niedziela, 24 lutego 2013

Poskromienie despotki – „Sztuka uprawiania róż z kolcami”, Margaret Dilloway

[1]
Gdy myślę o różach, staje mi przed oczami ten znany obraz Johna Williama Waterhouse'a – My Sweet Rose. Galilee Garner, główna bohaterka Sztuki uprawiania róż z kolcami Margaret Dilloway, różni się jednak od przedstawionej na nim rudowłosej marzycielki tak bardzo, jak to tylko możliwe. Mimo ograniczeń jej schorowanego ciała (cierpi na przewlekłą niewydolność nerek) jest osobą bardzo aktywną i zdecydowaną, ale niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. To mała, pewna siebie despotka, która wydaje o ludziach twarde sądy i tylko sobie przypisuje prawo do absolutnej racji. Na co dzień zachowuje się podobnie jak w szkolnej sali – stawia wszystkim wysokie wymagania i nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś może być słaby i niedoskonały. Nie bawi się przy tym w subtelności – znajomemu ze szpitala, starszemu panu Markowi Waltersowi, mówi bez ogródek że zasługuje on na przeszczep nerki mniej niż ona, gdyż zaprzepaścił swe zdrowie przez alkoholizm.

Nawet w jej stosunku do róż, których hodowla jest jej największą pasją, nie widać matczynej troski – zdaje się raczej traktować je jako przepustkę do uznania i sławy wśród innych hodowców. Owszem, zajmuje się nimi z ogromną dbałością i poświęceniem, ale nie sposób opędzić się od myśli, że tak naprawdę chodzi o pielęgnowanie własnego ego.

Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy do Gal przyjeżdża jej nastoletnia siostrzenica Riley. Jest nieślubną córką siostry Gal, Becky, która zawsze postrzegana była jako czarna owca rodziny – cierpiąc z powodu braku uwagi rodziców, wiecznie zaabsorbowanych zdrowiem drugiej córki (których chuchanie i dmuchanie, choć uzasadnione, leży moim zdaniem u podstaw wybujałego ego Gal), zaczęła eksperymentować z alkoholem i narkotykami. Wyjazd Becky do pracy do Hongkongu i zostawienie córki pod cudzą opieką jest oczywiście dla nieskazitelnej Gal kolejnym dowodem na nieodpowiedzialność siostry i z początku niechętnie przyjmuje siostrzenicę.

To Riley daje jednak Gal – mimo że nie do końca świadomie – pierwszą lekcję pokory, troski o cudze uczucia i zaglądania w głąb ludzkiej duszy, pod zewnętrzną powłokę sprawiającą nieraz mylne wrażenie. Wkrótce wychodzi na jaw, że Walters jest bardziej sympatyczny, niż z początku sądziła, jej szkolni pupilkowie – wcale nie tak nieskazitelni, jak na to wyglądają, a lord Byron róż, legendarny hodowca, który wprowadził ją w świat wystaw i konkursów – bardziej małoduszny, niż skłonna była sądzić po jego pomocnym zachowaniu.

A więc – okazuje się, że może jednak nie mieć racji! Stopniowo łagodnieje, choć rewolucyjnej przemiany nie ma. Otwiera się na innych, rozwija się jak pączek róży, ale wciąż kłuje, a obchodzenie się z nią to prawdziwa sztuka uprawiania róż z kolcami.

Narracja w tej powieści jest sucha i nieco łopatologiczna – nic jednak dziwnego, skoro narratorką jest sama Gal. Nawet w jej sposobie relacjonowania zdarzeń zaznacza się wyraźnie stanowcza, nauczycielska osobowość – widzi świat w sposób prosty, zdecydowany i kategoryczny, więc tak go opisuje.

