wystawy, pokazy filmowe, spektakl teatralny oraz niedzielne warsztaty i spotkania skierowane do dzieci. Poniżej – w kilku słowach o tych punktach programu, które wydają mi się szczególnie interesujące.

Cykl zostanie zainaugurowany już w najbliższy czwartek 1.03 pokazem filmu Olga (reż. Miroslav Janek, 2014) – dokumentu poświęconego Oldze Havlovej, a także spotkaniem z Anną Freimanovą z Biblioteki Václava Havla (prowadzi Andrzej Jagodziński). W piątek 2.03 z czytelnikami spotkają się Radka Denemarková i jej tłumaczka Olga Czernikow, w sobotę 3.03 – Olga Tokarczuk, a następnie Dorota Masłowska wraz ze swoją czeską tłumaczką Barbarą Gregorovą.

Dwa tygodnie później, w sobotę 17.03, odbędzie się poświęcone Josefowi Škvoreckiemu spotkanie z tłumaczem Andrzejem Jagodzińskim, a także rozmowa z Mariuszem Suroszem, autorem książek Pepiki i Ach, te Czeszki. Wieczór zakończy projekcja polsko-czeskiego filmu Braciszek Karel (reż. Krystyna Krauze, 2016). W niedzielę 18.03 swoją działalność zaprezentują czeskie wydawnictwo Baobab i polskie Dwie Siostry. Gościem specjalnym będzie Olga Černá, autorka książek dla dzieci.

W sobotę 24.03 akcja przeniesie się natomiast do Teatru Dramatycznego, Scena na Woli, gdzie w ramach świętowania 50. rocznicy jedynego spotkania autorskiego Bohumila Hrabala w Polsce zostanie wystawiony spektakl Pociągi pod specjalnym nadzorem. Po nim odbędzie się spotkanie z twórcami – reżyserem Jakubem Kroftą oraz autorem adaptacji tekstowej Januszem Andermanem. O tym, jak w zeszłym roku Mazowiecki Instytut Kultury świętował rocznicę jedynego polskiego spotkania autorskiego Hrabala, poczytać możecie tutaj.

Wstęp na wydarzenia jest wolny, z wyjątkiem spektaklu i spotkania 24 marca, na które obowiązują zaproszenia. Pełny program i szczegółowe informacje znaleźć można na stronie MIK. Zapowiada się ciekawie, prawda? Do zobaczenia w Warszawie! :)

poniedziałek, 12 lutego 2018

Nędznicy po ukraińsku, czyli opowiadania Iwana Franki

Ten tekst powstał trochę z przekory. Bo choć opowiadania Iwana Franki, przeczytane w ramach przedmiotu obowiązkowego na studiach, autentycznie mnie zachwyciły, bardzo możliwe, że nie poświęciłabym im osobnego tekstu. Gdyby nie to, co przytrafiło mi się później na egzaminie.

„Nawet Frankę pani przeczytała?”, powiedziała tylko pani profesor z nutką lekceważenia w głosie, po czym przystąpiła do biadolenia, jak mogłam nie sięgnąć po żaden ze staroruskich i staroserbskich eposów. Skutek tego szkolnego podejścia? O słowiańskich eposach nigdy u mnie nie przeczytacie, za to z wielką przyjemnością opowiem Wam o tym, dlaczego opowiadania Franki to moim zdaniem wielka literatura – i dlaczego bardzo chciałabym, żebyście i Wy je poznali.

