środa, 23 lipca 2014

Pożegnanie ze stryjem Pepinem
– „Skarby świata całego”, Bohumil Hrabal

Stryj Pepin jako żołnierz armii austro-węgierskiej [1].
Życzę wam, by lekki powiew wiatru w lecie strącił kilka płatków z różanego krzewu i zaniósł je na wasz grób z odrobiną wspomnień...
Kruchość starych ludzi zawsze mnie rozczulała. Ta nieśmiałość, wycofanie, jakby stale spoglądali gdzieś w przeszłość, jakby już nie byli z tego świata... Chciałam wiedzieć, o czym myślą, gdy pod wieczór stają w oknie i patrzą gdzieś w dal, co wspominają, czego żałują.

Zdjęcie Marie Hrabalovej
z czasów młodości [2].
O tym są właśnie Skarby świata całego. Zwieńczenie trylogii nymburskiej, w którym Hrabal jeszcze raz, podobnie jak powstałych w 1974 roku Postrzyżynach, spogląda na świat oczyma swojej matki, Marie Hrabalovej. Jest rok 1981, maminka nie żyje już od 11 lat, on jednak raz jeszcze do niej wraca, łączy się duchowo poprzez swoją opowieść, być może samemu dodając sobie otuchy. Pisze o starości z jej perspektywy, podczas gdy sam dobiega już siedemdziesiątki i wie, co znaczy smutek przemijania.

Tak bardzo cieszę się, że właśnie od tej książki mój blog wziął swoją nazwę. To jedna z najpiękniejszych i najbardziej chyba nostalgiczna rzecz, jaka wyszła spod pióra Mistrza. Zderzenie tego co jest, tej smutnej rzeczywistości w której traci się zęby, skóra wiotczeje i nogi odmawiają posłuszeństwa, z piękną, kwitnącą, jędrną i roześmianą przeszłością to przejmująco smutny kontrast. Podobnie jak drobna figurka stryja Pepina, dawnego wiecznego zwycięzcy, władcy pábiteli, spoczywającego teraz bezwładnie na łóżku z pustym wzrokiem wbitym w sufit.

Czy są ludzie, którzy u progu śmierci mówią sobie, że dobrze przeżyli swoje życie? Być może są, ale główna bohaterka tej książki na pewno do nich nie należy. Przechadzając się wysokimi korytarzami pałacu hrabiego Szporka zamienionego na dom starców raz jeszcze boleśnie przeżywa wszystkie swoje porażki, wydaje jej się, że miłość przeciekła jej między palcami, że przegapiła swoje życie: „Zdałam sobie nagle sprawę z tego, ile w życiu straciłam, nim zdążyłam się rozejrzeć, wszyscy młodzi mężczyźni, którzy mnie dawniej kochali, zestarzeli się tak jak ja...”.

Masochistycznie napawa się widokiem piaskowcowych figur pięknych młodych kobiet w przyległym parku i erotycznymi scenkami wymalowanymi na suficie, by skontrastować je ze swoim zwiotczałym, jałowym jestestwem. Również nigdy nie cichnąca słodka melodia Skarbów świata całego przywodzi na myśl młodość i uroki pierwszej miłości, jest pieśnią nostalgii:
Z każdej z tych skrzynek-klatek wycieka smyczkowa muzyka, rzewne smyczki przeplatają się z ogromnym uczuciem, towarzyszą mu albo nagle jeden ze smyczków z całym przejęciem gra owo solo, tę główną melodię... Tak! To były Skarby świata całego, owe skarby, które w dawnych czasach towarzyszyły niememu filmowi, scenie miłosnej, wyznaniu miłości, pocałunkom, które zmuszały widzów do wyciągania chusteczek pod wrażeniem tych smyczków, do łez...
Wie, że prześladują ją niechętne spojrzenia. Kiedyś była żoną kierownika browaru, największą elegantką w miasteczku, mogła sobie pozwolić na drogie kostiumy i kosmetyki, i pozwalała sobie, odprowadzana zawistnymi spojrzeniami kobiet, które nigdy nie było na to stać. Obserwujące ją na korytarzu staruszki to te same kobiety, i wciąż mają jej za złe tę dawną elegancję, pychę, i z satysfakcją uśmiechają się widząc jej zmarszczki i przygarbioną postawę, zwiędłe piersi i zapadłe biodra, które kiedyś tak chętnie podkreślała.