Ponieważ to ona opowiada tę historię, przedstawia ją również z korzystnego dla siebie punktu widzenia, stale usprawiedliwiając swe postępowanie. Łatwo jednak dojść do wniosku, że postępuje samolubnie i despotycznie. Oczywiście należy wziąć poprawkę na jej ciężką chorobę, ale nawet mając to na uwadze nie byłam w stanie wykrzesać z siebie współczucia. Gal cierpi, ale równocześnie wykorzystuje swój stan zdrowia by przekonać innych i samą siebie, że wszystko się jej należy – i usprawiedliwia nim absurdalne nieraz żądania wobec przyjaciół.

Postać panny Garner była ponoć inspirowana szwagierką autorki, którą ta bardzo podziwiała za energiczność i pewność siebie zachowaną nawet w obliczu ciężkiej choroby (która w roku 2011 doprowadziła do jej śmierci). Nie jestem więc pewna, czy zamiarem Dilloway było przedstawienie tej bohaterki w tak niekorzystnym świetle, czy po prostu „tak wyszło”. Przypuszczam, że zwłaszcza po swej przemianie miała jednak być postrzegana jako bardziej sympatyczna, ale ostatecznie dobrze się stało. Powstała bowiem postać złożona, która będzie na pewno budziła sprzeczne emocje i może stać się tematem burzliwych dyskusji.

Margaret Dilloway [2]
Sztuka... ma więc niewątpliwy atut w postaci głównej bohaterki, mam jednak żal do autorki za niedopracowanie niektórych wątków. Rozgrywająca się gdzieś w tle rodzinnych i zdrowotnych dramatów Gal historia Brada, Samanthy i innych dzieciaków ze szkoły zapowiadała się z początku na kawał niezłego motywu kryminalnego, tymczasem jej rozwiązanie jest banalne i rozczarowujące. Duży potencjał miała też moim zdaniem tajemnicza postać Byrona, różanego lorda, który ostatecznie skończył jako niewiele znacząca figurka w zawiłych losach Gal. No i Becky – po wszystkich tych wspomnieniach i rozmowach na jej temat czekałam niecierpliwie, aż wkroczy do akcji, spodziewając się jakiegoś trzęsienia ziemi. Wypadła jednak blado i epizodycznie, jakby autorce spieszyło się do zakończenia i zabrakło jej już siły na sprawne zamknięcie tego wątku.

Ciekawie było za to dowiedzieć się co nieco na temat hodowli róż – Gal bowiem często i gęsto dzieli się z czytelnikiem informacjami i uwagami dotyczącymi swojej pasji. Autorka nie kryje, że przygotowując się do napisania tej książki spędziła sporo czasu zgłębiając tę tematykę pod okiem specjalistów z Towarzystwa Różanego San Diego. Poza tym Sztuka... podzielona jest na kilka części, z których każdą otwiera krótki rozdzialik z fikcyjnego Wielkiego poradnika hodowli róż Winslowa Blythe'a, zawierający wskazówki dotyczące pielęgnacji kwiatów w nadchodzącym miesiącu. Każdy z tych fragmentów w sposób bardzo subtelny – tak subtelny, że zwróciłam na to uwagę dopiero kilkanaście stron przed zakończeniem – nawiązuje do treści części, która jest nim opatrzona. Fajny pomysł.

To przyjemna kobieca lektura, nie polecam jej jednak wielbicielkom wielkich romansów. Zwabione opisem, po lekturze mogą poczuć się rozczarowane, bo miłość nie gra tu pierwszych skrzypiec, a spektakularnych scen jak z sióstr Brontë na próżno szukać.

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu M.

***
M. Dilloway, Sztuka uprawiania róż z kolcami, Wydawnictwo M, Kraków 2012.

***
Ilustracje:
[1] Wikimedia Commons
[2] http://www.blogher.com/files/Margaret_Close.jpg

poniedziałek, 18 lutego 2013

Zabłocona ścieżka do duszy smutnego człowieka – „Kobiety”, Charles Bukowski

Ta legendarna już książka prezentująca korowód kobiet które przewinęły się przez życie Bukowskiego w ciągu kilku lat, w czasach gdy był już uznanym pisarzem i starzejącym się alkoholikiem, jest dokładnie tak odrażająca, jak się o niej mówi. Ale równocześnie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Tego co najważniejsze nie da się z jej kart bezpośrednio wyczytać.