Człowiek znaczy mniej niż świnia

Przede wszystkim – historie, które chyba wzruszyłyby nawet kamień. Opowieści o ludziach i biednych i pogardzanych, jak dziadek Onufry (opowiadanie Pańszczyźniany chleb), zawsze głodny, noszący w kieszeni twardy, czarny, stary chleb, na widok którego zapłakał nawet ekonom, bezlitośnie batożący pracujących na roli wieśniaków. Bohaterowie Franki to jednostki liczące się dla urzędników mniej niż skrępowana powrozami świnia (Świńska konstytucja), zmuszane przez los do ciężkiej i niebezpiecznej pracy w kopalniach, gnębione przez możnych panów lub przez bezlitosny system.
„Do tej chwili nic nie rozumiałem i nie zastanawiałem się nad tym: kazali pracować – pracowałem, bili – cierpiałem, bo widziałem, że i inni to znoszą (…). Ale te łzy ekonoma od razu mi wszystko w duszy do góry nogami przewróciły. Zrozumiałem, że musi być straszne zło, straszna niesprawiedliwość na świecie, kiedy nawet taki zwierz nad nią zapłakał” (s. 91).
Franko pokazuje, że mimo zmian, które nastąpiły pod koniec XIX wieku, mimo zapisów konstytucyjnych i mimo zniesienia pańszczyzny, prości ludzie, chłopi i robotnicy nadal nie znaczą nic. Czasy, o których pisze, to doba „nowomodnych kijów”, które, w przeciwieństwie do tych tradycyjnych, odczuwa nie tylko sam chłop, ale i jego najbliżsi – kar pieniężnych. W zainspirowanym prawdopodobnie Płaszczem Gogola opowiadaniu Historia kożucha biedna rodzina z powodu kary za nieobecność w szkole chorego dziecka traci to, co dla nich zimą najcenniejsze – jedyny w domu ciepły kożuch. Po tygodniu udaje im się go odzyskać, ale przechowywany przez ten czas w wilgotnej komorze, okazuje się zgniły i niezdatny już do użytku, co w praktyce skazuje rodzinę na głodową śmierć.

Koniec ery łyżkarzy

Status społeczny prostego człowieka nie zmienia się więc, zmieniają się za to, i to w sposób odczuwalny i dotkliwy, inne rzeczy. W życie ludzi wkracza biurokracja – jak i w przypadku łyżkarza z opowiadania Przemysł domowy. Człowiek, który od lat wyrabiał w domowym warsztacie łyżki, słynąc w okolicy ze swojego kunsztu, zostaje zmuszony do zaprzestania działalności, ponieważ za jej rejestrację zgodnie z przepisami musiałby zapłacić więcej, niż zarobiłby przez kilka lat.

Iwan Franko w roku 1898.
Przemiany te oznaczają jednak nie tylko utratę środków utrzymania dla wielu ludzi. Nowe przepisy i postępująca biurokratyzacja skazują także na bezpowrotne odejście pewną kulturę i sposób życia. Franko z sentymentem i czułością wręcz opisuje dawne profesje oraz oddających się im z zapałem ludzi, a w zamykającym zbiór osobistym opowiadaniu W kuźni wspomina chwile, gdy jako mały chłopiec towarzyszył przy pracy swojemu ojcu-kowalowi. W jego kuźni zawsze panował radosny gwar, sąsiedzi wpadali na kieliszek wódki i pogawędki, miejscowi gawędziarze dzielili się swoimi historiami, a klienci, za zachętą ojca, sami pomagali w pracach kowalskich. I choć ta epoka domowych warsztatów, spotkań i anegdot już dawno minęła, autor wraca do nich z nostalgią i wyznaje, że ogień z kuźni jego ojca wciąż tli się w jego sercu.

Niskie wiejskie strzechy

Obraz wiejskiej społeczności odmalowany przez Frankę nie jest jednak czarno-biały, autor nie dzieli świata na „dobrych chłopów” oraz „złych panów”. Także ludzie prości z tych opowiadań bywają zawistni, nietolerancyjni, szyderczy. Nie bez powodu w zbiorze znalazł się chwytający za serce utwór Mały Miron – historia chłopca, który widzi świat inaczej niż inni, za co jest bezustannie karcony przez rodziców i piętnowany przez otoczenie. Franko zwraca uwagę na dramat ludzi, których nieprzeciętna wrażliwość i indywidualność zostają zdławione w ciasnych wiejskich chatach.
„Zdarzają się po naszych wsiach dość często takie dziwne istoty. Od małego wszystko w nich nie takie jak u ludzi: i chód, i twarz, i włosy, i uczynki, i słowa. A kiedy dziecko takie będzie zmuszone całe życie spędzać pod ciasną wiejską strzechą, bez możliwości rozszerzenia kręgu doświadczeń, bez głębszej wiedzy, kiedy ciemni rodzice zaczną wbijać mu w głowę, by wszystko robiło «tak jak ludzie», to uda im się w końcu zdławić jego indywidualność” (s. 157).
Czy to nie jest uniwersalna opowieść? Czy nie jest tak, że wciąż jednostki wrażliwe i myślące, ale przez to „inne”, są usilnie wtłaczane w przyjęte formy? A przeciętni rodzice zamiast małego oryginała wolą skrojoną na miarę blondyneczkę z samymi piątkami w dzienniczku? Pisałam przecież o tym wcale nie tak dawno, bo omawiając Onego Zośki Papużanki.

