niedziela, 24 grudnia 2017

Čapek o tym, co w Świętach najważniejsze

„Dziwię ci się – krzyczała pani Dinah. – Gdyby to byli porządni ludzie, to poszliby do wójta, a nie tak po żebrach. Dlaczego ich sobie nie wzięli do domu na przykład Szymonowie? Dlaczego ich mamy przyjmować właśnie my? Cóż to, czyż jesteśmy czymś gorszym od Szymonów? Ja wiem, żona Szymona nie wpuściłaby takiej hołoty do domu! (…) Jak gdyby w całym Betlejem tylko u nas była stajenka! Dlaczego im Szymonowie nie dali ani ociupinki słomy?”.
Karel Čapek, Święta noc [w:] Księga apokryfów, wyd. vis-à-vis/Etiuda, Kraków 2009, s. 51.

Zeszłorocznym Świętom na Literackich Skarbach patronował, bardzo klasycznie, Dickens, tym dwa lata temu – Bukowski. W tym roku proponuję Wam Karla Čapka. Wróciłam niedawno do tego opowiadania, polecając Księgę apokryfów u Oli z Parapetu Literackiego jako idealny świąteczny prezent. I, nie po raz pierwszy przy lekturze Čapka, zatrwożyłam się, jak bardzo jest i dziś aktualne.

Życzę Wam więc z okazji Bożego Narodzenia, by to było święto miłości. Bo tym właśnie być powinno, i niech nam to nie zniknie pod warstwą pierniczków, świątecznych ozdób i prezentów, niech nie zginie gdzieś w świątecznym rozgardiaszu. By pusty talerz przy naszym stole nie był tylko tradycją, ale by był gotowy na przyjęcie zbłąkanego wędrowca. (I bardzo na miejscu jest pisać o tym na blogu o książkach – bo w końcu literatura jak nic innego uczy empatii).

W Świętej nocy Čapka miłość do ludzi jednak triumfuje. Jest silniejsza niż strach, niż nieufność, niż własna wygoda. Oby tak było zawsze, także w życiu. Pięknych Świąt!

piątek, 22 grudnia 2017

Winnetou skończył w fabryce – „Uczniowie Cobaina”, Miroslav Pech

Książka Miroslava Pecha zaskakuje. Bo za tym, co na pierwszym planie, za tą muzyczną, hałaśliwą, buntowniczą otoczką, za tymi pozornie błahymi imprezowymi i knajpianymi historyjkami, za hektolitrami taniego wina i setkami wypalonych skrętów kryje się jednak coś więcej. Coś mocno wzruszającego – dorastający chłopiec, który musi skonfrontować dziecięce fantazje z rzeczywistością. I nie do końca sobie z tym radzi.

Do Uczniów Cobaina podchodziłam bez wielkich oczekiwań. Nie spodziewałam się, że mnie ta książka specjalnie zaangażuje – za Cobainem nigdy nie szalałam, buntowniczej młodości nie przechodziłam, imprezowych historyjek już w życiu trochę słyszałam, a w zasadzie wszystkie są do siebie podobne. A mimo to zaangażowała. Jak? Już piszę!

Naleśnikowy superbohater

Choć w książce objętościowo zdecydowanie dominuje część Uczniowie Cobaina, w której autor opisuje nastoletnie alkoholowo-narkotykowo-muzyczne popisy bohatera, nie bez przyczyny powieść otwierają dwa krótsze rozdziały. W pierwszym z nich bohater ma 6 lat, w drugim jest uczniem podstawówki.

Już na wstępie poznajemy bohatera/narratora jako wrażliwego, inteligentnego i spostrzegawczego chłopca o bujnej (i może tylko trochę makabrycznej) wyobraźni. Czyta, ogląda kreskówki, wyobraża sobie, że po naleśnikach babci zyskuje nadludzką moc, udaje, że jest Brucem Lee, kopie wszystko, „przede wszystkim krzesło i brata”. Do tych dziecięcych fantazji, do tej wiary w to, że jadąc na rowerze zmienia się w Indianina pędzącego na koniu przez prerie, wraca później u progu dorosłości z dużą nostalgią.

W podstawówce przeżywa okres fascynacji Johnem Lennonem, ubiera się i zachowuje jak on, dzięki czemu zyskuje opinię oryginała i indywidualisty. Czujnie też obserwuje i komentuje to, co widzi na co dzień. W tych migawkach dostajemy pewne informacje na temat jego rodziny. Niby szczęśliwe, zgodne stadło, rodzice, siostra i brat, mama rzuciła pracę księgowej, by prowadzić sklep zoologiczny, i realizuje się w zawodzie, ale już tata robi w fabryce na trzy zmiany i „kiedy ma iść na nockę, trudno się z nim dogadać”. To wtedy chłopiec postanawia sobie, że zrobi wszystko, byle tylko gdy dorośnie nie tyrać w fabryce i nie stawać się nie do zniesienia dla innych. Do tego postanowienia nawiązuje w ostatniej części książki, Sepleniący chłopcy pracują w fabryce.

Podobne fragmenty robią wrażenie – przypomina mi się tu pewien odcinek Cudownych lat, oglądany całkiem niedawno, kiedy ojciec zabiera Kevina do biura i chłopiec uświadamia sobie, dlaczego tata codziennie wraca do domu tak zdenerwowany i dlaczego na wszystkich krzyczy. Gorzka lekcja dorosłości. Smutno zrobiło mi się po tym odcinku, i podobnie poczułam się po lekturze powieści Pecha.

Iggy Pop słucha się mamy

Zatrzymując się jeszcze przy stosunkach rodzinnych. W zasadzie w całej książce autor nie pisze o nich za wiele. Mama sprawia wrażenie bardzo liberalnej – gdy po nocnych szaleństwach u bohatera nocują trzej zjarani kumple, ona rano wchodzi do pokoju z papugą na ramieniu i proponuje kawę. Ojciec od czasu do czasu wkracza jako autorytet i głowa rodziny. I niby wszystko jest w porządku, ale pojawiają się pewne niepokojące obrazki – jak scenka z rodzicami stojącymi w środku nocy w ciemnej sypialni, daleko od siebie, i wyglądających przez okno, czy list z przesłaniem „Kochajcie się”, który zostawia im bohater, uciekając z domu.

Nie ma jednak wątpliwości, że więzi między członkami rodziny są silne. Narrator wspomina też o relacji z bratem i siostrą. Brat jest tym, który go ratuje – czy chodzi o wsparcie po zjedzeniu zbyt dużej ilości grzybków halucynogennych czy o wyciągnięcie z morza, kiedy grunt umyka spod stóp. Wszystkie te dobre wspomnienia wracają po tym jak bohater widzi swojego starszego brata jako szeregowca w wojsku i jest przerażony tym, że nie może go znaleźć w tłumie żołnierzy, nie potrafi odróżnić go od innych. W domu przegląda szuflady i znajduje stare zdjęcia, przypomina sobie wakacje i wyjazdy spędzone z rodzeństwem na beztroskiej zabawie – ostatecznie cały rozdział Szeregowiec, bardzo wzruszający, okazuje się jednym wielkim miłosnym wyznaniem.

Co jeszcze wzrusza w książce Pecha? Na przykład bolesna konfrontacja dziecięcych fantazji z rzeczywistością. I nie chodzi tylko o to, że trawa nie jest już taka zielona, a światło takie jasne, że rower nie jest mustangiem, czeskie łąki nie są prerią, a bohater nie jest ani Winnetou ani Clintem Eastwoodem w Za garść dolarów, podobnie jak nie jest gwiazdą rocka i nigdy nią nie będzie. Chodzi też o to, że ten dawny naleśnikowy bohater o nadludzkich mocach, dawny Bruce Lee i Jean-Claude Van Damme nie potrafi obronić kolegi, kiedy typ spod ciemnej gwiazdy spuszcza mu łomot. Mimo że to on, nasz narrator, sprowokował całe zajście, teraz leży z rowerem w krzakach i nie wstaje wcale nie dlatego, że się zaplątał – ale dlatego, że się boi. „Nie jestem żadnym bohaterem bez lęku i skazy”.

Autor na czytaniu autorskim
w kawiarni Litera Krumlov, 2016 r.
Te słabości, podobnie jak wiele innych rzeczy, sprawiają oczywiście, że czujemy do niego sympatię. W gruncie rzeczy mimo wszystkich jego wybryków to niesamowicie poczciwa postać. Nawet ten jego głośny bunt jest odrobinę rozczulający. Wygląda spektakularnie, momentami nawet przerażająco – ile z tych historii mogło się skończyć dużo gorzej, niż się skończyło! – ale w gruncie rzeczy jest jak w tej scenie, kiedy narrator pręży się przed lustrem, udając, że jest Iggym Popem, ale gdy mama woła go na obiad, potulnie wyłącza muzykę i schodzi. Albo jak w tej, gdy „ucieka z domu” – spędza kilka dni w domku na działce u kolegi, ale gdy robi mu się zbyt zimno i straszno, w milczeniu wraca do rodziców.

Bukowski spotyka Rudiša

To zagubienie bohatera widać też zresztą we fragmentach, kiedy widzimy go w otoczeniu szkolnym. W swojej stałej paczce, wśród osiedlowych kumpli, jest odważny i czuje się dobrze, ale już w szkole, zdominowanej przez agresywne przedstawicielki płci pięknej, zachowuje się bardziej jak zaszczute zwierzę. Chowa się za długą grzywką, przemyka pod ścianami – ale i to mu nie pomaga. Pewnego razu grupka chłopaków wpycha do damskiej toalety i przytrzymuje drzwi. I choć to zagrywka wręcz przedszkolna i tak naprawdę nic złego mu się nie stało, jako chłopak wrażliwy mocno przeżywa to upokorzenie. W innej scenie autor pokazuje jednego z jego kolegów, postrzeganego jako gruboskórny, jak płacze, gdy jest wyśmiewany. Te momenty, w których w prozie Pecha pojawia się coś w rodzaju szorstkiej empatii, przypominały mi trochę Z szynką raz! Bukowskiego.