Cała powieść jest mocno autobiograficzna. Akcja zawiązuje się w momencie gdy alter ego pisarza, Henry Chinaski, po czterech latach seksualnej posuchy przełamuje swą złą passę i rzuca się w wir romansów. Jego codzienność zmienia się w ciąg miłosnych epizodów ze strumieniami alkoholu w tle, łańcuszek kobiet zaś, które przewijają się przez jego łóżko, otwierają i zamykają dwie ważne postaci, wzorowane na wielkich miłościach Bukowskiego – Lydia (której pierwowzorem była rzeźbiarka i poetka Linda King [1]) oraz Sara (Linda Lee Beighle, właścicielka restauracji ze zdrową żywnością i późniejsza żona pisarza [2]).

Korowód ten jest niestety tak absolutnie bezbarwny, że zmienia się w nudną i suchą wyliczankę łóżkowych podbojów. Bukowski nawet nie sili się na wyraziste opisy, które pozwoliłyby choćby odróżnić jedną panią od drugiej, ale myślę że wynika to z tego, że po prostu w ten sposób rzeczywiście je widział (nic dziwnego, że po publikacji książki pierwowzory jego bohaterek wyraziły głębokie oburzenie [3]). Jedyną wyróżniającą się na tym tle postacią jest Lydia, głównie ze względu na swój dziki temperament graniczący momentami z obłędem. O tym, że nie jest to tylko literacka kreacja, świadczą doniesienia o burzliwych awanturach, do których dochodziło między Bukowskim a Lindą King – ponoć w trakcie jednej z nich pisarz złamał swojej ukochanej nos. :) Trudno się jednak dziwić furii Lydii/Lindy, skoro jej nonszalancki chłopak co rusz gościł w swoim łóżku przygodne dziewczyny, a następnie, mimo że wcale sobie tego nie życzyła, nie szczędził jej szczegółów z przebiegu jego miłosnych igraszek... 

Bukowski i Linda Lee Beighle (powieściowa Sara) [1]
Największą zagadką pozostaje więc, dlaczego kobiety tak bardzo do niego lgnęły? Był stary, brzydki, nie stać go było na uprzejmości, pił na umór, spał do południa i zaczynał dzień od wymiotów. Stanowił wrak człowieka, a mimo to płeć piękna wprost szalała na jego punkcie i dawała mu się krzywdzić do woli. Linda King pisze wspominając pierwsze chwile ich znajomości [4]:
I was still sure I'd never get involved with Charles Bukowski. He was twenty years older. I didn't like his negative attitude toward people. And, the drinking, no sane woman would get involved with him. [Byłam wciąż pewna, że nigdy nie zwiążę się z Charlesem Bukowskim. Był o dwadzieścia lat starszy. Nie podobało mi się jego negatywne nastawienie do ludzi. No i picie; żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie związałaby się z nim].
Sucha relacja z kolejnych podbojów jest więc zwyczajnie nudna, prócz kilku intrygujących spostrzeżeń na próżno szukać w Kobietach oznak literackiego talentu, a wulgarne opisy aktów seksualnych przyprawiają nieraz o mdłości. Ale! Równocześnie jest szalenie intrygująca. Skłania do szperania w niej, doszukiwania się ukrytych znaczeń, grzebania w życiorysie Bukowskiego, bo przecież nie mógł zostać okrzyknięty jednym z najważniejszych pisarzy XX wieku zupełnie bez powodu.