Zawsze wie lepiej

Inny utwór, który uderza wręcz uniwersalnością i ponadczasowością – Doktor Besserwisser – jest również dowodem na to, że Franko potrafi nie tylko wzruszać, ale i bawić. Opowiadanie to, jak już sam tytuł sugeruje, jest przepyszną satyrą na ludzi, co „zawsze wiedzą lepiej”. Tytułowy doktor Besserwisser zostaje porównany do ezopowskiego mysikrólika, który schował się wśród piór orła i lecąc na jego grzbiecie chwalił się, że potrafi się wznieść wyżej.

„Dziś może kogoś serdecznie ściskać, a jutro plunie mu w twarz; w tego, komu dziś zwierzał się z najtajniejszych pragnień swojej duszy, jutro ciśnie kamieniem. To jest właśnie oznaka prawdziwej niezależności jego charakteru” (s. 147) – pisze o tym wszędobylskim typie Iwan Franko. I dodaje:
„Przyjemnie jest mieć świadomość, że gdy człowiek zrobi czy napisze jakieś głupstwo, tuż obok znajdzie się szczery przyjaciel, który zaraz, w imię dobra publicznego, udowodni ci, że jesteś idiotą i że on sam zrobiłby to znacznie lepiej. W sercu budzi się radosne uczucie: no, jeszcze nie zginęła Ukraina, póki ma takich synów” (s. 148)
Dźwięki i zapachy ukraińskiej wsi

W opowiadaniach Iwana Franki pobrzmiewają jeszcze echa czasów, kiedy sztuki opowieści można się było uczyć od wiejskich gawędziarzy. Ukraiński pisarz opowiada wprost przepięknie – prosto i bezpośrednio, a zarazem chwytając za serce, do głębi wzruszając czytelnika losem swoich bohaterów. Jego proza jest przy tym niezwykle malownicza. Wręcz czuć w niej poranny powiew wiatru i wilgotny zapach szuwarów u schyłku dnia, słychać rozćwierkane koniki polne i brzęczenie much, jak żywa staje nam przed oczami wieczorna mgła na polach, spod której, „niczym dziecko spod ciepłej pierzyny”, odzywają się derkacze.

Cudowna literacka podróż, której nie spodziewałam się w uczelnianych murach. I tylko szkoda, że tak nie potrafią jej tam docenić.

***
I. Franko, Opowiadania, przeł. Zofia i Stanisław Głowiakowie, wyd. Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1978.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wikimedia Commons,
[3] Sergei Prokudin-Gorskii, Library of Congress / Wikimedia Commons.

piątek, 2 lutego 2018

Rodzina jak przypalony gar – „Macocha”, Petra Hůlová [patronat]

Dziwnie się czuję, przystępując do recenzji Macochy – bo narratorka aż się prosi, by jej zacząć grzebać w bebechach. Ale czy powinnam mieć skrupuły, skoro i ona, bez najmniejszej litości dla czytelnika, funduje mu jeden bolesny cios za drugim? Zacznijmy więc tę wiwisekcję!

