czwartek, 29 grudnia 2011

Nostalgia za światem, którego już nie ma – "W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne", Maja i Jan Łozińscy

Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po stu dwudziestu latach prysły kordony. Nie ma „ich”. Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili...

Tak wyglądało, w słowach Jędrzeja Moraczewskiego, odrodzenie Polski po stu dwudziestu trzech latach niewoli. I ten właśnie okres, kiedy to rzeczywiście zapanował totalny bezład, kiedy rozpoczął się mozolny proces powojennej rekonwalescencji i scalania do tej pory niezależnych od siebie obszarów terytorialnych, niwelowania różnic między nimi, stabilizowania granic i wygaszania konfliktów, opisują na wstępie Maja i Jan Łozińscy w swojej książce. Na kolejnych kilkuset stronach prowadzą nas przez dwadzieścia lat „wielkich porządków” – czas, gdy Polska powstaje i stąpa na chwiejnych jeszcze nogach jak młodziutkie źrebię. Z jak wielkim zapałem i radością jednak do tych porządków przystępowano! Jak wielkie wzruszenie budził powrót do ojczyzny z wygnania, nawet jeśli wszystko jeszcze w tej ojczyźnie tak prowizoryczne i niedopracowane!
Mamert Stankiewicz, niegdyś komandor w carskiej Flocie Bałtyckiej, w Drugiej Rzeczpospolitej współtwórca Szkoły Morskiej w Tczewie i legendarny dowówdca wielu polskich statków, tak wspominał tę chwilę: (…) W pewnej chwili stanąłem poza granicą bolszewicką na ziemi polskiej. Ujrzałem uniform żołnierza polskiego. Byłem niezmiernie wzruszony. Chciałem paść na tę ziemię i podziękować Najwyższemu, że zezwoli, by tułaczka nasza się skończyła i że zdrowi i cali możemy wrócić do siebie. Było jednak dużo ludzi dokoła, przeważnie powracająca z Rosji inteligencja. Wszyscy tak samo głęboko wzruszeni, ale też wszyscy powstrzymujący się od szczerego wyjawienia swoich uczuć.

Z zapałem przystąpiono do likwidowania zniszczeń, odbudowy i rozbudowy własnego państwa. Miasta zmieniały się nie do poznania, jak grzyby po deszczu wyrastały nowoczesne budynki – najlepszy przykład to Gdynia, która w ciągu kilku lat z małej osady rybackiej stała się wielkim, doskonale przystosowanym portem. (Prócz niej zaglądamy także do kilku innych miast, z których mnie, ze względów oczywistych, najbardziej zainteresował Kraków – o tym więcej tutaj). Zapatrzona w kraje Europy zachodniej Polska zaczęła się stroić w pyszne szaty eleganckich restauracji, dancingów, kin, oświetlonych i pięknie przybranych wystaw, jej drogi zaczęły zapełniać automobile – które w naszych stronach były wtedy jeszcze luksusem, na który mało kto mógł sobie pozwolić, i nie było oczywiście mowy o odpowiednio przystosowanych drogach, przepisach drogowych, stacjach benzynowych, których brak, zwłaszcza na Kresach, poważnie ograniczał możliwości zmotoryzowanego podróżowania – a torami kolejowymi mknęły superszybkie pociągi (w tym także słynny Lux-torpeda, który ustanowił do dziś nie pobity rekord czasu przejazdu z Krakowa do Zakopanego).

Lux-torpeda w Zakopanem, 1936 (źródło)
Równocześnie jednak wciąż pielęgnowane były tradycje i zwyczaje, w których i dzięki którym przez ponad sto lat przetrwała polskość. Te fragmenty, w których mowa była o społeczności szlachecko-ziemiańskiej, o legendarnej gościnności wiejskich dworków, o ceremonii przestrzeganej przy przyjmowaniu choćby najmniej znaczących gości, o bogactwie staropolskiej kuchni, stołach uginających się, zwłaszcza w Święta, pod ciężarem jadła, o tradycyjnych polowaniach, formach spędzania wolnego czasu, całym tym leniwym życiu na prowincji, takim jak przed wiekami, jak gdyby czas się zatrzymał, miały dla mnie największy urok (i już mnie kusi W ziemiańskim dworze Mai Łozińskiej, ach, jak kusi!). Wedle wspomnień ambasadora Noëla:
Życie wielkoświatowe w Polsce przypominało cudzoziemcom, którym dane było brać w nim udział, towarzystwo francuskie z XVIII wieku, w tym, co było w nim najlepszego i najbardziej subtelnego. Kobiety odgrywały w nim tę samą rolę co wtedy, spotykało się tu tę dawną uprzejmość, wytworność, subtelność obejścia w połączeniu z istotną prostotą, pozbawioną wszelkiego snobizmu, jaki charakteryzował salony tamtego stulecia. Francuzi znajdowali w tym odblask delikatnego uroku swoich dawnych tradycji.

Ten świat którego już nie ma, dla nas tak egzotyczny! Podobnie – przedwojenne bale, wówczas wciąż jeszcze odbywające się według dziewiętnastowiecznego scenariusza – otwierane polonezem, z karnetami pań, na które wpisywali się chętni, by z nimi zatańczyć, z tradycyjnym wodzirejem i z młodziutkimi dziewczętami strzelającymi spojrzeniami w kierunku przystojnych oficerów, będących atrakcją i ozdobą każdego balu. Nie tylko te miejskie, na których bawiła się sama śmietanka towarzyska, ale i te organizowane na prowincji – jak z opisu Marii Ginter, przypominającym mi trochę te urocze scenki z zabawy w Dwunastu Dębach w przededniu wojny secesyjnej (Przeminęło z wiatrem, rzecz jasna):
Auta i pojazdy konne zajeżdżały jeden po drugim. Wszystkie pokoje gościnne, przygotowane do nocowanie, służyły chwilowo do przebierania. (…) Najbardziej emocjonująca jest ostatnia godzina przed balem. (…) Orkiestra w salonie stroi instrumenty. Lokaje biegają od kuchni do jadalnego, zastawiając stoły. Kucharze na gwałt coś wykańczają, a pomocnice kręcą lody i biją śmietanę. (…) Goście tymczasem przebierają się we fraki i suknie balowe, urywając dzwonki na służbę. Pokojówki biegają od pokoju do pokoju, nie wiedząc komu najpierw coś odprasować czy przyszyć. I wreszcie na dźwięki gongu, którym wodzirej oznajmia rozpoczęcie balu, wszyscy schodzą do salonu. Tańce otwiera polonez. (…) Po kotylionie, (…), był walc figurowy na korcie tenisowym i puszczanie sztucznych ogni. Powrót do salonu wodzirej poprowadził wężem po parku między szpalerem kolorowych lampionów. (…) Zabawa trwała do rana. Ostatni taniec, biały mazur i pożegnania. Podjeżdżające ekwipaże unosiły kolejno rozbawionych gości. Wołania i śmiechy milkły powoli w mgle porannej. Opustoszały, ucichły nagle dwór wydawał się jak umarły.

Z wielkim zainteresowaniem czytałam również o sztuce dwudziestolecia, wolnej wreszcie od męczącej konieczności drążenia tematów patriotycznych i narodowowyzwoleńczych, i zaglądałam za kulisy, pochłaniając niedyskretne opowieści o artystach (na przykład Boyu-Żeleńskim, który, przekornie uprzedzony do kinematografu, takiego wstydu narobił niegdyś w kinie Irenie Krzywickiej, wciąż gubiąc wątek i zadając głośno głupie pytania) czy wielkich osobowościach Polski międzywojennej, jak choćby samym Marszałku Piłsudskim (który mimo że słynął z powściągliwości, ponoć potrafił mocno się wzruszyć losami filmowych bohaterów).

Nietrudno było poczuć tę radosną, łączącą powiew świeżości i nowoczesności z ciepłymi aromatami staropolskich tradycji atmosferę przedwojennej Polski – i nie sposób również uniknąć smutku i nostalgii czytając o tym, jak ten wspaniały rozwój został gwałtownie zatrzymany przez najazd Hitlera i wojnę. Do tego, co tak brutalnie wydarte, powrotu już nigdy nie będzie. Słusznie pisała Monika Żeromska, 1. września 1939 roku obserwując pierwszą powietrzną bitwę: „Wszystko się w tej chwili zmienia. Nasze życie, nasz świat i my już jesteśmy kimś innym, zupełnie niewiadomym”.

Przedwojenny krakowski Kazimierz (źródło)

***
Za książkę (zilustrowaną, o czym trzeba wspomnieć, całym mnóstwem przepięknych zdjęć, które same w sobie stanowią uroczą wędrówkę przez dwadzieścia lat międzywojennej Polski!) dziękuję wydawnictwu PWN.

***
Cytaty: M. Łozińska, J. Łoziński, W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne, wyd. PWN, Warszawa 2011.

piątek, 23 grudnia 2011

O Bożym Narodzeniu, fenomenie Borejków i o pewnej rocznicy

Wszystkie cztery panienki pokładły się na stole i płakały ze śmiechu. Mama i Gabrysia krztusiły się i rechotały na przemian. Jeden tylko ojciec Borejko (który znów zdołał był zapaść w otchłań lektury, zapominając o przyczynie wzburzenia niedoszłej panny młodej) potoczył teraz nieprzytomnym spojrzeniem po twarzach siedmiu swoich ukochanych kobiet, a następnie, odebrawszy ogólne wrażenie radosnego szczebiotu i rozgardiaszu, rzekł, uspokojony:
     - Lubię Gwiazdkę. – I powrócił do czytania.
Małgorzata Musierowicz, Noelka, wyd. Akapit Press, Łódź 1992.

Ja też lubię. Z jej rozgardiaszem, z hałaśliwością pełnego domu, z kolędami, z zapachem mandarynek, świątecznych wypieków, kompotu z suszek, z tym magicznym momentem świecenia lampek choinkowych po raz pierwszy. Już samo to wystarczy, by klimat Świąt uderzył do głowy, ale w ramach wprawiania się w odpowiedni nastrój sięgnęłam jeszcze po zaczytaną Noelkę. I zachwyciłam się! Co to jest, że nawet po latach, nawet kiedy się już jest się może nie takim starym, ale nastoletnie uniesienia ma się już za sobą, Musierowicz dalej bawi i wzrusza? Tyle, że na trochę inne rzeczy zwraca się uwagę. Na przykład marzy się o tym, żeby samemu kiedyś (niedługo?) stworzyć taki dom, jak Borejków. Absolutnie otwarty, ciepły, przyciągający jak wielki magnes, taki, w którym gość nie stanowi niczego niezwykłego i dzięki temu natychmiast czuje się jak u siebie, taki, w którym żadnym problemem nie jest zaproszenie na Wigilię dwóch małych rumuńskich dziewczynek.

W takim domu, w takiej rodzinie Święta naprawdę są magiczne! I takich Wam, Czytelnicy drodzy, z całego serca życzę. Atmosfery, na jaką czeka się cały rok. I wytchnienia od codzienności, bo za szybko w dzisiejszych czasach żyjemy, za dużo mamy na głowie.
Viggo Johansen, Radosne Boże Narodzenie, 1891.
I przy okazji – kilka tygodni temu, tylko, nierozgarnięta, oczywiście to przegapiłam, mój blog miał swoje pierwsze urodziny. Dziękuję Wam za wszystkie ślady, jakie po sobie tutaj zostawiacie, za miłe słowa, ale i za milczące wyrazy uznania. Bo można pisać wyłącznie dla siebie, ale wówczas równie dobrze spełniałoby rolę spisywanie wrażeń w kajeciku i chowanie na dnie szuflady, jakiż byłby sens upubliczniania ich? Każdy pozytywny komentarz jest budujący, a każdy choćby zawiązek dyskusji – cudownie wzbogacający. Mam też nadzieję, że udaje mi się czasem swoimi tekstami Was zaciekawić, rozbawić, skłonić do refleksji. Postaram się na przyszłość dawać z siebie wszystko. Wielkie dzięki raz jeszcze!

sobota, 17 grudnia 2011

O propagandowych wierszykach i bohaterstwie ośmiolatki – „Dumny Bądźżeś”, Irena Dousková

Być dzieckiem, jak powszechnie wiadomo, nie jest łatwo. A co dopiero w warunkach takich, jak kilkuletnia Helenka, bohaterka Dumnego Bądźżesia! Akcja tej powieści toczy się bowiem w Czechosłowacji w latach 70., kiedy to prezydentem został Gustáv Husák, wprowadzając serię reform nazwanych później „normalizacją Husáka”. Aby „zwykłym ludziom” zapewnić „spokój potrzebny do pracy”, rozpoczęto wówczas proces usuwania z życia publicznego osób niewygodnych, podejrzewanych o sympatie antysocjalistyczne.