I tak, węsząc w poszukiwaniu jakiegoś klucza, dotarłam do jego wierszy. To one zaczęły mi wszystko rozjaśniać. Zrozumiałam, że Bukowski nie był bezmyślnym niewolnikiem swojej chuci, pozbawionym głębszych uczuć hedonistą, rzucającym się jak zwierzę na świeże mięsko, każde krągłe kobiece ciało, które mu się nawinie. To tylko maska, rodzaj skorupy którą sam sobie zbudował aby odgrodzić się od niegodziwego i pozbawionego sensu świata. Tak naprawdę był cholernie smutnym człowiekiem, który wybrał taki sposób bycia aby się nie rozpaść, by mocnymi wrażeniami i nieustannym alkoholowym szumem w głowie zagłuszyć swój ból istnienia (podobną diagnozę zresztą wystawił mu Dawid Markiewicz [5]). Ludzie drażnili go, najlepiej było mu w samotności lub w towarzystwie zwierząt, które w przeciwieństwie do Homo sapiens jego zdaniem posiadły prawdę objawioną. Nie bez powodu w końcówce powieści jako znak nadziei na lepsze życie pojawia się kot.

Myślę, że z tego znieczulenia na rzeczywistość wynika też drażniąco suchy, dokumentalny styl Kobiet. Czytelnikowi trudno jest się wciągnąć w tok wydarzeń i zidentyfikować z którymkolwiek z bohaterów, bo cała historia i tak jest bez znaczenia, również dla samego Bukowskiego. Nie wiem, jak wyglądają jego pozostałe powieści, ale mam wrażenie że o ile w przypadku prozy pozwala czytelnikowi dotrzeć tylko do swej zewnętrznej powłoki, o tyle w liryce, bardziej osobistej, obnaża już swoje wrażliwe wnętrze. To wiersze tłumaczą to wszystko, co w powieściach może się wydawać szokujące i niezrozumiałe.

Bukowski z Lindą King, pierwowzorem Lydii [2]
Rąbka tajemnicy uchyla też sama Linda King. Wspominając swoje życie z Bukowskim, z podziwem przywołuje poetyckie frazy o kobietach, miłości i nienawiści, jakie wyrzucał z siebie w furii podczas ich kłótni. Opisuje go jako człowieka, który jak nikt inny potrafił władać słowem. Oraz promieniującego dziwnym ciepłem, współczującego i umiejącego naprawdę słuchać [4]:
He listens to what you say. He reacts to how you feel, immediately. (…) He read my moods like an open book and usually knew immediately what was passing through my mind, even if he was at his place, I at mine. Countless times he'd call and say, „What's wrong?”... just as something was wrong. He'd say, „What happened at three o'clock... something happened at three o'clock”. Usually he was right, an old boyfriend had called or I'd gotten angry at something he'd said yesterday. [On słucha, co się do niego mówi. Natychmiast reaguje na cudze uczucia. Czytał moje nastroje jak otwartą książkę i zwykle od razu wiedział, co się dzieje w mojej duszy, nawet jeśli on był akurat u siebie w domu, a ja u siebie. Niezliczoną ilość razy dzwonił i pytał, co jest nie tak, po prostu jakby wiedział że coś jest nie w porządku. Mówił: „Co się stało o trzeciej? Coś się wydarzyło o trzeciej...”. I przeważnie miał rację, były chłopak do mnie wtedy zadzwonił lub akurat wściekłam się z powodu czegoś, co powiedział wczoraj].

Dla mnie więc Kobiety były ścieżką, która przywiodła mnie do sedna życia i twórczości Charlesa Bukowskiego. Same w sobie nie pozwoliły mi go dobrze poznać, ale rozbudziły moją ciekawość na tyle, że zgłębiłam temat i poznałam naprawdę intrygującego pisarza. Myślę, że w tej roli przy odrobinie chęci i dystansu sprawdzą się świetnie.