A skoro już mówimy o literackich skojarzeniach (pomijając te bardzo luźne, jak wspominany przez narratora Kerouac czy nasz polski Mirek Nahacz – i nie tylko dlatego, że grzybki), w jakiś sposób łączy mi się ta książka z Końcem punku w Helsinkach Jaroslava Rudiša. Nie tylko z powodu żółtych okładek. Może ze względu na wątki buntowniczej młodości z muzyką w tle, a może właśnie ze względu na to dorosłe rozczarowanie rzeczywistością, które przeżywają bohaterowie obydwu książek.

W Uczniach Cobaina widać to przede wszystkim we wspomnianej ostatniej części książki, Sepleniący chłopcy pracują w fabryce. Autor/narrator pisze w niej o swoim życiu „kilka lat później”, kiedy mieszka w wielkim mieście, dzieli życie z Narzeczoną i… pracuje w fabryce, przeznaczeniu nie uciekł. Pisze tu o rzeczach bardzo osobistych, jak śmierć babci (tej od naleśników superbohatera), ale też o tym, jak odłożył na bok marzenia o byciu gwiazdą rocka, pogodził się z szarą rzeczywistością i przeprowadził do wielkiego miasta, za pracą. Czuć jednak, że nie jest do końca pogodzony – tęskni za przyjaciółmi od octówek i grzybków, za marzeniami o kapeli i karierze muzycznej. W wielkim mieście ostentacyjnie się odcina.
„W dużym mieście nie znam nikogo. A jeśli już, to są to znajomości na jeden pijacki wieczór. Wymieniamy numery i nigdy do siebie nie dzwonimy (…). Kiedyś byłem otoczony ludźmi. Z każdym miałem o czym pogadać. Dziś gdzie nie pójdę – jestem sam. Ale wali mnie to. Stworzyłem sobie typ osobowości, który mi odpowiada. Zacząłem nawet nosić kapcie i dresy. Zostałem młodym seniorem” (s. 188).
Ja to bagno, ona to słońce

A miłość? No tak, jest, i to jeden z najjaśniejszych, jeśli nie najjaśniejszy, punkt tego życia „po latach”. Zresztą Narzeczona już w szalonych czasach nastoletnich jest tym jasnym punktem, bezpieczną wysepką na ciemnym morzu ustawicznego zamroczenia, skrętów i taniego wina. Ładnie, choć prosto, mówi o tym narrator: „Przeraża mnie wizja, że Narzeczona mogłaby być taka jak ja (…). Ja to bagno, ona to słońce. Nie mogę wciągać jej na to swoje śmietnisko” (s. 158). Taktownie pisze również o intymnych zbliżeniach. I to jeszcze jedna pozytywna niespodzianka, jeśli chodzi o tę książkę – że narrator/autor, choć tak otwarcie opisuje różne imprezowe rewolucje fizjologiczne, oszczędza czytelnikowi niesmacznych szczegółów swoich pierwszych doświadczeń seksualnych. Ale to już pewnie też kwestia nieśmiałości – jak przyznaje Pech w wywiadzie dla Szuflady, „chyba zapadłby się ze wstydu pod ziemię, jeśli na głowie wylądowałyby mu czyjeś majtki” :).

Ogarniam teraz wzrokiem swoją recenzję, która tak straszliwie się rozrosła, i zauważam, że bardzo poważnie podeszłam do sprawy. A przecież w tej książce tyle jest też humoru! Cóż, musicie uwierzyć na słowo – śmiechu jest tu na równi ze smutkiem, a może i więcej. Idealne wyważenie. Można więc czytać Uczniów Cobaina jak ja, grzebiąc się w tym, co smutne i refleksyjne, lub bez poważnych rozkmin, jako zapis młodzieńczych perypetii pewnych entuzjastów Nirvany i alkoholowo-narkotycznego odlotu. Wszystko zależy od Was! I tak, i tak będzie dobrze. Bo to po prostu dobra książka jest.

***
M. Pech, Uczniowie Cobaina, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2017.

Ilustracje:
[1] motyw z okładki polskiego wydania książki, wyd. Stara Szkoła,
[2] Jiří Březina / Wikimedia Commons,
[3] zdjęcie własne.

środa, 20 grudnia 2017

Wstręt, odraza, prowokacja. Czeska zapowiedź: Petra Hůlová, „Macocha”

W Polsce swoją premierę ma dziś Macocha Petry Hůlovej – książka na tle całej twórczości pisarki w pewien sposób niezwykła i przełomowa. Po raz pierwszy bowiem, jak sama przyznaje, autorka sięgnęła do swojego własnego życia i napisała rzecz bardzo autobiograficzną.

Dotychczas unikała osobistego pisania. Jeśli nawet wplatała do swoich książek wątki z własnego życia, robiła to w sposób tak mocno stylizowany, że zaciemniała wszystkie powiązania. Swoje postaci lepiła z własnych doświadczeń oraz z tego, co zasłyszane i zaobserwowane. Dotyczy to zarówno jej głośnego debiutu, Czasu Czerwonych Gór, jak i wydanej również w Polsce Stacji Tajgi czy Plastikowego M3, opowieści z życia praskiej prostytutki.

W pewnym momencie jednak poczuła, że ma już dość empatycznego wchodzenia w cudzą skórę, tworzenia kolejnej historii z perspektywy kogoś, z kim tak niewiele ją łączy. Stwierdziła, że aby zrobić twórczy krok do przodu, musi wrócić do samej siebie, obnażyć się. Postanowiła jednak zrobić to w sposób lekko szyderczy, zarówno względem siebie jak i względem czytelnika. Tak powstała Macocha.

Bohaterka jest potworem

Narratorka utworu to pisarka, autorka poczytnych romansideł, alkoholiczka, która w powieści, będącej w zasadzie wielkim monologiem, opowiada o swoich dzieciach, małżeństwie, swoim pisaniu i swoich demonach. Hůlová stwierdza otwarcie, że jej bohaterka to do pewnego stopnia potwór – egoistyczny i na swój sposób bezduszny.
„Wybaczcie szczerość, ale przy myciu szyb w przeszklonym kredensie (psiukam trochę płynu i rozprowadzam go starą gazetą) moje myśli, zupełnie jak podczas pisania, wędrują ku istocie rzeczy: czy opinia złej matki wpłynęłaby na sprzedaż moich książek? Pewnie tak, i to pozytywnie, bo produkty, które mają jakąś pikantną historię (istnieją kobiety szpikujące swoje teksty trupami członków rodziny), schodzą lepiej niż te, które jej nie mają, a to się nazywa doping i jest bardzo nieetyczne, bo działa”.
Macocha w pewnym sensie nawiązuje do Plastikowego M3. Obie książki łączy brutalna, prowokacyjna szczerość oraz bezceremonialne łamanie tabu. Podczas jednak gdy w M3 chodziło przede wszystkim o seksualność, w Macosze takim kontrowersyjnym tematem jest macierzyństwo. Narratorka książki to przykład kobiety, która bez większych skrupułów, racjonalizując sobie swoje działania, dręczy swoje dzieci. Oczywiście jednak Hůlová zastrzega, że jej własne doświadczenia zostały tu bardzo zniekształcone i wyolbrzymione – w końcu to, co opisuje w książce, zdecydowanie podchodzi już pod odpowiednie paragrafy.

Bez prowokacji to nie ma sensu

Skąd ten temat? W wywiadzie dla portalu novinky.cz autorka zwraca uwagę na pewne konwencje, których kobiety do dziś są więźniami. Kiedy na świat przychodzi dziecko, od kobiety oczekuje się – inaczej niż od mężczyzny – wyrzeczeń. Ona właściwie nie zakłada rodziny, tylko się nią staje. „Nie mówię, że tak jest zawsze, oczywiście przesadzam, ale bez odrobiny prowokacji to nie ma sensu” [1] – dorzuca. Tak czy siak – oczekiwania są zawsze większe wobec matki niż wobec ojca. Część ograniczeń wynika rzecz jasna z natury i tych nie zmienimy, część jednak jest sztuczna i narzucona przez społeczeństwo, i właśnie na nie pisarka chce zwrócić uwagę.

W tym samym wywiadzie Hůlová wyjaśnia, że pisanie to dla niej dialog, ale dialog nietypowy. Ponieważ jest z natury introwertyczką, poprzez pisanie szuka partnera do rozmowy. I jako rozmówczyni na różne sposoby zaskakuje, czasem budzi zachwyt, ale również w bardzo nieprzyjemny sposób prowokuje. Za Jonathanem Franzenem cytuje, że pisarz to ktoś, kto chce być kochany za to, że mówi ludziom nieprzyjemne rzeczy. Ona też – chcąc wywołać u czytelnika reakcję, budzi w nim wstręt i odrazę, wulgarnie rzecz ujmując, „sra mu na głowę” i ma nadzieję, że wywoła to u niego coś w rodzaju katharsis.

