niedziela, 23 lipca 2017

Tkanki miękkie i opera mydlana. Petr A. Bílek o najnowszej literaturze czeskiej


Z okazji miłej niespodzianki, którą było moje pierwsze miejsce w tegorocznym konkursie tłumaczeniowym im. Susanny Roth (tutaj się tym jeszcze nie chwaliłam), spędziłam ostatnio tydzień w Czechach. Dzięki zaproszeniu organizatorów wzięłam udział w warsztatach przekładowych w Pradze oraz w seminarium bohemistycznym w Czeskich Budziejowicach.

Właśnie w ramach seminarium miałam okazję wysłuchać ciekawego wykładu Petra A. Bílka na temat tendencji we współczesnej czeskiej literaturze. O czym dziś najczęściej piszą czescy pisarze? Czy krytycy i literaturoznawcy podchodzą do ich dzieł tak samo entuzjastycznie jak polscy czytelnicy? Czyje książki sprzedają się w Czechach najlepiej? Uznałam, że te kwestie mogą też zainteresować czytelników mojego bloga, zdecydowałam się więc podzielić swoimi notatkami.

Bílek rozwiał złudzenia już na wstępie – swoją prezentację rozpoczął od krytyki :). Nie mamy już wielkich dzieł, takich jak Siekiera Vaculíka czy Żart Kundery, współczesnej czeskiej literaturze brakuje kręgosłupa, mamy same tkanki miękkie – stwierdził. Dzisiejszą czeską literaturę porównał również do mydlanej opery, której akcja rozwija się bardzo powoli.

Obiektem jego krytyki stali się przede wszystkim tak zwani bestsellerowi autorzy, tacy jak Michal Viewegh czy Kateřina Tučková (którzy mogą się już pochwalić sprzedażą książek sięgającą 50-60 tysięcy egzemplarzy). Kolejna grupa to pisarze starający się pogodzić zainteresowanie czytelników z ambicjami literackimi, i do tych zaliczył m.in. Jaroslava Rudiša, Petrę Hůlovą, Petrę Soukupovą (która, jak zasugerował Bílek, swoją popularność zawdzięcza temu, że pisze też scenariusze do seriali), Jáchyma Topola, Miloša Urbana, Emila Hakla i Markétę Pilátovą – ale tu już mamy do czynienia ze sprzedażą dużo niższą, na poziomie ok. 5000 egzemplarzy. W Czechach sytuacja wygląda podobnie jak u nas; wydaje się coraz więcej, ale sprzedaje coraz mniej.

Zdaniem Bílka są pewne motywy i zagadnienia, które szczególnie interesują współczesnych czeskich pisarzy. Pierwszym z takich obszarów tematycznych ma być obsesja przeszłości. W wielu czeskich powieściach musi się pojawić choćby mała retrospekcja, i często są to powroty do okresu wojny i okupacji (ale do czasów stalinizmu – nie; ten temat został już przepracowany). Dotyczy to powieści m.in. Radki Denemarkovej, Kateřiny Tučkovej, Jiřiego Hájíčka i Jáchyma Topola, a poza tym nie wydanych jeszcze w Polsce Němców Jakuby Katalpy czy K hranici Ondřeja Štindla. Silnym trendem są też ponoć powroty do czasów normalizacji, ale w tonie nostalgicznym: Rybia krew Hájíčka, tetralogia Kde lišky dávají dobrou noc Chaima Cigana (pseudonim Karla Sidona) czy Rubiková kostka Vratislava Maňaka.

Drugi ważny trend to biograficzne opowieści o artystach, które łączą fakty biograficzne z fikcją – przykładem takiego dzieła są wydana u nas niedawno Historia światła Jana Němca o fotografie Františku Drtikolu czy też sławny, lecz jeszcze nie przetłumaczony na język polski, Básník Martina Reinera o poecie Ivanie Blatnym. Bílek stwierdził, że to dziwny twór, czytelnik nie wie bowiem, co jest prawdą, a co zmyśleniem lub domysłem; ponadto powieści tego typu skupiają się z reguły na indywidualnej osobie, zbyt mało uwagi poświęcają jej otoczeniu.