***
Za udostępnienie audiobooka dziękuję serwisowi Audeo.


***
Ch. Bukowski, Kobiety, wyd. Oficyna Literacka Noir Sur Blanc, Warszawa 2011.

Źródła:
[1] http://en.wikipedia.org/wiki/Linda_King
[2] http://pl.wikipedia.org/wiki/Charles_Bukowski
[3] http://kultura.onet.pl/ksiazki/artykuly/krol-literackich-pornosow,1,5054185,artykul.html
[4] http://www.lindakingarts.com/bukowski.htm
[5] http://www.fatalista.com.pl/content/view/77/35/ 

Fotografie:
[1] http://wannabemagazine.com/wp-content/uploads/2011/07/Slika44.jpg
[2] http://a1.ec-images.myspacecdn.com/images01/104/54aa8312260eb7a583273486f95dc427/l.jpg

sobota, 16 lutego 2013

O bohaterstwie zza południowej granicy – „Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów”, Mariusz Surosz

Pepiki to książka, która powstała po to, żeby zniszczyć polskie stereotypy i uprzedzenia dotyczące naszych południowych sąsiadów. Nie należę więc do docelowej grupy czytelników – nawet przed zainteresowaniem się tym krajem nie byłam skażona szwejkowskim wizerunkiem człowieka znad Wełtawy i nikt nigdy takiego obrazu wtłaczać mi do głowy nie próbował. Gdybym więc przeczytała ten zbiór Mariusza Surosza jakieś pięć lat temu, byłabym po prostu czystą kartą gotową na przyjęcie wszystkich treści, które autor pragnie przekazać. Dzisiaj, gdy już wiem o czeskim narodzie na tyle dużo, że nie trzeba mnie co do jego wartości przekonywać, treści te stanowią tylko dopisek. Ale jakże istotny to dopisek!

Autor przybliża nam siedemnaście postaci, które zapisały się na kartach XX-wiecznej czeskiej historii. Dwie – komunistyczny prezydent Klement Gottwald oraz dowódca SS i policji w Protektoracie Czech i Moraw, Karl Hermann Frank – czarnymi literami, pozostali – złotymi. Na swoistym piedestale staje w tym towarzystwie Tomáš Masaryk, człowiek który z pomocą równie oddanych ojczyźnie krajanów doprowadził do odrodzenia Czechosłowacji po I wojnie światowej i na dwadzieścia lat przemienił ją w demokratyczną krainę mlekiem i miodem płynącą. Nie zostaje on co prawda zaprezentowany bezpośrednio, bohaterami historii Surosza stają się tylko jego żona i młodszy syn Jan (późniejszy minister spraw zagranicznych), lecz jego obecność, niczym anioła zatroskanego o losy ukochanego kraju, da się wyczuć we wszystkich opowieściach, nawet tych najbliższych już naszym czasom. Do dziś jest wzorem, narodowym bohaterem, legendą.

Wizerunek odmalowany przez autora jak najbardziej potwierdza słuszność tej legendy. Masaryka przede wszystkim wyróżnia umiłowanie prawdy. O prawdę walczył jak lew, nie oglądając się na dobro swoje czy nawet swojej rodziny – nic więc dziwnego, że w kilka lat po jego śmierci, gdy kraj ogarnęła czerwona zaraza, stał się patronem w walce z wszechobecnymi kłamstwami komunistów. 

Tomáš Masaryk (fot. Wikimedia Commons)

Gdy jeszcze przed I wojną światową rozgorzała dyskusja na temat autentyczności rękopisów zielonogórskiego i królodworskiego, które Czesi chcieli uważać za najstarszy zabytek narodowego piśmiennictwa, jako uczony zaapelował o rzetelne badania. Na jego głowę posypały się wówczas gromy, prasa nie szczędziła mu obraźliwych słów, a właściciel kamienicy, w której rodzina Masaryków wynajmowała mieszkanie, wyrzucił ich na bruk. Kilka lat później przyszły prezydent stanął w obronie Żyda Leopolda Hilsnera oskarżonego o zamordowanie młodej Czeszki. Otwarcie przeciwstawił się antysemickim przesądom, które jak chwasty pleniły się na czeskim gruncie (Hilsnera podejrzewano na przykład, że mordu dokonał dla krwi, potrzebnej mu do wypieku macy). I po raz kolejny zapłacił wysoką cenę – został zepchnięty na społeczny margines, przysyłano mu anonimy z pogróżkami, a jego dzieci szykanowano w szkołach.

