niedziela, 28 października 2012

Buddyzm jak ciastko z czekoladą – „Włóczędzy Dharmy”, Jack Kerouac + o ekranizacji „W drodze”

Włóczęgów Dharmy zabraliśmy ze sobą na naszą fińską wyprawę. Lektura na głos miała nam umilać długie godziny oczekiwania na stopa, wybór zaś książki był nieprzypadkowy – pomyślałam, że opowieści z wędrówką i bitnikami w tle będą klimatem doskonale pasowały do okoliczności, w jakich mieliśmy je poznawać. Okazało się jednak, że podróżowania w sensie fizycznym, przemierzania bezkresnych amerykańskich pustkowi, skakania ze wschodniego wybrzeża na zachodnie i na odwrót, jakby dzieliło je piętnaście minut spacerkiem, jest w tym akurat dziele Kerouaca niewiele. Częściej jego bohaterowie zapuszczają się w czeluście umysłu, przechadzają się po ścieżkach świadomości i usiłują zrozumieć naturę świata, kierując się wskazówkami buddyjskich myślicieli.

Nie jestem specjalistką od buddyzmu, przeciwnie – wiem o nim skandalicznie mało, jednak i na gruncie tej skąpej wiedzy zrodziło się we mnie przeczucie, że religia ta w wersji bohaterów Kerouaca jest dość mocno zniekształcona. Utwierdziły mnie w tym przypisy tłumacza, który cierpliwie i drobiazgowo tłumaczył pomyłki i nieścisłości autora dotyczące buddyjskich mądrości. Krótko mówiąc – Japhy Ryder, czołowy włóczęga Dharmy (czyli Prawdy) tej powieści oraz jego kompani wybierają sobie z buddyzmu to, co im najbardziej odpowiada, niczym kawałki czekolady z kruchego ciasteczka, mało wygodne szczegóły zbywając milczeniem. Medytują, modlą się, dyskutują, ale też piją na umór, narkotyzują się i urządzają zmyślne orgie opatrzone lśniącą etykietką „buddyjski rytuał jab-jum”. „Nie ufam żadnemu rodzajowi buddyzmu ani żadnemu systemowi filozoficznemu lub społecznemu, który potępia seks” – przyznaje Japhy.

Ogólnie zresztą, nie odnosząc się nawet do kwestii religii, mierził mnie styl życia bohaterów Kerouaca (podobnie zresztą jak podczas lektury kultowego W drodze). A właściwie nawet nie sam styl życia, a nieuzasadniona pogarda dla tych, którzy go nie podzielają. Japhy i towarzystwo zdaje się grubą krechą odgradzać się od „zwykłych” ludzi, plebsu wstającego każdego ranka do pracy, a wieczorem wpatrującego się w niebieskie oko telewizora. Nie przeszkadza im to jednak żyć na garnuszku rodziny, bujać w obłokach i włóczyć się za czyjeś ciężko zarobione w „zwykły” sposób pieniądze. Chyba najbardziej świadom tego paradoksu jest narrator, Ray Smith, który myśli o Japhym (nota bene wróciwszy właśnie do rodzinnego domu na święta i posiliwszy się przygotowaną przez matkę kolacją): 
Dlaczego on tak zaciekle nienawidzi białych kafelków nad zlewem i kuchennej maszynerii, jak to nazywa? Człowiek ma dobre serce bez względu na to, czy żyje jak włóczęga Dharmy, czy też nie. Współczucie jest sercem buddyzmu.
Gary Snyder, pierwowzór postaci Japhy'ego Rydera. Dziś ma 82 lata.

To niestety nie koniec zastrzeżeń. Jest jeszcze jedno – Włóczędzy wydali mi się po prostu nudni. Nie wiem, na ile wpłynęły na to utrudniające skupienie warunki, w jakich czytałam tę książkę – być może odebrałabym ją inaczej, gdyby towarzyszyła mi w domowym zaciszu nad kubkiem herbaty, a nie pod gołym niebem przy ruchliwej drodze, w przerwach od wpatrywania się z nadzieją w przejeżdżające samochody – ale miałam wrażenie, że cała powieść to monotonne pasmo popijaw, orgietek i wydumanych rozmyślań. Może zbyt mocno stąpam po ziemi, by docenić wartość tego dzieła, może zbyt jestem prozaiczna i przyziemna? 