W nurcie „współczesnym” czeskiej prozy uwagę zwracają przede wszystkim trzy obszary tematyczne. Pierwszy to desperackie działania, rewolta i terror i w tej akurat grupie dominują tytuły jeszcze nie tłumaczone na język polski; wyjątkiem jest opublikowany niedawno Przyczynek do historii radości Radki Denemarkovej. Prócz tego w prezentacji Bílka pojawiły się Skutečná událost Emila Hakla, Anarchista Magdalény Platzovej, Vítr, tma, přítomnost Václava Kahudy oraz Citlivý člověk Jáchyma Topola (zdaniem wykładowcy najciekawsza rzecz od czasów Siostry; „Ciężko ją odłożyć, a to się dziś zbyt często nie zdarza w czeskiej literaturze” – dorzucił kąśliwie).

Drugi motyw „współczesny” często eksploatowany przez czeskich twórców to życie wewnętrzne i jego ciemne strony. Tu pojawiły się dostępne już po polsku świetne Zasady śmiesznego zachowania Hakla, nagradzany zbiór Marka Šindelki Zostańcie z nami, nie tłumaczone jeszcze na polski Stropy i Voliéry Zuzany Brabcovej oraz dwie książki, które wkrótce pojawią się również na polskim rynku – Macocha Petry Hůlovej (której wydanie zapowiada Afera) oraz W ciemność Anny Bolavej (w zapowiedziach wydawnictwa Książkowe Klimaty).

Bílek zwrócił uwagę, że czeska literatura odrobinę otworzyła się ostatnio na świat, Czesi nie piszą już tylko o Czechach, i z tym związany jest trzeci obszar tematyczny nurtu „współczesnego” – zagranica. Z wymienionych tu tytułów polskiego przekładu doczekał się tylko, zresztą całkiem niedawno, Matěj Hořava, a konkretnie jego Palinka, którą Bílek chwalił za rytm oraz poczucie, że każde słowo jest tu wycyzelowane. Inne dzieła wpisujące się w ten trend to Lucemburská zahrada Michala Ajvaza, Vrač Martina Ryšavego, Evropa je jako židle Thonet, Amerika je pravý úhel Sylvy Fischerovej (intrygujący tytuł), Únava materiálu Marka Šindelki oraz dwie książki Markéty Pilátovej, Tsunami blues i S Baťou v džungli.

Na koniec wykładowca poświęcił kilka słów literaturze z przyszłością w tle, która ma w tych dziełach („of course”) charakter dystopijny. Pojawił się tu Mondschein Ondřeja Štindla oraz Jezero Bianki Bellovej (które ukaże się już w przyszłym roku w Aferze).

Bílek nie znalazł zgrabnego podsumowania dla swojego wykładu :). Ja natomiast przywołam na koniec jego słowa na temat czeskiej krytyki. Jak twierdzi, sytuacja w Czechach wygląda tak, że jeśli jakaś książka zostanie przez kilka osób pochwalona, zaraz znajdą się tacy, którzy będą ją krytykować tylko po to, by się wybić i wydać interesującymi; i choć ta obserwacja brzmi dość dziwnie w ustach osoby tak krytycznej :), spodobała mi się. Nie tylko dlatego, że dostrzegam to zjawisko również na naszym, polskim gruncie, ale również dlatego, że pozwala nabrać dystansu do szczególnie jadowitych (oczywiście nie mam tu na myśli wszystkich krytycznych głosów; rzeczowa i uzasadniona krytyka jest sztuką!) uwag, tekstów i komentarzy na temat niektórych dzieł literackich.

sobota, 15 lipca 2017

Żółty i skośny kryminał – „Roznegliżowane”, Iva Procházková

Druga książka z serii Ivy Procházkovej o podinspektorze Holinie, a jednocześnie druga publikacja z serii Czeskie Krymi wydawnictwa Afera, to dobry, solidny kryminał. Trochę jednak brakuje mu humoru i lekkości pierwszej części serii, Mężczyzny na dnie – zdecydowanie mniej tu rogalików i astrologii.

