sobota, 19 września 2015

Jak dokumentalista zabił gawędziarza – „Życie jest opowieścią”, Gabriel García Márquez

Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do czyjejś pamięci. Z pewnością kryje się tam wiele interesujących opowieści, niebanalnych postaci, fascynujących miejsc, ale stanowią one tylko niewielki procent wszystkich zgromadzonych wspomnień, a do tego wiele z nich wymaga znajomości kontekstu. Reszta – to nazwiska, daty, cała ta sucha codzienność, której kruszyny jakimś cudem nie zostają do końca wymiecione z naszej głowy. Próby ulepienia z tej materii książki przerastają nawet największych – i tak niestety jest również z Gabrielem Garcíą Márquezem oraz jego autobiografią, Życie jest opowieścią.

Noblista skupia się w tym dziele na swoim dzieciństwie i młodości, punktem wyjścia jest zaś dla niego odbyta w wieku dwudziestu kilku lat podróż wraz z matką do miasteczka Aracataca. Mają sprzedać dom dziadków, z którym wiąże się wiele szczęśliwych wspomnień. To tutaj kształtowało się to słynne márquezowskie postrzeganie świata, tu po raz pierwszy obcował z duchami, stąd pochodziły pierwsze obrazy wykorzystane później w jego twórczości. W tych stronach znajdowało się również prawdziwe Macondo – miejscowość, która dała nazwę legendarnemu miasteczku z utworów pisarza.

Ten początek jest urokliwy. Odmalowana z niezwykłą plastycznością Aracataca – ziemia przeklęta, nawiedzana przez klęski żywiołowe i plagi, miejsce bezprawia i rzezi przypominające osady na Dzikim Zachodzie, historia Nicolasa Márqueza przybyłego tu po wypędzeniu z rajskiego Barrancas za zabicie w honorowym pojedynku pewnego mężczyzny, nie pozbawiona dramatycznych przeszkód historia miłosna rodziców, magiczny świat babci, opowieści Juany de Freytes. To jeszcze opowieści, które Márquez snuje w oparciu o zasłyszane legendy i wspomnienia tak mgliste, że nie sposób nie podeprzeć się fantazjowaniem. Dzięki temu mają ten senny urok dobrze znany z powieści mistrza.

Problemy zaczynają się, gdy Márquez zaczyna czerpać już z własnej pamięci. Z jednej strony – zapoznajemy się dzięki temu z niezwykle ciekawymi wspomnieniami jego pierwszych czytelniczych fascynacji, ale z drugiej – rozpoczyna się długi korowód nazwisk i miejsc, które niewiele nam mówią. Nawet jeśli pisarz wkłada cały swój wysiłek w zaprezentowanie nam ich w sposób barwny i niebanalny. Za dużo tego. Tak dużo, że momentami zadawałam sobie wręcz pytanie, czy nie był to ze strony autora jakiś test własnej pamięci, próba spisania wszystkich dawnych przyjaciół i znajomych, by sprawdzić, ile jeszcze pamięta.

Zdjęcie z czasów późniejszych niż opisane w książce, ale za to rarytne – Gabo pierwszy z prawej,
a pierwszy z lewej Mario Vargas Llosa. Barcelona, lata 60.
Do tego dochodzą historyczne wydarzenia, opisywane w sposób nie zakładający chyba, że po książkę tę sięgną osoby zupełnie nie zaznajomione z historią Kolumbii (takie jak ja). Skutek? Powstała książka trudna do czytania, raczej do żmudnego przedzierania się przez gąszcz faktograficznych szczegółów niż wciągająca w magiczny świat niczym najlepsze powieści Noblisty.

Są oczywiście momenty pięknie, również poza początkową częścią książki. Z wypiekami na twarzy czytałam, jak rodziło się powieściowe Macondo, jakie były dzieje powstania pierwszej powieści autora, Szarańczy, jak dojrzewał do myśli o byciu pisarzem i szlifował swój warsztat w redakcjach kolumbijskich gazet. Z przyjemnością śledziłam wzmianki o jego ulubionych pisarzach – Faulknerze, Steinbecku, Woolf, Joysie, Dumasie, Caldwellu, Borgesie... Porywający był także opis zamieszek w Bogocie po zamordowaniu lidera partii liberalnej, Jorge'a Gaitána, 9 kwietnia 1948. Jako naoczny świadek tych wydarzeń – studiował wówczas w stolicy – Márquez mógł odmalować je wiarygodnie, a zarazem z żarem człowieka, któremu cudem udało się wydostać z tego apokaliptycznego świata.