Hůlová i Hrabal

Podobnie jak Plastikowe M3, Macocha sprawia wrażenie książki pisanej na jednym wdechu – i nie jest to wrażenie mylne. Autorka rzeczywiście pisze w ten sposób i przyznaje, że tak już ma, od zawsze. Nie musi się specjalnie napędzać, przeciwnie, raczej stara się hamować, chłodzić, ale niespecjalnie to wychodzi.
„Jak kto we mnie kamieniem, to ja w niego chlebem, myślę wsparta o kredens w salonie, nalewając sobie trzeci kielonek dla kurażu. Tylko czy tu w ogóle chodzi o kuraż, czy raczej o wyłączenie hamulców bezpieczeństwa w windzie mojej głowy, by jak wystrzelona z Bajkonuru poszybowała w górę i wyrwana z kajdan szarej codzienności zaczęła mylić bezczelność z wolnością, a odlot z polotem? Srał pies rymy. Srał pies romantycznie zamglony obraz świata roztaczający się przed krótkowidzem, który na moment zdjął okulary, by je przetrzeć, i nagle zamiast wysypiska pełnego śmierdzących odpadków widzi płótno van Gogha, pole w pobliżu Arles, co z tego, skoro dzieje się to tylko w krótkiej chwili polerowania szkieł”.
Wielu krytykom i dziennikarzom rozmawiającym z nią przy okazji premiery Macochy ten sposób pisania przywodzi na myśl Hrabala, jego nieprzerwany strumień mowy, ten „hrabalovský motor”, jak to określa Vladimira Válková [2]. Pisarka potwierdza, że bardzo ceni Hrabala, jego improwizację, naturalność i pewną zwierzęcą siłę jego prozy. Przeciwstawia ją mechanicznemu, mozolnemu konstruowaniu literackich światów, często stereotypowo przypisywanemu pisarzom-mężczyznom.

O stereotypach i postrzeganiu pisarzy i pisarek przez pryzmat płci Hůlová też zresztą mówi dużo i chętnie. Jako autorka niebanalna, oryginalna, właściwie jedyna w swoim rodzaju, bywa mimo wszystko wciąż wrzucana do wora z podpisem „literatura kobieca”, tylko ze względu na płeć. Zwraca uwagę na paradoksy w mówieniu i pisaniu o literaturze – czy pisarza-mężczyznę pyta się kiedykolwiek o literaturę „męską”? Nie. Podczas gdy jego dzieło jest zawsze postrzegane po prostu jako pewien przekaz o świecie, kobiety muszą bezustannie walczyć z definiowaniem ich pracy przez pryzmat ich kobiecości. Hůlová zauważa, że wciąż spotyka się absurdalne zestawienia typu „Trzy kobiece powieści na wiosnę”, gdzie jedna z książek jest o rybach, druga o związkach, trzecia o śmierci i wszystkie trzy nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego. Po prostu… „literatura kobieca”.

A Macocha – czy potrafiłaby jednym zdaniem powiedzieć, o czym to jest? Odpowiada, że nie. I przeraża ją myśl, że ktoś by to potrafił :)

Książkę po polsku wydaje Afera, tłumaczy oczywiście Julia Różewicz, a Literackie Skarby Świata Całego patronują. Wkrótce Wam o niej opowiem – na pewno w więcej niż jednym zdaniu!


Źródła:
[1] Spisovatelka Petra Hůlová: Zaplaťpánbůh za ženská tabu, novinky.cz, 4.10.2013 (https://m.novinky.cz/articleDetails?aId=314726&sId=&mId=)
[2] Petra Hůlová: Macocha vznikala jako hmota, ne jako sbírka ingrediencí, blog.martinus.cz, 14.04.2014 (http://blog.martinus.cz/2014/04/petra-hulova-macocha-vznikala-jako-hmota-ne-jako-sbirka-ingredienci)
Dłuższe cytaty pochodzą z Macochy (tłum. Julia Różewicz).

Ilustracje:
[1] Ondřej Lipár / Wikimedia Commons
[2] Okładka polskiego wydania książki / wydawnictwo Afera
[3] Okładka czeskiego wydania książki / wydawnictwo Torst
[4] wyd. Afera

sobota, 16 grudnia 2017

Krowie placki jak spadające gwiazdy – „Nad piękną modrą Dřevnicą”, Antonín Bajaja [patronat]

Są takie książki, które od pierwszych słów otulają jak ciepły koc. Które ciepłym, familiarnym tonem przywodzą na myśl rodzinne spotkania, wspominki, anegdoty. Do których się wchodzi i z których niespecjalnie chce się wychodzić, bo na zewnątrz ta nasza szara, zimna rzeczywistość. Nad piękną modrą Dřevnicą na pewno do takich książek należy.

A przecież czasy, o których pisze Antonín Bajaja, przełom lat 40. i 50. XX wieku, same w sobie nie były wcale sielskie i anielskie. Sęk jednak w tym, że są to lata dzieciństwa narratora – w jego oczach więc były. W dodatku cała książka to zbiór autentycznych listów, pisanych do siostry, świadka i wspólnika tamtych wydarzeń. Autor wraca więc do spędzonych w Zlínie lat dziecięcych z sentymentem, mitologizując i idealizując – jak Schulz w Sklepach cynamonowych czy Hrabal w Takiej pięknej żałobie. (Nazwisko Hrabala pada zresztą również w samej książce – mowa tam o Skarbach świata całego, w pewnym bardzo wzruszającym kontekście).

Pisze o drobnych, malowniczych szczegółach, w których zakodowana jest pamięć, o detalach krajobrazu (o których pięknie opowiada również w tym wywiadzie), o smakach i zapachach. O tym, co fascynowało go w dzieciństwie, czyli na przykład konikach pocztowych czy… krowich plackach. A robi to na wpół marzycielsko, na wpół z humorem – w jego relacji krowia kupa upada na drogę „jakby ktoś upuścił koronkową chusteczkę, jakby w morskiej pianie zaszeleściła spadająca gwiazda” (s. 218). Do łez bawi też historia o pływającej na rzece zużytej prezerwatywie, którą narrator i jego mała siostra postanawiają wyciągnąć z wody, bo to z pewnością dusza wodnika, którą muszą uratować.

Książki cenniejsze niż złoto

Przede wszystkim jednak autor z wielką czułością wspomina swoją rodzinę. Rodzinę, w której nie brakowało oryginałów, która lubiła spędzać czas w towarzystwie przyjaciół i sąsiadów oraz dobrze zjeść, ale która przede wszystkim zawsze ceniła wykształcenie, kulturę, literaturę, muzykę.

Jedna z anegdot przywołanych w książce dotyczy kufra pełnego książek, który dziadkowie, przeprowadzając się ze Stanów z powrotem do ojczyzny, ciągnęli ze sobą. A że ciężki – nabrano podejrzeń, że szmuglują złoto. Po ujawnieniu zawartości kufra wszyscy złapali się za głowę, a sam Tomáš Baťa, nie dowierzając, przybył z ofertą kupna, przekonany, że w kufrze znajdują się cenne manuskrypty… Na co babcia po prostu wzięła do ręki książkę kucharską i oświadczyła: „Oto prawdziwa sztabka złota!” (s. 209).

Ten kufer pojawia się zresztą jeszcze w dalszej części utworu. Po wejściu w życie barbarzyńskiej polityki kulturalnej komunistów stoi na strychu jako jedyna pozostałość po dawnej imponującej biblioteczce – i jako piękna metafora, a przy każdym uniesieniu wieka wydaje „jęk pomordowanych niewiniątek”.

Roztańczony czołg

Jak widać więc, Bajaja nie unika też trudnych i smutnych tematów, nie odcina się w swojej opowieści od przetaczającej się nad jego głową historii – trudno zresztą by było, skoro bezpośrednio wpłynęła ona na losy rodziny. Ukazuje ją jednak bez dramatyzmu, jak w filmowym dziele Felliniego Amarcord, którym autor, co sam podkreśla, wyraźnie się inspirował. W filmie włoskiego reżysera narodziny faszyzmu, coś, o czym nauczyliśmy się myśleć ze zgrozą, ukazane są jak część codziennego życia, w otoczeniu humorystycznych akcentów.

Również rodzina Bajai mimo czarnych chmur nadciągających nad Czechosłowację stara się żyć jak gdyby nigdy nic. Jak wtedy, gdy ze Stanów przyjeżdża kuzyn Vikťa z niewesołymi wieściami, że karty zostały rozdane i „waszymi gra Stalin, nie Truman”, ale tego samego wieczoru wszyscy razem tańczą jazz, a między ich roztańczonymi nogami mały Tonik puszcza nakręcany czołg, który dostał od kuzyna. Hipnotyzująca scena.

A przecież są i momenty, gdy nawet dorosłym robi się strasznie. Narrator wspomina, jak wraz z siostrą podsłuchał kiedyś babcię, cichutko zwierzającą się swojej schorowanej już wówczas i niczego nieświadomej siostrze Énie:
„Boję się, Éno, boję się, a przecież wiesz, że ja nigdy nie byłam chicken… nawet w czasie wojny nie bałam się tak jak teraz. ONI już zaczęli rabować, w nocy wpadli do Slavickich, cały dom przewrócili do góry nogami, sklep też… wszystko im skonfiskowali, podobno mieli kradzione złoto, jakie kradzione złoto? Przecież on jest złotnikiem i zegarmistrzem! Hańbią porządnych ludzi, przed tygodniem zamknęli wielebnego Pavelkę, mojego spowiednika. Powiedziałam Knapkowi, że teraz będą niszczyć kościoły, że będą je palić jak kiedyś synagogi, niech sobie przypomni, jak to było… a on, że przesadzam, kto jest przyzwoity i pracuje, temu nic się nie stanie, i ciągle się śmieje, że w końcu zaczną się żreć między sobą i że kiedyś to wszystko się zawali, ale ja nie wiem… Powinniśmy byli wyjechać razem z Lilą, ale teraz już za późno, za późno na Amerykę…” (s. 130).
Zlín (w tamtych czasach Gottwaldov) i fabryka Tomáša Bat’y w latach 60.
Dorosnąć do prawdy

Wskutek represji komunistów w końcu burżuazyjni dziadkowie zostają wyrzuceni z własnego domu, muszą od tej pory żyć na wsi, w rozpadającej się chacie. Później ojciec na pewien czas trafia do więzienia. Wychodząc jednak z założenia, że lepiej, by dzieci naprawdę nie wiedziały, co się dzieje, rodzina ukrywa przed nimi swoje wrogie nastawienie do ustroju. I tak narrator i jego siostra, pod wpływem nauk w szkole i naśladując szkolnych kolegów, rosną w płomiennym uwielbieniu dla komunistów i w poczuciu zażenowania własnym burżuazyjnym pochodzeniem.