Pałac w Kuks, który naprawdę należał do hrabiego Szporka,
był inspiracją dla książkowego domu starców [3].
Chociaż cierpi, choć leżąc w łóżku marzy o tym, żeby jedna z wymalowanych na suficie rusałek podała jej rękę i wciągnęła ją do tego nieba nieśmiertelnej kobiecości, trzyma głowę wysoko. Woli towarzystwo znawców i świadków dawnych złotych czasów, pana Otokara Rykra, Wacława Korzonka i Karola Wybornego, którzy całym dniami wyśpiewują jej na trzy głosy opowieści starego Nymburka, pojawiającego się tu zawsze jako „miasteczko, w którym czas się zatrzymał”.

Sceneria jest adekwatna. Fasadę pałacu żłobią głębokie bruzdy niczym zmarszczki na twarzy starca, tynk łuszczy się, rynny odpadają, a zegar dawno stanął, na godzinie za pięć minut wpół do ósmej, kiedy to najczęściej mieszkańcy domu żegnają się ze światem. I ta słodka melodia spowijająca pałac i ogród, sącząca się przez szczeliny w ścianach, pełznąca po sufitach... Piękna, posłuchajcie sami:


Nie brak tu elementów humorystycznych, ale jest to raczej śmiech przez łzy, śmiech z bezowocnych wysiłków emerytów, by zachować jeszcze odrobinę godności w sytuacji, w której się znaleźli. Śmieszy pan Berka, który podczas dyżuru w bramie sumiennie legitymuje nawet swoich najbliższych przyjaciół, śmieszy obsesja odwracania się do wszystkich przodem (bo przecież tył najszybciej więdnie i staje się niezbitym dowodem starości), śmieszą sztuczne szczęki z wielkim łoskotem spadające na podłogę przed obiadem, gdy ich posiadacze usiłują niepostrzeżenie wyjąć je z ust i schować do kieszeni. Ale to przecież tak naprawdę smutne, okropnie smutne.

Skarby świata całego to epitafium dla mamy, ojca, stryja, dla całego miasteczka i starych dobrych czasów. Dla złotej ery jarmarków, balów maskowych, katarynek i stryja Pepina z jego marynarską czapką. To podobnie jak Zbyt głośna samotność opowieść o świecie, który odszedł. Gdzie się podziały te zapachy, te smaki, te obrazy? – pytają znawcy i świadkowie dawnych czasów, ale tak naprawdę to pan Hrabal pyta: gdzie się podziało to miasteczko, gdzie kiedyś byłem szczęśliwy?
Czymże jest życie? Wszystkim tym, co było, wszystkim, o czym myśli i mówi stary człowiek, wszystkim, co jest nie na miejscu i na co jest już na zawsze za późno.
***
B. Hrabal, Skarby świata całego, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985.

Fotografie:
[1], [2] Zdjęcia z publikacji Hlučná samota – Sto let Bohumila Hrabala, wyd. Mladá Fronta, Praga 2014.
[3] Honza Soukup / Foter.com / CC BY 2.0

wtorek, 15 lipca 2014

Czar przerysowanej opowieści – „Ewa Luna”, Isabel Allende

Ewa Luna czaruje już od pierwszej strony. W miarę jak zagłębiałam się w opowieść, poznawałam losy jej pozbawionej nazwiska matki oraz ojca-Indianina, połączonych na niedoszłym łożu śmierci przez niedoszłą śmierć, w miarę jak wraz z nią tułałam się po różnych domach w roli służącej, a później śledziłam jej dalsze losy pod opieką kolejno przedsiębiorczej burdelmamy, samotnego Turka o zajęczej wardze i złotym sercu oraz Mimi – kobiety o ciele mężczyzny, byłam coraz bardziej zachwycona, wzruszona, zaciekawiona.