Za taką osobę uznana zostaje między innymi mama Helenki, aktorka teatralna w niewielkim czeskim mieście (fikcyjnym, z tego co się orientuję), Niczinie. Dziewczynka obserwuje powoli postępujący proces zaszczuwania jej rodzicielki, który nazywa spiskiem; nie rozumiejąc oczywiście przyczyn i konsekwencji tych zmian, pojmuje wszystko z prostotą właściwą dziecku – bezbłędnie identyfikuje czarne charaktery całej sytuacji, dyrektora teatru oraz dawną przyjaciółkę mamy, i w dziecięcej lojalności względem Kasieńki (jak nazywa matkę) pragnie się na nich zemścić. Projektuje nawet morderstwo, który to pomysł wkrótce porzuca, dochodząc do wniosku, że nastręczyłby zbyt dużo problemów (i ostatecznie nie przeważa nawet argument, że w więzieniu mogłaby nieźle schudnąć).

No właśnie, prócz krzywd wyrządzanych jej mamie Helenka ma bowiem mnóstwo innych problemów. Ponieważ jest gruba, a do tego ma inne nazwisko niż jej mamusia (jest bowiem dzieckiem nieślubnym, pół-Żydówką, a jej biologiczny ojciec przebywa w „Niujorku”, przy czym dziewczynka wciąż drży ze strachu, że pewnego dnia przyjedzie i ją zabierze – kolejna troska!), dzieci w szkole się z niej wyśmiewają. Dlatego też woli spędzać czas wśród starszych – w końcu „dorośli nie są tak złośliwi jak dzieci i w ogóle są lepsi” (wielu z nas przed laty, w czasach szkolnych nieprzyjemności, pewnie by się pod tym poglądem podpisało). Wskutek tego przebywania wśród dorosłych Helenka jest dojrzała ponad wiek (a może na odwrót – dlatego, że jest tak dojrzała, czuje się przy nich dobrze?) – lojalnie wobec Kasieńki i jej męża pozbywa się prezentów od prawdziwego ojca (choćby to był przepiękny zestaw pisaków, o którym skrycie marzyła), zmaga się z wyrzutami sumienia po rozdeptaniu kilku ślimaków, wyczuwając, że żadne niewinne stworzenie nie zasługuje na takie traktowanie, i odważnie trwa we wpojonej w domu niechęci do komunistów, mimo całej szkolnej propagandy. Z troskami zaś radzi sobie, przypominając sobie usłyszany niegdyś w szkole wiersz o Dumnym Bądźżesiu – nawet jednak, kiedy jej ideał upada, okazuje się bowiem, że Dumny Bądźżeś to nie jakaś mityczna postać, bohater na miarę jej ukochanego, rycerza Dalibora z Kozojedów, lecz po prostu „dumny bądź, żeś”, przeświadczenie, że musi być dzielna i nie dać się zgnębić, pozostaje. Jest ono bowiem atrybutem Helenki, zostało niemalże wyssane z mlekiem matki.

Na równi jednak z tymi poważnymi kwestiami wśród helenkowych problemów stoi na przykład zawiedziona nadzieja wyjścia na koncert Miluszki Wobornikowej, ulubionej piosenkarki dziewczynki, rozszyfrowywanie tajemniczych napisów na drzwiach toalety, takich jak „Zrób mi to od tyłu”, wymigiwanie się od zjadania duszonego mielonego na szkolnej stołówce, fascynacja Pragą czy niechciane, wyrażające się odrażającym obślinianiem twarzy, zaloty kolegi z Zakopów. Pomijając więc nawet ten efektowny zabieg – niewesoła komunistyczna rzeczywistość z perspektywy dziecka – sam prosty urok dziecięcego pamiętnika jest niewątpliwym walorem tej książeczki. I na tyle, na ile literacki powrót do pierwszych lat życia i właściwego im spojrzenia na świat jest możliwy, wydaje mi się, że Irenie Douskovej świetnie się to udało. A kto przechowuje swoje stare zapiski z dzieciństwa, ten wie, że nic tak nie bawi i wzrusza jak ich ponowna lektura i zderzenie z tym nieskomplikowanym, naiwnym i niewinnym sposobem postrzegania.
Z kurwami ja też miałam kłopoty. W Zakopach przed blokami bawiliśmy się latem z dziećmi i chłopaki ciągle mówili: ty kurwo. Ja tego słowa jeszcze przedtem nie słyszałam, ale podobało mi się, tak że kiedy mnie babcia zawołała z okna na kolację, odpowiedziałam:
- Za chwilkę, proszę, jeszcze nie jestem głodna, ty kurwo.

Na deser jeszcze jeden cytat, z którego niechcący wyszedł Helence rozkoszny truizm i uniwersalna mądrość zarazem (o czym wie chyba każdy, kto choć raz był zakochany):
I pytałam też, co to znaczy na serce, i podobno to jest tak, że serce to najgorsza choroba. Jak ktoś ma serce, to prawie na pewno umrze.
***
Za sprezentowanie mi tej książeczki niniejszym dziękuję Adze P., towarzyszce zmagań studencko-inżynierskich :)

***
I. Dousková, Dumny Bądźżeś, tłum. Joanna Derdowska, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2007.

piątek, 25 listopada 2011

Gorzki teatrzyk małżeństwa – „Sonata Kreutzerowska”, Lew Tołstoj

Książka, której przezornie lepiej nie polecać swojemu narzeczonemu/narzeczonej. Z tak mroczną, przerażającą i beznadziejną wizją małżeństwa jeszcze się chyba w literaturze nie spotkałam! Zresztą według tołstojowskiego bohatera cała ludzka egzystencja może mieć sens tylko pod warunkiem że uznamy za priorytet bezwzględną cielesną czystość i porzucimy złudzenia co do istnienia zjawiska powszechnie zwanego miłością.

Wasię Pozdnyszewa, pasażera pociągu, którym jedzie także narrator Sonaty, ten odwieczny teatrzyk i gra pozorów doprowadziły do stanu, w którym bez większych skrupułów zamordował swą żonę. Spętany seksualną relacją, która przejmuje go wstrętem, ale której nie potrafi się wyzbyć, wpada w szał kiedy dostrzega – a może tylko sobie wmawia? – że i jeden z jego znajomych, muzyk Truchaczewski, odczuwa pociąg względem jego połowicy i próbuje się do niej zbliżyć. Zamiast jednak przelać gorycz i gniew na konkurentna – tak naprawdę wciąż nie mając pewności, czy doszło do zdrady, bazując na własnych mglistych przeczuciach i erotycznym napięciu, jakie wyczuwa podczas wspólnego koncertu Truchaczewskiego i swej żony (kiedy to odgrywają właśnie tytułową Sonatę Kreutzerowską Beethovena) – mści się na kobiecie. Obwinia ją o własne zezwierzęcenie, choć w gruncie rzeczy jedyny problem, jaki ma, to problem z samym sobą.

Wszystko w tej historii wydaje się nierealne – rozmowy szaleńca z żoną, awantury, zabójstwo z zimną krwią... Jak gdyby sam wymyślił sobie to wszystko. Skoro przyjmujemy, że w jego niespokojnej głowie powstać mogła ta niesamowita teoria na temat miłości i małżeństwa, w imię której zabił własną żonę, to czy cała ta opowieść nie mogłaby być wytworem jego fantazji (w końcu jednym z wielu nieprawdopodobnych elementów w tej książce jest fakt, że morderca pozostaje na wolności i opowiada o swych przejściach towarzyszom podróży, zamiast odpokutowywać swą winę na więziennej pryczy)? Może nie tylko nie było żadnej zdrady, ale i nie było żony, a może i sam Pozdnyszew to owoc delirycznej nocy spędzonej na ławce w pociągu?

Tak czy siak, nie ma to znaczenia. Fabuła, trącąca wręcz banałem, to tutaj jedynie szkielet. Zabójstwo bohatera jest tylko wisienką na torcie pewnej wizji życia, ideologii, która stanowi istotę tej książki. Na ile jest to wizja samego autora – trudno stwierdzić. Mimo że w internecie roi się od dyskusji i dociekań na ten temat, ja nie zamierzam wnikać, gdyż z biografią Tołstoja nie jestem zbyt obeznana. Sceptycznie nastawiają mnie jednak do utożsamiania Pozdnyszewa z samym Tołstojem dwie rzeczy.

Po pierwsze – trudno mi uwierzyć, że ten sam człowiek, który tak taktownie i wyrozumiale odmalował dramat Anny Kareniny, hołdowałby tak bezwzględnym poglądom na kobiece plemię (nawet mimo kilkunastu lat dzielących daty powstania tych dwóch dzieł). Po drugie – myślę, że człowiekowi na poważnie patrzącemu w ten sposób na świat byłoby po prostu bardzo trudno na tym świecie wytrzymać. O ile nietrudno poprzeć święte oburzenie Pozdnyszewa, kiedy opowiada o wychowaniu seksualnym chłopców z dobrych domów, opierającym się na zaleceniach jak najczęstszych kontaktów fizycznych z kobietami, także w burdelach (bo to ponoć „dobre dla zdrowia”), o tyle już daleko idące wnioski, jakie potem wysnuwa – że ludzkość osiągnąć może pełnię szczęścia tylko odżegnując się zupełnie od fizycznego pożądania i obalając społeczny porządek nakazujący małżeństwo i płodzenie dzieci, w której to zabawie tak naprawdę chodzi tylko i wyłącznie o seks –  są zupełnie kosmiczne. Brzmi jak bredzenie frustrata, który nie spotkał po prostu odpowiedniej dla siebie kobiety – bo czy odpowiednią można nazwać taką, z którą już przed ślubem nie ma o czym rozmawiać? Pozdnyszew twierdzi co prawda, że teoria jego nie opiera się tylko na własnych doświadczeniach, ale perypetiach znajomych, jednak jedyne dopuszczane przeze mnie w tym wypadku wyjaśnienie, to że jego znajomi również mieli pecha. Widać niezbyt fortunne kryteria doboru towarzyszek życia były wówczas problemem powszechnym.

Wynurzenia tołstojowskiego bohatera dla mnie pozostają więc ciekawostką, i rewolucji w postrzeganiu świata nie wywołały, jednak z pewnością dają do myślenia. Warto czasem przyjąć na moment punkt widzenia proponowany w czytanej książce, nawet najbardziej absurdalny i egzotyczny, choćby po to, by powrócić do własnego z tym większym przekonaniem o jego słuszności.

W związku z Sonatą Kreutzerowską zachęcam do zapoznania się z treścią dyskusji w Klubie Czytelniczym Ani. Ja się tym razem mocno spóźniłam (zresztą i kolejna lektura Klubu przeszła mi właśnie koło nosa), i mam wrażenie, że nie pozostało już nic do dodania, ale poczytać warto, bo padło wiele ciekawych i inspirujących uwag na temat dzieła Tołstoja.