Narrator wraca do pewnego popołudnia, którego wspomnienie wciąż budzi w nim wyrzuty sumienia – kiedy to oznajmił krnąbrnie, że doniesie na własną ciotkę za słuchanie Radia Wolna Europa. Po latach podobne wydarzenia analizuje z perspektywy dorosłego człowieka, który rozumie już mechanizmy komunistycznych manipulacji i który sam został doświadczony przez system. Można się zastanawiać, czy przyjęta przez rodziców i dziadków strategia ochrony przed prawdą była słuszna – ale myślę, że doskonale wiedzieli oni, co robią. Rozumieli, że w swoim czasie ich dzieci same do tej prawdy dojdą.

Ważnym wątkiem w listach Bajai jest również tęsknota za ojczyzną. To z tej tęsknoty dziadek i babcia wrócili do Czechosłowacji, mimo że poznali się w Ameryce i mogli sobie tam wygodnie urządzić życie. Jest również wątek ciotki Lili, która zdecydowała się po pewnym czasie wrócić do Stanów, a żelazna kurtyna odcięła jej drogę powrotu; tęskniła jednak tak bardzo, że poprosiła Tonika, by sfotografował bzy z ich ogrodu i przesłał jej zdjęcie. Chciała powiesić sobie je w ramce w swoim amerykańskim mieszkaniu jako namiastkę utraconego domu. (Myślę przy tym o mojej własnej rodzinnej historii – o rodzinie mojej babci, jej mamie i bracie, którzy wyjechali na stałe do Kanady, i o samej babci, która zdecydowała się zostać, i pewnie dzięki temu w ogóle dziś jestem).

Bajanie Bajai

Bajaja – to zabawne, „bajkowe”, jak mówił o nim Husák, nazwisko, które od bajania, opowiadania, ubarwiania prawdopodobnie się wzięło, pasuje w tym wypadku idealnie. Geny pradziada, który „musiał być takim bajają”, ewidentnie odezwały się w autorze Nad piękną modrą Dřevnicą, bo ta opowieść po prostu płynie. Jak Dřevnica i jak puch w powietrzu z filmu Felliniego – ten puch dziecięcych wspomnień, który zaczyna i kończy książkę Bajai.

Czasem ten leniwy prąd, ten nieprzerwany nurt słów trochę nuży. Autor rozwleka swoje historie na wiele, wiele stron, gubi wątki i skacze w czasie i przestrzeni. By nie dać mu się zmęczyć, odpowiednią strategią czytania wydaje mi się więc dawkować sobie jego prozę, z przerwami między poszczególnymi rozdziałami – ale kiedy już maluje jakąś scenę, wysłuchać go do końca. Nie myśleć o tym, co, gdzie i kiedy, nie próbować się orientować w sieci powiązań rodzinnych i przyjacielskich, dać się unieść bajaniu Bajai – i po prostu płynąć po Dřevnicy razem z nim.

A do wszystkich, którym ostatnio brakowało w czeskiej literaturze humoru, ciepła, po prostu „czeskości”: słuchajcie, to jest książka dla Was!

Piękna, modra Dřevnica!
***
A. Bajaja, Nad piękną modrą Dřevnicą, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Fortepan / Romák Éva / Wikimedia Commons,
[3] Palickap / Wikimedia Commons.

czwartek, 14 grudnia 2017

Dylematy słoweńskiego Bartona Finka – „Obserwator”, Evald Flisar


Kilka miesięcy temu pisałam o powieści Na złotym wybrzeżu nagradzanego słoweńskiego pisarza Evalda Flisara. Dziś kilka słów o innej książce autora, w której dla odmiany zabiera nas nie na zmęczone upałem afrykańskie pustkowia, ale do amerykańskiej stolicy świata, Nowego Jorku. Obserwator, będący powieścią kryminalno-filozoficzną w klimacie twórczości Paula Austera, wprawił mnie w pewne zakłopotanie... Ale o tym za chwilę.

Tytułowy obserwator to również główny bohater powieści, lublańczyk Simon Bebler, który kryje się za filmowym nazwiskiem Barton Fink. Simon wiecznie ucieka od samego siebie – nie potrafi żyć własnym życiem, nie potrafi zacząć działać, wiecznie stoi z boku. Kiedy ktoś zaczyna drążyć temat, ucieka w filozofię i wygłasza banały o współczesnym świecie, który przeniósł się do sieci i do telewizji. By tylko nie być sobą, wciela się w postaci z książek i filmów i, co gorsza, usiłuje w te role wcisnąć również innych. Kobieta, którą nazywa swoją dziewczyną (co nie przeszkadza mu zmuszać jej do uprawiania seksu z innymi mężczyznami, tak by on mógł patrzeć), wyrzuca mu:
„Zawsze jesteśmy w tym lub innym filmie albo książce. Zmieniasz nam imiona. Byłam Anną Kareniną, ty byłeś Wrońskim. I potem zaczęliśmy niszczyć tę piękną historię miłosną. Raz jesteś Indianą Jonesem, innym razem Terminatorem. Ja za każdym razem jestem jedną z twoich kobiet” [1].
Z wizytą u Vincenta Vegi

W pewnym momencie pasja Simona do zamieniania świata w fikcję obraca się przeciwko niemu. Fantazja wymyka się spod kontroli i swoimi lepkimi mackami wpełza do rzeczywistości – podobnie jak bohater jego sztuki, Simon zapada na groźny nowotwór. Od tego zaczyna się cały łańcuch niezwykłych zdarzeń. Wiedząc, że ma przed sobą tylko rok życia, Simon decyduje się przystać na dziwaczną propozycję pewnego bezdomnego i leci z tajemniczą paczuszką aż do Nowego Jorku. Zainspirowany myślą swojej dziewczyny, postanawia postąpić wbrew swoim obawom, zagłuszając poczucie odpowiedzialności, licząc na to, że poczuje przez chwilę prawdziwą wolność.

Nie udaje mu się jednak – z pułapki życiowej ostrożności oraz własnych fantazji wpada w zupełnie inną, stając się częścią czyjejś opowieści. Czyjejś, to znaczy swojego gospodarza, ekscentrycznego milionera Vincenta Vegi (tak, kolejna zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Vega od początku bardzo skąpi swemu gościowi informacji, kontaktuje się z nim tylko poprzez wiadomości zostawiane na automatycznej sekretarce, a kiedy wskutek nieoczekiwanego splotu zdarzeń Simon ląduje jako bezdomny w Central Parku, na wiele dni tracą kontakt. Dopiero gdy bohater odnajduje swojego tajemniczego opiekuna, część tajemnic zostaje wyjaśniona. Wówczas Simon zostaje wreszcie zmuszony do wyjścia ze swojej wygodnej pozycji obserwatora i musi zacząć naprawdę działać.

W roli Central Parku – jesienny krakowski Park Jordana ;).
…i na kozetce u Woody’ego Allena

Duch Paula Austera unosi się nad całą powieścią – nazwisko pisarza pada zresztą kilkukrotnie w utworze, a jego Trylogia nowojorska odgrywa ważną rolę w jednym z epizodów. Także słowa wypowiedziane w pewnym momencie przez Simona, „czasami myślę, że mnie jako mnie w rzeczywistości nie ma”, są jakby nawiązaniem do tego cytatu Austera: „Pisarz w pewnym sensie w ogóle nie ma życia. Niby jest, ale właściwie nie istnieje”.

By podkreślić absurdalność sposobu, w jaki Simon/Barton z początku postrzega świat i podchodzi do niego, Flisar zaludnia swoją opowieść sobowtórami gwiazd kina, posługujących się nierzadko tym samym co gwiazda nazwiskiem – mamy tu psychoterapeutę Woody’ego Allena, groźnego oprycha Bruce’a Willisa, chorą na AIDS Ajsi-Disi, wyglądającą kropka w kropkę jak Uma Thurman, i wreszcie samego Vincenta Vegę – człowieka o wyglądzie Ala Pacino, nazwisku bohatera Pulp Fiction oraz wielkiej fortunie i mętnej przeszłości w stylu Jaya Gatsby’ego. Sam Simon przechodzi stopniową przemianę, od irytującego młodego pozera do zaangażowanego, odpowiedzialnego za innych człowieka. Przemiana dokonuje się symbolicznie w momencie, kiedy wreszcie za twarzą filmowej gwiazdy potrafi dostrzec kogoś takim, jaki jest naprawdę – i takim go pokochać. (O czymś podobnym pisał niedawno również Grégoire Delacourt).

O emocjach bez emocji

Tematy, które wysuwają się na pierwszy plan w powieści Flisara, to wolność i różne formy zniewolenia. W niektóre z nich wpędzamy się sami – na przykład, jak Simon, uciekając w pozorną wolność fantazji lub dążąc do osiągnięcia określonej pozycji społecznej i bogactwa. Więzieniem, jak dowodzi znajomy kloszard Simona z Central Parku, może być również luksusowe mieszkanie, więzieniem dla osoby chorej jest samo życie (a samobójstwo – wyzwoleniem). W wielu z tych więzień jest nam wygodnie, dlatego szukamy w nich schronienia, jak Simon, który zrzuca z siebie odpowiedzialność poddając się woli Vegi. Prawdziwie jednak dojrzewa, kiedy dochodzi do wniosku: „Czy największa wolność nie tkwi w obowiązku, który sam sobie wyznaczysz? A największe niewolnictwo w wolności, którą podarują ci inni?” (s. 331).