Historia jest naiwna, postacie – przerysowane, ale w tym jej urok, bo brzmi jakby naprawdę opowiedziała ją nastolatka o trochę zbyt bujnej wyobraźni. Przypomina mi radiowe nowele Pedro Camacho w Ciotce Julii i skrybie Vargasa Llosy – mimo że groteskowo melodramatyczne, czytało się je przecież z wypiekami na twarzy. Ameryko Południowa, ojczyzno opowieści!

Sądziłam więc, że gdy skończę, będę tu piała z zachwytu. Ale nie. Skończyłam – i czegoś mi brak. Nie potrafiłam pogrążyć się do końca, nie umiałam wejść w skórę Ewy, poczuć tego co ona. Jakby pod koniec czar prysnął, mankamenty opowieści zaczęły razić, a Ewa okazała się nikim innym jak sprytną manipulantką, małą oszustką. Piękne były czary tej południowoamerykańskiej Szeherezady, ale w końcu głos jej zabrzmiał fałszem i gdybym była żądnym krwi sułtanem, nie wiem czy bym ją ułaskawiła.

Ale może to nie było tak? Może wcale nie wczułam się za mało w opowieść, ale właśnie za bardzo? Może mam tylko do niej żal za Huberta Naranjo, pierwszą miłość, którą na koniec tak bezceremonialnie pogrzebała, na nagrobku wyskrobawszy koślawe słowo „przyjaźń”? Może to ten władczy ruch, jakim zepchnęła na margines bohatera, do którego się przywiązałam, kładzie się na niej cieniem? Może zamiast nagany należy jej się laur za powołanie do życia postaci tak pełnokrwistej i pociągającej ze swoim łobuzerskim urokiem (który przerodził się w bohaterstwo przywódcy partyzantów), rycerskością i miłosnym żarem, który żąda wyłączności?

Może gdybym wyłączyła emocje, odebrałabym tę lekturę inaczej. Ale gdybym wyłączyła emocje, nie poddałabym się też czarowi opowieści. Więc czytajcie, przeżywajcie, płaczcie i śmiejcie się, a gdy wzejdzie słońce – sami wydajcie wyrok.

***
I. Allende, Ewa Luna, wyd. Muza SA, Warszawa 1997.

Fot. Thomas Shahan / Foter.com / CC BY 2.0

poniedziałek, 7 lipca 2014

Umierająca matka Ameryka – „Americana”, Don DeLillo

Co za książka! Co za podróż! Od jej szaleńczego tempa, mnogości wątków, dosadności obrazów kręci się w głowie... Raz wędrujemy do wewnątrz, raz na zewnątrz, raz jesteśmy w mrocznych zakamarkach pamięci Davida Bella, a raz pośród uśpionego krajobrazu środkowych Stanów, i czasem już nie wiadomo, czy mowa o rozdartej psychice zagubionej jednostki czy o krwawiącym łonie całego kraju.