Miłościwie jednak nie zacznę od tego, co najbardziej osobiste, intymne, od tych najmroczniejszych zakamarków duszy naszej bohaterki. Zacznę od tego, co łączy Julie z bezimienną bohaterką Plastikowego M3. Tu mamy przygniecioną nieudanym życiem rodzinnym autorkę wielkonakładowych romansów, tam – luksusową prostytutkę. Obydwie mieszkają w Pradze, snują podobną narrację („pędzą na własnej głowie niczym na saniach po śniegu zdarzeń”) i bardzo podobnie patrzą na świat. Widzą zanik relacji międzyludzkich, widzą mordercze tempo życia i mówią głośno, że to wszystko jest nie tak.
„Rytm auto-biuro-auto-dom, od czasu do czasu urozmaicany innym: auto-biuro-auto-modny bar-taksi-dom czy też auto-biuro-auto-siłownia-modny bar-taksi-lulu, wyznacza krok szczurom, których pełne są kanały tego miasta, co z tego, że to elegancko urządzone kanały wysokiej klasy” (s. 44).
Za to, że mówią głośno, dostaje im się po głowie. Czasem. A czasem po prostu nikt nie słucha. Julie całymi dniami wygłasza z balkonu swoje płomienne mowy, ale tylko bezdomni i ćpuni od czasu do czasu zerkną, bo tylko im się nigdzie nie śpieszy. Dramatyczny jest ten obraz: bezradna figurka ponad rwącą rzeką nowoczesnego życia, ponad kanałami pełnymi szczurów, bezradna, ale mimo to krzycząca ile w piersiach tchu… Bo „nie, moi drodzy, rycerze z góry Blaník nie nadejdą, by pomóc narodowi w trudnej chwili. Nie. Wszystko jest wyłącznie w naszych rękach” (s. 21).

Gnioty pisane z wyczuciem

Julie jednak nie tylko krzyczy pijana z balkonu. Poza tym też pisze. Ale, żeby było zabawniej, Hůlová uczyniła bohaterką swojej powieści autorkę literatury niskich lotów, a więc zupełnie innej niż ta, którą pisze ona sama. „Zostawiwszy piedestał tak zwanym poważnym autorom, zgarniam szmal do kabzy” (s. 34) – brzmi ostentacyjna deklaracja Julie, trochę w stylu „Wy macie swoje nagrody, ja mam swoje volvo” Viewegha. Co ciekawe, zyskując w ten sposób dystans, ustami swojej bohaterki autorka zdaje się czasem ironizować na swój własny temat:
„Bo ile osób w trudnej sytuacji życiowej, jak pobyt w szpitalu przed operacją czy urlop z rodziną, zabiera ze sobą współczesną literaturę czeską, a ile romansidła? To pytanie retoryczne, rzecz jasna, bo karty dawno rozdane, zostawmy więc zimne piedestały gigantom z ambicjami i nie trapmy ich smutnymi statystykami sprzedaży” (s. 74).
O swoich książkach Julie mówi brutalnie „gnioty”. „Dla nich gniot to zło, gniot to literacki kmiot, a myślą tak nawet ludzie, którzy sami je czytają, wiecie, jak ich rozpoznaję? Tacy mówią na gnioty literatura lekka” (s. 95). Jej pisanie nie ma jednak w sobie nic z masowej produkcji, jest bardzo zaangażowana w pracę twórczą: „Mam w sobie (…) całą masę czułości i wyczucia, dlatego wiem, że długotrwałe, pełne czułości działanie miewa lepszy efekt niż gwałtowne i brutalne, nic na siłę, bo tworzenie na siłę kończy się wielkim bum!” (s. 123). I prawdopodobnie jest tak również dlatego, że jej książki, tworzone przez nią postaci i ich życia są dla niej ucieczką od świata – stąd jej zamiłowanie do szczęśliwych zakończeń. Ale o tym więcej za chwilę.

Literackie przytyki

Pozostając w tematyce pisania oraz tworzonej dziś literatury – mam wrażenie, że Hůlová subtelnie wbija szpileczki swoim konkretnym kolegom i koleżankom po fachu. Na przykład wzmianka na temat ludzi piszących o marszach śmierci, wypełniając narrację tanim wypełniaczem, „jak ramiona garsonki w latach osiemdziesiątych”, to najwyraźniej przytyk do Kateřiny Tučkovej (która zasłynęła w końcu powieścią o brnieńskim marszu śmierci). Z kolei fragment o sprzedawaniu w książkach własnego życia pachnie mi aluzją do Boučkovej.