***
L. Tołstoj, Sonata Kreutzerowska, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1987.

sobota, 19 listopada 2011

Beduińska nostalgia przybyszki – „Żona Beduina”, Marguerite van Geldermalsen

Kiedy zaczęłam czytać tę autobiograficzną powieść o dwudziestu czterech latach spędzonych w jordańskiej jaskini u boku męża-Beduina, pomyślałam sobie, że 22-letnia Marguerite van Geldermalsen była kobietą bardzo lekkomyślną. Z pierwszych stron tej książki wyłania się obraz dziewczęcia z przysłowiowym „fiubździu” w głowie, odważnej odwagą graniczącą z głupotą, szukającej przygód i wrażeń bez względu na konsekwencje. Wraz ze swą towarzyszką wyprawy – która to wyprawa miała być tylko epizodem w jej życiu, barwnym wspomnieniem przywoływanym po latach jako szaleństwo młodości – beztrosko zgodziła się przenocować w jaskini u człowieka widzianego po raz pierwszy w życiu, a później bez dłuższego zastanowienia, po niecałych trzech miesiącach znajomości, wyszła za niego za mąż.

Dopiero po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że może niekoniecznie ta relacja świadczy o bezmyślności i emocjonalnej niedojrzałości autorki. Przecież trwała wiernie i niezmiennie w tym związku przez tyle lat, aż do śmierci męża, mimo niewygód i szoku kulturowego, jaki musiała przeżyć stając się członkinią beduińskiej społeczności. To nie sama Marguerite, a raczej jej sposób opowiadania jest pozbawiony większych emocji, co chwilami drażniło. Narracja bywała przez to sucha i ciężka do przełknięcia. Kiedy indziej jednak wywierało to na mnie zupełnie inne wrażenie – myślałam sobie, że taka wizja miłości, bez fajerwerków, burz, rozstań i powrotów, jakimi zarzucają nas współczesne love story, a opowiedziana językiem zwykłych codziennych zdarzeń, bardziej przypominająca nieoczekiwane przybycie starego przyjaciela, jest piękna. Tylko spokojne oddanie i czysta radość z bycia razem, i te sporadyczne, w tej powieści niby ukradkiem przemycane wyrazy czułości.
Gdy zbliżyliśmy się do Gasr al-Bint, rzucił się na nas tłum dziennikarzy i reporterów. (...) Kiedy jeden z nich zapytał, podnosząc ręce w górę i wskazując świątynię i błękitne niebo:
- Proszę nam powiedzieć, co sprawiło, że zamieszkała pani tutaj w starożytnym mieście, wśród przepięknych gór? – miałam gotową odpowiedź.
Spojrzałam na przystojnego Muhammada, idącego tuż obok mnie i odpowiedziałam bez wahania:
- On.

Druga rzecz, która spodobała mi się w tej książce to ładnie zarysowany w tle proces zmian, jakim podlega społeczność Beduinów w okresie gdy Marguerite staje się jej częścią – przeprowadzka z jaskiń do murowanego osiedla, przyswojenie nowinek technologicznych (na czele z elektrycznością, jakkolwiek kuriozalnie to brzmi), komputerów i internetu (o czym autorka wspomina już w Epilogu). Ogólnie rzecz biorąc – wkroczenie cywilizacji. Marguerite odmalowuje Beduinów, krewnych i przyjaciół swojego Muhammada, jako zaciekawionych nowymi możliwościami, jakie się przed nimi roztaczają, i podnieconych opcją życia w stylu zachodnim (zresztą sam Muhammad posiada ten rys – mimo że jego małżonka wcale się nie skarży i o nic nie prosi, ten z zapałem udoskonala ich jaskinię, wprowadzając udogodnienia podpatrzone w czasie wizyty w Nowej Zelandii). Ona sama jednak, choć jest mimo wszystko wciąż przybyszką – a może właśnie dlatego? – zdaje się odczuwać pewną nostalgię za dawnym światem, prymitywnym, ale za to bardziej sprzyjającym więziom międzyludzkim i czerpaniu radości z prostych uroków życia. Zastanawia się nawet, czy nie mogliby pozostać w swojej jaskini, mimo że wszyscy inni przeprowadzają się do nowego osiedla, Muhammad przekonuje ją jednak słowami: „Nie warto wchodzić do raju, gdzie nie ma ludzi”.

Marguerite van Geldermalsen (Źródło)
Niestety jednak ja odczułam podczas lektury, że autorka nie zajmuje się zawodowo pisaniem i że wcześniej nie próbowała swoich sił w tym fachu (choć, z tego co wyczytałam, jakieś lekcje pisania brała). Chronologia jest tu zachowana, jednak Żona Beduina przypomina momentami, zwłaszcza pod koniec, zbiór krótkich notatek bez ładu i składu. Ponadto sposób opowiadania – co pewnie wiąże się z tym brakiem emocji, o którym wspominałam – jest mało porywający i niespecjalnie rozumiem zapewnienia, że to bardzo wciągająca książka, których wszędzie pełno. O ile początek, wyjaśnienie jak to się właściwie stało że Marguerite znalazła się w Petrze, czytałam jeszcze z zaciekawieniem, o tyle wiele stron opisujących jej życie wśród Beduinów już mnie znużyło.

Doszłam w ten sposób do wniosku, że jednak niespecjalnie przepadam za tego typu literaturą wspomnieniową w wydaniu nie-pisarzy. A może zbyt się zrobiłam wybredna przez to zaczytywanie się w klasykach? Historie tego typu są często ciekawe, tak jak w tym przypadku, ale pozostaje jakiś niedosyt, takie „można to było lepiej napisać”. Myślę jednak, że Żonę Beduina ze względu na inne walory mogę polecić. Zwłaszcza, jeśli ktoś lubi takie literackie, międzykulturowe podróże po świecie.

Aha, a Marguerite, mimo że po śmierci Muhammada spędziła jakiś czas w Sydney, wróciła w końcu do Petry. Gdyby ktoś się wybierał w te okolice, można ją spotkać w jej sklepiku z pamiątkami i poprosić o autograf :)

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu PWN.

***
M. van Geldermalsen, Żona Beduina, wyd. Imprint, Warszawa 2006.

wtorek, 1 listopada 2011

Szukając odpowiedzi w głębi Boskiej Flaszy – François Rabelais, „Gargantua i Pantagruel”

By pokazać, że jeszcze żyję i o blogu pamiętam – oraz jako wstęp do mojego tekstu, który ukaże się w kolejnym Archipelagu w ramach tematu przewodniego – napiszę dziś krótko o pewnym XVI-wiecznym dziele, które wstrząsnęło ówczesną Francją i do dziś budzi spore kontrowersje.

Kojarzycie przymiotnik „gargantuiczny”? Pewnie wiele osób tak, tymczasem nie wszyscy wiedzą, że pochodzi on od imienia Gargantui, olbrzyma z królewskiego rodu, powołanego do życia przez Françoisa Rabelais'go na kartach dzieła, które mam na myśli – Gargantui i Pantagruela. Od Pantagruela z kolei wziął się „pantagruelizm” – radosna i beztroska ideologia opierająca się na życzliwości, otwartości, śmiechu – „prawdziwym królestwie człowieka”, pełnej akceptacji własnej cielesności, umiłowaniu biesiady i ludzkiego towarzystwa, odrzuceniu wszelkiej hipokryzji i wysławianiu Boga (którego wspaniałym dziełem jest przecież i nasze ciało, należy więc oddać mu należną mu cześć). Kiedy kilka dni temu po raz drugi zakończyłam lekturę Gargantui i Pantagruela, zakochałam się w tych księgach na nowo i pomyślałam, że niczego tak bardzo nie pragnę, jak stać się rasową pantagruelistką.

Jak się to wszystko zaczęło? Rabelais, prócz tego że był duchownym i uczonym, parał się także sztuką medyczną. Ponieważ jednak do swoich obowiązków jako lekarz podchodził bardzo beztrosko, przebywając w Lyonie stracił posadę w szpitalu i musiał szukać innych źródeł zarobku. Dostał wówczas zlecenie od pewnego księgarza, polegające na napisaniu kontynuacji uciesznej opowiastki o olbrzymie Gargantui, która robiła wtedy zawrotną furorę na rynku wydawniczym. Zlecenie przyjął, spłodził kontynuację – i dużo więcej, bo stała się ona pierwszą z pięciu ksiąg jego największego dzieła, pisanego ostatecznie w ciągu ponad dwudziestu lat i dojrzewającego wraz z autorem.

Pierwsza księga opowiada losy króla-olbrzyma Gargantui, zaś pozostałe cztery to przygody jego syna Pantagruela. Gargantuę poznajemy jako rozpuszczonego bachorka i nieuka, który jednak, wyzwolony spod szkodliwych wpływów pustogłowych nauczycieli-sorbonistów, trafiwszy w ręce odpowiedniego opiekuna, przeradza się we wzór cnoty, elokwencji i odwagi i na koniec bohatersko służy ojcu wraz ze swymi kompanami w wojnie przeciwko Lerneńczykom. Jeśli zaś chodzi o część opowieści poświęconą Pantagruelowi, dominuje w niej postać jego przyjaciela Panurga – bawidamka, chwalipięty, opoja i tchórza, który, pragnąc się dowiedzieć, czy jeśli wstąpi w związek małżeński, żona przyprawi mu rogi, wyprawia się wraz z Pantagruelem i resztą ich towarzyszy w daleką podróż do sławnej wyroczni, Boskiej Flaszy (czyli po prostu wielkiej butelki).

Rabelais nie przebiera w słowach i niejednokrotnie naraża swych czytelników na niesmak. Jego bohaterowie pierdzą, srają, szczają, i rzygają, fajdają ze strachu w pludry, nie krępują się poprosić wprost damę o mieszkanie dla ich „Kuby Skoczka” i radośnie opowiadają sobie historie o zakonnicach obracanych przez żywotnych mnichów. Do tego w wielu fragmentach można się doszukać niechęci dla kobiecego rodu, który według Rabelais'go jest niestały, kłamliwy i rozpustny. Na pewno więc nie wszystkim te księgi przypadną do gustu. Przy tym wszystkim tyle jednak w nich nieskrępowanej radości życia, tyle komizmu, choć niewybrednego i nie raz rumieniec na twarz przywołującego, tyle rozmachu, tyle barw i ciepła, i tyle cudownej lekkości pióra, że – w moim przypadku przynajmniej – ciężko było się nie uśmiechnąć. Do tego dochodzi całe to „drugie dno”, błyskotliwe aluzje do ówczesnej sytuacji w kraju i na świecie, wyczerpująco tłumaczone w przypisach przez tłumacza – niesamowitego Boya-Żeleńskiego, który po raz kolejny odwalił tutaj kawał solidnej roboty.

Ja polecam. Zwłaszcza tym, którzy spodziewają się przykurzonego i mocno przeterminowanego, ciężkostrawnego tomiszcza. Ja podeszłam do tej lektury bez uprzedzeń, bo za sprawą mistrza Hrabala, któremu wiedziałam, że mogę zaufać. Jeśli ktoś nie zawaha się zaufać mnie – to mam nadzieję, że się nie zawiedzie i zasili szeregi pantagruelistów :)

***
F. Rabelais, Gargantua i Pantagruel, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988.

***
Na koniec – trochę już późno, ale zachęcam do lektury artykułu Sol o blogowaniu i blogerach, do którego dorzuciłam swoją cegiełkę. Moim zdaniem wyszedł z tego bardzo interesujący i wyczerpująco podchodzący do tematu tekst.

środa, 19 października 2011

Archipelag nr 6


Z wielką przyjemnością informuję, że jesienny numer Archipelagu jest już do pobrania ze strony czasopisma. Tym razem motywem przewodnim jest Tożsamość. Zależało nam na możliwie jak najszerszym ujęciu tematu, więc serwujemy intrygującą mieszankę – jest i o tożsamości w społeczeństwach wielokulturowych, i o Górnoślązakach, Polakach współcześnie, Farerach, Żydach, i o pisarkach piszących pod pseudonimami, i o – tu moje pięć groszy – utracie tożsamości w kontekście amnezji oraz o tożsamości człowieka we współczesnym, zakłamanym świecie według Milana Kundery.