Co mi jednak w tym wszystkim przeszkadzało, to że Flisar pisze o życiu, z całą jego złożonością, i wchodzeniu w to życie, a robi to z zupełnym chłodem. Pisze o emocjach… bez emocji. Pisze tak, jakby to on sam wciąż był obserwatorem. I nie mogę go rozgryźć – bo nie wiem, czy to literacki mankament, czy pewien celowy zabieg. W końcu to nie jest, i nie miała być, powieść psychologiczna, a być może tym emocjonalnym chłodem autor chce coś dodatkowo powiedzieć – że tytuł jest bardziej wieloznaczny, niż mogłoby się wydawać. Na ten trop naprowadza też wypowiedź Flisara w wywiadzie dla polskiego wydawcy:
„Każdy z moich bohaterów albo postaci dramatycznych jest w mniejszym albo większym stopniu moim ego. Nie potrafię sobie wyobrazić, aby było inaczej. Prawie wszyscy moi bohaterowie z natury są niezadowoleni z życia, z rzeczy takimi, jakie są, dlatego cały czas uciekają w większe lub mniejsze odstępstwa od realności, do wygodnych wymyślonych, alternatywnych światów, w których mogą być tacy, jacy chcieliby być, i w których życie jest takie, jakie mogłoby być” [2].
Faktem jest jednak, że mimo wciągającej historii i sporego materiału do przemyśleń, jakiego dostarcza Obserwator, w powieści dostrzegam wyraźny niedostatek uczuć, przez co postaci wydają się momentami papierowe. (Patrz: scena próby, jakiej poddany zostaje Simon; nie zdradzam więcej, by nie spoilerować).

Nie do końca podobał mi się również sposób, w jaki bohaterowie formułują swoje przemyślenia – momentami niepokojąco na pograniczu mądrości à la Paulo Coelho. Frazesy typu „Nigdy nie jest za późno na prawdziwe życie”, „To nie my piszemy życie, życie pisze nas”, natchnione pytania retoryczne czy rzucone w twarz manipulatorowi Vedze „Jest pan żądnym zemsty upadłym aniołem” trochę mnie śmieszyły, trochę wprawiały w zakłopotanie. I znów – jako element kreacji bohatera, jakim jest na początku powieści Simon, pretensjonalnego i przemądrzałego, sprawdziłyby się rewelacyjnie, ale podobne słowa padają nie tylko z jego ust i nie tylko w początkowych fragmentach historii… Aż chciałoby się powtórzyć za jedną z bohaterek: „Wybacz, Barton, ale twoje zdania są czasem trochę płytkie” (s. 332).

Można przeczytać, ku refleksji. Czy i my nie jesteśmy przypadkiem obserwatorami? W czyjej historii robimy za bohatera?

***
E. Flisar, Obserwator, przeł. Marlena Gruda, wyd. Ezop, Warszawa 2017.

Źródła:
[1] Flisar E., Obserwator, przeł. Marlena Gruda, wyd. Ezop, Warszawa 2017, s. 15.
[2] Artysta słowa, podróżnik, humanista. Rozmawiamy z Evaldem Flisarem„Informator literacki wydawnictwa Ezop”, 2017. 

Ilustracje:
[1] ParentRap / pixabay.com,
[2] zdjęcie własne,
[3] okładka książki ze strony wydawnictwa Ezop / ezop.com.pl

niedziela, 10 grudnia 2017

Siedem ważnych książek na siódme urodziny

Tak, to już dziś. Siedem lat Literackich Skarbów Świata Całego. Siedem lat czytania, siedem lat recenzowania, analizowania, zachwytów (przeważnie) i krytyki (sporadycznie).

Zastanawiałam się, jak uczcić ten dzień, i w końcu wymyśliłam, że przygotuję małe zestawienie. Z okazji siedmiu lat – siedem najważniejszych książek, o których pisałam. Oczywiście jest to lista bardzo subiektywna, a klucz – emocjonalny, jak to u mnie. Książki, które w ciągu tych siedmiu lat zrobiły na mnie największe wrażenie, które coś we mnie zmieniły, wzruszyły na różne sposoby. Książki przełomowe, znaczące z jakichś powodów.

Starałam się jednak, by były to też wybory nietypowe, pozycje nieoczywiste, może trochę mniej znane, i dlatego nie znalazł się tu choćby Proust, choć wrażenie zrobił ogromne. Z każdego roku blogowania wybrałam jedną, co nie było proste, bo bywały lata, kiedy trafiało mi się wiele niezapomnianych historii. Oto więc moje literackie crème de la crème ostatnich siedmiu lat. Kliknięcie w tytuł przekieruje Was do mojej recenzji.


Tylko klucz „nieoczywistości” zadecydował o tym, że ta książka wygrała w moim zestawieniu z Zabić drozda, które przeczytałam w tym samym roku i które było dla mnie literackim objawieniem. Dzieło Shawa jest chyba jednak mimo wszystko mniej znane, a nie mniej warte wzmianki. Opowieść o kobiecie, która swoją małżeńską zdradą krzywdzi wiele osób – a zadane rany okazują się głębsze, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Autor poprzez psychologiczne niuanse ukazuje wewnętrzną dezintegrację rodziny, która oficjalnie pozostaje razem. I piękny fragment o tym, co daje człowiekowi posiadanie dzieci, zacytowany zresztą w moim wpisie. Ocean emocji. Recenzja TU.


Nie mogło być inaczej. Choć minęło prawie sześć lat, odkąd przeczytałam tę powieść, wspominam ją z niesłabnącym zachwytem. Dość dziwaczna fabuła – opowieść o małym geniuszu Gouldzie, żyjącym jedną nogą w świecie fantazji, wśród wymyślonych przyjaciół, który szczęśliwie spotyka na swojej drodze drugą pokręconą istotę, natychmiast podejmującą jego grę, młodą kobietę Shatzy Shell – oraz forma utworu, w której spotykają się m.in. western i relacja sportowa, nie oddają zupełnie tego, co ta książka robi z czytelnikiem, sposobu, w jaki pobudza szare komórki, skłania do rozmyślań, ściska za gardło. Nie potrafię pogodzić się z tym, że Baricco jest znany przede wszystkim jako autor Jedwabiu, a City jest u nas tak mało znane. Z drugiej strony jednak zdaję sobie sprawę, że to powieść, która jak żadna inna wymaga od czytelnika określonej literackiej wrażliwości – i po prostu nie jest dla każdego. Recenzja TU.


Jedna z tych książek przełomowych, bo pokazała mi, jaki Bukowski jest naprawdę. I uważam ją za pierwsze moje prawdziwe spotkanie z jego twórczością, puszczając w niepamięć lekturę Kobiet, które na tym wstępnym etapie naszej znajomości wyjątkowo mnie zniesmaczyły (ale spełniły swoją podstawową rolę – pomyślałam, że przecież za tą obsceną musi się jeszcze coś kryć, i postanowiłam drążyć sprawę). Gdyby nie Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu, nigdy bym Bukowskiego nie zrozumiała – i nigdy bym się nie dowiedziała, jak bardzo podobnie odczuwamy świat. A ponieważ dziś to drugi najdroższy mi pisarz, zaraz po Hrabalu, ten zbiór musiał się tu znaleźć. Recenzja TU.


À propos Hrabala. Książka czytana jeszcze w czasach przedblogowych, ale odświeżona w roku hrabalowskim, z okazji 100. rocznicy urodzin autora. Znalazła się tu oczywiście dlatego, że bez niej nie byłoby Literackich Skarbów Świata Całego (i nie ma znaczenia to, że zasługę przypisać należy tłumaczowi, Andrzejowi Czciborowi-Piotrowskiemu, bo w oryginale tytuł jest zupełnie inny). A także dlatego, że w tym zestawieniu po prostu nie mogło Hrabala zabraknąć. Oraz po prostu dlatego, że to piękna, niezasłużenie trochę zapomniana książka – o starości, która odbiera godność, i rozpaczliwych próbach tej godności zachowania, o młodym duchu w schorowanym ciele, o odchodzeniu i żegnaniu się z przeszłością. Ale z uśmiechem, bo to przecież Hrabal. Czysta nostalgia. Recenzja TU.


Kolejna w tym zestawieniu książka o rodzinie – obok dzieciństwa to mój ulubiony literacki temat – trącająca jednak również poruszony u Hrabala motyw starości. Wciąż jedna z ważniejszych w moim życiu, mimo że spotkanie z autorem na Festiwalu Conrada dwa lata temu brutalnie rozwiało moje złudzenia na jego temat (pisałam o tym tutaj). Zabawna, ironiczna, gorzka, ale równocześnie pełna empatii, z wyczuciem i delikatnością ukazująca osobiste dramaty poszczególnych członków rodziny Lambertów, których tak łatwo skrzywdzić powierzchowną oceną. Do tego napisana z rozmachem godnym XIX-wiecznych mistrzów pióra. Dla mnie – arcydzieło. Recenzja TU.


Jedna z moich ulubionych (jeśli nie ulubiona) pisarek oraz spojrzenie za kulisy jej twórczości. Ten wybór listów pisanych do męża, Johna Middletona Murry’ego, pokazuje – bardziej chyba, niż którykolwiek zbiór jej opowiadań – jaką wspaniałą obserwatorką była Katherine i z jaką radością i entuzjazmem podchodziła do życia. Pokazuje również jej cudowne poczucie humoru oraz, żeby nie było za słodko, jej zmienność nastrojów i cięty język. Inspirująca, upajająca lektura! Recenzja TU.


Na koniec – polska perełka. Trafiła w moje ręce przypadkiem, co potwierdza tylko, że przypadków nie ma. Na zaszczytne miejsce w tym zestawieniu zasłużyła sobie ogromnymi pokładami empatii (empatia w literaturze jest dla mnie, jak widać, bardzo bardzo ważna), obrazem trudnej miłości macierzyńskiej i kobiecego niespełnienia, myślą przewodnią – że ten zwyczajny Śpik, który nigdy o nic nie pyta i zawsze siedzi cicho, taki brzydki i głupi, jest bardziej niezwykły niż wszyscy jego koledzy i koleżanki, więcej widzi, mocniej kocha. Recenzja TU.