Czytałam sobie tę książkę nieśpiesznie, po raz pierwszy też bawiłam się w typowanie zabójcy, bo ponoć jest większa frajda (trochę jest, to fakt!). Wynotowałam sporo uwag, mam dużo obserwacji, niektóre rzeczy mi się podobały, inne nie. I tak…

Na minus – Holina. Jakoś się tu zmienił. Melancholii po utraconej miłości nie zagryza rogalikami, jego uwielbienie dla nich schodzi na dalszy plan, a miejsce pierwszego obżartucha powieści przejmuje po nim Mrštík; podinspektor traci swój humorystyczny rys, robi za to wrażenie bardzo stanowczego i profesjonalnego – przypomina mi bardziej tego serialowego. Jest jednak przez to mniej oryginalny, staje się takim „zwykłym” kryminalnym z filmów i seriali.

Okładka czeskiego wydania.
Bardziej przewidywalna niż polska
(patrz: przedostatni akapit) :).
Na plus – postaci drugoplanowe. Rozczarowanie z powodu Holiny wynagradzają mi tu inne postaci, takie jak pan Holopírek, emeryt, który w jednej z pierwszych scen powieści znajduje ofiarę, czy pan w pasiastej czapce z kamienicy na Nuslach. Żałuję, że pojawiają się one tylko na chwilę i szybko znikają.

Na duży plus – intryga. Śledziłam ją tym razem wyjątkowo uważnie, i choć poprawnie udało mi się wytypować zabójcę, muszę przyznać, że kilka razy autorka mocno mota czytelnikowi w głowie, aby sprowadzić go na niewłaściwy trop. Podejrzanych jest wielu, żaden typ nie jest oczywisty, rozwój śledztwa obserwuje się z dużym zainteresowaniem.

Na minus – mało astrologii. Jest tylko kilka wzmianek, Holina wybiera się niby na jakiś wykład poświęcony astrologii, ale w końcu na niego nie dociera. Nie wiem, czy wszyscy czytają te książki i oglądają serial w podobny sposób, podejrzewam, że – zwłaszcza w Czechach – nie, ale dla mnie obraz kryminalnych rozwiązujących sprawę posiłkując się wiedzą astrologiczną to naprawdę wielka sranda :). Dlatego żałuję, że w tej odsłonie cyklu jest takich praktyk mniej, i to też sprawia, że kryminał Procházkovej nie jest już tak oryginalny.

Na plus – tło społeczne. Autorka zapędza się w tej powieści na Libuš, praską dzielnicę Azjatów – wraz z bohaterami wędrujemy m.in. po ogromnym wietnamskim targowisku i poznajemy mieszkańców tej dzielnicy Pragi, o której milczą przewodniki. Trąca też takie kwestie jak tożsamość narodowa („Siedziała na krześle barowym jak jaskółka na drutach. Dziś Praga, jutro Zurych, za pół roku – kto to wie? (…) Nigdy nie zastanawiała się nad tym, gdzie jest u siebie” – myśli Holina o Hanie Ovečce) czy szerzące się wśród młodych dziewczyn zjawisko zarabiania na studia i życie w mieście swoim ciałem. Ku refleksji.

Na minus, ale mały – język. Miałam momenty irytacji, bo wydawał mi się tak płaski, zwyczajny, zupełnie nic ciekawego się w nim nie dzieje. Nie wiem jednak, na ile to moje narzekanie jest uprawnione, bo przecież w literaturze tego typu nie chodzi o język, ale treść, sposób opowiadania wręcz nie powinien odwracać uwagi od opisywanych wydarzeń. A druga rzecz, że chyba jestem też przyzwyczajona do prozy bardziej artystycznej. Więc minus, ale trochę niepewny.