Startujemy w eleganckim mieszkaniu pełnym markowych przedmiotów oraz w czystych, klimatyzowanych pomieszczeniach nowojorskiego biurowca. Choć bezustannie toczą się tu różne biurowe gierki, tak naprawdę nie dzieje się nic. Znudzeni pracownicy telewizyjnej korporacji w zaciszu swych gabinetów grają w minigolfa, rzucają ćwierćdolarówkami o ścianę albo czytają swoim sekretarkom Kamasutrę. Każdy z nich jest trybikiem poruszającym się zgodnie z mechanizmem, wszystko odbywa się według ustalonych reguł, a jedyną odskocznią od szarości biurowego życia stają się enigmatyczne komunikaty rozsyłane przez tajemniczego Trockiego. Monotonia budzi trochę chore poczucie bezpieczeństwa:
Człowiek wierzył, że jego uczuciom nic tam nie zagraża, że jest na znajomym terenie. Jeżeli tylko miał duszę, która pragnęła poddać się masażowi korzeni i pór roku, czerpać otuchę z tego co swojskie, nie mógł chodzić wśród tylu biurek przez dwa tysiące poranków, słuchając kanonady maszyn do pisania, i w końcu nie uwierzyć, że właśnie tam może się poczuć bezpiecznie (s. 29).
Obsesyjna wręcz kontrola, twarz pokerzysty, sterylne miłosne schadzki o tej samej godzinie w ten sam dzień, zabijanie w zalążku wszelkich ciepłych, spontanicznych uczuć to podstawowe zasady tego świata. Dlatego kiedy David Bell uświadamia sobie, że zaczyna mieć problemy z poskramianiem własnych odczuć i odruchów, pod pretekstem kręcenia dokumentu o Indianach Nawaho wraz z trójką znajomych wyrusza w podróż.

Sceneria nagle się zmienia. Białe światło jarzeniówek zastępuje silne słońce Środkowego Zachodu, klimatyzowane biura – ciasne wnętrze mknącej przez kraj przyczepy i hotelowe pokoje, gdzie duszno od skrywanych emocji i wciąż drażliwych wspomnień. Rozpoczyna się trochę przerażająca, trochę wyzwalająca podróż Bella w głąb siebie, spacer po grząskim gruncie własnej rozognionej pamięci. Sposobem na oswojenie lęku staje się kręcenie awangardowego filmu, w którym niczym w wielkiej dzieży bohater miesza zapamiętane obrazy filmowe, myśli, cytaty, swoje osobiste wspomnienia oraz zrekonstruowane historie swoich bliskich.

Okładka pierwszego wydania
Americanów z 1971 roku.
Co wychodzi na jaw w trakcie tej terapii? Specyficzna relacja z matką i tłumione uczucia w stosunku do niej, jej intymne zwierzenia, rekonstruowane wspomnienia ojca z czasów walki w wojnie wietnamskiej (Americana po raz pierwszy zostały wydane w 1971 roku, kiedy ta otwarta rana Ameryki jeszcze się tworzyła), historia siostry, która wybierając życie z gangsterem skazała się na rodzinną banicję, pryszczaty, niepopularny kolega, który uświadamiając Bellowi wagę jego uroku popchnął go w stronę narcyzmu i okrucieństwa. Relacje z kobietami nie tkwią jednak w tym rdzeniu, są już jakąś zewnętrzną warstwą wspomnień, zdeterminowaną przez to wszystko, co w głębi, przez te obrazy wyniesione z domu i ze szkoły. Ostatecznie okazuje się, że Bell nie jest płytkim gogusiem czy wyrachowanym, rozmyślnie okrutnym donżuanem, jakim się z początku wydaje, ale świadomą jałowości swojego istnienia, trochę zagubioną jednostką. „Jesteś piękny, smutny i mocno tkwisz w amerykańskiej tradycji”, mówi o nim Sullivan, towarzyszka podróży, do której on szaleńczo lgnie, bo w jakiś nie do końca wyjaśniony sposób przypomina mu jego matkę. Matkę, która umarła z powodu swej kobiecości tak jak Ameryka umiera przez swe dzieci.