I to tyle. Mam nadzieję, że przede mną kolejne siedem blogowych lat, i że za te siedem lat będę Was mogła uraczyć kolejnym pięknym zestawieniem. A na razie – zapraszam wszystkich na urodzinowego eklera! Smacznego!

piątek, 8 grudnia 2017

Nie bądź jak człowiek!, czyli „Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt”

Pierwszym, co zwraca uwagę w przypadku tej książki, jest jej forma – ogromne, ciężkie, wspaniale zilustrowane tomiszcze, jak z tych obrazków, na których dziecko trzyma na kolanach rozłożoną książkę i wpatruje się w nią z rozdziawioną buzią. Jest piękna. Forma nie powinna jednak odwracać zbytnio uwagi od treści – bo i w środku kryją się piękne rzeczy.

Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt to historie powstałe w pierwszej połowie XIX wieku, spisane wówczas przez wybitnych francuskich autorów (wśród nich m.in. Balzac, Nodier i George Sand) i wydane w roku 1853 z ilustracjami, a właściwie do ilustracji, Grandville’a. Jak pisał wówczas wydawca Pierre-Jules Stahl:
„Naszym zamysłem przy publikacji tej książki było nadanie daru wypowiedzi wspaniałym Zwierzętom Grandville’a oraz wspomaganie piórem jego ołówka. Tak aby skrytykować dziwactwa naszej epoki – te, które są ponadczasowe oraz wspólne dla wszystkich krajów (…). Wybraliśmy tę formę, a nie inną, ponieważ pozwoliła nam ona być szczerym bez brutalności, opowiadać nie o ludziach i faktach, a raczej o postaciach i typach” (s. 9).
Już z tego wstępu widać więc, że choć forma jest niewinna i przywodzi na myśl literaturę skierowaną do najmłodszych, w rzeczywistości w tych opowieściach kryją się ogromne pokłady ironii i uszczypliwości. Taki elegancki sposób, by dać wszystkim… po pupie. Jak to zwykle bywa, dziwactwa okazały się uniwersalne i aktualne do dziś, i dzięki temu historie te czytać można z ogromną przyjemnością także w oderwaniu od kontekstów historycznych. Stąd pomysł Madleny Szeligi i Jakuba Sokołowskiego, by zaprezentować je w uwspółcześnionej wersji dzisiejszym czytelnikom.

Jaskółka jest feministką

Zwierzęta, choć są tu stale w opozycji do człowieka, są równocześnie bardzo ludzkie – mają swój sejm, swoje wydawnictwo (w którym publikowane są właśnie Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt), bywają konformistyczne lub porywcze, wojownicze i spragnione zemsty, zakochują się, zawierają związki małżeńskie, umierają z miłości lub tęsknoty. Wyrażają też ludzkie poglądy. Poznajemy dżdżownicę, która życzy sobie, by wszyscy byli równi i by wszystko było własnością wszystkich, cierpiącą z miłości kotkę angielską, niedźwiedzia-filozofa (to ten, który należał do lorda Byrona), psa-krytyka teatralnego, wyzwoloną jaskółkę-feministkę. Poznajemy Trzmiela Eugeniusza, który smali cholewki do pszczelej księżniczki, oraz Mrówkę, która pragnie mieć dzieci i decyduje się przygarnąć pewnego Motyla-sierotę. Część obyczajów zostaje zwierzętom zaszczepiona przez wychowanie lub narzucona siłą przez ludzi, część, zafascynowane, przejmują same. I tak – wyzwolona Jaskółka rozmyśla sobie:
„Wszędzie, na każdym dosłownie kroku, napotykam zniewolenie. Zwłaszcza kobiety zniewolone są przez mężczyzn. Muszą wysiadywać jaja i nikt nie pozwala im realizować swoich ambicji. Nie ważne, czy chciałyby pisać wiersze, czy polować. Siedzą w gniazdach i tyle mają z życia” (s. 170).
Z kolei Gołąb jest, też bardzo po ludzku, przytłoczony monotonią dorosłego życia. Marzy o przygodach, nowych znajomościach, ciekawych historiach do opowiadania:
„Chciałem mieć po prostu ciekawe życie. Realne, prawdziwe i ciekawe życie. Nie chciałem, aby kiedykolwiek zabrakło mi fascynujących historii do opowiadania. Wiadomo bowiem, jak to jest z dorosłymi. Niech no tylko się ich ktoś zapyta «co słychać?», a oni już zaczynają swoje nużące, po tysiąckroć powtarzane historie o tym, co nowego w pracy. A tak naprawdę każdy ich dzień wygląda dokładnie tak samo” (s. 173).
Ten zły i brzydki człowiek

Niemal każde opowiadanie kończy się jednak tym samym morałem – to człowiek jest winien wszelkiego zła. Zając w pewnym momencie wymyśla powiedzonko „Świat schodzi na ludzi” i nawołuje do walki z człowiekiem, który „kryje się w nas”. Również kotka Piękna stwierdza, że to narzucone kotom ludzkie obyczaje w postaci więzów małżeńskich doprowadziły do jej życiowej tragedii. „Samotność i człowiek to dwie najgorsze rzeczy, jakie mogą przydarzyć się zwierzęciu” (s. 97) – podsumowuje dobitnie Krokodyl. I nawet fakt, że mama pszczoła opowiada małym pszczółkom już tylko smutne bajki na dobranoc, to wina człowieka. („Ratujmy pszczoły” – przypominam sobie wszechobecne dziś hasło, kiedy o tym myślę).

Nie wiem jak Was, ale mnie ta bakteria
autentycznie przeraża!
Człowiek w żadnym wypadku nie jest tu dumnym panem wszelkiego stworzenia. Jest miękki i różowy, nieopancerzony, brzydki – to pewnie dlatego ciągle nosi na sobie jakieś kolorowe szmaty, tłumaczą sobie zwierzęta. Wiecznie mamrocze pod nosem, dużo mówi, ale i tak nikt go nie rozumie. Wszystko komplikuje. „Gdyby wysyłali proste komunikaty, wzorem mądrych zwierząt, nie wiedzieliby, co to nieszczęście w miłości” (s. 197).

Trochę romansu, trochę kryminału

W poszczególnych historiach autorzy krytykują ludzi i ich obyczaje na różne sposoby. Klucz do użytku zwierząt, które chcą osiągnąć szczyty to cudowna satyra na świat nauki (aktualna zresztą do dziś, bo wciąż przecież słyszy się o przypadkach lansowania się naukowców na podstawie sfałszowanych wyników badań). Podróż Wróbla i obserwacje państwa mrówek, pszczół i wilków to ewidentnie aluzje do różnych państw i ich ustrojów – mrówki, zniewolone i wykorzystywane, mimo wszystko czują szczęście, bo „są częścią największego i najpotężniejszego Imperium Mrówczego na świecie”. Cierpienia pewnego Skarabeusza jest z kolei ironicznym obrazem wyższych sfer i ich rozrywek, w tym nowych form sztuki. Stonoga gra na swoim instrumencie niemiłosiernie fałszując, ale za to wieloma nogami naraz, wyczyniając przy tym dzikie pląsy, za co zbiera równie dziki aplauz.

Obok tekstów gorzkich i uszczypliwych są tu też opowieści naprawdę smutne. Łzy z oczu wyciska historia Wrony, która w trakcie burzy straciła całą rodzinę, po czym wyrusza w podróż i poznaje tragedie innych zwierząt. Bohaterowie książki przejmują od ludzi nie tylko obyczaje i zachowania, ale również ich najgłębsze, najbardziej bolesne uczucia.

A swoją drogą niektóre spośród tych historii to wspaniałe, zwierzęce warianty opowieści znanych z klasyki literatury – wspomniane Cierpienia kotki angielskiej, jakkolwiek absurdalnie to brzmi, to jakby zapowiedź flaubertowskiej Pani Bovary. Rozmiłowana w XIX-wiecznej poezji kotka, znudzona swoim plebejskim mężem Puchem, rzuca się w ramiona francuskiego kochanka Brisqueta. Zakończenie też, jak u Flauberta, nie jest zbyt szczęśliwe…

I ciekawostka – jest tu nawet historia kryminalna! Poszło o Owcę zamordowaną wraz z Jagnięciem, ale najważniejszy okazuje się aspekt moralny całego procesu – bo Wilk rzeczywiście jest najbardziej oczywistym podejrzanym, ale czy naprawdę był winny? Bardzo przewrotne jest zakończenie tej mrocznej opowieści.

Nie komplikuj

Każda z tych historii mówi o nas coś, co nie jest nam łatwo przełknąć. Wiele z nich to klasyczne bajki z morałem – na stronicach Scen z życia prywatnego i publicznego zwierząt roi się od prostych mądrości. Ciesz się tym, co masz. Nie wstydź się ucieczki, gdy przeciwnik jest zbyt silny. Nie rozmyślaj za wiele i nie filozofuj. Nie kombinuj. Nie komplikuj. „Chcesz być szczęśliwy? Nic prostszego! Wystarczy, że będziesz wolał burzę od słońca, chłód od ciepła i ból od przyjemności” (s. 193). A przy tym wszystkim zwierzęce historie skrzą się humorem, więc śledząc je na zmianę popadałam w zadumę, śmiałam się i płakałam. „Tam też mieliśmy dokonać rzezi tak okrutnej, że gdybym opisał ją panu w szczegółach, włosy stanęłyby panu dęba na głowie. Och, przepraszam! Widzę teraz, że pan nosi perukę” (s. 46) – mówi zakochany w Kokoszce Lis do Orangutana.