Narratorka(/autorka?) śmiało też ironizuje na temat tzw. ambitnej literatury i tego, co dziś pod tym pojęciem rozumieją krytycy: „Miała za cel dręczyć i przygnębiać, a to się nazywa wartościowa proza. Autor dręczy siebie i czytelnika, autora z kolei zadręcza udręczony krytyk, który ma już dość całej tej udręki, a to się z kolei nazywa czekanie na wielką czeską powieść” (s. 69). Dodaje: „Tak zwana literatura bowiem (ta, która gardzi moją) obfituje zwykle w całą gamę sposobów na spieprzenie sobie życia” (s. 125). Czy to nie świetna charakterystyka samej Macochy? (Uch, co za zapętlenie!).

Oprócz samej literatury narratorka opowiada też o czeskim środowisku literackim – tym z lat 90., gdy jeszcze była na początku swojej pisarskiej drogi. To światek mały, przesiąknięty zawiścią, w którym karierę najłatwiej jest zrobić przez łóżko. Centralnym jego punktem jest tajemniczy T.K., „odkrywca młodych talentów i młodych cipek”. Oczywiście ile w tych historiach faktów, jej własnych wspomnień, a ile zmyśleń, wie tylko Hůlová – ale doskonale zdaje sobie sprawę, że będzie to nurtować czytelnika.

Czerwone jak krocza małych dziewczynek

Poznając te wspominki z literackiej młodości, powoli wchodzimy coraz bardziej w życie osobiste naszej barwnej bohaterki. „Zawsze zapędzam się tak daleko w technologię i konstrukcję świata, kiedy nie chcę mówić o mojej własnej” (s. 16) – twierdzi narratorka, i wygląda na to, że z czasem coraz bardziej ma jednak potrzebę mówienia o konstrukcji własnej. Coraz mniej w niej roztrajkotanej bohaterki Plastikowego M3, zyskuje za to własną, wymizerowaną, wykrzywioną bólem twarz.

Choć korzenie obydwie zdają się mieć wspólne. Ze swojego dzieciństwa Julie wspomina właściwie tylko dwa wydarzenia – moment, gdy znalazła swego dziadka („żydokomunistyczną świnię”, której geny „śmierdzą w niej jak zgniły rybi łeb”) martwego w łazience oraz chwile, kiedy była molestowana seksualnie. I przypominam sobie misję narratorki M3, jej bohaterską walkę ze stryjkotatulami, oraz jej zapewnienia, że sama miała szczęśliwe dzieciństwo, żadnych traum, zapewnienia gorliwe, tak gorliwe, że aż budzące podejrzenia… Te fragmenty dotyczące molestowania dzieci są oczywiście, tak w Plastikowym, jak i tutaj, głęboko wstrząsające (i przywodzą mi na myśl również inną bardzo bolesną lekturę w temacie, Przyczynek do historii radości Radki Denemarkovej).
„Dziecko stojące sztywno jak kukła, które wszystko znosi, bo wie, od zawsze wie, że dorośli są dziwni. Niby dlaczego ręka obcego mężczyzny w miejscu, gdzie jej być nie powinno, miałaby się wydać dziecku dziwniejsza od niezrozumiałych, prowadzonych podniesionym głosem rozmów dorosłych? Krzyczę ze swojego balkonu, że te biedne małe dziewczynki o niczym nie mają pojęcia (…). Znów wrze we mnie lawa, gotowana w zbyt małym rondlu konfitura z malin, czerwonych jak krocza małych dziewczynek” (s. 29).
To żarłoczne macierzyństwo

Z czasem przechodzimy wreszcie do tego, co wydaje mi się najważniejszym tematem Macochy – do rodziny. Po szalonej literackiej młodości, po okresie burzliwych związków miłosnych oraz ustawicznego poczucia winy, z sercem twardym i pokrytym bliznami, bohaterka wychodzi za mąż i rodzi „dwa słodkie gołąbeczki”.