Te perełki toną jednak w morzu niespecjalnie istotnych – moim zdaniem – informacji. Brakuje tej magii powieściowych odsłon twórczości autora, dominuje za to rzeczowy głos dokumentalisty. Nie napiszę oczywiście, że ta lektura była czasem straconym. Ale przyznam uczciwie, że mocno mnie zmęczyła.

***
G.G. Márquez, Życie jest opowieścią. Autobiografia, tłum. Joanna Karasek, Agnieszka Rurarz, Carlos Marrodán Casas, wyd. Muza SA, Warszawa 2014.

Za te kilka piękniejszych momentów z życia młodego Márqueza i przybliżenie mi jego pisarskiej drogi serdecznie dziękuję Darii i wydawnictwu Muza.

Fotografie:
[1] Robert Burdock / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] Autor nieznany / Wikimedia Commons
[3] Okładka książki ze strony wydawnictwa Muza SA 

czwartek, 17 września 2015

Samotność w Iraku – „Karbala”, Piotr Głuchowski, Marcin Górka

Karbala to taka książka-wyrzut sumienia. Budzi wyznania typu „nigdy nie interesowałem się tym, co dzieje się w Iraku”, „dopiero teraz uświadomiłem sobie...”, obrazowo prezentuje, jak naprawdę wyglądała tam walka naszych żołnierzy i z czym musieli się zmierzyć. Pisze o przestarzałym sprzęcie, niedostatkach wyszkolenia i kompleksach wobec amerykańskich towarzyszy broni, którzy „nawet drut kolczasty mają jakiś lepszy”.

To oczywiście ważne sprawy, ale ja w moim tekście skupię się na czymś innym. Bo mnie, podobnie jak Swietłanę Aleksijewicz, bardziej niż wojskowe manewry i militarny sprzęt interesują uczucia. Oraz kontekst kulturowy, tak w tym wypadku istotny.

Mowa tutaj między innymi o tym, co już dobrze znamy z wojennej literatury – o nieprzygotowaniu na zabijanie, o pierwszym szoku, jakim jest pociągnięcie za spust i wydanie na kogoś wyroku śmierci, o wątpliwościach i obawach, jakie towarzyszą niemal każdemu żołnierzowi w każdej wojnie od zarania dziejów. Ale konflikt w Iraku opisany na kartach Karbali jest w pewien sposób unikatowy, bo stanowił zderzenie dwóch zupełnie różnych światów. Ujmując go w ten sposób, pod kątem kultury i socjologii, książka Piotra Głuchowskiego i Marcina Górki tłumaczy pośrednio, dlaczego ta interwencja, wbrew temu, co twierdzą niektórzy, nie była błędem.

A robi to, prezentując choćby siłę fanatyzmu sadrystów, przed którymi trzeba było bronić City Hall – ostatniego bastionu legalnej władzy. W naszym kręgu kulturowym pisze się długie traktaty o bezsensie wojny i umierania na czyjś rozkaz, tymczasem u ludzi takich jak rebelianci walczący w Karbali po prostu nie ma dyskusji – umierasz i tyle. Twoje życie nie ma przecież żadnej wartości, lepiej więc od razu oddać je w obronie słusznej sprawy. Przerażająca jest ta ich krwawa determinacja, chęć zrobienia z siebie za wszelką cenę mięsa armatniego, parcie do przodu niezależnie od zagrożeń. Brak instynktu samozachowawczego.
Strzał z czołgowego działa rozrywa bojowników na strzępy, ale za chwilę pojawia się kolejna zbrojna grupa. I robi to samo. Jak gdyby w mieście istniał niewyczerpany zapas kałachów, erpegów i mężczyzn gotowych na śmierć (…). Amerykanie strzelają do rebeliantów z karabinów M-16, których kule zaprojektowano w ten sposób, by przebijały nawet ceramiczne „dechy”. Ale Arabowie nie mają kamizelek, tylko pogardę dla śmierci (s. 172). Cel przysłania im wszystko inne, wiara ich oślepia, a ślepota – czyni mięsem armatnim (s. 192).
Jak to musi działać na psychikę! Czy człowiek, nawet uzbrojony, w pewien sposób jednak osłabiony miłością własną i chęcią przeżycia ma jakieś szanse w starciu z istotą tak bezrefleksyjną, odważną odwagą straceńca, niczym zaprogramowaną na jeden cel? Tym bardziej przeraża położenie, w jakim znaleźli się obrońcy City Hall – otoczeni obcym, wrogim i gotowym na wszystko tłumem rebeliantów – i tym większy podziw budzi ich zimna krew.