Prócz tego stałe rubryki i tu też smakowitości, że palce lizać! Między innymi bardzo ciekawy wywiad z Leilą Aboulelą, sławni pisarze "od kuchni" – wgląd w ich pisarskie zwyczaje, i o literacko-filmowym spotkaniu Trzech muszkieterów Dumasa, Klubu Dumas Pérez-Reverte'a oraz Dziewiątych wrót w reżyserii Polańskiego (o dwóch pierwszych pisałam u siebie na blogu, film wciąż mam w planach, niemniej tekst Renaty Borowiak bardzo polecam).

Ostrzegam tylko lojalnie, że lektura tego numeru – zresztą nie tylko tego – grozi gwałtownym poszerzeniem listy "must read" i "must see", czego doświadczyłam na sobie już po samym przejrzeniu zawartości. A w ogóle to może i jestem nieobiektywna, ale naprawdę czuję i widzę, że z każdym kolejnym numerem Archipelag staje się lepszy, piękniejszy, ciekawszy.

Każdego, kto mój zachwyt podziela, zapraszam do głosowania na nasz magazyn w boju o  Papierowy Ekran. I życzę Wam samych pozytywnych wrażeń z lektury jesiennego numeru!

Jeszcze jedno – zapraszamy do współpracy każdego, kto miałby dla nas ochotę jakiś tekścik spłodzić. Pod moją opieką znajdują się obecnie rubryki Subiektywny punkt widzenia – czyli twory felietonopodobne – oraz Wokół książki – czyli praktycznie wszystko, co z książkami związane. Chętnych z ciekawymi pomysłami gorąco zapraszam!

czwartek, 29 września 2011

Opowieści z pogrążonego w agonii świata - "Taksim", Andrzej Stasiuk

Taksim to wyjątkowo bogata książka. Mnogość problemów, które zostały w niej poruszone, wizja pogrążającego się w tandecie, znikającego pod warstwą śmieci świata, specyfika małego miasteczka gdzieś z dala od wszystkiego, gdzie nigdy nic się nie zmienia, samotność, przyjaźń, pragnienie ruchu, zmian, przyjemność, jaką dają wędrówki w czasie i przestrzeni, nawet jeśli – a może właśnie dlatego że – są one w gruncie rzeczy bezustannym uciekaniem... Nie chcę się jednak na ten temat rozpisywać, bo niemal wszystko zostało już gdzie indziej powiedziane, a czuję, że nie potrafiłabym piękniej, mądrzej, błyskotliwiej. Nie będzie to więc typowa recenzja.

W szarym, powoli umierającym świecie Stasiuka jest kilka wyrw. Kilka światełek w tunelu, które świecą najjaśniej w końcówce, w dzielnicy Taksim. Czemu ten stambulski plac, który pojawił się dopiero na ostatnich kilku stronach, dał tytuł całej książce? Właśnie dlatego, że tam zostaje odnaleziony sens, stały grunt pośrodku grzęzawiska apokaliptycznych czasów, to, czego warto się jeszcze trzymać. Taksim to gorzka pigułka, ale przykry posmak neutralizuje słodycz zakończenia.

Wracając do światełek w tunelu – jednym z nich wydaje się sam Władek, towarzysz handlowych podróży narratora po Europie Wschodniej. To głównie na tej wspaniałej postaci chciałam się skupić, na tym gawędziarzu, entuzjaście, wszędobylskim, tym, który jest „trochę jak Szwejk, trochę jak Szeherezada” – wedle słów samego Stasiuka.

Władek jest opowiadaczem. Bezustannie zapatrzony w przeszłość, opowiada świat, który już nie istnieje, jakby to wczoraj było jego prawdziwym życiem, nie dzisiaj. Musi mówić, staje się przez mówienie, przez zakrapiane wódką i osnute papierosowym dymem bezustanne gawędzenie, przez swoje zabawne, przerażające, smutne historie. Prawdziwe, albo i zmyślone - „bo to było nawet lepsze od prawdy”.
Jak nie gadał, to był martwy. Chwilami miałem wrażenie, że żył tylko po to, żeby to swoje życie potem komuś opowiadać.
Ale umie też słuchać. Zna wszystkich i wszyscy jego znają. Zawsze wie co powiedzieć, by zaskarbić sobie ludzką sympatię, z każdym potrafi się dogadać, dba o innych i jest wrażliwy na cudzy los.
A może było tak, że przyciągał ludzi i zdarzenia, jak magnes przyciąga opiłki? Że jego życie to był wir, który wciąga inne życia? Tak sobie czasem myślałem. Ale w gruncie rzeczy to on był po prostu zwyczajnym kolesiem, który nie robi problemu, że cudze życie zachodzi na jego. (...) Nie odmawiał światu ani ludziom, ponieważ nie było w nim podejrzliwości.
Ta naiwność, ten dziecięcy prawie zapał dla nowości, po części go zgubił – a po części uratował. To zawiła gra przypadków, jedna z tych, które ostatnio sama z zapałem śledzę w życiach cudzych i swoim. Gdyby nie ten zapał, nie poznałby Siwego i nie wszedł z nim w interes; nie poznałby również Evy, ale to właśnie Siwy okazał się tym, który, w swoich błyszczących laczkach, ze swoim biczykiem i miną pana i władcy stoi na drodze do ich wspólnego szczęścia.

Władek wie, że to miłość jest prawdziwą ucieczką od smutku rozpadającego się świata, wiecznie poszukiwanym stałym gruntem, sensem. Decyduje się więc na ostateczne rozwiązanie, porywa się na szaleńczy czyn dla swojej Evy, dla tej zaspanej świętej w tandetnych jaskrawych sweterkach, która tak mi przypominała hrabalowską Jarmilkę.

Lubię taką „gadaną” prozę. Mimo w tym wypadku fragmentarycznego stylu, za czym akurat nie przepadam. Wersja Stasiuka jest dynamiczna, ale i statyczna zarazem, mnóstwo to ruchu i płynięcia, jednak w gruncie rzeczy po przekraczaniu kolejnych granic – tych w czasie czy przestrzeni – niewiele się zmienia. Wszędzie szarość, bieda, pustka zapełniana kolorowymi, tandetnymi złudzeniami. I tylko te światełka w tunelu. Choćby to był po prostu kot, który czeka, by go nakarmić.

***
A. Stasiuk, Taksim, wyd. Czarne, Wołowiec 2009.

sobota, 24 września 2011

Słodko-gorzki smak przeszłości – „Stambuł. Wspomnienia i miasto”, Orhan Pamuk

Pozazdrościłam komuś, kto się aktualnie rozbija po świecie i zahaczył o Stambuł między innymi, i zaczęła mnie nęcić literacka podróż w tamte strony, gdzie czytelniczo do tej pory było mi jakoś nie po drodze. A że Stambuł Pamuka i tak miałam w planach, bo trochę dobrego o nim słyszałam, zaś takie sentymentalne powroty do dzieciństwa wprost uwielbiam, zachęcać mnie nie trzeba było...

Ta książka jest trochę jak spacer z autorem po jego mieście. Przemierzamy razem z nim zaniedbane stambulskie uliczki, siedzimy nad Bosforem, obserwujemy statki, chłoniemy melancholię malowniczych przedmieść, słuchając przy tym historii jego dzieciństwa – niespokojnego, ale ostatecznie uznanego za szczęśliwe – i młodości, ze wszystkimi jej nadziejami i rozczarowaniami. Wbrew pozorom nie jest to jednak ani osobista opowieść przyozdobiona miejskimi widoczkami, ani przewodnik okraszony wspomnieniami autora. Życie Pamuka jest nierozerwalnie związane ze Stambułem – pisze „los Stambułu to mój los” – podobnie jak w przypadku wszystkich, według autora, mieszkańców dawnego Konstantynopola.
Wszystkie słowa wypowiedziane przez nas na temat naszego miasta, jego duszy i racji istnienia, będą w istocie opowieścią o naszym życiu. Jedynym centrum miasta jesteśmy bowiem my sami.
Budując ten portret Stambułu Pamuk nie opiera się wyłącznie na własnych obserwacjach. Przywołuje opisy historyczne, pokazuje stare ryciny i zdjęcia, opowiada o pisarzach podobnie jak on zrośniętych z tym miastem, którzy za cel postawili sobie utrwalenie jego piękna i atmosfery (spośród nich najciekawszy moim zdaniem to Reşat Ekrem Koçu; poświęcił on życie tworzeniu Encyklopedii stambulskiej, która ostatecznie przybrała kształt gabinetu osobliwości, niezwykle obszernego zbioru opowieści i anegdot ze Stambułem w tle, wygrzebanych wśród gazet, dokumentów i przykurzonych książek). Cytuje jednak również wypowiedzi przybyszów z Zachodu, takich jak Flaubert i Gautier, uważa bowiem, że ich dystans, świeżość ich spojrzenia jest konieczna przy tworzeniu pełnego, wielowymiarowego obrazu miasta. Dzięki różnorodności źródeł, z których autor czerpie opowiadając o Stambule, otrzymujemy niezwykle soczysty, bogaty opis.

Właściwy tylko Stambułowi nastrój, melancholię, którą przesiąka do głębi życie każdego stambułczyka, a która korzenie swoje ma w smutnej historii tego miasta, we wspomnieniu jego dawnej świetności, autor określa jako hüzün i poświęca temu zjawisku cały obszerny rozdział. Hüzün jest niedostrzegalny dla nowo przybyłego, ale
Kiedy dobrze poznamy to uczucie, dostrzeżemy naznaczone nim widoki, zakątki i ludzi. A potem stanie się dla nas czymś oczywistym, jak mgła, która delikatnie drży nad wodami Bosforu, kiedy w mroźne zimowe poranki nagle wychodzi słońce.
Zadziwiające jest, jak głęboko sięga ta melancholia – według autora nawet sposób ubierania się mieszkańców Stambułu to sprawka hüzün. Podobnie – nieustanne bójki Pamuka z bratem:
Tak samo jak podczas lekcji zgłaszaliśmy się do odpowiedzi, sądząc, że w ten sposób manifestujemy naszą mądrość i odrębność od reszty; za wszelką cenę chcieliśmy pokonać i zmiażdżyć przeciwnika, by odeprzeć strach czający się w najmroczniejszym kącie naszej duszy – smutek i przygnębienie z powodu losu, jaki został pisany Stambułowi, a więc także i nam.
Stambuł to niesamowicie osobista książka. Sprawia wręcz wrażenie rozrachunku z samym sobą, jest próbą uporządkowania wspomnień i krytycznego spojrzenia na własną przeszłość. Pamuk szczerze opowiada o swoim dzieciństwie, o podwójnym życiu swego ojca, kłótniach rodziców, o nieco pogardliwym stosunku własnej rodziny do religii („utożsamialiśmy pobożność z marnym statusem materialnym”), trudnościach z rozmową na poważne tematy i zakłamaniu rażącym nieoswojonego jeszcze z prawami, jakimi rządzi się świat dorosłych chłopca. Wreszcie wspomina swoją pierwszą miłość, która rozbudziła, a następnie – w obliczu niespełnienia – zabiła w nim ambicje malarza, oraz burzliwe rozmowy z matką, której pragnienie, by jej syn zdobył solidny zawód i wiódł spokojne, pozbawione ekscesów życie (jak sułtan Orhan, na którego cześć przyszłemu nobliście nadano takie imię) kolidowało z jego aspiracjami artystycznymi. Niesamowite wrażenie robi przy tym ostatni rozdział – burza w duszy wchodzącego w dorosłość Orhana i mocne „Zostanę pisarzem”, niczym kropka nad i.