Wsłuchując się w jej opowieść, dochodzimy jednak do wniosku, że zdecydowała się na ten krok z powodów raczej smutnych. Bo chciała mieć w kimś oparcie na starość, bo chciała z tym zdążyć, póki był jeszcze czas, bo zegar biologiczny bezlitośnie tykał.
„Żal nad prewencją żalu, czyli decyzją o posiadaniu potomstwa, chociaż nie ma się na nie specjalnej ochoty, wymuszoną strachem, że ta ochota mogłaby nadejść w przyszłości, kiedy jajniki wypadną z gry i przyjdzie nam się uciekać do poniżających metod laboratoryjnych, a potem, po przekroczeniu lat czterdziestu pięciu, nie pozostanie nam już nic prócz wycia, alkoholu i goryczy” (s. 101).
W desperacji więc zdecydowała się na macierzyństwo, ale, jak sama mówi, był to dla niej wybór Zofii – bo najbardziej na świecie chciała pisać. Naiwnie liczyła, że jeśli „odhaczy” dzieci, do końca życia będzie mogła skupić się na swojej pracy. Nie stało się tak jednak, bo jej spragnione kontaktu pociechy wiecznie stały „z nosami przyklejonymi do matowej szyby w drzwiach mojego gabinetu, wystukując na niej paluszkami długie sonaty”. W jej relacjach macierzyństwo to żarłoczna bestia, która żywi się osobistym zaangażowaniem, życiową pasją. Nie może zrozumieć, że jej dzieci oczekują od niej wejścia w tradycyjną formę matki – i nie może się z tym pogodzić.


Oczekiwanego zrozumienia nie otrzymuje również od męża. Wyrzuca mu, że nie szanował jej pracy, że uważał jej książki za absurd i stratę czasu, że jej potrzebę bycia samą, poświęcenia się pisaniu, traktował jako widzimisię. Nie doceniał jej. Dlatego mówi gorzko: „Naprawdę rzygać mi się chce, że muszę teraz uderzyć w te stare spróchniałe struny, ale dlaczego to zupełnie oczywiste, że kiedy pracuje mężczyzna, wszyscy szanują jego prawo do świętego spokoju?” (s. 92).

Pozbawiona tego metaforycznego „własnego pokoju” Virginii Woolf (o samej Virginii Hůlová opowiada trochę w tym wywiadzie – po angielsku!), bohaterka odreagowuje frustrację na dzieciach. Słodkie gołąbeczki z czasem przyzwyczajają się do podawania rodzicom w trakcie awantur plastikowych talerzy, uczą się również zmywać z chodnika zupę, wylaną przez okno w matczynym przypływie szału. Dzielnie szorują gar po rodzinnej zupie, przypalony, gdy już wyparował z niego wzajemny szacunek rodziców. Ale czy to można nazwać szczęściem rodzinnym? Nie dziwi więc aż tak bardzo, że córeczka, z początku obdarzając ją inwektywami w stylu „ty zupo kalafiorowa”, z czasem zamienia je na „ty załgana pizdo”. Projekt rodzina definitywnie upada. A w ślad za tym upadkiem przychodzą gorzkie refleksje:
„Trwamy, chociaż nie myślimy. A może właśnie dlatego? Najlepiej trzymają się rodziny, w których muły wciąż i wciąż bez gadania obracają korbę mechanizmu dźwigowego, ktoś, z jakiegoś bliżej nieokreślonego dołu, podaje im wiadra materiałów budowlanych i budynek-rodzina rośnie aż miło, a jego okna zawsze zwracają się w stronę słońca” (s. 156).
W przepaść

Na tym etapie czytelnik, choć żałuje oczywiście zaniedbanych dziatek, bez większego trudu jest również w stanie wczuć się w narrację matki i współczuć także jej. Ale wkrótce obraz rodziny staje się coraz bardziej niejednoznaczny, a gdzieś na marginesie pojawiają się niepokojące elementy. Jest scenka ukrywania się z córką w szafie, ponieważ „mąż był brutalny” i jest kontrowersyjne „mizianie” mamy z dziećmi, po którym pewnego razu zostaje wywleczona za włosy z łóżka.