Na plus – okładka. Ten słonecznie żółty kolor jest bardzo nieoczywisty – z początku mnie dziwił, bo tu przecież grudzień, mróz, Praga, jakaś śnieżna biel albo bury szary byłyby bardziej na miejscu. Kiedy jednak okazało się, że cała sprawa jest związana z praskim środowiskiem Wietnamczyków, „żółta i skośna”, jak mówi Karoch – wybór okazuje się jasny. A dodatkowo żółty wyróżnia tę książkę na półce z kryminałami (które właśnie szare, bure i ponure, ewentualnie czerwone, bo krew).

Ostatecznie bilans wychodzi na plus, i mimo że w tej odsłonie proza Procházkovej straciła trochę swoich smaczków, wciąż warto ją czytać. Zwłaszcza, jeśli ktoś po prostu lubi wciągające kryminały.

***
I. Procházková, Roznegliżowane, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] wydawnictwo Paseka / www. paseka.cz,
[3] wydawnictwo Afera / wydawnictwoafera.pl. 

Polecam ciekawe recenzje tej książki na:

wtorek, 4 lipca 2017

Góry i doliny – relacja z Big Book Festival 2017


Tegoroczny Big Book Festival nie zachwycił mnie tak, jak edycja 2015. Choć organizatorzy zadbali o moc atrakcji, takich jak mecz koszykówki pisarze kontra dziennikarze, bicie rekordów, spotkania w prywatnych mieszkaniach, debaty przy okrągłym stole, leżaczki, gofry i tańce, poziom merytoryczny spotkań i dyskusji nie był tak wysoki, jak dwa lata temu. Znalazło się jednak kilka rozmów, których wysłuchałam z dużym zainteresowaniem, poniżej więc krótka relacja, z naciskiem na te najciekawsze.

Grégoire Delacourt: „Zinédine Zidane literatury”

Wejście było mocne – pierwsze spotkanie, w którym wzięłam udział, z Grégoirem Delacourtem z okazji premiery jego książki Na pierwszy rzut oka w ramach prowadzonego przez Annę Sańczuk i Macieja Ulewicza cyklu „Uwaga: Premiera!” (więcej na temat cyklu i samej książki tutaj), okazało się ostatecznie najlepszym, w moim odczuciu, wydarzeniem całego festiwalu. Aż szkoda, że debata przy okrągłym stole, która odbyła się w tym samym czasie na dziedzińcu, skradła większość publiczności.

Sam Delacourt dał się poznać jako dowcipniś i przesympatyczna gaduła. Oprócz tego ujął mnie również jego sposób postrzegania literatury, ukształtowany już przez pierwszą świadomą lekturę. Była to książka Marcela Pagnola, podarowana mu w wieku 10 lat przez ojca, i zapamiętał ją jako opowieść o rodzinie, której członkowie się kochają i mówią sobie o tym; dzięki temu literatura stała się dla niego perspektywą piękniejszego życia. Dziś uważa, że powinna ona przede wszystkim trafiać do serc i głów zwykłych ludzi, wnikać w ich ból i pokazywać, jak niezwykłą rzeczą jest miłość.

W tym duchu powstała także jego najnowsza wydana w Polsce powieść Na pierwszy rzut oka. Jak mówił Delacourt, mamy dziś do czynienia z pierwszym pokoleniem chłopców i dziewcząt, które odkryło ciało w kontekście przemocy występującej w pornografii. Postanowił więc napisać książkę przesiąkniętą szacunkiem do ciała, rodzaj instruktażu dla młodych, jak się z nim obchodzić. Na pierwszy rzut oka to również krytyka fascynacji życiem innych osób, celebrytów – autor chciał pokazać, że życie każdego z nas jest piękne, nie musimy zazdrościć go sławnym ludziom. Tymczasem zamiast je doceniać, polujemy na lajki i z samotności robimy zdjęcia tego, co jemy; to nowy rodzaj niewolnictwa.