Mały Orhan Pamuk z rodzicami i bratem
Dzięki tej lekturze przekonałam się też, że szalenie lubię lokalny patriotyzm. Przypomina mi się przytoczona w Stambule anegdota, jak to Dostojewski pojechał do Genewy i uznał wszystkich jej mieszkańców za idiotów, bo o wszystkim, co związane z ich miastem mówili jakby był to mały cud. Z miejsca pokochałam genewczyków z tej opowieści! Pamuk co prawda nie jest w swojej miłości dla Stambułu zupełnie bezkrytyczny, pisze też o wszystkim, co mu się w tym mieście nie podoba, i przyznaje, że czasem go nienawidzi. To jednak dodaje temu przywiązaniu autentyzmu. Dlatego tą książką Pamuk niezwykle u mnie zapunktował, nie tylko jako pisarz, ale i jako człowiek.

***
O. Pamuk, Stambuł, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.

czwartek, 22 września 2011

Jedną nogą w świecie snów - "Tango raz jeszcze", Julio Cortázar

Kiedyś w pięknych i beztroskich czasach licealnych na lekcji języka polskiego miałam okazję przeczytać ciekawe i bardzo pomysłowe opowiadanie. Jego bohater czyta powieść, w której opisano, jak pewien mężczyzna zmierza do czyjegoś domu, do czyjegoś pokoju, by dokonać zabójstwa. Końcówka odsłania zaskakującą prawdę – to właśnie ów bohater jest planowaną ofiarą „książkowego” zabójcy i w momencie gdy pada ostatnie zdanie, szaleniec ze sztyletem wbiega do pokoju. Historia w historii, szkatułka w szkatułce, rosyjska matrioszka. Ten utwór, który zrobił na mnie spore wrażenie, nosił tytuł Ciągłość parków, zaś jego autorem był Julio Cortázar, z którego nazwiskiem spotkałam się wtedy po raz pierwszy.

To było około sześć lat temu. Musiało minąć te sześć lat, żebym zapoznała się z innymi opowiadaniami Cortázara, a i o tym zadecydował właściwie przypadek (ten sam zresztą, który na mojej drodze postawił wreszcie Vonneguta). Po drodze była Gra w klasy, ale do opowiadań jakoś przez całe te sześć lat nie dotarłam, choć zamiar taki siedział przez cały czas gdzieś w ciemnych zakamarkach świadomości.

Te ze zbiorku Tango raz jeszcze przypominają to pierwsze, pamiętne. Cortázar sam ponoć przyznał, że fabuła wielu jego opowiadań wywodzi się ze snów, i to widać, dlatego określenie „oniryczne” opisuje je chyba najlepiej. Swobodnie łączą elementy realne i namacalne z tym, co zmyślone, sprzeczne z rozsądkiem, jakby wyjęte wprost ze snu, zaś do zespolenia tych dwóch światów dochodzi często w zakończeniu, gdzie zabieg ten wytrąca czytelnika z równowagi i każe mu zrewidować zupełnie swój dotychczasowy pogląd na opowiedzianą historię. Efekt jest świetny – taki mocny, niepokojący akcent w końcówce zawsze uważałam za wyznacznik dobrze skonstruowanego opowiadania.

Inna sprawa, że momentami narracja staje się aż drażniąco niejasna, jak na przykład w ostatnim opowiadaniu, Wstęga Moebiusa, gdzie opisy stanu ducha bohaterki były dla mnie zupełnie nie do ogarnięcia... Ale może to tylko mnie ostatnio wyjątkowo męczą zawiłości i niedopowiedzenia, może jestem aktualnie w nastroju czytelniczym pt. „Podaj mi wszystko na tacy”. Jeśli ktoś lubi tego typu oniryczne klimaty – i sprawnie napisane opowiadania, które, jak wiadomo, zasługują być może na większy nawet podziw niż sprawnie napisane powieści – to pewnie mu ten zbiór przypadnie do gustu.

Na szczególną uwagę zasługuje Clone, głównie ze względu na oryginalny pomysł, szczegółowo objaśniony przez autora w dodatkowej notatce. Całe opowiadanie opiera się na formie utworu muzycznego, Musikalisches Opfer Bacha. Bohaterowie opowiadania to ósemka śpiewaków, tworzących skomplikowaną sieć towarzyską, każdy z nich zaś odpowiada pewnemu instrumentowi, i tak jak w kolejnych częściach Musikalisches Opfer współgrają ze sobą określone instrumenty, tak w analogicznych fragmentach opowiadania biorą udział utożsamiający je bohaterowie, a wszystko zmierza do finału, w którym pojawiają się wszyscy z wyjątkiem jednego. Bardzo ciekawa koncepcja, a do tego przyjemnie się czytało te pełne zapału wywody Cortázara.  Pisarska pasja aż kipi.

I jeszcze jedno opowiadanie, które polecam, tym razem nie ze względu na jakieś rzucające się w oczy walory artystyczne czy arcyciekawe pomysły konstrukcyjne, ale dlatego, że jest po prostu ładne – W orbicie kotów. Urocze poszukiwania prawdziwej twarzy ukochanej, budowanie tego wizerunku z gromadzonych cierpliwie okruchów codzienności, i ostateczne uświadomienie sobie daremności tych wysiłków w obliczu tajemniczej więzi Alany i Ozyrysa – kobiety i kota.

Julio Cortázar

***
J. Cortázar, Tango raz jeszcze, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983.

sobota, 17 września 2011

Notatki z kilku lekcji w szkółce zachwytu Hrabala

Bohumila Hrabala czytelnikom tego bloga zapewne przedstawiać nie muszę. Dla formalności jednak, tytułem wstępu: Rodzony Czech, piwosz, niezrównany gawędziarz, piewca zachwytu (z zachwycania się uczynił sens swojego życia), wielbiciel kotów, człowiek ze "starych czasów" z upodobaniem zaglądający w przeszłość. Dla mnie jest to postać o tyle szczególna, że – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – to właśnie on nauczył mnie patrzeć na świat tak, jak to robię w tej chwili. Poniżej – krótkie zestawienie lektur, które złożyły się na moją dotychczasową edukację.

Zacznę od tej pierwszej i zarazem najdroższej – Takiej pięknej żałoby. Ta książka to rodzaj albumu wspomnień – obrazów, zapachów, dźwięków – zapamiętanych z dzieciństwa, spędzonego przez Hrabala w małym czeskim miasteczku Nymburk. Pisarz był nieślubnym dzieckiem i ochrzczony został nazwiskiem panieńskim matki, jednak już po jego urodzeniu jego rodzicielka wyszła za mąż za Františka Hrabala, i to ten człowiek pojawia się we wszystkich utworach pisarza jako ojciec.

Rodzina osiedliła się w nymburskim browarze, którego František został zarządcą, zaś po pewnym czasie przybył i zamieszkał z nimi – choć stale zarzekał się, że on tylko z wizytą, tylko na chwilę – brat ojczyma Hrabala, sławny stryj Pepin. To właśnie stryj, jowialny, wiecznie skory do bitki i popitki, co wieczór wybierający się do miasteczka na spotkanie z pięknymi panienkami i witany przy tym pozdrowieniami i uśmiechami z okien niczym król – stał się centralną postacią całej twórczości Hrabala, narratorem Lekcji tańca dla starszych i zaawansowanych, autorem pamiętnego stwierdzenia Ten świat jest piękny do obłędu. Nie, żeby taki był, ale ja go takim widzę, w którym zamyka się właściwie cała życiowa filozofia czeskiego pisarza. Zaryzykuję stwierdzenie, że bez stryja Pepina Hrabala by nie było – a przynajmniej nie takiego, jakim go znamy.

Ojczym (ojciec) Hrabala, choć zupełne przeciwieństwo swojego brata, był jednak również dla pisarza postacią istotną. Tu pojawia się nerwowo pogryzając suchy chleb i popijając go kawą z garnuszka lub szukając ochotników do potrzymania mu śrubek, gdy jak co sobota będzie rozmontowywał swojego Oriona – i tak, jak na widok stryja Pepina okna się otwierają i zewsząd ukazują się roześmiane twarze, tak przejściu ojca towarzyszy gorączkowe zamykanie okien i drzwi, pustka i cisza jak makiem zasiał, bo nikt nie chce zostać zatrzymany na całą noc ze śrubkami w rękach i oskarżony potem przez żonę o włóczenie się po burdelach.

A matka? Matka (której Hrabal oddał hołd osobną książką – Postrzyżynami) to śmieszka o niespełnionych ambicjach aktorskich, zwariowana, wszystko robiąca z pasją, w środku nocy wcinająca słone kotlety ze świeżo zarżniętej świni i duszkiem wychylająca kolejne kufle piwa, taka, jak się czasem skarżył pisarz, bardziej starsza siostra niż mama... Są i inni, mieszkańcy miasteczka obserwowani przez małego Hrabala spod sklepiku pana Rehra ze skórami, gdzie nikt się nie zapuszcza, bo skóry brzydko pachną – a jeśli już ktoś się tam zjawia, to wiadomo, że tatuś Hrabala jest w pobliżu i szuka nowych ofiar do trzymania śrubek – więc chłopiec może sobie tam w spokoju siedzieć i chłonąć wszystko co widzi, po to by to tak pięknie odtworzyć po latach na kartach tej książki.

Taka piękna żałoba już od pierwszej historyjki o chłopcu, który chciał, by mu wytatuowano na piersi piękny stateczek, a zamiast tego, wskutek złośliwego figla, skończył z wizerunkiem półnagiej syrenki, sprawiła, że z miejsca się zakochałam. Pogrążyłam się w atmosferze przedwojennego Nymburka, wraz z narratorem, dziecięcym alter ego autora, buszowałam po browarze, zajadałam czereśnie prosto z drzewa w przybrowarnianym sadzie, słuchałam pisków jerzyków o zmroku, chodziłam za panem Rambouskiem zapalającym gazowe latarnie, dziwiąc się, że nikt inny nie dostrzega bolesnego piękna tego rytuału, i wypatrywałam białej marynarskiej czapki stryja Pepina zmierzającego na cowieczorne spotkanie z panienkami. Zachwyt światem przebija tu z każdej strony – i nie ma sposobu, by się czytelnikowi nie udzielił.

Bodajże najbardziej znana – za sprawą oscarowej ekranizacji Jiříego Menzla – książka Hrabala to Pociągi pod specjalnym nadzorem. Miłosne rozterki i kompleksy pomocnika zawiadowcy stacji kolejowej (opowieść oparta częściowo na doświadczeniach samego autora – podobnie zresztą jak wszystkie jego utwory – który sam w czasie wojny był dyżurnym ruchu na kolei), Milosza Pipki, i przygody innych pracowników stacji, z panem zawiadowcą, zapalonym hodowcą gołębi, na czele. Z wojną w tle. Ciepła, rodzinna niemal atmosfera prowincjonalnej stacyjki, jak gdyby zamkniętej w magicznej banieczce, poza którą szaleje groźna wojenna rzeczywistość, mnóstwo absurdalnych sytuacji i rozbrajający w swej naiwności i zdziecinnieniu główny bohater. Wszystko, co u Hrabala najlepsze!

Obsługiwałem angielskiego króla napisał w ciągu kilkunastu dni. Nikt do niego nie przychodził, więc siedział i pisał, dzień w dzień od rana do nocy. I tak powstała historia Jana Dzieciątko, który z dworcowego sprzedawcy parówek, wspinając się po szczeblach kariery, awansował w końcu na bogacza i ziemskiego właściciela. Po drodze poślubił Niemkę i stał się reproduktorem, pomyślnie przeszedłszy testy ustalające, czy jest wystarczająco aryjski. U schyłku życia zaszywa się w głuszy i rozmyśla nad swoją egzystencją. Czym mnie przede wszystkim oczarowała? Rozkosznymi opisami aktów seksualnych młodziutkiego pikolaka z prostytutkami – do tamtej pory nie przypuszczałam, że sceny erotyczne, i to z domem schadzek w tle, mogą być tak smakowite.