Zwłaszcza, że choć walczą w grupie, są tak naprawdę sami. Muszą sobie radzić z samotnością, z przylepioną łatką wroga i najeźdźcy, z tęsknotą za domem i rodziną. Czasem dostają list od dziewczyny czy żony, że już na nich nie czeka. I choć bardzo by chcieli, nie mogą rzucić wszystkiego i wrócić, żeby tylko wyjaśnić, naprawić sytuację. W szpitalach słyszą od pielęgniarek-pacyfistek, że sami są sobie winni. Po powrocie do kraju zamiast orderów dostają reklamówkę z logo miasta i długopis. A potem długo nie mogą zaleczyć wojennych ran. Świat chce od nich, żeby zapomnieli i żyli dalej jak gdyby nigdy nic, ale nie da się. Więc uciekają w kieliszek albo w samotność, albo w jedno i drugie.

Oczywiście w całej książce przewija się pytanie, czy ta misja była w ogóle potrzebna. Autorzy wystrzegają się odpowiadania wprost, przytaczają nawet całą internetową dyskusję na ten temat, prezentując wachlarz argumentów „za” i „przeciw”. Dla mnie jednak najlepszą odpowiedzią są fragmenty takie jak ten o odbudowie szkoły dla dziewcząt. Zapuszczony budynek – bo przecież kobietom nie należy się edukacja, nic im się właściwie nie należy – doprowadzają do stanu używalności dopiero polscy żołnierze. I wręczają irackim dziewczynkom kolorowe piórniki, które te dzierżą z namaszczeniem godnym największych trofeów. To nie była misja pozbawiona sensu.

Publikacja Karbali trochę niefortunnie zbiegła się w czasie z aktualnym napływem uchodźców i obawiam się, że przez niektórych ta książka może stać się kolejnym argumentem za tym, żeby od islamu odciąć się grubą krechą. Liczę jednak na to, że trafi w ręce świadomych czytelników, którzy nie wrzucą bezmyślnie karbalskich rebeliantów do jednego worka z ludźmi, którzy dobijają się do bram Europy uciekając przed wojną i fanatyzmem. Bo ta lektura ma sens tylko przy odpowiednim podejściu.


***
Cytaty: P. Głuchowski, M. Górka, Karbala, wyd. Agora, Warszawa 2015.

Za przybliżenie historii obrony City Hall i refleksję na temat wojny w Iraku dziękuję wydawnictwu Agora.

Fotografie: 
[1],[2] The U.S. Army / Foter.com / CC BY
[3] Okładka książki ze strony wydawnictwa Agora 

środa, 9 września 2015

Kafka, Dostojewski i Windows, czyli literacki kuglarz w akcji – „Wychowanie dziewcząt w Czechach”, Michal Viewegh

Najmocniejszą stroną Wychowania dziewcząt w Czechach jest motyw pisarski i plejada cytatów. Najmocniejszą, ale i najsłabszą zarazem, bo trudno wyczuć ile w tym erudycji, a ile zwykłego efekciarstwa. „Zgrywa i cytaty” – ma się czasem ochotę powtórzyć za jedną z bohaterek. I demonstracyjnie ziewnąć.

Dobra, przyznaję – jestem do Viewegha trochę uprzedzona. Może więc dlatego nie doceniam tej książki, może gdyby napisał ją ktoś inny, piałabym z zachwytu. Bo przecież jest kilka mocnych powodów, dla których może się podobać.

Raz – to w końcu niebanalna rzecz. Opowieść o kursie pisania dla zbuntowanej córki gangstera, zręcznie poprzeplatana cytatami z Franza Kafki, Anaïs Nin, Salingera, Dostojewskiego, Prousta i Doctorowa (ale także z podręcznika do obsługi Windowsa). Słyszeliście kiedyś o czymś takim?

Dwa – mimo wszystko całkiem jest tu ten Viewegh dowcipny. Z reguły jeśli już jego żarciki budzą u mnie śmiech, to politowania, ale w Wychowaniu... jest kilka naprawdę smacznych fragmentów. Zwykle autoironicznych: „Pamiętam tylko jej stwierdzenie, że stąd można ogarnąć rozumem absolutnie, po prostu absolutnie wszystko, co rozbudziło we mnie irracjonalną nadzieję, że z tego miejsca, być może, kiedyś będę w stanie zrozumieć nawet powieści Danieli Hodrovej” (s. 111).

I trzy – coś, co naprawdę fajnie mu w tej książce wyszło, to ta polemika ze sobą samym – ustami swojego narratora albo Beaty. „Zgrywa” – kwituje Beata, „Nędzny pisarzyna, dowcipas, powierzchwony humorysta” – mówi o sobie narrator, no i te teksty w stylu „Stwierdziłem, że potrafi być całkiem dowcipny (zwłaszcza że to ja piszę mu kwestie)”. Naprawdę ciekawa i pomysłowa gra ze samym sobą.