Dlaczego w swojej powieści zdecydował się wykorzystać akurat postać Scarlett Johansson? To proste – bo miała być zmysłowa, a we Francji nie znalazł aktorki w odpowiednim wieku i o odpowiedniej urodzie. Potrzebował kogoś, kto jest ikoną zarówno dla chłopców, jak i dziewcząt, choć dla niego osobiście Scarlett nie jest specjalnie pociągająca. „Pewnie nie powinienem był jej wybierać”, skwitował dowcipnie, nawiązując do sprawy w sądzie, wytoczonej mu po publikacji książki przez aktorkę.

I choć cała rozmowa utrzymana była raczej w lekkim, żartobliwym tonie, w niektórych momentach robiło się bardzo poważnie. Delacourt wyznał – ze szczerością, która mi zaimponowała – że był dzieckiem rodziców, którzy się nie kochali, co było dla niego bardzo bolesne i pisze m.in. po to, by zapanować nad tym bólem. Opowiedział również, jak pewien dziennikarz zwrócił uwagę na powtarzający się w jego twórczości motyw martwego dziecka i zdiagnozował, że to dziecko to on, sam autor; „kiedy to przeczytałem, rozpłakałem się”, przyznał pisarz, uświadomił sobie bowiem, że to prawda.

Gość spotkania usłyszał wiele miłych słów pod swoim adresem od pewnego pana z publiczności; nazwał on Delacourta „Zinédinem Zidanem literatury” i zapytał, dlaczego literatura francuska jest u nas tak mało popularna. Delacourt odciął się jednak od innych twórców z Francji; stwierdził, że wielu z nich pisze tylko po to, by być na salonach, nie lubi czytelników, a kiedy ich książka się nie sprzedaje, tłumaczą to prosto: „Czytelnicy są głupi”.

Wnętrze dawnego Gimnazjum Żeńskiego im. Klementyny Hoffmanowej, gdzie w tym roku odbył się Big Book Festival. Co roku organizatorzy wybierają na festiwal inne, klimatyczne miejsce, i to jest piękne. A na ścianie szczegółowy program, z godzinami i salami wydarzeń – rewelacyjny pomysł!

Prof. Magdalena Fikus: Nauka jest jak chodzenie po górach

Oprócz spotkań poświęconych stricte literaturze, w ramach tegorocznego Big Book Festivalu zorganizowano również cykl wykładów popularnonaukowych „Antywykłady”. Naukowcy (i jeden ojciec dominikanin) opowiadali na nich m.in. o genetyce, mózgu, Darwinie i jego epokowym dziele O powstawaniu gatunków, a także o ludzkiej duszy.

Sama wzięłam udział w spotkaniu z prof. Magdaleną Fikus, genetyczką, i byłam mile zaskoczona frekwencją – sala pękała w szwach. Sam wykład natomiast trochę mnie rozczarował – pani profesor mówiła o bardzo ciekawych rzeczach, ale w sposób trochę chaotyczny. Zrobiła na mnie jednak wrażenie bardzo sympatycznej, ciepłej osoby i z pewnością rozejrzę się za wydaną kilka dni temu przez Czarne książką Pani inżynier od życia – wywiadem z nią, przeprowadzonym przez Irenę Cieślińską.

Prof. Fikus w trakcie swojego wykładu mówiła o tym, że nauka jest jak chodzenie po górach (już, już ci się wydaje, że jesteś blisko wierzchołka, ale nagle widzisz zejście i okazuje się, że jeszcze wiele zejść i podejść przed tobą), o potrzebie rozmowy między naukowcami, oraz oczywiście o swojej specjalizacji, czyli genetyce – o tym, jak wiele jeszcze nie wiemy, o mądrej ewolucji, która pewne fragmenty materiału genetycznego wyrzuca, inne zostawia, i o tym, że nie ma genów inteligencji czy piękna. Niewiele za to powiedziała o głównym temacie wydarzenia, „Czy musimy umierać?”; jak wyjaśniła, cały jej wykład miał być odpowiedzią na to pytanie – tak, musimy, genetyka nie pozwoli bowiem tak łatwo się „oszukać”. Mimo wszystko jednak liczyłam na to, że temat zostanie trochę rozwinięty.