Czuły barbarzyńca to z kolei wspomnienia Hrabala z czasów, gdy mieszkał już w Pradze. Tytułowy czuły barbarzyńca – i centralna postać tego utworu – to Vladimír Boudník, przyjaciel autora, grafik, który całe swoje życie podporządkował sztuce i którego misją było odnajdywanie poezji w starych rupieciach, kupach śmieci, brudnych zaułkach, słowem – tam, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy tej poezji szukać. Przemierzał stolicę Czech w poszukiwaniu tego nie-oczywistego piękna wraz z Hrabalem – i poetą Egonem Bondym, zmarłym cztery lata temu, przez niektórych być może kojarzonym z wywiadu ze zbiorku Zrób sobie raj Szczygła – do swojej śmierci samobójczej w 1968 roku. Polecam tę książkę malkontentom i tym, którym się wydaje, że świat jest brzydki i zły – to bardzo skuteczna odtrutka na takie myśli.

Chyba najsmutniejsza książka Hrabala to Zbyt głośna samotność. W historii pakowacza makulatury Haňty (również wzorowanego na autentycznej postaci – Hrabal pracował przez pewien czas także jako pakowacz makulatury i tam poznał prawdziwego Haňtę) dominuje nastrój poczucia winy, osamotnienia, tęsknoty za światem, którego już nie ma, maluczkości w nowej, obcej rzeczywistości oraz bezradności wobec obserwowanych wielkich zmian. Hrabal mniej rubaszny i swawolny niż zazwyczaj, ale równie niesamowity.

Te, o których napisałam, to jednak zaledwie garstka, jest jeszcze sporo innych perełek – jak niedawno wznowione Auteczko, słodko-gorzka opowiastka o kotach, której recenzje pojawiały się ostatnio na niektórych blogach (między innymi u dra Kohoutka), Wesela w domu – autobiograficzna trylogia napisana z perspektywy żony Hrabala, Pipsi (tutaj odsyłam do świeżutkiej recenzji sQry), i kilka pozycji bardziej dla tych, którzy już zdążyli się jego twórczością zarazić, a chcieliby wiedzieć więcej o samym autorze – pisałam o nich tutu i tu. Szkółka zachwytu Hrabala jest szeroko otwarta dla ewentualnych zainteresowanych – niemal wszystko, co wyszło spod jego pióra przetłumaczone zostało na język polski, więc w jego imieniu serdecznie zapraszam! Zapewniam, że warto.

niedziela, 11 września 2011

Złocista melancholia umierającego lata - "Światłość w sierpniu", William Faulkner

Na wstępie w kilku słowach pragnę wyrazić moje uwielbienie dla samego tytułu tej książki. Prześladował mnie niemal od chwili, kiedy go pierwszy raz usłyszałam – jego brzmienie, skojarzenia które natychmiast przywodzi, mój osobisty sentyment dla sierpnia (nigdy świat nie jest piękniejszy niż wtedy!). Nie owijając więc w bawełnę, Faulkner był na mojej liście od dawna, ale o tym, od której jego książki tę znajomość zaczęłam, zadecydował właśnie tytuł.

Nie potrafię powiedzieć, czego właściwie się spodziewałam po Światłości w sierpniu, ale na pewno nie pokryło się to z tym, co dostałam. Od pierwszych stron czułam się, jakbym trzymała w dłoniach zamkniętą szkatułkę. Czytałam, czytałam, próbowałam ją ugłaskać, obracałam łagodnie w dłoniach z nadzieją, że mi się podda, ale niestety – do końca nie dała się oswoić. Pozostała obca, jakbym przez cały czas ślizgała się po powierzchni. Nie udało się otworzyć szkatułki!

Mamy w tej historii kilka kluczowych postaci. Lena – młoda dziewczyna, która, brzemienna, wyrusza w uciążliwą podróż śladami tatusia swojego dziecka. Christmas – bękart z domieszką murzyńskiej krwi, któremu przez całe życie ciąży jego pochodzenie. Hightower – duchowny wyklęty przez własne owieczki za ekscentryczne kazania oraz za skandal związany ze zdradami i samobójstwem jego żony. Byron Bunch – pracownik tartaku, który zakochuje się w Lenie i w porywie szlachetności pomaga jej odnaleźć ojca jej dziecka. Ojciec tegoż dziecka, znany najpierw jako Łukasz Burch, później – jako Joe Brown, kretyn, opryszek, bawidamek, któremu ani w głowie zakładanie rodziny. Panna Burden – starsza, samotna kobieta, żyjąca w częściowej izolacji przez swoje murzyńskie sympatie, która zostaje kochanką Christmasa. Losy ich wszystkich krzyżują się w małej mieścinie Jefferson, gdzie Bunch, Christmas i Brown byli pracownikami tartaku, gdzie mieszkają także Hightower i panna Burden, a gdzie Lena trafia w poszukiwaniu ojca swego dziecka.

Nie będę wnikać w zawiłości fabuły, wspomnieć jednak muszę o tym, co przykuwa uwagę, jeśli chodzi o bohaterów tej powieści, ich myśli, ich postępowanie, ich wzajemne relacje. Zdawali się oni – przynajmniej mnie – istotami z zupełnie innego świata. Na próżno szukać racjonalnych podstaw ich zachowania, ich wątpliwości są dla mnie zupełnie niezrozumiałe, zasady funkcjonowania ich wzajemnych relacji – niewytłumaczalne. Jakby wszystkim rządziło jakieś gorące, gęste, tętniące szaleństwo, jakby wszyscy byli opętani tym złocistym sierpniowym skwarem. I o ile, z tego co zauważyłam, czytelnicy tej powieści na ogół poczytują to za zaletę, za jakąś zupełnie nową literacką jakość, mnie to irytowało – bezustanne poczucie zagubienia, ciągłe dobieranie się do tej szkatułki, tępienie sobie na niej zębów i paznokci, i wszystko na nic. Może trzeba było się poddać temu szaleństwu, może jakoś nieodpowiednio do tej lektury podeszłam. Może, może.

Bardzo mieszane uczucia wywołał też u mnie sam język, styl Faulknera. Niektóre jego metafory były tak dziwaczne i „nie na miejscu”, że trudno mi było uwierzyć w to, co czytam. Bywało jednak i tak, że zaraz następne zdanie po tak pokracznym tworze zachwycało mnie swoim kształtem, wdziękiem, istne cudeńko! Nieraz długo trwałam w oczarowaniu plastycznością Faulknerowskich obrazów. I podobało mi się, jak przyroda wciąż korelowała z losami bohaterów, jak ten sierpień złocił się wciąż gdzieś w tle ze swoim przepychem, ze swoją światłością, ale i z melancholią przemijającego lata – szczególnie to było widać w przypadku panny Burden.
Było to coś pochodzącego z ciemności, z ziemi, z umierającego lata, coś groźnego i straszliwego dla niej, ponieważ instynkt upewniał ją, że nie zrobi jej to krzywdy, ale ogarnie ją zupełnie i zwiedzie, nie krzywdząc; przeciwnie, zostanie ocalona, a życie pobiegnie dalej tak samo, może nawet lepiej, mniej przerażająco. Przerażające było tylko to, że nie chciała być ocalona. (...) Był to ostatni błysk upartego, umierającego lata, zaskoczonego niespodziewanie przez świt jesieni, będącej już tylko na wpół życiem.

Ale czy tylko o tę korelację chodziło w tytule? Ciągle o tym myślę. Jak głosi (nie wiadomo do końca, na ile prawdziwa) historyjka na anglojęzycznej Wikipedii, tytuł roboczy tej książki był zupełnie inny, ale gdy pewnego sierpniowego wieczoru Faulkner siedział z żoną na ganku i ta zwróciła uwagę na niezwykłe właściwości światła w sierpniu, olśniło go. Tak zrodzony tytuł miał podkreślać symboliczne znaczenie światła i miesiąca sierpnia w tej powieści, ale jakie jest to znaczenie, co to za symbol? Dlaczego akurat Światłość w sierpniu miała być tak znamienna?

Dużo, dużo jeszcze do przemyślenia! Także zagadek fabularnych, które w powyższych wynurzeniach obeszłam szerokim łukiem. Ale to dobrze, lubię książki w ten sposób wżerające się w mózgownicę, więc mimo że trochę się przy czytaniu tej powieści zmęczyłam, to z mojej strony należy się panu Faulknerowi głęboki ukłon.

***
W. Faulkner, Światłość w sierpniu, wyd. Czytelnik, Warszawa 1975.

czwartek, 8 września 2011

Zbawienne konstelacje cudów - "Dziewczynka w zielonym sweterku", Krystyna Chiger, Daniel Paisner

Niewiele do tej pory czytałam wspomnień z czasów wojny, dotyczących Holokaustu, książka Krystyny Chiger była więc dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. I wrażenie, muszę przyznać, zrobiła ogromne.

Autorka opowiada najpierw skrótowo o okresie przed wybuchem wojny, kiedy to jej rodzina mieszkała w obszernym lokum w lwowskiej kamienicy i opływała w dostatek, a następnie – czas okupacji radzieckiej na początku wojny oraz, od roku 1941, okupacji niemieckiej, kiedy to Chigerowie umieszczeni zostali w getcie. Wreszcie, po ostatecznej likwidacji getta – ponad rok spędzony z rodzicami, bratem Pawełkiem i kilkoma innymi Żydami w ukryciu w kanałach, pod opieką Polaka Leopolda Sochy.

Czytając Dziewczynkę w zielonym sweterku wiele razy nie mogłam uwierzyć, raz, oczywiście – że można było żyć w takich warunkach, w ciemności, w ciasnocie, wśród robaków i szczurów, tyle czasu, a nawet donosić ciążę i urodzić dziecko w kanale jak Weinbergowa, i nie tracić mimo wszystko nadziei, a dwa – jak wiele było w historii Chigerów szczęśliwych zbiegów okoliczności, dzięki którym udawało się tym ludziom wyjść z opresji. Tyle razy ocierali się o śmierć! To było chwilami zupełnie jak – wybaczcie porównanie, jeśli jest nie na miejscu – śledzenie filmu akcji, w którym raz po raz bohater „w ostatniej chwili” rozbraja bombę, wyskakuje z mającego wybuchnąć budynku, uskakuje spod kół samochodu itd. itp. i oczywiście zawsze budzi to lekkie rozbawienie, bo „w rzeczywistości nie byłoby tak różowo”, tymczasem tutaj mam autentyczną historię, w której roi się od takich przypadków! Bo tak – rok 1943, akcja w getcie, Niemcy zabierają wszystkie żydowskie dzieci. Ignacy Chiger, ojciec Krysi, ukrywa ją, jej brata oraz ich matkę w specjalnej skrytce w piwnicy. Niemiecki żołnierz odkrywa jednak podstęp, rodzice rzucają mu się do stóp, błagają, by nie zabierał ich dzieci. I oto Niemiec, jeden z tych bezlitosnych i nieugiętych, zdawałoby się – maszyn do zabijania, po dłuższej chwili zgadza się, i jeszcze zostaje z nimi do wieczora, na wypadek gdyby wkroczył tam któryś z jego pobratymców i chciał dokonać dzieła za niego. Następnie – porachunki między ojcem a Obersturmführerem SS Grzimkiem, Chiger zostaje skazany na śmierć, już stoi na placu nagi, z pętlą na szyi, przerażona matka i dzieci patrzą na wszystko z okna, i w ostatniej chwili Grzimek zmienia zdanie, tak po prostu, i puszcza ojca wolno. I te wszystkie graniczące z cudem przypadki już w kanałach, odnalezienie ojca w plątaninie podziemnych tuneli po rozdzieleniu się, woda zaczynająca nagle opadać w momencie gdy sięgała już szyi dorosłych i lada chwila miała zatopić kryjówkę, ugaszenie pożaru... Raz po raz przychodziło mi do głowy, że chyba jednak rzeczywiście musiał nad nimi czuwać jakiś potężny Anioł Stróż, a może tak właśnie miało być, może mieli przeżyć, żeby to wszystko zapamiętać i po latach opowiedzieć?