Tych niepokojących wzmianek jest tym więcej, im dalej. Narracja również się zmienia, z mglistej i podającej rodzinny dramat w sposób zawoalowany staje się jasna i ostra jak brzytwa, szczera, osobista, jakby dopiero w trakcie pisania autorka nabrała odwagi do powiedzenia tego, co powiedzieć w swojej książce chciała. I to jest ten moment, w którym narratorka staje jakby na skraju przepaści, przepaści Macochy, ciemnej otchłani swojej bezradności, alkoholowych wizji, pracoholizmu. Po czym rzuca się w tę przepaść. Granica między rzeczywistością a fantazją zaciera się, powracają te najgorsze wspomnienia, dokonane aborcje, patologiczne skłonności („oddałabym wszystko w świecie, by móc całować się z własnym synem”). 

I nie pomaga tu nawet Jarda, poczciwy Jarda zalatujący potem ciężkiej pracy, Jarda, który po rozwodzie pomógł jej uwierzyć, że jednak możliwy jest związek, którego podstawą jest wolność, i w którego ramiona wpada zaraz wyjściu z gabinetu, „a to się nazywa miłość”. Już za późno – zbyt ciężki jest ten emocjonalny bagaż, by nawet Jarda mógł ją uratować.

Dopiero wtedy poznajemy ją naprawdę. Zaczynamy rozumieć, że przez całe życie toczy walkę ze samą sobą, czuje się podła, bezużyteczna, wciąż zawodzi samą siebie. I że pisanie, którego trzyma się tak kurczowo, znaczy dla niej tak wiele, bo jest po prostu ucieczką od rzeczywistości – dzięki swoim historiom i bohaterom oraz dzięki reakcjom czytelniczek zapomina o tym, co tu i teraz. O ogromie jej bezradności świadczy fakt, że w pewnych momentach zaczyna się modlić. Komu innemu, jak nie Bogu miałaby dziękować, że nie musiała się uciekać do metody in vitro, i do kogo innego miałaby się zwracać: „Wysoko do Ciebie, do Ciebie teraz mówię, i do tej małej śpiącej głowy, którą masz w swojej opiece” (s. 97)?

Życie w ciemnościach

Wspomniałam, że w pewnym momencie narratorka rzuca się w ciemną otchłań, że pochłania ją mrok. Również fizyczna ciemność panuje w mieszkaniu bohaterki – choć ma w nim siedem okien, nawet w ciągu dnia nie pozwala odsłaniać gęstych zasłon. To również sposób, by odciąć się od świata zewnętrznego. Jedynym jej maleńkim oknem na świat pozostaje balkon, ten balkon, z którego wywrzaskuje swoje płomienne mowy, i który jest również symbolem wspomnień dawnego życia, wątłą nadzieją na stateczność przyszłego.
„Jeśli o mnie chodzi, staram się unikać świata, i gdy z mojej szafy na ubrania wylatuje mól, z miejsca potrafię wczuć się w jego skórę i wyobrazić sobie życie w ciemnościach wśród płaszczy” (s. 14).
Jakoś współgra mi to z metaforą szczęścia jako ćmy, która wcisnęła się do mieszkania przez niedomknięte okno, lgnąc do światła – bo wtedy jeszcze było światło. Uwięziona później w ciemnościach ćma zamienia się w ptaka, który nie może poderwać się do lotu, i w końcu usypia. Nie daje się już obudzić, a narratorka stwierdza, że „w naszym domu nigdy nie było miejsca na tego patrocha”. Bardzo smutna metafora.

Ten obraz pogrążania się w ciemnościach przypomina mi drogę, jaką przebywa bohaterka W ciemność Anny Bolavej. Z jakichś powodów jednak w tej historii odnajduję się bardziej, bardziej również współczuję bohaterce Hůlovej, choć sama autorka nazywa ją potworem, i rzeczywiście na pierwszy rzut oka kimś takim może się wydawać.

Emancypacja bez szans na happy end

Petra Hůlová
Wracam jeszcze na chwilę do tego kobiecego dylematu, do tego wyboru Zofii między dziećmi a pracą. Między dziećmi nie do końca chcianymi, ale mimo to powoływanymi na świat, „bo później będzie za późno”, a pracą – ale nie pracą, od której ucieka się z ulgą, ale pracą-pasją, tą, która stanowi treść życia. Czy w takiej bajce jest w ogóle możliwe szczęśliwe zakończenie?