Ciekawe jest to, że mimo tej wariackiej wędrówki w głąb pamięci Bella, mimo tego psychologicznego wydzierania samemu sobie flaków, wciąż w pewien sposób pozostaje on dla czytelnika zagadką. Nie tłumaczy swoich dziwacznych nieraz posunięć, wiemy co robi, ale nie mamy pojęcia dlaczego (Łukasz Najder w swojej recenzji na łamach Dwutygodnika uważa, że absurdalność niektórych zachowań Bella to po prostu niekonsekwencja autora). Jest chłodny i zdystansowany: 
Nie chciałem niczego omawiać. Mniej bałem się milczenia niż uwikłania w słowa. Oddalenie, milczenie, mrok. Wśród ich ogromu miałem nadzieję uniknąć wszelkiego przymusu pojmowania i unicestwić każdą szansę wyjaśnienia (s. 182).
Bohater wyjeżdża z Nowego Jorku by wyzwolić się z jego „obłędu i przemocy”, ale w końcu stwierdza, że nigdzie nie będzie lepiej ani gorzej. Ohydna orgia z udziałem meksykańskich prostytutek, w której bierze udział pod koniec książki jest jak ostateczne upodlenie, zstąpienie do piekieł. Piekło to ma jednak moc oczyszczającą, uświadamia Davidowi że lepszych światów nie ma, trzeba tylko znaleźć sobie przyjemną niszę w tym wspaniałym i strasznym, pożerającym się kraju i jakoś przetrwać.

W tej książce roi się nie tylko od wątków, postaci, wspomnień, ale i od stylów. DeLillo przechodzi od suchej, dokumentalnej wręcz relacji, szczegółowego opisu czynności i zachowań poprzez malownicze, naszpikowane błyskotliwymi porównaniami i metaforami opisy postaci i miejsc do eksperymentalnych, surrealistycznych, postmodernistycznych tekstów nie pozbawionych elementu poezji. Powstaje coś na wzór stylistycznego patchworku, który może oszałamiać, ale bardzo pasuje do tak wielkiego i różnorodnego tworu jakim są Stany Zjednoczone. W końcu w Americanach są one nie tylko bezbarwnym tłem, ale jeszcze jednym fascynującym bohaterem.

***
D. DeLillo, Americana, tłum. Michał Kłobukowski, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2014.

Fotografia: ba1969 / freeimages.com

środa, 2 lipca 2014

Samotność dyktatorki – „Księga stylu Coco Chanel”, Karen Karbo

Gabrielle (Coco) Chanel (1883 – 1971) [1].
Przyszedł czas na szczere wyznanie. Zupełnie nie znam się na modzie. Prawdę mówiąc, średnio dbam o to, w co się ubieram i jak się ubieram. Zakupy odzieżowe są dla mnie źródłem niewymownych mąk, dlatego unikam ich jak ognia, a że nie stać mnie na stylistkę, która robiłaby to za mnie, w szafie wieje pustką. Dwie czy trzy koszulki na wszystkie okazje, dżinsy kupione „u Chińczyka”, wysłużony sweter – to wszystko.

Dlatego też do książki pod tytułem Księga stylu Coco Chanel podeszłam z dużą rezerwą. I rzeczywiście, początkowe fragmenty w których autorka rozpisuje się o różnych elementach garderoby i tym, jak i dlaczego zainspirowała je sławna Chanel, ze znudzeniem przeleciałam tylko wzrokiem. Na szczęście potem było już tylko lepiej. Bo nie jest to właściwie książka o ciuchach, ale o Chanel właśnie, o tej kapryśnej, kontrowersyjnej, ale w opinii niektórych genialnej małej chłopczycy. „Dyktatorka” to słowo, które pasuje do niej najlepiej. Nie tylko dyktatorka mody, ale i dyktatorka w życiu, dyktatorka dla swoich podwładnych, dyktatorka dla przyjaciół, ta, która dyktuje innym, co mają robić, rozstawia ich po kątach, żyje po swojemu – a inni niech się dostosują. 

Z nieodłącznym papierosem... [2]
Jej życie momentami przypomina bajkę o Kopciuszku, tyle że w tym przypadku książąt było wielu. Zapraszali ją do swoich zamków, obrzucali klejnotami, pozwalali jeździć na swoich rumakach (uwielbiała jazdę konną!) i finansowali jej projekty, ale z żadnym z nich nie powędrowała do ołtarza. Bo takie historie to tylko w bajkach. W życiu książę nie bierze sobie za żonę półsieroty z przytułku, a wychuchaną, nudną arystokratkę, tak jak to zrobili Boy Chapel, miłość życia Chanel, czy Bendor, książę Westminster. Oczywiście papierowa makietka w postaci żony nie przeszkadza owemu dżentelmenowi w rozkosznych schadzkach z tą śliczną półsierotą, która przecież pociąga go jak nikt inny ze swoim nieokrzesaniem, iskrą w oku, chłopięcym urokiem. Ot, nowoczesny model księcia z bajki.