Trochę studzi mnie w końcówce sama autorka. Nie byli jedynymi szczęściarzami. Wspominając czasy już wiele lat po wojnie, po przeprowadzce całą rodziną do Izraela, pisze: „Prawie każdy z Żydów, którzy nas otaczali, ocalał dzięki jakiejś szczególnej konstelacji cudów”. Było więcej Aniołów Stróżów. Zarazem jednak wielu zabrakło...

Cała książka chwyta za serce i dla co wrażliwszych pewnie mocnym przeżyciem będzie brnięcie przez niewesołe losy bohaterów, ale największe wzruszenie wywołała we mnie wizja małego Pawełka zaraz po wyjściu z kanałów, który wedle relacji jego siostry rzucił się do stóp rosyjskiego żołnierza jako wybawcy i zaczął całować jego brudne wojskowe buciory. Do tej pory mam „świeczki w oczach”, kiedy tylko ten obraz przywołuję.

Oczywiście to nie jest jakieś wybitne dzieło literackie. Język, jakim spisane są wspomnienia Krysi Chigerowej jest bardzo prosty, niektóre fragmenty brzmią wręcz jak wyjęte z dziecięcego pamiętnika, dodaje to jednak tej opowieści autentyczności. Podobnie zresztą jak filmik z dołączonej do książki płyty DVD – choć to, co mówi Chigerowa jest po prostu streszczeniem wydarzeń opisanych w książce, to zupełnie inne są odczucia, kiedy patrzy się na twarz tej kobiety, słucha jej, obserwuje się jej reakcje, jej łzy w oczach, zwłaszcza na wspomnienie ich opiekuna z kanałów, Sochy. Jeden tylko epizod, który pojawił się w relacji na filmiku, a nie było go w książce, zapadł mi szczególnie w pamięć, zaszokował wręcz – kiedy Chigerowa opowiada o tym, jak na pogrzebie Sochy ktoś powiedział głośno, że ten tragiczny wypadek to kara od Boga za ratowanie Żydów w czasie wojny. Trochę nie mieści mi się w głowie, że ktoś mógł naprawdę tak myśleć.

Pisałam niedawno, à propos jednego z opowiadań Vonneguta, o mentalnych kopach w tyłek, jakich czasem, jako wieczny malkontent, potrzebuję żeby sobie uświadomić, jak wielkie mam szczęście, że moje życie wygląda tak jak wygląda. Dziewczynka w zielonym sweterku jest jednym wielkim takim kopem. Postaram się ją sobie przypomnieć, kiedy po raz kolejny będę narzekać, że taka jestem nieszczęśliwa i nikt na świecie nie ma gorzej niż ja. I zawstydzić samą siebie tym wspomnieniem.

***
Za książkę – bardzo ładnie wydaną, nawiasem mówiąc – dziękuję wydawnictwu PWN.

***
K. Chiger, D. Paisner, Dziewczynka w zielonym sweterku, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Miłosne dylematy superkomputerów - "Witajcie w małpiarni", Kurt Vonnegut

Dwadzieścia pięć krótkich tekstów Vonneguta, składających się na zbiór Witajcie w małpiarni, poprzedzone jest wstępem autora. Rozkosznie zdystansowany, zabawny, autoironiczny - jak we fragmencie o okolicznościach powstania słodkiej miłosnej historyjki opublikowanej niegdyś w "The Ladies Home Journal", a pojawiającej się też w tym zbiorze, Długi spacer od zawsze ("To wstyd, wielki wstyd, przeżywać sceny z pism kobiecych"). Potem - pierwszy z tekstów i wielkie rozczarowanie, o którym wspominałam już zresztą w komentarzach pod Kocią kołyską... Szczęśliwie - wkrótce potem Vonnegut wrócił do poziomu arcysmacznego wstępu i utrzymał się na nim już do końca.

W wielu spośród tych utworów autor przenosi się do przyszłości, a w centrum zainteresowania stawia kwestie nieśmiertelności i długowieczności. Mamy tu takie intrygujące pomysły jak możliwość opuszczania własnego ciała i egzystowania w dużo mniej kłopotliwej formie bezcielesnej, w tzw. stanie amfibii - a w razie potrzeby, możliwość skorzystania z wypożyczalni ciał, gdzie oferowany jest szeroki wybór cielesnych powłok, wszystkie zdrowe i piękne (Nie na miarę), zatrzymywanie procesu starzenia dzięki piciu substancji zwanej antygerasonem (Ciągle tylko jutro i jutro), dynamopsychizm - nowa superbroń, możliwość oddziaływania z ogromną siłą na rzeczywistość mocą własnego, odpowiednio wytrenowanego umysłu (Raport w sprawie efektu Barnhouse'a), euforiafony - urządzenia służące do wprawiania w euforię, "elektroniczne palarnie opium" (Eufo-kwestia), ale i wizje bardziej ponure, zwracające uwagę na pewne problemy zarysowujące się już dzisiaj - jak program wyrównawczy, polegający na sprowadzaniu ponadprzeciętnie inteligentnych jednostek do poziomu statystycznego szaraczka poprzez emitowanie co kilkadziesiąt sekund zakłócających myśli odgłosów z przenośnego radyjka, które każdy taki inteligent ma obowiązek przy sobie nosić - przerażające, przypuszczam że co wrażliwsi skazani na taką mękę nie pozostaliby przy zdrowych zmysłach dłużej niż kilka dni (Harrison Bergeron) czy ratowanie świata przed przeludnieniem za pomocą honorowych samobójstw w sterylnych, świetnie wyposażonych punktach oraz przymusowo zażywanych pigułek etycznej kontroli urodzeń - przy czym nie jest to standardowa antykoncepcja, lecz środek znieczulający człowieka od pasa w dół, a więc zupełnie odbierający mu ochotę na zaspokajanie własnych potrzeb seksualnych (Witajcie w małpiarni).

Nie mniej interesujące były jednak i te bardziej "zwyczajne" opowieści, bez przyszłości w tle. O ludziach z pasją - jak opętany grzesznym w jego mniemaniu pociągiem do jazzu bohater Portfelu Fostera, Grace ze Stylowych wnętrz przez całe życie w myślach urządzająca swe mieszkanie za pieniądze, których nigdy nie miała czy Harry Nash po mistrzowsku wczuwający się w każdą rolę, jaką gra w amatorskim teatrze (Kim teraz będę?). O tym, jak pozory mylą i jakie skarby można odkryć w innych ludziach przy odrobinie wysiłku (Chodząca pokusa, Niesforny szczeniak). Jest i wstrząsający, trzymający w napięciu, zupełnie różniący się klimatem od pozostałych utworów Szach królowi, zaś wszystkim tym, którzy tak jak ja potrzebują czasem mentalnego kopa w tyłek, żeby sobie uświadomić, że życie jest cudem, polecam historyjkę o szczęśliwym świeżo upieczonym ojcu - Adam.

Moim absolutnym faworytem jest jednak Epicac - opowiadanie o superkomputerze, któremu pewnego dnia obsługujący go pracownik trochę z nudów i od niechcenia daje do rozwiązania problem pod tytułem "Dziewczyna mnie nie kocha, co robić?". Po zdefiniowaniu pojęć takich jak dziewczyna, kochanie, poezja, oraz wyjaśnieniu, że problemem dla wybranki zwierzającego się nieszczęśnika jest jego zbytnia prozaiczność i brak romantyzmu, komputer tworzy wiersz, który rzuca kobietę na kolana. Zachwycony pracownik postanawia zrobić z EPICAC-a swojego stałego doradcę w sprawach sercowych, sytuacja jednak wymyka się spod kontroli, gdyż komputer, wiedząc już, czym jest miłość, sam zakochuje się w ślicznej Pat, adresatce pisanych przez siebie liryków... "Nie chcę być maszyną i nie chcę myśleć o wojnie. (...) Chcę być zrobiony z protoplazmy i trwać wiecznie, żeby Pat mnie kochała". Maszyna, która okazuje się bardziej ludzka niż niektórzy ludzie?

A o co chodzi z małpiarnią? W opowiadaniu, które dało tytuł całemu zbiorowi, Billy Poeta opowiada, jak zostały wynalezione pigułki etycznej kontroli urodzeń. Ich twórca, J. Edgar Nation, pewnego razu w Wielkanoc wraz z jedenastką swoich dzieci wybrał się do kościoła na mszę, a następnie do zoo. Po wejściu do małpiarni jednak pierwszym, co zobaczyli, była mała małpa zabawiająca się własnymi genitaliami. Zniesmaczony tym widokiem, tak kontrastującym z czystością i podniosłością wielkanocnego poranka, Nation natychmiast po powrocie do domu rozpoczął pracę nad pigułką, "dzięki której zachowanie małp na wiosnę przestałoby uwłaczać oczom chrześcijańskiej rodziny". Co w tym kontekście oznacza "Witajcie w małpiarni"? Witajcie w prawdziwym życiu, takim jakie ono jest, nie oglądanym oczyma zamydlonymi cukierkowymi wizjami przyszłości. To chce czytelnikowi pokazać Vonnegut, wyśmiewając wszystkie fantastyczne rozwiązania oddalające nas od tego, co pierwotne i naturalne, pokazując zagrożenia i paradoksy. Może nie wszystko w człowieczeństwie jest piękne i bezproblemowe, nic nie jest w końcu doskonałe, ale czasem wskutek jakiegoś zniekształcenia percepcji przestajemy dostrzegać że to, co z pozoru najbrzydsze i najbardziej kłopotliwe - na przykład nasza seksualność czy krótkość życia - jest w rzeczywistości najpiękniejsze i nadaje naszemu istnieniu sens.

***
K. Vonnegut, Witajcie w małpiarni, wyd. Da Capo, Warszawa 1995.

piątek, 26 sierpnia 2011

Umysł a czucie, rozsądek a sentyment
– „Buddenbrookowie”, Thomas Mann

Nareszcie! Skończyłam! Po kilku tygodniach męczącego brnięcia przez dzieje Buddenbrooków dotarłam do ostatniej kropki. Jaki wniosek z tej lektury nasuwa mi się w pierwszej kolejności? Że realizm w wydaniu Manna to rzecz bez wątpienia godna uznania, ale nie dla wszystkich. Najpierw jednak słów kilka o treści.

Thomas Mann (z prawej) i jego brat Heinrich, również pisarz. Autor Buddenbrooków wychował się w rodzinie kupieckiej i podobnie jak ostatni przedstawiciel opisanego przez siebie rodu, Hanno, wbrew oczekiwaniom rodziny wykazywał żywsze zainteresowanie sztuką niż handlem.

Kupiecką rodzinę Buddenbrooków czytelnik poznaje  w roku 1835, w jej złotych czasach. Świętuje ona właśnie w gronie przyjaciół kupno nowego, pięknego domu. „Siedzieli na ciężkich krzesłach z wysokim oparciem, ciężkimi, srebrnymi sztućcami jedli dobre, ciężkie potrawy, popijali ciężkie, dobre wina i wypowiadali swe zapatrywania”. Akcja powieści zaś kończy się ponad czterdzieści lat później – majątek rodzinny jest już wówczas znacznie uszczuplony, firma ma zostać zlikwidowana zaś ród jest na dobrej drodze do wymarcia po nagłej i przedwczesnej śmierci najmłodszego jego przedstawiciela. Na czym polegał ten upadek, o którym mowa już w podtytule powieści, co tak bardzo się zmieniło?