Nie był co prawda człowiekiem ze stali. To, że się wtedy nie ugiął i nie wyemigrował, to w dużej mierze zasługa jego wspierającej żony Charlotty, która jest drugim dobrym aniołem XX-wiecznej Czechosłowacji, choć pozostającym w cieniu. Myślę, że poświęcenie jej całego, w dodatku otwierającego zbiór rozdziału Pepików to ze strony autora bardzo piękny gest.

Alois Eliáš (fot. Wikimedia Commons)
Inną wspaniałą lekcję bohaterstwa dają nam Czesi sprawujący władzę w kraju za czasów okupacji niemieckiej i rządów komunistów, tacy jak premier Alois Eliáš czy wspomniany Jan Masaryk. To nie jest to spektakularne bohaterstwo, do jakiego przywykliśmy, zawzięta walka do ostatniej kropli krwi. To coś o wiele więcej – trwanie na posterunku patrząc jak ukochany kraj się rozpada. Oddawanie go po kawałku, aby ocalić całość. Poniżanie samych siebie, by wyciągnąć z więzień rodaków i składanie fałszywych, upokarzających oświadczeń pod groźbą rozstrzelania tysięcy ludzi. A później – znoszenie brutalnej krytyki z ust tych ocalonych, lecz nie rozumiejących niczego krajanów. Myślę, że to boli o wiele, wiele bardziej niż umieranie za ojczyznę w otwartej walce. 

Książka Mariusza Surosza to lek na stereotypy. Potrafi skutecznie rozwiać wszystkie wątpliwości co do czeskiej odwagi, zaangażowania i patriotyzmu. Problem polega tylko na tym, że osoby, które najbardziej tej lektury potrzebują, czyli te zarażone wirusem płytkiego postrzegania naszych południowych sąsiadów, prawdopodobnie jej i tak nie przeczytają. Bo i bez tego wiedzą najlepiej, bo uprzedzenia, „bo nie”. A to je škoda.

***
M. Surosz, Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów, wyd. W.A.B., Warszawa 2010.

piątek, 8 lutego 2013

Murzyni, Wietnamczycy, Cyganie, gołębie, koty i kwietniowy Anioł Stróż – „Listy do Kwiecieńki”, Bohumil Hrabal

Kiedy pod koniec lat 80. ubiegłego wieku zmarła żona Bohumila Hrabala, jego ukochana Pipsi, świat stracił dla niego sens. Sam miał już 73 lata, ciążyło mu zniedołężniałe ciało, a przed samotnością uciekał do gwarnych gospód i do Kerska, do swoich kotów, które jako jedyne trzymały go przy życiu (kto by je bowiem nakarmił, gdyby jego zabrakło?). Często myślał o samobójstwie, o skoku z piątego piętra na wzór Franza Kafki i Rainera Marii Rilkego, ostatecznie jednak powstrzymywał się, uznając je za zbyt łatwą drogę. Samotność i jałowość swoich dni uznał za pokutę za grzechy całego życia.
Ale ja już nie będę wyskakiwał z okna, mój anioł stróż nie wyperswadował mi tego, ale szepnął mi, że ten, który ofiarował mi szczyt pustki, powiedział mu, że to byłoby za mało: odejść tak nazbyt łatwo, to, że ból sprawia mi cały świat, muszę przeżyć raz jeszcze, tak jak ostatni cesarz chiński, którego nie stracono, ale przez dwanaście lat prano mu mózg, aby zrozumiał to wszystko, co zrobił. 
I nagle, pośród tego bezsensu, szarości i zmęczenia, niczym Anioł Stróż pojawia się Kwiecieńka. Naprawdę nazywa się April Clifford, jest bohemistką i przyjeżdża do Pragi aż z samego San Francisco, specjalnie po to aby zobaczyć swego Mistrza. Ma ze sobą mały błękitny plecaczek, a w nim pięciokilowy słownik czesko-amerykański, mimo to jednak wciąż uroczo przekręca czeskie wyrażenia. Gdy oświadcza, że przyjechała ze Stanów Zadowolonych (spojenéspokojené, łatwo pomylić :)), natychmiast zaskarbia sobie miłość wszystkich stałych bywalców, a pan Karel Marysko nadaje jej pieszczotliwe imię Kwiecieńka.