Wspaniała, wspaniała inicjatywa małego krakowskiego wydawnictwa Gereon. Bardzo to tomiszcze polecam, nie tylko jako efektowną ozdobę biblioteczki. A na koniec i na zachętę jeszcze jeden humorystyczny akcent (z zapewnieniem, że moje pocałunki nie mają w sobie nic z ukąszeń!):
„Była tylko jedna grupa wytwornych zwierząt, którą wszyscy omijali, pozdrawiając ją z daleka skinieniem głowy. To krytycy – wiedziałem to na pewno, widząc ich drapieżne pazury i pocałunki, które przypominały ukąszenia. Niech się Pan zastanowi, błagam Pana, co za zawód Pan wykonuje!” (s. 58).
***
Praca zbiorowa, Sceny z życia prywatnego i publicznego zwierząt, przeł. Ewelina Zaucha, Katarzyna Fijołek, adaptacja lit. Madlena Szeliga, Jakub Sokołowski, wyd. Gereon / AA, Kraków 2015.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

niedziela, 3 grudnia 2017

Blogerski idealizm kontra rzeczywistość, czyli garść wrażeń z Literackiej Stolicy

Miło jest czytać i pisać, siedząc zagrzebaną w swojej prywatnej norce, ale od czasu do czasu, by do reszty nie zdziczeć, zdarza mi się też wychylić z tej norki nos i pobyć wśród ludzi. Szczególnie miło i ciekawie jest pobyć wśród przedstawicieli swojego „gatunku”, dlatego też w ubiegły weekend skorzystałam z okazji do spędzenia kilku godzin w towarzystwie… blogerów. A okazją tą była Literacka Stolica, czyli warszawskie spotkanie blogerów książkowych, zorganizowane przez zaprzyjaźnione blogerki – Olę z Parapetu Literackiego, Klaudię z Z książką do łóżka oraz Maję z Zaczytana do samego rana.

Nieocenione organizatorki!
I choć zaraz po ogłoszeniu informacji o spotkaniu mój entuzjazm był wielki, do Warszawy jechałam już w nastroju z lekka sceptycznym. Organizatorki przewidziały bowiem w programie wydarzenia trzy prelekcje, których tematy były dla mnie – delikatnie mówiąc – niezbyt interesujące :). Pierwsza prezentacja należeć miała do Rafała Hetmana z CzytamRecenzuję.pl i dotyczyć miała „budowania marki” bloga, następnie Justyna Suchecka i Natalia Szostak z Krótkiej Przerwy opowiedzieć miały o książkach w YouTubie, a na koniec przewidziano kilka słów o Instagramie w wykonaniu Diany Chmiel z Bardziej Lubię Książki Niż Ludzi oraz Pauli Sieczko z Rude Recenzuje.

Czemu niezbyt interesujące? Zdecydowanie lepiej wychodzi mi pisanie niż mówienie, więc filmików o książkach nigdy nagrywać nie będę, a Instagrama też zakładać nie zamierzam – taki mój mały bunt, bo mam wrażenie, że ta obsesja fotografowania książek spycha już trochę na margines to co najważniejsze, czyli treść. Jeśli natomiast chodzi o temat pierwszej prelekcji – to, o czym miał opowiadać Rafał, kłóci się z moją, może trochę anachroniczną, wizją blogowania jako czegoś, co przede wszystkim ma sprawiać radość, tworzyć więzi, ale nie w sensie „biznesowym”, tylko takim czysto ludzkim. Dzielić się swoimi opiniami o książkach, wyrażać zachwyt albo wątpliwości, wymieniać zdanie z innymi czytelnikami – ale bez silenia się na cokolwiek, bez zmieniania się na potrzeby publiki, bez udawania. [Wiem, trochę to idealistyczne :)].

Ale przecież byłabym hipokrytką, gdybym napisała, że nie zależy mi na popularności. Że zamierzam sobie mentalnie siedzieć w tej blogosferze sprzed sześciu lat, takiej, jaką była, kiedy zaczynałam blogować, i zamykać usilnie oczy na to, jak się wszystko zmienia. Oczywiście, że chciałabym mieć więcej czytelników. Bo wkładam w swoje teksty mnóstwo czasu, energii i serca i czasem jest mi smutno, że ten wysiłek do tak niewielu osób dociera. Bo piszę o dobrych książkach i wydaje mi się, że mam o nich coś ciekawego do powiedzenia. Bo chciałabym, by dzięki mnie więcej ludzi się o nich dowiedziało i ściągnęło je z półki zamiast bestsellerów Empiku. Ale też dlatego, że to zwyczajnie miłe – mieć świadomość, że ma się wpływ na czyjeś czytelnicze wybory, że ktoś śledzi to, co robisz, podziwia Cię i szanuje.

Dlatego postanowiłam przyjechać, zobaczyć, posłuchać – bez uprzedzania się na wstępie. Do sugestii Rafała podeszłam z otwartą głową – a nuż jednak znajdzie się wśród nich coś, co mogłabym zastosować bez szwanku dla mojej własnej wizji blogowania? :)

Rafał Hetman (CzytamRecenzuję.pl).
Rafał mówił o tym, jak ważne jest kreowanie własnego wizerunku. Że podstawa to sprawiać wrażenie ładniejszego i mądrzejszego, niż się jest w rzeczywistości. [Ups! W praktyce wygląda to u mnie dokładnie odwrotnie]. Że najlepiej, jeśli blog jest sprofilowany – na przykład nastawiony na konkretny rodzaj literatury [a że czeska, to się liczy?] – lub jeśli łączy dwie różne dziedziny, czyli na przykład książki + muzyka czy książki + podróże. [Ups! A ja jestem absolutnie literaturocentryczna – niczym innym nie potrafię się na serio w życiu zainteresować]. Że ważna jest spójność wizualna. [Tu też mam problem! Bo chcieć bym chciała, ale nie znam się, nie wiem zupełnie, jak się za to zabrać]. Że opłaca się pisać o blogosferze i jej problemach, bo niewiele osób to robi. [Naprawdę? Ja mam ostatnio wrażenie, że wszyscy]. Że pomaga lans na znajomość z pisarzem :). [Hmm…] Że aby być traktowanym poważnie, trzeba wyjść z wirtualu do realu – prowadzić spotkania autorskie, pisać do gazet, patronować. [I to chyba najbardziej sensowna, ale i, wydaje mi się, najtrudniejsza do zastosowania rada]. Że dobrze jest wybierać takich partnerów, którzy dobrze wyglądają i dodają prestiżu. [A ja mam jednak słabość do małych wydawnictw i niezbyt znanych autorów…] Że jeśli chodzi o prestiż, sprawdzają się też wywiady z pisarzami, ale wysiłek, jaki trzeba w nie włożyć, nie przekłada się na wyświetlenia. [U mnie zdecydowanie czasu na to brak]. Że publikować trzeba dużo, często i wszędzie – nie tylko na blogu, ale i w mediach społecznościowych. [Jak wyżej, ech]. Że dobre wrażenie robi oficjalny ton maili. [Uf! To akurat żaden problem]. I że oprócz tego wszystkiego podstawą jest oczywiście wartość samych publikowanych tekstów. [Właśnie! Gdzieś to ginie, a to przede wszystkim trzeba podkreślać, o tym mówić, ten temat rozwijać].

Gdybym więc chciała pójść tą ścieżką, musiałabym zmienić sporo rzeczy, które niekoniecznie zmieniać chcę. Najwyraźniej nie jest mi pisane zawojować blogowy świat. Było za to jedno pozytywne zaskoczenie – że zarabianie na blogu wcale nie musi polegać na recenzowaniu za pieniądze. Miło wiedzieć, że ta śliska droga nie jest jedyną dostępną :).

Justyna Suchecka i Natalia Szostak (Krótka Przerwa).
W trakcie kolejnej prezentacji dziewczyny z Krótkiej Przerwy mówiły trochę o sprzęcie do nagrywania (że wcale nie musi być drogi i profesjonalny) i trochę o statystykach (smutna obserwacja: najlepszą oglądalność zgarnia – niespodzianka! – nie materiał o książkach, a ten o serialach i o… rogalikach drożdżowych). Przekonywały, że warto mimo wszystko robić rzeczy, które nas bawią i sprawiają nam przyjemność, nawet jeśli nie mają zbyt wielu wyświetleń, i że ważne jest wzajemne wspieranie się w blogosferze/vlogosferze – bo, jak stwierdziła Natalia, „im większy będzie torcik, tym większy nam wszystkim dostanie się kawałek”. Ładnie powiedziane!

Prelekcja Diany i Pauli była chyba najbardziej merytoryczna – dziewczyny skupiły się na regulaminie Instagrama i praktycznych wskazówkach dotyczących publikacji zdjęć i ich tagowania. Czyli dla osób korzystających z serwisu wiedza zapewne przydatna.

Diana Chmiel (Bardziej Lubię Książki Niż Ludzi) i Paula Sieczko (Rude Recenzuje).
Między prelekcjami i po nich był czas na rozmowy, a ukoronowaniem spotkania było rozdanie paczek z książkami od partnerów wydarzenia (wszyscy – na poniższej grafice) oraz wymiana książkowa. Oprócz torby pełnej książek przywiozłam też do domu uroczą ręcznie robioną zakładkę od Alkanba, która trafiła do mnie drogą losowania. Mój zdobyczny zestaw wyglądał więc tak (plus Marilyn na Manhattanie Elizabeth Winder, którą już mam, więc oddałam na wymianę):

Lion. Droga do domu z wymiany, resztę znalazłam w swoim pakiecie dla uczestników :).
Fundatorzy prezentów.
Nasze blogerskie grono ugościła w swoich progach młodziutka kawiarnia Big Book Cafe. Miejsce, moim zdaniem, jak na taką liczbę osób sprawdziło się idealnie – dzięki otwartej przestrzeni nie było zbyt ciasno, ale wnętrze jest również przytulne i ciepłe.