Marcin Kącki, Ignacy Karpowicz, Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Kryzys męskości

Wahałam się, czy pójść na kolejny antywykład, o tym, co dzieje się w naszym mózgu, gdy czytamy, czy wybrać debatę „Bądź mężczyzną” z udziałem trzech polskich pisarzy, prowadzoną przez Magdę Mołek. Ostatecznie poszłam za tłumem – na debatę, i to była bardzo zła decyzja.

Krótko, bo nawet nie ma sensu się nad tym rozwodzić – było to najgorsze spotkanie, na jakim kiedykolwiek byłam na festiwalu literackim. Jedynie Klimko-Dobrzaniecki trzymał fason, panowie Kącki i Karpowicz natomiast zachowywali się jak niesforne dzieciaki, zupełnie nie zwracali uwagi na pytania i uwagi prowadzącej, co rusz przekrzykiwali się i wymieniali prymitywne docinki i niesmaczne dowcipy. To była rozmowa rodem z zakrapianej imprezki, nie z festiwalu tego typu. Wytrwałam do końca, trochę z ciekawości, jak zareaguje publiczność, i razem z połową sali (publika się podzieliła) biłam brawo dwóm czy trzem paniom, które odważyły się powiedzieć gościom, że ich występ był żenujący. Pozostał niesmak.


Daniel Odija, Wojciech Stefaniec: Równoległość wrażeń

Ostatnim spotkaniem, w którym wzięłam udział w festiwalową sobotę, była rozmowa z twórcami komiksu Stolp – Danielem Odiją i Wojciechem Stefańcem, czyli kolejne wydarzenie z serii „Uwaga: Premiera!”. Obydwaj panowie są związani ze Słupskiem, i już sam tytuł ich dzieła (będący też imieniem głównego bohatera) jest w pewien sposób wyrazem lokalnego patriotyzmu – „Stolp” to po prostu przedwojenna nazwa Słupska. W związku z tym ponoć wielu słupszczan przekonanych jest, że komiks Odiji i Stefańca to opowieść o Słupsku. I w pewnym sensie tak – rysownik Wojciech Stefaniec wykorzystał w swojej wizji rzeczywiste elementy słupskiego krajobrazu, pojawiają się również ogromne mewy (które w Słupsku ponoć zjadają gołębie i małe koty) – ale biorąc pod uwagę, że całe dzieło to mroczna, dystopijna wizja, raczej nie nadaje się ono do folderu reklamującego miasto :).

Zapytani o to, czy boją się przyszłości, autorzy odpowiedzieli, że nie. Są „facetami po przejściach”, podobnie jak ich Stolp, dlatego w ten a nie inny sposób widzą rzeczywistość, w gruncie rzeczy sądzą jednak, że nie ma sensu za wiele się nad przyszłością zastanawiać. Zmiany bowiem nastąpią, czy tego chcemy czy nie, „t tak nic nie zmienimy, i ten komiks pewnie też nie”, skwitował Odija.

Autorzy Stolpa opowiedzieli także o tym, jak wygląda współpraca między scenarzystą a rysownikiem. Obaj przyznali, że są wyjątkowo zgodni, nie kłócą się i nie wcinają się we własne wizje, a raczej wzajemnie je poszerzają i uzupełniają. Praca nad komiksem jest jednak dla nich bardzo absorbująca – Stefaniec przez 15 miesięcy pracował nad rysunkami po 8 godzin dziennie, zaś Odija żył niemal przez cały czas tą historią. Na koniec powiedzieli także kilka słów o tym, dlaczego warto czytać komiksy – podkreślili, że ich zaletą jest równoległość wrażeń, ale nie tak przytłaczająca jak na przykład w filmach.