Młoda dziewczyna okazuje się tym, czego pozbawionemu nadziei i energii pisarzowi dokładnie w tej sytuacji potrzeba. Jej wkroczenie w jego życie i zaaranżowana przez nią podróż do Stanów odrywają go od ponurych rozmyślań. A w tle wrze kociołek historii – właśnie upada komunizm i młode czeskie państwo staje na nogi, co jest kolejnym powodem do radości.

Ale czy na pewno? Radość pisarza z odrodzenia ojczyzny jest niewątpliwa, ale cicha, doprawiona goryczą przykrych wspomnień i poczuciem winy. Zamiast wiwatować wraz z tłumem młodych, przypomina sobie tych, którzy upadli pod ciosami komunistów. Przemierzając w pamięci cały XX wiek, sięgając aż po inwazję nazistowską i zajęcie Uniwersytetu Karola, na którym wówczas studiował, roztacza przed sobą obrazy udręczonego narodu. Wracają one do niego uporczywie nawet za oceanem, gdzie pytania dziennikarzy o politykę i o Václava Havla nie pozwalają mu zapomnieć ani na chwilę.

Obrazy te są dla niego tym bardziej gorzkie, że sam uważa, że nie stanął na wysokości zadania, jakie postawiła przed nim historia. Nigdy nie był typem bohatera, zawsze prześladował go paniczny lęk, którego korzeni doszukuje się jeszcze w czasach, gdy noszony pod sercem matki stanął w obliczu groźby zastrzelenia przez jej rozwścieczonego ojca (a swego dziadka). Nie poszedł za przykładem wielu swych przyjaciół pisarzy i nie podpisał Karty 77, wolał pojechać na wakacje do Salonik niż przyznać się do przyjaźni z Vaculíkiem, pod dyktando bezpieki napisał też kilka cuchnących strachem listów. Przed Kwiecieńką tłumaczy się szczerze:
Przecież ja podpisu na „Kilku zdaniach” nie wymienię na osiemdziesiąt tysięcy Głośnych samotności, które ukażą się teraz w listopadzie, ja tych „Kilku zdań” nie wymienię na osiemdziesiąt tysięcy posłowi Milana Jankovicza... Przecież, Kwiecieńko, ja właściwie żyję na świecie tylko dlatego, żeby napisać Zbyt głośną samotność, o której pani Susan Sontag w Nowym Jorku powiedziała mi, że to książka, jedna z dwudziestu książek, jakie będą obrazem literatury tego stulecia...
Ostatecznie więc wraz z Kwiecieńką stajemy się świadkami otwartej spowiedzi. O ile w części pierwszej, Listopadowy huragan, autor wspomina jedynie między wierszami o swoich winach, w Podziemnych rzeczkach dojrzewa już do tego, by wywlec na światło dzienne wszystko, co budzi w nim niechęć do samego siebie. Wśród szczerych wyznań pojawiają się jednak nie tylko deklaracje o przewinach – jest i stara historia miłości do Perły, córki bratysławskiego rabina, oraz głęboki wyraz przywiązania do Cassiusa, Cassiusa Claya (nazwanego tak na cześć słynnego amerykańskiego boksera, znanego szerzej jako Muhammad Ali), ukochanego kotka Hrabala, tego jedynego i najulubieńszego, który przypomina mu trochę samego siebie, bo po latach przywilejów został przez płowego kocura i inne koty wygnany i skazany na tułaczkę.

Hrabal karmiący koty w Kersku [1]

Pominęłam zupełnie niemal wszystkie odmalowane przez Hrabala w Listopadowym huraganie obrazki, zarówno te przywiezione ze Stanów, jak i te praskie, radosne, historyczne, prezentujące pełne zaangażowanie i zjednoczenie wszystkich obywateli w dziele stawiania na nogi swego młodego, wolnego kraju. Za dużo by jednak cytować – polecam zapoznanie się z nimi osobiście! Zapewniam, że są tego warte.