Z czytelnikiem zresztą też – bo przecież autor podrzuca mnóstwo tropów budzących pokusę utożsamienia go z narratorem. I kiedy już czacha nam dymi od dociekań, ile w tym zabawnym chłopku samego Viewegha i czy opowiastka o zaklętej księżniczce Beacie ma w sobie ziarnko prawdy, autor na koniec rzuca nonszalanckie: „Nie możesz tej literatury traktować tak serio”.

W tym zdaniu zamyka się wszystko. Nic tu nie jest na poważnie, to nie żadna wielka powieść, tylko postmodernistyczna bajeczka dla dorosłych. Urzekająca sztuczkami literackiego kuglarza, ale przy tym z syntetycznym vieweghowskim posmakiem. Może nawet z lekka dałam jej się uwieść. Ale serca mi nie skradła.

***
M. Viewegh, Wychowanie dziewcząt w Czechach, tłum. Jan Stachowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2005. 

Fotografia: vic xia / Foter.com / CC BY-NC-ND 

piątek, 4 września 2015

Bukowski i Céline... o pracy

Nie od dziś wiadomo, że Bukowski inspirował się Célinem. Na dowód – kilka cytatów z twórczości obydwu. Posłuchajcie, jak pisali o życiu, pracy, priorytetach. Piękny i smutny to dwugłos.

Louis-Ferdinand Céline w 1932 r.

Céline: „A przecież oni jadą wszyscy tylko do swojego szefa w Paryżu, do tego, który ratuje ich przed głodową śmiercią, i ci tchórze tak strasznie boją się go stracić. Ale i za tę marną strawę trzeba się nieźle napocić. Cuchniemy od tego przez dziesięć, dwadzieścia i więcej jeszcze lat. Nie ma lekko” (Podróż do kresu nocy, s. 266).

Bukowski: „Piłem, nie wychodząc nawet z łóżka, przez jakieś trzy czy cztery dni. Nie mogłem się przemóc, by wziąć do ręki gazetę z ofertami. Sama myśl o tym, że znowu znajdę się naprzeciw jakiegoś siedzącego za biurkiem faceta i będę mu musiał opowiadać, jak mi zależy na pracy, jakie mam nadzwyczajne kwalifikacje, była dla mnie nie do zniesienia. Powiem szczerze: byłem przerażony życiem, tym wszystkim, co człowiek zmuszony jest robić tylko po to, by mieć na jakąś strawę, kąt i odzienie. Dlatego właśnie nie wstawałem z łóżka i piłem. Kiedy pijesz, to świat nadal gdzieś tam sobie istnieje, ale przynajmniej na chwilę zdejmuje ci nogę z gardła” (Faktotum, s. 77).

Céline: „To do niczego ci się tutaj nie przyda, mój chłopcze, te twoje studia! Nie jesteś tu po to, żeby myśleć, ale żeby wykonywać takie gesty, jakie każą ci wykonywać… Nie potrzebujemy tu, w naszej fabryce, gości z wyobraźnią. Nam potrzeba szympansów… Aha, i jeszcze jedna dobra rada. Nigdy nie wspominaj pan nawet o swojej inteligencji! Tutaj już ktoś za pana myśli!” (Podróż do kresu nocy, s. 250).

Bukowski: „Ci u steru zawsze woleli przyjąć mniej osób i zadręczać je nadgodzinami, niż zatrudnić większą załogę, tak aby każdy mógł mniej pracować. Oferowałeś szefowi osiem godzin, a jemu zawsze było mało. A już na pewno do głowy mu nie przyszło, by odesłać cię do domu po sześciu, powiedzmy, godzinach. Miałbyś wtedy czas na myślenie” (Faktotum, s. 65).

Céline: „I jeszcze ten tłum, kłębiący się, pełen wahań i znużenia, miotający się i kierujący się to w jedną, to w drugą stronę. Miasto było pełne ludzkiej brei (…). Wszyscy oni, ci ludzie, wywoływali we mnie odruch wymiotny (…). Popychali przed sobą życie i noc, wszyscy ci ludzie. A życie zasłania im wszystko. W tym hałasie, który sami czynią, niczego nie słyszą. Jest im to obojętne. A im większe i wyższe jest miasto, tym większy mają na wszystko zlew. Mówię wam. Próbowałem. Naprawdę nie warto” (Podróż do kresu nocy, s. 232). 

Czy warto?

***
Cytaty:
Louis-Ferdinand Céline, Podróż do kresu nocy, tłum. Oskar Hedemann, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2013.
Charles Bukowski, Faktotum, tłum. Jan Krzysztof Kelus, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2014.

Fotografie:
[1] Agence de Presse Meurisse / Wikimedia Commons
[2] gibridehome / Foter.com / CC BY-NC