Zastanawiam się też poważnie, czy towarzystwo W. przy jej czytaniu nie zniekształciło trochę mojego nastawienia. Czy nie udzieliło mi się jego zamiłowanie do wartkiej akcji i, co za tym idzie, brak aprobaty dla niespiesznej i pozbawionej wyraźnej puenty opowieści, jaką snuje Kerouac. (I tu, na marginesie, wyłania się ciekawe psychologiczne zagadnienie – na ile w ogóle nasi towarzysze lektury mogą wpłynąć na jej odbiór? Ale to już temat nie dla mnie, psychologią się nie param). 

Książka więc rozczarowała mnie, ale za jedno mogę jej na pewno podziękować – ze względu na zamieszczoną w niej relację ze słynnego spotkania w Six Gallery w 1955 r., na którym to Allen Ginsberg po raz pierwszy wyrecytował swój Skowyt, postanowiłam wreszcie przeczytać ten głośny poemat. I ten, w przeciwieństwie do Włóczęgów, robi kolosalne wrażenie. 

***
J. Kerouac, Włóczędzy Dharmy, wyd. W.A.B., Warszawa 2006.

***
Na koniec jeszcze kilka słów na temat filmowej wersji W drodze Kerouaca, wyreżyserowanej przez Waltera Sallesa. Nie potrafię pisać o filmach, więc osobnej notki na ten temat nie stworzę, ale chciałam krótko podzielić się wrażeniami, a stopka recenzji Włóczęgów wydaje się świetnym na to miejscem. 

Film nieźle oddaje klimat tamtych czasów, choć moim zdaniem było w nim zdecydowanie za mało drogi a za dużo seksu. Kerouac oczywiście wstydnisiem nie był i o miłosnych harcach pisał często i gęsto, ale nie aż tak często, jak często twórcy ekranizacji każą nam się przyglądać przez lupę łóżkowym zabawom bohaterów. Podobał mi się za to Sam Riley w roli alter ego Kerouaca, Sala Paradise'a (doskonale wpisuje się w role takich niespokojnych, twórczo szalonych osobowości – uwielbiam go też jako Iana Curtisa w Control!), a jedna z końcowych scen w wykonaniu jego i Garretta Hedlunda, kiedy to Sal i Dean spotykają się na ulicy i Sal uświadamia sobie, jak bardzo zagubił się dawny król życia i jak mocno się różnią, była dla mnie wręcz wstrząsająca. Ciekawa jestem Waszych opinii na temat tej ekranizacji (a jeśli ktoś pisał o niej ostatnio u siebie na blogu, to prawdopodobnie przegapiłam – z powodu nowych studiów mam straszne zaległości w blogowym świecie). 

Mocno mnie zastanowiło, czemu tak mało polskich kin wyświetla ten film. Kilka tygodni po premierze w moim rodzinnym Rzeszowie nie można go było zobaczyć nigdzie, w Krakowie zaś – jedynie w dwóch czy trzech kinach, i to w małych, kilkunastoosobowych salkach. Najwyraźniej W drodze zatopiła fala popularności innych filmów, przede wszystkim pewnie Jesteś Bogiem, który grano wszędzie dziesięć razy dziennie. Szkoda.

Sam Riley jako Sal Paradise (alias Jack Kerouac)
Źródło fotografii Gary'ego Snydera: http://www.english.illinois.edu/maps/poets/s_z/snyder/snyder.jpg

środa, 3 października 2012

Pomocna papierowa dłoń – „Posłaniec”, Markus Zusak

Z nazwiskiem Zusaka pierwszy raz zetknęłam się dobre kilka lat temu, czytając w gazecie recenzję właśnie Posłańca. Zapamiętałam sympatyczną twarz autora i królujące nad całym tekstem stwierdzenie: „Seks powinien być jak matematyka”, ale czemu? Tak prosty i intuicyjny jak banalne równanka trzaskane w szkolnej ławie czy, przeciwnie, tak trudny, dostępny tylko dla intelektualnej elity, zgodnie z inną jakże światłą myślą „Głupcom należałoby wymyślić trudniejszy sposób rozmnażania” (T. Gicgier)? Otóż nie, zupełnie nie w tym rzecz – jak matematyka, aby wolno było czuć się w nim kiepskim i przyznawać się do tego, z lekką wręcz nutą chełpliwości, jak to czyni dziś wielu z nas, licząc na połączenie się z bratnią duszą, która też przed laty bezowocnie ślęczała nad trygonometrią i pochodnymi.