Chanel w 1970 roku, w wieku 87 (!) lat [3].
W ten sposób Coco nigdy nie wyszła za mąż. W tamtych czasach – a może nie tylko w tamtych? – była zbyt szczera i spontaniczna, zbyt niezależna, odważna i poświęcona swej pracy, by być dobrą kandydatką na żonę. Karen Karbo stwierdza, że może to i lepiej, bo jako mężatka i matka spętana wiecznie więzami rodzinnymi nie wzniosłaby się na wyżyny, jakie ostatecznie osiągnęła. A tak – została ikoną, płacąc za to samotnością.

Snując swoją opowieść o Chanel autorka często zahacza o podobne kwestie w klimacie gender. Szczególnie zainteresowały mnie jej wywody na temat kobiecości. To oczywiste, że definicje tego pojęcia w kulturze zachodniej i na przykład arabskiej czy azjatyckiej będą się mocno różnić, ale zaskakujące, jak bardzo różnią się już na gruncie amerykańskim i francuskim. Amerykanka Karen Karbo uważa, że odwaga, apodyktyczność i waleczność Chanel to cechy, które zdecydowanie kłócą się z kobiecością, tymczasem Francuzka Debra Ollivier tłumaczy jej, że we Francji te wszystkie „męskie” cechy są bardzo seksowne i dodają tylko kobiecego uroku. (Swoją drogą, ciekawy paradoks – to, co tak bardzo przyciągało mężczyzn do Coco, równocześnie uniemożliwiało jej związanie się z kimś na stałe).

Czy należy ją naśladować? Pełna podziwu dla legendarnej projektantki Karbo stara się w swojej książce przekonać, że tak. Że powinnyśmy tak jak Coco zdecydować się na jedną rzecz, tę najważniejszą, bo inaczej zostajemy spętane siecią zawodowo-rodzinnych obowiązków, którym żadna przeciętna kobieta nie jest w stanie sprostać. Mnie osobiście jednak opcja życia w rozkroku wydaje się mniej straszna niż konieczność wyboru. To, albo to, i żadnej drogi powrotu. Pracuj i realizuj marzenia, ale przygotuj się na samotność. Strasznie przygnębiające! (Czy brzmię naiwnie?).

Jeśli chodzi o samą książkę – styl Karbo jest trochę chaotyczny, a spośród wielu żartów, którymi naszpikowana jest Księga stylu... nie wszystkie wydały mi się trafione, ale ogólnie czytało mi się ją świetnie. Frajda dla fanek Chanel, frajda dla miłośniczek mody, ale i dla mola książkowego coś się znajdzie – przewija się tu wielokrotnie postać Colette i Jeana Cocteau, przyjaciół Coco, a i Proust od czasu do czasu mignie gdzieś w tle...

***
K. Karbo, Księga stylu Coco Chanel, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.

Ponieważ Chanel to temat-rzeka, oprócz publikacji na jej temat powstało też wiele filmów. Spośród długometrażowych żadnego jeszcze nie oglądałam, wszystko przede mną, ale może ktoś mógłby coś doradzić? Coco avant Chanel z Audrey Tautou? Coco Chanel z Shirley McLaine? Póki co w roli Coco widziałam tylko Keirę Knightley, w tym oto dziwnym filmiku: 


Fotografie:
[1] thefoxling / Foter.com / CC BY-NC-SA 2.0
[2] hto2008 / Foter.com / CC BY-NC 2.0
[3] Marion Pike / Wikimedia Commons