Magdalena Parys, Olaf Kühl: Rozlewna literatura

Lubię rozmowy o tym, jak wygląda sytuacja literatury w innych krajach, dlatego w niedzielę w samo południe wybrałam się na debatę „Polska-Niemcy 1:1. Opowieść równoległa”, w której udział wzięli mieszkająca od lat w Berlinie polska pisarka Magdalena Parys oraz niemiecki pisarz, slawista, tłumacz z języka polskiego, Olaf Kühl. W roli prowadzącego wystąpił Marcin Wilk z Wyliczanki.

Zapytani na wstępie o najnowszą literaturę niemiecką, goście nie mieli zbyt wiele do powiedzenia – Magdalena Parys stwierdziła, że kiedy pisze, niewiele czyta, Olafa Kühla natomiast bardziej interesuje najnowsza literatura polska. Przyznał jednak, że wiele rzeczy mu się nie podoba, i jako recenzent pisze więcej tekstów krytycznych niż pochwalnych. Jako że jest tłumaczem Szczepana Twardocha, wspomniał jednak o jego książkach :). Jego zdaniem Twardoch to przede wszystkim mistrz narracji, pod kątem języka jego powieści nie są wybitne, ale potrafi zaskoczyć – Morfina była bowiem napisana językiem wyjątkowo pięknym.

Na pytanie o zainteresowanie wydawców literaturą polską w Niemczech Kühl odpowiedział, że jest ono ogromne, dużo większe niż na przykład rosyjską czy czeską, ale nie do końca wiadomo dlaczego, dzieła polskich pisarzy sprzedają się bowiem stosunkowo słabo. Większość z nich osiąga sprzedaż na poziomie 3-4 tys. egzemplarzy, i dotyczy to także autorów znanych i cytowanych w prasie, jak Stasiuk. Ekstremalnym przypadkiem była biografia Ryszarda Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego, której w Niemczech sprzedało się dokładnie… 18 sztuk.


Z kolei polscy czytelnicy niechętnie sięgają po dzieła niemieckich pisarzy. Magdalena Parys uważa, że problemem jest brak osoby, która „prowadziłaby” niemieckiego autora w Polsce, zajmowała się jego promocją. Zdaniem pisarki nie jest tak, że literatura niemiecka się u nas nie sprzedaje tylko z tego powodu, że jest niemiecka; jest bowiem garstka autorów, których czytamy chętnie (np. Charlotte Link).

Nie tylko o samej literaturze i jej sytuacji w obu krajach była mowa, ale również o językach niemieckim i polskim – czym się różnią, jakie dają możliwości. Rozmówcy zgodnie stwierdzili, że język polski jest bardziej „rozlewny”, świetnie nadaje się do opisywania emocji, podczas gdy niemiecki jest bardziej konkretny i rytmiczny. „Dobry chyba tylko do opisywania części rowerów”, jak stwierdził dowicpnie Olaf. A przy okazji tematu przekładów Magdalena Parys wyznała, że jest trudnym autorem dla tłumacza – jedna z jej tłumaczek zrezygnowała z przekładania jej książek na niemiecki, prawdopodobnie z powodu ciągłego wtrącania się pisarki :).

Pod koniec pojawił się również ciekawy wątek tego, jak polityka wpływa dziś na postrzeganie polskiej literatury. Olaf Kühl przyznał, że niestety media niemieckie kreują negatywny wizerunek naszego kraju, zniechęcając też pośrednio do naszej literatury. O samej sytuacji politycznej w Polsce tłumacz wypowiedział się jednak z uśmiechem – stwierdził, że te dzisiejsze walki polityczne u nas są wręcz szekspirowskie, i może być z tego za jakiś czas piękna literatura :).