Wspomnę tylko o niesamowitej sympatii pisarza do mniejszości – wszystkiego, co spychane na margines, pogardzane, niechciane. Z czułością pisze o barwnych Murzynach, bez których, jego zdaniem, „Ameryka nie byłaby Ameryką”, o praskich Wietnamczykach, którzy „mają takie figurki jak księżniczki i jak tancerze (…) i są ozdobą Pragi”, o Cyganach, którzy co prawda „mają trochę wad” i „nie bardzo chce im się pracować”, ale za to mają „skłonność do gry na skrzypcach bez znajomości nut”, a „ich dzieci mają piękne oczy”.

A co z obrzucaną inwektywami pierzastą zmorą turystów podziwiających nie tylko praski, ale i choćby krakowski rynek – gołębiami? :) I dla nich Hrabal ma potężny ładunek współczucia, uznając je za nieodłączny i niesłusznie znienawidzony element praskiego krajobrazu:
Droga Kwiecieńko, piszę do pani z metropolii, gdzie było w zwyczaju, że po placach kręciły się i gruchały zastępy gołąbków i gołębic, a ludzie fotografowali się z nimi, karmili je i tak dalej... Te nasze place stanowiły nawet coś w rodzaju dowodu na to, że mamy gołębi charakter... 
Oskarżycielskie słowa należą się ludziom wynajętym przez miasto do rozwiązania ptasiego problemu:
Często spotykałem tych zwyrodnialców już z łupem, ze zdobyczą, mieli taką rybacką sieć i każda była pełna wykręconych gołębich skrzydeł, przez oka wystawały bezbronne czerwone nóżki i w każdej z tych sieci były jedna lub dwie pary przerażonych gołębich oczu, tych pięknych oczu...
Na koniec chciałabym podzielić się znalezioną niedawno w czeluściach internetu opinią Ondřeja Daněčka na temat Hrabala. Niesłychanie trafną, moim zdaniem, oddającą dokładnie taki obraz tego czeskiego pisarza, jaki znam i uwielbiam – myślącego o Czyśćcu (Purgatorio) z Boskiej komedii piorąc brudne gatki w publicznym szalecie:
Hrabal łączył w sobie wiele paradoksów. Jego zwyczaje i sposób życia na co dzień stanowiły tylko wprowadzenie: był bezspornie duchowym artystą i wolnomyślicielem z przyzwyczajeniami i skłonnościami właściwymi robotnikowi. Prawdopodobnie znaleźlibyście go (być może z płochliwym uśmiechem na twarzy) pośród tłumu podpitych kibiców trzecioligowej drużyny piłkarskiej, jak komentuje mecz cytatami z Immanuela Kanta albo innych swoich filozoficznych bogów.
Hrabal wśród kerskich pól [2]

***
B. Hrabal, Listy do Kwiecieńki, wyd. Czytelnik, Warszawa 2002.

***
Źródło cytatu Ondřeja Daněčka: T. Mazal, O środkowoeuropejskości i kotach Bohumila Hrabala, „Książki w tygodniku (dodatek do „Tygodnika Powszechnego” nr 17/2003).
Fotografie:
[1] http://musessquare.blogspot.com/2012/03/bohumil-hrabal-1914-marcius-28-1997.html
[2] http://www.odaha.com/sites/default/files/bohumil-hrabal-005.jpg 

***
Drodzy moi! Jeszcze jedna rzecz. Platforma Audeo udostępniła za darmo do ściągnięcia audiobooka Czarny kot Edgara Allana Poe. To oczywiście absolutna klasyka, więc polecać nie trzeba, a opowiadania mistrza grozy będą w sam raz na długie, ponure zimowe wieczory. Tutaj instrukcja, co zrobić aby zdobyć Czarnego kota.