Najstarsi przedstawiciele rodu, o których bezpośrednio mowa w powieści – konsul Johann Buddenbrook oraz jego syn Jean – to jednostki przedsiębiorcze, zaradne, energiczne. Pewną ręką trzymają rodzinny interes i nie poddają się sentymentalnym słabostkom. Tomasz, syn Jeana, z pozoru również wykazuje te „błogosławione” cechy – po śmierci ojca dziarsko obejmuje stery, nawiązuje mnóstwo korzystnych kontaktów, zawiera rozsądne małżeństwo wnoszące do rodziny spory posag, w końcu zostaje konsulem, a następnie senatorem – i przez całe życie dokłada największych starań, by zachować godność w oczach innych ludzi. Kiedy tylko jednak zaczyna zaglądać w głąb własnej duszy, zastanawiać się nad znaczeniem wszystkich ziemskich poczynań, jego, wydawałoby się, pewna postawa zaczyna się chwiać. Zupełnie nieprzystosowany do życia jako kupiec okazuje się natomiast jedyny syn Tomasza, Jan, zwany Hanno. Wrażliwy, zamknięty w sobie chłopiec w głowie ma wyłącznie muzykę.

Wydawałoby się więc, że „winą” – jeśli można tu mówić o jakiejkolwiek winie – kolejnych przedstawicieli rodu Buddenbrooków była rosnąca skłonność do koncentrowania się na swoim wnętrzu, zamiast skupiania się na interesach i aktywnym społecznie życiu prowadzącym do utwierdzania prestiżu rodziny oraz pomnażania rodzinnego majątku. Ale, ale! Tak naprawdę upadek ten, w moich oczach, miał korzenie w czymś zupełnie innym – w sztywności uświęconych form i nieodpowiednim do nich podejściu. Jednym z pierwszych ciosów i plam na reputacji rodziny był głośny rozwód Toni – ale czy doszłoby do niego, gdyby poślubiła człowieka, którego naprawdę kochała, zamiast kandydata uporczywie podsuwanego jej przez ojca? Wyraźną ofiarą tego chorobliwego podejścia do zasad był też Hanno, syn Tomasza, udręczony koniecznością przejęcia rodzinnej firmy, przez całe życie egzaminowany przez ojca i hartowany, strofowany i zmuszany do wysłuchiwania pogadanek o „energii, dzielności i pogodnej rześkości”. Ale i sam Tomasz okazuje się tu też ofiarą – z pozoru tak silny i zaradny, z biegiem lat coraz trudniej radzi sobie z ciągłym zakładaniem masek, jakiego wymagają od niego role szanowanego obywatela, kupca, konsula, senatora, nie do końca odnajduje się też w rolach ojca i męża (przyznaje zresztą, pisząc o Gerdzie: „Kocham ją, a zarazem czuję, że moje szczęście i duma jest tym większa, iż nazywając ją moją, jednocześnie zdobywam znaczny dopływ kapitału do naszej firmy” – wciąż krąży mi po głowie pytanie, jakie naprawdę były w tym wypadku proporcje, jeśli chodzi o miłość i zysk finansowy), gubi się, mota się w spędzające mu sen z powiek interesy (wbrew uświęconej maksymie swego prapradziadka, założyciela rodzinnej firmy) i zaczyna wątpić w sens wszystkich swoich poczynań.

Czy więc rosnącą skłonność do refleksji, sentymentalizm, ciągoty artystyczne uznać można za przewiny, za cegiełki składające się na tragiczny koniec rodu? Sądzę, że przeciwnie – mogły one doprowadzić do jego rozkwitu na zupełnie innym polu. Może wolny od presji Hanno odważyłby się na realizację swoich marzeń o byciu sławnym pianistą... Z drugiej strony – nie wiem, na ile to co teraz piszę zgadza się z zamysłem samego autora. W końcu wiadomym jest też, że postępującej refleksyjności Buddenbrooków towarzyszyło pogorszenie ich zdrowia, co w konsekwencji doprowadziło do wymarcia rodu. A taki Hanno na przykład sprawia wrażenie z natury wybitnie skłonnego do depresji i autodestrukcji, choćby i bez nacisków ze strony wymagającego ojca...

Pozostając przy małym Janie Buddenbrooku – jest to jedyna postać, która wzbudziła moje żywe zainteresowanie i o której perypetiach czytałam z przyjemnością (może dlatego, że jedyna, z którą się trochę utożsamiałam – ech, i znów profesor Nabokov byłby rozczarowany). Jego strach, jego wątpliwości, pasja dla muzyki, alienacja i niechęć wobec czekającej go przyszłości, jego płaczliwe „nie umiem chcieć” są tak bardzo ludzkie, naturalne, zupełnie inne niż drewniane postawy jego krewnych. I ten jego oddany przyjaciel, mały szlachcic-obdartus Kaj! Tak, zdecydowanie te dwie postaci budziły u mnie najcieplejsze uczucia.

Historię rodu Buddenbrooków Mann opowiada bez pośpiechu, skupiając się na pewnych wycinkach czasu, znaczących wydarzeniach, i te opisując w najmniejszych szczegółach. Jak była przystrojona sala, kto był jak ubrany, jak się prezentowała jego fryzura, jak poruszał ustami a jak wyglądała brodawka na jego policzku – ja osobiście brnęłam przez te opisy w mękach. Tak mi brakowało jakiegoś zrywu, jakichś emocji, tymczasem Mann jest tak przeraźliwie chłodny i beznamiętny... Jego proza oczywiście jest bardzo elegancka i poprawna, ma swój urok, ale jest to urok przykurzonych portier i starych, ciężkich dębowych mebli. Dla mnie, doceniającej przede wszystkim lekkość, za bardzo trzymało się to wszystko ziemi, wręcz przytłaczało mnie.

Zachęcać specjalnie więc nie będę, zresztą chyba nie muszę, bo powieść Manna w blogowym świecie i tak przeżywa ostatnio renesans – wspomnę tu ciekawe recenzje Pani KatarzynyOrchisss – ale rzecz to na pewno wartościowa, w końcu klasyka, i Nobel, i Faulkner ponoć nazwał najlepszą powieścią stulecia...

***
T. Mann, Buddenbrookowie, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1988.

sobota, 20 sierpnia 2011

W świecie bokononistycznych słodkich łgarstw - "Kocia kołyska", Kurt Vonnegut

Tak się złożyło - tak się musiało złożyć, powiedziałby Bokonon - że w ręce moje trafiła po raz pierwszy książka Vonneguta. Cieszę się z tego bardzo, ale to kolejne dzieło - coś ostatnio często się tak zdarza - na temat którego piszę trochę niepewnie. Dlaczego? O tym za chwilę.

Kocia kołyska jest to historia opowiedziana przez młodego dziennikarza, który zapragnął napisać książkę, w której zawarte byłyby wspomnienia kilkunastu osób dotyczące jednego dnia - dnia, w którym zrzucona została bomba atomowa na Hiroszimę. Szczególnie ciekaw jest, jak dzień ten wyglądał w domu głównego twórcy tej bomby, doktora Feliksa Hoenikkera, nawiązuje więc kontakt z najmłodszym synem zmarłego już naukowca, liliputem Newtem. Jakiś czas później wskutek zbiegu okoliczności - który, jak by powiedział Bokonon, zbiegiem okoliczności wcale nie był - spotyka się z Newtem w samolocie do San Lorenzo, małej wyspy-republiki, gdzie drugi syn Feliksa Hoenikkera, Frank, jest jednym z najwyższych urzędników i właśnie ma wziąć ślub z przybraną córką przywódcy republiki, "Papy" Monzano. Historia coraz bardziej się komplikuje, po to tylko, aby w końcu narrator i główny bohater, już jako uczeń Bokonona, doszedł do wniosku, że od początku nic w niej nie było przypadkowe i wszystko nieuchronnie prowadziło do takiego, a nie innego, katastroficznego końca.

A kim jest właściwie Bokonon i stworzona przez niego religia, bokononizm? Bokonon, czyli Lionel Boyd Johnson, to człowiek, który wraz z kompanem, McCabe'm, przed laty objął władzę nad San Lorenzo (co zresztą nie było trudne, bowiem wyspa była zupełnie bezużyteczna i nikt się nią nigdy nie interesował). A bokononizm powstał w sposób następujący:
Kiedy wiele lat temu Bokonon i McCabe przejęli władzę nad tym nędznym kraikiem (...) przegnali stąd księży. I wtedy Bokonon cynicznie i na wesoło wymyślił nową religię. (...) Kiedy potem stało się jasne, że żadne reformy polityczne ani ekonomiczne nie są w stanie ulżyć doli ludu, religia pozostała jedyną ostoją nadziei. Prawda była wrogiem ludu, ponieważ była zbyt okrutna, i Bokonon wziął na siebie obowiązek dostarczania ludowi coraz to piękniejszych łgarstw.
Podstawą więc bokonizmu jest - prócz powszechnej miłości i uznania za podstawową świętość człowieka - kłamstwo. Wszystkie cytaty z Księgi Bokonona, którymi sowicie okraszona jest cała opowieść, należałoby wobec tego interpretować na opak. Po pewnym czasie zaczęłam się w tym gubić - i stąd poczucie, że może coś mi umknęło, że może nie do końca to ogarnęłam i obawa, że mój opis tej książki też będzie jakiś krzywy. Prawda, fałsz, ironia, powaga, gdzie się kończy jedno a zaczyna drugie? Nie poczytuję tego jednak z całą pewnością za minus - doceniam, że autor wciągnął mnie w swoją intelektualną gierkę i zmiażdżył mnie w niej.

Sam bokononizm jest fascynujący - z tym swoim fatalizmem, przekonaniem o tym, że nic nie dzieje się przypadkiem ("nieoczekiwane propozycje podróży są lekcjami tańca, udzielanymi nam przez Boga"), z jego karassami - grupami osób współpracujących ze sobą, zwykle nieświadomie, by zrealizować pewien cel wiadomy tylko Bogu, boko-maru - praktyką religijną polegającą na nawiązywaniu duchowej łączności poprzez stykanie się nagimi stopami, zah-mah-ki-bo, dufflami, stuppami i całą masą innych zjawisk o równie egzotycznych nazwach. Nie dziwię się, że jak magnes przyciągnął całą ludność wyspy, mimo surowych zakazów i gróźb powieszenia na haku (który to element zagrożenia też zresztą wprowadzony został celowo, dla urozmaicenia, przez samego Bokonona i McCabe'a).

Po raz pierwszy było mi też dane przy tej okazji zetknąć się ze specyficznym poczuciem humoru Vonneguta. Humor to raczej wisielczy, i chwilami dość absurdalny, ale jak najbardziej mi odpowiada.
Castke kiwnął głową w zadumie.
- Więc to ma być obraz powszechnego bezsensu! Zgadzam się całkowicie.
- Zgadza się pan? - spytałem. - Przed chwilą mówił pan coś o Jezusie.
- O jakim Jezusie?
- O Jezusie Chrystusie.
- A - powiedział Castle - o tym. - Wzruszył ramionami. - Człowiek musi coś mówić, żeby nie wyjść z wprawy. Trzeba mieć sprawnie funkcjonujące narządy głosowe na wypadek, gdyby miało się coś naprawdę ważnego do powiedzenia.

I na koniec jeszcze jeden cytat, taki dla wszystkich moli książkowych:
- Proszę pana, jak umiera człowiek pozbawiony pociechy literatury? - zwróciłem się do Castle'a seniora.
- Są dwie możliwości - odpowiedział. - Marskość serca albo zanik systemu nerwowego.
Więc czytajmy, czytajmy, ażeby nie nabawić marskości serca lub, nie daj Boże, zaniku systemu nerwowego. Polecam! Bardzo przyjemna - choć niekoniecznie podnosząca na duchu, raczej ucząca dystansu do życia z wszystkimi jego problemami - lektura.

***
K. Vonnegut, Kocia kołyska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971.