Leonie Swann, Gaja Grzegorzewska: Poważne też może być śmieszne

Ostatnim wydarzeniem, w którym wzięłam udział w ramach tegorocznego festiwalu, było spotkanie „Outsiderki” z Gają Grzegorzewską i Leonie Swann, prowadzone przez Łukasza Wojtusika. Prowadzący, aby wpisać się w „outsiderski” charakter spotkania, wykazał się inwencją i przyniósł ze sobą, w gustownej czapeczce, zestaw pytań do losowania – dla osób z publiczności, które same nie miały pomysłu, o co zapytać.

„Outsiderstwo” pojawiające się w tytule spotkania przejawia się u obu zaproszonych autorek na różne sposoby; zdaniem prowadzącego u Gai Grzegorzewskiej przede wszystkim chodzi o przerysowanie, u Leonie Swann – o spojrzenie z boku, z innej perspektywy, często zwierzęcej. Równocześnie pisarki zostały chyba dobrane trochę na zasadzie przeciwieństwa, twórczość Grzegorzewskiej jest bowiem bardzo mroczna i drastyczna, podczas gdy u Swann powaga kryminału zostaje przełamana humorem i absurdem (zwierzęta w roli detektywów).

Dlaczego humor? Pisarka wychodzi z założenia, że śmiech i powaga się nie wykluczają, że mimo kryminalnego tła życie toczy się dalej i bywa śmieszne. Fakt, że te dwa bieguny nie są sobie tak odległe, widać również u osób wykonujących stresujące zawody, takich jak ratownicy medyczni czy żołnierze – to zwykle ludzie o świetnym poczuciu humoru, muszą bowiem umieć odreagować.


„Czy film na podstawie twoich książek mógłby nakręcić Quentin Tarantino?”, zapytał dowcipnie prowadzący Gaję Grzegorzewską. „Leonie – Guy Ritchie?”. Obie propozycje spodobały się, choć w przypadku Leonie Swann z zastrzeżeniem, że musiałby to być Ritchie wczesny, z czasów Przekrętu :). Przy okazji autorka stwierdziła, że filmy mogą wiele nauczyć, jeśli chodzi o pisanie książek – inspirujące są zwłaszcza ich tempo i zwięzłość.

Pojawił się także – z oczywistych względów dla mnie interesujący – temat recenzji. Leonie Swann stwierdziła, że krytycy to „another type of animal”, że recenzje to fikcja, podobnie jak literatura, a ich pisanie polega często na kreowaniu siebie na osobę inteligentną, za taką natomiast łatwiej zostać uznanym, gdy się coś skrytykuje. Gaja Grzegorzewska, która sama przez pewien czas recenzowała kryminały, dodała zaś, że przyjemność z czytania, kiedy się musi później o książce napisać, jest dużo mniejsza, stale bowiem analizuje się tekst od strony technicznej i na bieżąco wymyśla zdania do recenzji. Do tego dochodzą terminy, które dla osoby czytającej powoli, jak ona, są męką. Wnioski? W byciu krytykiem / recenzentem nie ma nic fajnego :).

Na koniec autorki opowiedziały trochę o swoich zwyczajach czytelniczych (Gaja – namiętnie kreśli po książkach, Leonie – czytelnik hedonistyczny, czyta tylko to na co ma ochotę) i pisarskich (Gaja – typ chomika, obserwuje otoczenie i „zdrapuje inwektywy ze ścian kibli”, Leonie – wiecznie przekracza terminy, bo jej zdaniem nie powinno się pisać na siłę). Na pytanie czytelniczki o pierwsze zdanie książki padła zaś odpowiedź, że nieważne, jak się zacznie – ważne, by w ogóle zacząć. I to stwierdzenie ładnie mi się wpisuje w hasło tegorocznego Big Book Festivalu („Back to beginning”), a zarazem będzie świetnym zamknięciem relacji.

A ciekawych edycji 2015, którą tak zachwycam się na wstępie mojego tekstu, odsyłam do relacji z tamtego Big Book Festivalu: tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Ilustracje: zdjęcia własne