sobota, 7 stycznia 2012

Popołudnie fauna pod kerskimi dębami – „Święto przebiśniegu”, Bohumil Hrabal

Hrabal wielokrotnie powtarzał, że punktem wyjścia dla niego jest przeżycie, a jego muzy to przede wszystkim prości ludzie, nie intelektualiści. Dowodem na to, że nie był gołosłowny, jest ten zbiór opowiadań – czy raczej wspomnień, impresyjek, obrazków z kerskich lasów, gdzie pomieszkiwał pod koniec życia. Koty i ludzie – taki tytuł ma jeden z tych tekstów, jednak kotów jest tu tym razem niewiele, zaledwie dwa knajpiane piecuchy, wygnane brutalnie z piwnego raju. Od groma za to ludzi – dziwaków, obłąkanych, nieszczęśliwych lub szczęśliwych tylko powierzchownie, zbieraczy promocyjnych rupieci (jak świeżo ubitej owcy, która stała się pretekstem do pięknego i zarazem odrażającego, niemalże baudelairowskiego opisu zwierzęcych wnętrzności), kalekich hodujących króliki w fortepianie, strażaków zalewających dawno wygasłe ogniska w czas ulewy i kapeluszników darujących w prezencie kamienne stopnie ze schodów dawnej katedry. Wśród tej niekoniecznie wesołej ferajny znalazło się nawet miejsce dla młodego jelonka, opowiadającego łzawą historię swego życia.

O poważaniu przez Hrabala zwyczajnych ludzi na równi z wielkimi umysłami świadczy już dobór cytatów będących mottami tej książki. Z myślami Leibnitza i Kanta zestawia bowiem bezpretensjonalne stwierdzenie swego piwnego kompana, Josefa Prochazki – „Jak się człowiek uchleje, to w Kersku też jest Kilimandżaro”. Tradycyjnie przepełniony empatią, autor jest tutaj typem dobrotliwego ojca, o bohaterach pisząc z odcieniem czułości, wyrozumiale, bez osądzania czy potępiania. Nawet miejscowy milicjant, komunistyczny sprzedawczyk bezlitośnie chłoszczący mandatami i pouczeniami bez względu na sentymenty, okazuje się mieć drugą, lepszą twarz – rozmiłowanego w blasku księżyca i wieczornych zapachach marzyciela.

Czym jest święto przebiśniegu? To radość i piękno mające swoje źródło w rzeczach pierwotnych, obcowaniu z naturą, w intensywnym przeżyciu. To to piękno o którym mówił pan Metek – to, które może się objawić w postaci kobiety, sosnowego lasu lub strumyka, to, dzięki któremu człowiekowi nie chce się umierać. Nie trzeba być jednak młodą dziewczyną, by przyozdobić się przebiśniegami i tańczyć wokół starych dębów; można być i podstarzałym bogaczem, który uciekł przed światem do leśnej głuszy.
A ja puszczę sobie tranzystor i być może na cześć święta przebiśniegu zatańczę pod stuletnimi dębami z kozą i kozłami jak stary faun, takie popołudnie fauna...
Język Święta przebiśniegu jest oczywiście urzekająco melodyjny i porywający niezależnie od tematu. Poniżej – niebanalnie o banalnym, czyli nocny pejzażyk, który dla urozmaicenia proponuję zestawić z moim ulubionym fragmentem o owcy.
Usiadłem, a księżyc siadł mi na kolanach jak dziewczyna, nadstawiłem ręce i światło księżyca oblizywało je tak jak kot albo służbowy pies. (...) Było cicho, noc płynęła między liśćmi dębów, a na ziemię spadały księżycowe białe rozbryzgi jak z kokosowego mleka.
Sporo tu też peanów na cześć kobiecej urody, które dość mocno korespondują z opisami przyrody – postać zmaterializowanej i oswojonej w swojej mlecznoróżowej cielesności kobiety przeplata się z matką naturą, potężną i nieuchwytną. Szczególnie wyraźny jest ten motyw w Wariacji na temat pięknej panny (po Wademekum bawidulskiego praktykanta najbardziej uderzającym do głowy, pokrętnym i cudownie abstrakcyjnym tekście tego zbioru; najchętniej zacytowałabym go w całości, niemal zbrodnią bowiem wydaje mi się wydzieranie z jego zwartej, żywej tkanki mniejszych strzępków).
A mimo to uśmiechasz się w moich zaciekawionych oczach, kiedy powolnym ruchem nabieram w dłoń garść żyznej ziemi i wąchając ją, wącham też ciebie. (...) Zresztą wszystkie zapachy, dźwięki i kolory polany i lasu są pozdrowieniami od ciebie, za przezroczystym laskiem leży piaszczysta wydma, pozdrowienie od twych ziarnistych ud i bioder, a łąka kwitnących margerytek to pozdrowienie od twych zdumiewających rzęs.
Uwielbienie dla piękna opisywanej modelki graniczy z religijną ekstazą, gdzieniegdzie przyjmując już kształt z lekka bluźnierczy – jak bardzo te fragmenty przypominają Jakuba Demla! Wiem, że Hrabal go czytał i podziwiał, nie wierzę więc, że nie wzorował się tu na twórczości tego kontrowersyjnego księdza-pisarza.
Minąłem już twoje kolana i teraz zmysł dotyku mówi mi, że spełni się moje prastare pragnienie, że wejdę w twe zwieńczone młodą sośniną i dębiną wspaniałe łono niczym wóz drabiniasty w barokowe wrota. Lecz gdy właśnie nadstawiałem głowę i zamykałem oczy tuż przed przyjęciem komunii, zakręt ponownie przeszedł w prostą i droga odrzuciła na przyzwoitą odległość zdrój, z którego wypływają twe nogi, a twój brzuch znowu mi pokazuje na niebie drogę, którą mam iść. (...) Moczę w tej świętej wodzie palec i udzielam sobie chrztu, żegnam się znakiem krzyża, pionową linią twego przyrodzenia i poziomą twych ust.
Jak wspominałam jednak, najbardziej brawurowy tekst to wieńczące zbiór Wademekum bawidulskiego praktykanta. Bełkot natchnionego poety, bredzenie geniusza, trochę jak te płomienne monologi bitników, które Hrabal tak uwielbiał. I jeśli rzeczywiście, jak sam kiedyś mówił, dopiero ze swojego pisania dowiaduje się, kim naprawdę jest, to Wademekum musiało mu – i przy okazji czytelnikowi – bardzo wiele na jego temat powiedzieć. „Kłusownik w zwierzyńcach języka, gajowy zabawnej inspiracji, dozorca przysięgły na polach anonimowych anegdot, rzeźnik dobrych pomysłów, stróż ryb w wątpliwych sadzach spontaniczności”, który „chce jeść kromkę posmarowaną masłem nieskończoności, który chce pić z kufla śmietanę wieczności”. A na deser – hrabalowska Święta Trójca, czyli Dionizos, Sokrates i Jaroslav Hašek, beztroskie przekonanie o własnej niewiedzy, pijaństwo i bajdurzenie, i mocna końcówka, po której zostaje tylko dźwięcząca cisza. „Rodzimy się pośród kału i moczu”, jak pisał św. Augustyn,
A jednak jesteśmy wspaniali i jesteśmy tu. To wszystko.
***
Cytaty: B. Hrabal, Święto przebiśniegu, wyd. Świat Literacki, Warszawa 2008.