Przypomniały mi się tu słowa Hrabala: „Gdybym miał dzieci, to jak mógłbym myśleć o pisaniu! Z pewnością troszczyłbym się o dzieci, o pisaniu nawet bym nie pomyślał, ponieważ dla mnie rodzina i dzieci znaczą więcej niż cokolwiek innego na świecie”*. Czyli – jeśli dzieci, to z pisaniem koniec. A to przecież jeszcze inna sytuacja, bo historia opisana w Macosze to historia kobiety. Od kobiety, jak zauważa Hůlová, w dużo większym stopniu oczekuje się wyrzeczeń. Czy jedyną drogą do rodzinnego szczęścia w przypadku kobiety jest zrezygnowanie z osobistych marzeń, położenie po sobie uszu i poświęcenie wszystkiego dzieciom? Ale czy można wtedy mówić o szczęściu? O spokoju, stabilizacji – być może. Ale co ze szczęściem?

Z Macochy wynika więc, że w tej sytuacji nie ma szans na happy end. Narratorka uważa, że wszelka kobieca emancypacja, dążenie do życia po swojemu „sprawia, że historia zmierza do nieszczęśliwego zakończenia”. Dlatego bohaterki jej powieści nigdy nie są wyemancypowane. Tam, gdzie pojawia się skłonność do refleksji, do rozmyślania i analizowania – szczęśliwe zakończenie i proste życie rodzinne zawsze będzie zagrożone.

Za twarzą potwora

Silne emocje przy lekturze, kilka długich tygodni zbierania myśli, trawienie tego, co przeczytałam – Macocha to z pewnością jedna z książek, których lekturę najmocniej przeżyłam. Dlaczego? Bo tak jak bohaterka Hůlovej jest wyczulona na obłudę „jak żeglarz na światło latarni morskiej”, tak ja jestem wyczulona na emocje, życiową bezradność i zagubienie, a wszystko to czuję i widzę za twarzą tego „potwora”. To obraz jest zupełnie inny niż ten, którego spodziewałam się po wypowiedziach Hůlovej w wywiadach. Tak, ta kobieta wyrządziła wiele zła, ale tylko dlatego, że nie potrafiła sprostać wszystkim oczekiwaniom. Łącznie z własnymi, bo „najdotkliwiej zawodzimy przecież samych siebie”.
„»Wszystko w porządku, mamusiu?«, nagle czuję, że chcę tak trwać, nigdy nie otworzę oczu, byleby tylko jeszcze raz powiedział tak czule mamusiu (…), bo przecież kiedyś byłam mamusią, mamunią, a moje robaczki przynosiły mi z podwórka bukieciki stokrotek i leżały na mej piersi okryte kołdrą długich włosów…” (s. 169).
P.S. Oczywiście wielkie gratulacje dla tłumaczki. Wydaje mi się, że to była dużo cięższa przeprawa, niż w przypadku Plastikowego M3. Będę chciała sięgnąć do źródła – i jeśli ruszy mój cykl z uwagami o przekładach, na pewno Macocha się w nim znajdzie!

***
P. Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

Na Literackich Skarbach Świata Całego również:
➤ Wstręt, odraza, prowokacja. Zapowiedź premiery Macochy
➤ Z kamerą wśród raszpli. Recenzja Plastikowego M3
➤ Mongolia cudownie odrażająca. Recenzja Czasu Czerwonych Gór – debiutu Petry Hůlovej
➤ Czeska literatura jest kobietą. Najważniejsze czeskie pisarki ostatnich lat

*Cytat Hrabala pochodzi z Dryblingu Hidegkutiego (przeł. Aleksander Kaczorowski, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011). Pozostałe cytaty, które znalazły się w tekście, pochodzą z Macochy.

A o Macosze przeczytać można już też m.in. na:
Czepiam się książek,
Księgarka na regale,
Czechożydek,
Cuddle up with a good book,
Melancholia codzienności,
e-Makulatura.