Ta błyskotliwa myśl zaatakowała mnie znów i przypomniała o sobie niemal zaraz po otworzeniu książki. Dzieli się nią z czytelnikiem narrator i zarazem główny bohater Posłańca, dziewiętnastoletni Ed Kennedy, który, jak się można domyślić, w łóżkowych wygibasach nie czuje się zbyt pewnie, a prócz tego zawodzi niemal na każdym możliwym polu. Sam siebie opisuje jako typowego przeciętniaka, szarego taksówkarza z małego miasteczka bez perspektyw. Dziewczyny nie ma, na studia nie poszedł, a jego najlepszym przyjacielem jest stare, śmierdzące psisko zwane Odźwiernym.

Nagłą rewolucję w życiu bohatera zapoczątkowuje otrzymanie anonimowego listu w postaci karty do gry z nagryzmolonymi kilkoma hasłami. Pojmując, że to łamigłówka, Ed zaczyna ją rozgryzać i tak, nakierowany niewidzialną ręką nieznajomego, staje się posłańcem – darczyńcą dobrej nowiny, tym, który spełnia marzenia i tym, który stymuluje do przemyślenia, co w ich życiu najważniejsze. 

Pomaga w ten sposób nie tylko innym, ale i sobie. W końcówce powieści pojawia się jeszcze jeden zaskakujący dłużnik Eda – sam autor, Markus Zusak we własnej osobie. Chcecie wiedzieć, jak opisuje samego siebie?
Ma raczej krótkie brązowe włosy, jest nieco mniej niż średniego wzrostu, nosi koszulę, czarne dżinsy i niebieskie adidasy. Z każdą minutą coraz bardziej wygląda na chłopca, choć jego głos jest głosem mężczyzny.
Muszę powiedzieć, że prócz formułowania efektownych myśli Zusak ma niewątpliwy dar przykuwania uwagi czytelnika. Jego książki czyta się świetnie. Są lekkie, ale i przemyślane – podobnie jak Złodziejka książek, Posłaniec ma określony układ rozdziałów, wzorowany na talii kart – i nawet w momencie, gdy wydaje się, że już nic godnego uwagi nie może się zdarzyć, potrafią zaskoczyć.

Niestety jednak biorąc pod uwagę samo pióro Posłaniec wypada moim zdaniem w porównaniu ze Złodziejką raczej blado (co jest właściwie dość logiczne, jako że został napisany kilka lat wcześniej). Drażniły mnie zbyt częste zawieszenia, natchnione krótkie zdania, trochę nadęte, umoralniające i trącące banałem wstawki. Zdaje się, że w ten nachalny sposób Zusak podkreślał, jak ważne jest to, o czym pisze, a z tego każdy czytelnik zdałby sobie sprawę i bez natrętnego podtykania pod nos. Mam jednak wrażenie, że ta tendencja najwyraźniej zaznaczała się na samym początku, zaś z każdą kolejną stroną robiło się już skromniej i swobodniej, jak gdyby sam autor odnajdował stopniowo własny styl i zadomawiał się w swojej książce (aż do ostatecznego skrystalizowania się jego osoby na jej kartach :)). Końcówka była więc już wolna od niesmaku, jaki towarzyszył mi przy lekturze pierwszych rozdziałów.

Polecam, zwłaszcza tym, którzy sami czują się takimi szarymi pionkami w typie Eda Kennedy'ego (i przyklaskują jego smętnemu erotyczno-matematycznemu porównaniu). Choć wiadomo, że w życiu nigdy nic nie jest tak piękne jak w książce, myślę, że dzięki swemu walorowi terapeutycznemu Posłaniec może pomóc takim nieszczęśnikom uwierzyć w siebie i znaleźć swoje miejsce na świecie. A nawet jeśli nie – zawsze pozostaje zwyczajnie ciepłym i krzepiącym czytadłem.

***
M. Zusak, Posłaniec, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2009.