Podsumowując, przypuszczam, że spotkanie trafiło w potrzeby osób, które chciałyby zdobyć większą publikę, które szukają właściwej formy dla swojego bloga i zastanawiają się nad swoim własnym wizerunkiem jako blogera. Mnie osobiście gdzieś pod tym wszystkim zginęła literatura i frajda z pisania o książkach, czyli chyba sens tego, co robimy. Bardzo jednak doceniam profesjonalne przygotowanie wydarzenia, trud organizatorek oraz oczywiście samą inicjatywę! Z zaciekawieniem i nadzieją wypatrywać będę kolejnych odsłon.

piątek, 1 grudnia 2017

Wspomnienia jak puch w powietrzu. Czeska zapowiedź: Antonín Bajaja, „Nad piękną, modrą Dřevnicą”

Już dziś premiera polskiego wydania Nad piękną, modrą Dřevnicą Antonína Bajai – przepięknej książki, w której autor wraca wspomnieniami do swojego „burżuazyjnego” dzieciństwa w tużpowojennym Zlínie, mieście Tomáša Bati. Powieść, będąca w zasadzie zbiorem listów pisanych do siostry w różnych okresach życia, jest prawdziwą skarbnicą obrazów, smaków i zapachów zapamiętanych z lat dziecięcych. Barwna, nostalgiczna, pełna humoru i ciepła – i bardzo w tym wszystkim „czeska” i hrabalowska.

Polscy czytelnicy mogą się zapoznać z opowieścią Bajai dzięki przekładowi pani Doroty Dobrew. Z okazji premiery książki, której Literackie Skarby patronują, zamieszczam fragmenty wywiadu z autorem, przeprowadzonego siedem lat temu przez Terezę Willoughby i zamieszczonego na portalu Novinky.cz. Już te kilka odpowiedzi daje dobry obraz tego, jakim człowiekiem jest Bajaja i w jakim stylu snuje swoje urocze historie o przeszłości. Mam nadzieję, że ta próbka zachęci Was do lektury!

***
Pana wspomnienia są ściśle związane z miejscem, gdzie się Pan urodził i spędził swoje dzieciństwo, a więc ze Zlínem i okolicami. Czy krajobraz jest dla Pana przestrzenią ludzkiej pamięci?

Czternaście lat temu w miejscowości Stráž pod Ralskem odbyła się konferencja Literatura i krajobraz. Zapytałem wtedy mnóstwo ludzi, z czym kojarzy im się krajobraz, a potem przeanalizowałem ich odpowiedzi. 89% uczestników mojego badania łączyło krajobraz z przyrodą. Trzy czwarte z nich mówiły o krajobrazie dzieciństwa, czyli takiej podkładce dla naszej pamięci. I do tej większości należę również ja (…).

Tak, pamięć jest tą najbardziej osobistą krainą, po której można również błądzić. Przypomniała mi Pani znany fragment Boskiej komedii:
W połowie drogi naszego żywota
W pośród ciemnego znalazłem się lasu,
Albowiem z prostej zbłąkałem się ścieżki [tłum. Antoni Robert Stanisławski].
Odwieczne poszukiwania własnej drogi. Bez pamięci jesteśmy zagubieni. Ale nie tylko my pamiętamy, krajobraz również. Niedawno byłem na spacerze w okolicach Zboženskiego stawu, to w okolicach Zlína, takie miejsce otoczone lasami. Piszę o nim w mojej książce. Gdy byłem dzieckiem, razem z rodzicami i ich znajomymi obserwowałem tam zaćmienie słońca. Niektóre rzeczy przez te lata pozostały bez zmian, niektóre, rzecz jasna, się zmieniły. Wciąż stoi tam drewniany krzyż postawiony na pamiątkę dawno spalonej osady, wciąż woda jest „żółtawa jak oczy kotów, kiedy na wiosnę żenią się wniebogłosy”, powietrze wciąż pachnie błotem, gnijącymi liśćmi, czarnym bzem i grzybami, tyle tylko, że trawiasty brzeg, gdzie rozbiliśmy nasz obóz, ocieniają dziś gałęzie grabów i olch. Mimo to udało mi się wygrzebać tam osmolony kamień, pozostałość ogniska, na którym w połowie ubiegłego wieku pani Ronzová gotowała gulasz. Kawałek dalej jest las rozdarty przez szkody górnicze, ale koleiny po traktorach, ta trauma, już zarastają. Nagle słyszę rechot żab. Teraz. Pani też?

Okładka czeskiego wydania.
Może, ale wróćmy do książki. Niektóre z tekstów, które się w niej pojawiły, napisał Pan wcześniej i nie były one przeznaczone do publikacji. Co sprawiło, że zmienił Pan zdanie?

To się działo stopniowo. Po ukończeniu szkół harowałem na wsi. Przede wszystkim w latach 60. i 70., kiedy powstało wiele moich literackich manifestów, refleksji, zabaw. Od rana do wieczora pilnowałem ludzi przy pracy, płaciłem im, ale też pasłem krowy, sprzątałem w oborach, nawoziłem pola, pomagałem przy żniwach i sianokosach. Do domu wracałem wykończony. Nie chodziło tylko o zmęczenie fizyczne, odczuwałem też silne przygnębienie, zwłaszcza po nastaniu sowieckiej okupacji. Spisywanie wspomnień z burżuazyjnego dzieciństwa pomagało mi, przenosiło mnie do bardziej gościnnych światów. Wysyłałem później te teksty siostrze Janie do Pragi, by jej przypomnieć niektóre wydarzenia, głównie zabawne. Wtedy nie dało się ich opublikować. Z czasem wiele listów zniknęło gdzieś w pudełkach między szpargałami, o niektórych zapomniałem, niektóre zgubiłem. Mimo to znalazło się ich później tyle, że były tylko dwie opcje: wyrzucić je albo wykorzystać (…).

W swojej książce nawiązuje Pan do filmu Amarcord Federica Felliniego. Czy chciał Pan w ten sposób między innymi uwidocznić podobieństwa pomiędzy rosnącym w siłę włoskim faszyzmem a tym, co działo się po wojnie w Czechosłowacji?

Tak. Amarcord pomógł mi pokazać, że wszystkie reżimy oparte na ideologii usprawiedliwiającej przemoc wyglądają i działają podobnie. Że to odgrywany setki razy ten sam szlagier z głośnym początkiem i haniebnym, zwykle tragicznym zakończeniem. Obawiam się, że ludzie są na takie szlagiery bardzo podatni (…).

Ale powiedziała pani: między innymi, a więc zasugerowała Pani, że nie chodzi tylko o zestawienie dwóch reżimów. I słusznie. Nie popełniłbym nigdy takiego uproszczenia, nie jestem jakimś ideologicznym oświecicielem. Tym, co łączy Amarcord i Dřevnicę są ludzkie momenty – nawet w krajach rządzonych przez tyranów ludzie mają swoje zwykłe cielesne potrzeby, żyją w małym kręgu rodziny i przyjaciół i przyzwyczajają się do udawania przed reżimem. Najwięcej jednak paralel między filmem Felliniego a moją książką pojawia się we fragmentach dotyczących dzieciństwa – wspomnienia z tego okresu płyną przez cały film, jak ten puch w powietrzu. Słowo „puch” zresztą otwiera i zamyka zarówno film, jak i książkę.

W zeszłym roku książka doczekała się też
tłumaczenia na język angielski. Przekładu
dokonał David Short. Wyd. Jantar Publishing.
W Pana dziele czymś bardzo naturalnym są ścisłe, międzypokoleniowe związki rodzinne. Czy myśli Pan, że w dzisiejszych czasach te relacje uległy zmianie?

Trochę tak. Zależy gdzie. Ale ludzie mają potrzebę żyć w rodzinie, a z tym się wiąże tak ścisła relacja kilku pokoleń. Niewiele jest na świecie rzeczy, które przynoszą tyle radości, co przyjacielski związek wnuków i dziadków. Jeżeli nawet się to zmieniło, winić należy wielkie miasta i gigantyczne osiedla, a także rozwój technologii, które ułatwiają życie i czynią je ciekawszym, ale w dłuższej perspektywie przynoszą pustkę. Tomáš Baťa wiedział co robi, kiedy kazał wybudować w Zlínie osiedla rodzinnych domów otoczonych drzewami owocowymi i grządkami.

Z tych samych stron co Pan, mimo że z nieco innego kręgu społecznego, pochodzi również Ludvík Vaculík. Podczas lektury Pana książki często przychodziła mi do głowy Siekiera. Jaki ma Pan stosunek do Vaculíka?

Myślę, że przyjacielski. Bez względu na kręgi społeczne, co stwierdzam z przekąsem. I jemu, i mnie, bliższe są [wywiad opublikowany został w roku 2010, kiedy Vaculík jeszcze żył] kręgi na wodzie lub na pniu drzewa, lub na niebie, gdy po nim kołuje myszołów. Wiemy – i każdy rozsądny człowiek to wie – że należymy przede wszystkim do kręgów przyrody (...). A rodzinne strony mamy, jak Pani zauważyła, wspólne. Każdy prażak od razu po naszej wymowie poznaje, odkáď sme. Przede wszystkim jednak łączy nas śpiewanie. Trzynaście lat temu razem z Sašą Berkovą i Ivanem Binarem po drodze z Karlovych Varów do Pragi założyliśmy chór Wlastenci – taki nietypowy oddział czeskiego PEN klubu. Czasem mam wrażenie, że Ludvík Vaculík jest żywym ucieleśnieniem tamtego krajobrazu. To dla mnie zaszczyt, że Dřevnica przywodzi Pani na myśl Siekierę – bo kiedy ją przeczytałem, pomyślałem, że to książka pisana głównie dla siebie, by dodać sobie otuchy. Jeśli przy okazji sprawił przyjemność kilku czytelnikom, tym lepiej. Właśnie tak się powinno pisać.

***
Antonín Bajaja, Nad piękną, modrą Dřevnicą, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Źródło: Salon, Právo
Tłumaczenie – moje. Fragmenty książki po polsku – w przekładzie Doroty Dobrew.
Dziękuję autorce wywiadu, Terezie Willoughby, oraz redakcji portalu za zgodę na opublikowanie powyższych fragmentów.

Ilustracje:
[1] zdjęcie autora ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl,
[2] okładka czeskiego wydania ze strony wydawnictwa Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz,
[3] okładka brytyjskiego wydania ze strony wydawnictwa Jantar Publishing / www.jantarpublishing.com,
[4] okładka polskiego wydania ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl.