środa, 27 maja 2015

Rączych Plemników marzenia o morzu
– „Pijane Banany”, Petr Šabach

Wizja małych chłopców roztrząsających z powagą i zacięciem kwestię, czy gówno się pali, stała się jednym z najmilszych moich wspomnień z lektury książeczki pod tytułem – a jakże! – Gówno się pali. Jaka więc była moja radość, kiedy zaczęłam czytać Pijane banany i odkryłam, że ta opowieść jest wręcz naszpikowana podobnymi obrazkami!

No bo dajmy na to – jak to jest z plemnikami? Czy możemy z dumą przypisywać sobie miano Rączych Plemników, ciesząc się, że to właśnie ten jeden, ten nasz okazał się najszybszy, czy raczej padliśmy ofiarą jakiegoś potwornego plemniczego spisku?
Ale co, jeśli ta reszta plemników już wtedy była bardziej przebiegła niż ja?! A co, jeśli wszystkie się zmówiły, że dadzą mi wygrać? Rozumiesz?! Płynęły sobie ot tak, rekreacyjnie, żabką, tylko ja jeden zapieprzałem kraulem jak szalony, a te świnie się śmiały: „Niech se płynie, jak głupi”. Być może miały więcej oleju w głowie niż ja. I to w czasach, kiedy żaden z nas nie mógł jeszcze mieć głowy! (s. 52).
Dziś już głowy są, stąd te urocze rozmyślania, ale też stąd cały szereg wariackich pomysłów, które wpakowują ich w kłopoty. Żeby nie było nudno, żeby uciec od szarej rzeczywistości, żeby nie dać sobie wmówić, że „tamta strużka wody to morze”.

Czarujący aparycją prowokator Břečka, głuchoniemy onanista Wicio i on, narrator. Taki czeski Holden Caulfield, co to nonszalancko olewa szkołę, wkurza się na chłopaków dręczących małego Aleška i zmyśla na potęgę, „bo go to bawi”.

Tylko rzeczywistość trochę inna, no bo mamy totalitę. Powoli dogorywającą, ale ciągle jeszcze żywą. Nauczyciele więc przed wystawieniem ocen wolą grzecznie spytać, gdzie pracuje tatuś, a Bedzio, ojczym narratora, rzeźbi na zamówienie główki radzieckich generałów i pije na potęgę, żeby odreagować. I dlatego właśnie gdy pewnego dnia znajdują go siedzącego po ciemku w piwnicy (żeby nie widział, ile zostało w butelce), matka nie wyrzuca go z domu, nie wszczyna awantury, tylko siada obok i pozwala mu złożyć głowę na swoich kolanach. Bo choć zabawny jest jak rozkwasza sobie tyłek butelką i jak wsuwa dziesięć pijanych bananów jeden po drugim, to przecież gdzieś tam za tym wszystkim czai się dramat.

Ciasno jest w tym szarym świecie i dlatego Szybkie Strzały alias Rącze Plemniki alias Pijane Banany marzą o morzu, a Jirka Ptáčník ciągle zmyśla. Ale wynika z tego moc komicznych zajść, na każdym kroku jakiś absurd, dzieciaki wariują na punkcie ceczek, a trzeźwe komentarze narratora bawią aż do bólu brzucha, więc nie ma się co gnębić. Zawsze zostaje śmiech, a tego z Šabachem nigdy nie braknie.
Jak niby odróżnić mądrą książkę od normalnej? To proste jak drut. Ja rozpoznaję mądrą książkę po tym, że zwykle jej nie rozumiem (…). Nikt nigdy nie odważy się powiedzieć o książce, której nie zrozumiał, że jest głupia. Co prowadzi mnie do wniosku, że moje życie też jest chyba dość wartościowe, skoro non stop nie mogę się w nim doszukać sensu (s. 124).
Więc co? Może jednak nie padł ów poczciwy plemnik ofiarą niecnego spisku?

***
P. Šabach, Pijane banany, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2015.

Za krzepiącą dawkę Šabachowskiego humoru dziękuję pani Julii i wydawnictwu Afera.

Inne książki Petra Šabacha na Literackich skarbach:

Relacja ze spotkania z Šabachem w Krakowie: tutaj  

Fot. Kadr z filmu Pupendo (2003) w reż. Jan Hřebejka na motywach Pijanych bananów. Źródło: www.ceskatelevize.cz

piątek, 22 maja 2015

Wytrawna goryczka delirycznej prozy
– „Pod Mocnym Aniołem”, Jerzy Pilch

Przecież ja doskonale wiem, że nie można, zwłaszcza w moim wypadku nie można, pijąc, żyć długo i szczęśliwie. Ale jak można żyć długo i szczęśliwie bez picia?
Nie można. Bo pisarz to z natury zwierzę wrażliwe, a zwierzę wrażliwie tylko piciem zagłuszyć może ból istnienia. Bo „świat jest wielką chorobą”, żadna to nowość, tak wielu już o tym pisało. Więc Juruś zagłusza, wódą zagłusza, ironią i finezyjną frazą, która nie opuszcza go nigdy.

Pisze i pije, pije i pisze, a potem trafia na odwyk. „Osiemnaście razy leżałem na oddziale deliryków” – zaczyna, „...i to jest moja love story”, chciałoby się dopowiedzieć za hrabalowskim Haňťą. Osiemnaście razy leżał na oddziale deliryków, a co widział i co słyszał – opisuje. Nie bez humoru, z kwaśnym uśmiechem, i niezwykły jest to głos.

Bo jest w tym tragizm, ale głęboko ukryty. I wpada poczciwy czytelnik w konsternację, bo przywykł do marszczenia brwi, do kręcenia głową, do powagi przywykł, a tu komizm, komizm jak malowany, no i jak to tak, śmiać się z takich rzeczy? W końcu się przełamuje i uśmiecha się, śmieje się z „szóstej w południe” i z osobistego Jurusiowego demona, który „wolałby być diabłem Fiodora Michajłowicza Dostojewskiego albo Tomasza Manna”. No bo ostatecznie cóż złego w śmiechu, śmiech oswaja...

Chwilami śmiech zamiera, a wtedy wkrada się poezja. Azjatycka trawa ciemności, żółtawe chmury zapachu mącznych ciał, zaskakujące metafory, osobliwe modlitwy. Nie sposób o nich pisać – trzeba je przywołać.
Od wielu lat trwała wielka wojna, byliśmy żołnierzami pokonanej i oblężonej samozwańczej armii, wbrew rozsądkowi nie poddawaliśmy się, od dawna nie mieliśmy odwrotu, z naszych domów nie przychodziły żadne wiadomości, ciemny pierścień diabelskich sił zaciskał się nieubłaganie. Zasypialiśmy z czołem opartym o przypadkowy okop, budziła nas kanonada serca, nie wiadomo od jak dawna nie zmienialiśmy mundurów, żywiliśmy się byle czym, tylko jakimś cudem nasze manierki były ciągle pełne, coraz podlejszy samogon trzymał nas przy coraz krótszym życiu (s. 143).
Ojcze mój niebieski i ojcze mój pijany, i pijany ojcze mego pijanego ojca, i wszyscy moi pijani pradziadowie, i wszyscy moi pijani przodkowie, a także wszyscy niespokrewnieni ze mną fataliści, coście widzieli i co wiecie, gdzie leży gwiazdozbiór Mocnego Anioła, wszyscy, coście się w jego granatowo-złotym blasku urodzili i pomarli – bądźcie pozdrowieni (s. 127).

Prawdziwym mistrzem jest jednak Pilch w łączeniu poezji z wulgarnością, we wplataniu liryki miłosnego wyznania w cuchnącą i sztywną od rzygowin rzeczywistość. I jest w tym jakaś szczerość, szlachetna prostota, piękna prostota, jak w tej jasnej końcówce: „Pod wieczór na werandzie z rozległym widokiem będziemy pić herbatę”.

Kończ waść, wstydu oszczędź, ciśnie wam się pewnie teraz na usta, bo widać od razu, że zrecenzowanie tej książki mnie przerasta. Mogę tylko kusić cytatami i prosić, żebyście sami zasmakowali w tej ciemnej i gorzkiej, ziemistej, lepkiej, a zarazem kwiecistej prozie. Bo smakuje jak nic innego, co mieliście wcześniej w ustach. I smakuje wysokoprocentowo.

***
J. Pilch, Pod Mocnym Aniołem, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000.


Fot. cyclonebill / Foter.com / CC BY-SA

wtorek, 19 maja 2015

Człowiek-pergamin na tropie złotnika słów
– „Nocny pociąg do Lizbony”, Pascal Mercier

Wierzę, że ta książka potrafi zmienić czyjeś życie. Wierzę, że potrafi zmusić do rozmyślań, wzbudzić wątpliwości, zmienić pogląd na różne sprawy, potrafi zaciekawić, zaintrygować, zainspirować. Wierzę, że jej leniwa narracja i senny klimat może się podobać, a pozbawione wyraźnej konkluzji zakończenie może motywować do wymyślania własnych wersji dalszych losów Raimunda Gregoriusa, zależnie od interpretacji całej historii. Wierzę – choć u mnie tego wszystkiego nie było.

Czasem myślę o książkach jak o ludziach, których co dzień poznajemy – za każdym razem trudno przewidzieć, czy się z miejsca pokochamy czy przeciwnie, nie przypadniemy sobie do gustu. Z niektórymi od pierwszego momentu łączy nas głęboka sympatia, i wiemy po prostu, że to „to”, a z innymi mimo usilnych prób nie jesteśmy w stanie się zżyć. Przypadek nr 2 to właśnie ja i Nocny pociąg do Lizbony. Bo powieść jest piękna, baśniowa, tajemnicza, ale jednak do reszty mnie nie porwała – to nie było „to”.

Lubię książki, w których wszystko ostatecznie układa się w niedostrzegalną z początku całość. Książki konsekwentne, domknięte, zachwycające dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach strukturą. A w Nocnym pociągu tego nie ma. Są tylko wątki, które się nagle urywają, epizody bez znaczenia, postaci, które pojawiają się i już nie powracają, tajemnicze numery telefonów, pod które nikt nigdy nie zadzwonił.

I bliższe jest to życiu, bo przecież w rzeczywistości nic nie układa się tak pięknie jak w literaturze. Ale równocześnie historia opowiedziana w Nocnym pociągu z rzeczywistością ma tyle wspólnego, co nic. Za dużo tu tych szczęśliwych zbiegów okoliczności, które gładko prowadzą Gregoriusa do dalekiej Lizbony. Piękna nieznajoma czarująca swoim miękkim „português” szybko się ulatnia, ale niczym opiekuńczy anioł kieruje kroki bohatera do hiszpańskiej księgarni, gdzie za sprawą kolejnej nieznajomej w ręce Gregoriusa wpada książka Prado. Fascynacja tym portugalskim lekarzem, „złotnikiem słów” i „bezbożnym kapłanem”, sprawia, że bohater podejmuje spontaniczną decyzję o wyjeździe do Lizbony, a w pociągu poznaje Silveirę, kolejnego anioła, który za pośrednictwem senhory Eçy doprowadza Gregoriusa do dawnych znajomych Prado.

Brzmi jak przeznaczenie (choć przecież, jak sam Prado pisał – przeznaczenia nie ma). A więc nie historia z życia wzięta, raczej filozoficzna baśń, pełna sennych monologów bajka dla dorosłych. Fabuła ma w niej tak naprawdę niewielkie znaczenie. Na pierwszym miejscu są refleksje Prado o świecie i życiu, które Gregorius-Mundus, „pergaminowy człowiek”, nudny pan od łaciny i greki, łapczywie chłonie i próbuje odnieść do siebie.
Pomyślałem, że nigdy, ani przez chwilę w życiu, nie byłem taki, na jakiego wyglądałem i jakie sprawiałem wrażenie. Ani w szkole, ani na studiach, ani w pracy. Czy inni ludzie także nie rozpoznają się w swoim zewnętrznym obrazie? Czy ten obraz wydaje się im maską pełną niezgrabnych grymasów? Czy z przerażeniem zauważają przepaść między sposobem, w jaki postrzegają ich inni, a sposobem, w jaki odbierają samych siebie? Czy znajomość czegoś od wewnątrz i znajomość z zewnątrz są tak od siebie odległe, że wręcz nie mogą uchodzić za znajomość tego samego? (s. 77).
Mam wrażenie, że Nocny pociąg ugina się wręcz pod ciężarem postaci, historii, myśli. Historia Gregoriusa, historia Prado, historia Portugalii, Lizbona, Berno, marzenia i sny, język, słowa, wiedza, przyjaźń, miłość, rodzina, ojcostwo, choroba, śmierć, Bóg, człowiek, odpowiedzialność. Jakby autor chciał napisać powieść psychologiczną, historyczną, romans i traktat filozoficzny w jednym. Bywa, że tak karkołomne przedsięwzięcia kończą się sukcesem, ale w tym wypadku nie udało się wszystkiego zgrabnie zamknąć w powieściowych ramach, i cała historia rozkleja się, i czuje się przesyt.

Skutek jest taki, że zagubiłam się w gęstwinie rozważań Amadeu de Prado i po tygodniu od przeczytania nie jestem już w stanie przytoczyć żadnej z jego myśli. Pamiętam za to malownicze obrazy i efektowne metafory – i chyba one są największą siłą tej książki, tym, co sprawiało, że nawet mimo zmęczenia narracją potrafiłam się jednak powieścią Merciera zachwycić. Został mi po niej obraz krwawych cedrów, pięknej Portugalki na berneńskim moście, pachnącej mydłem dziewczynki siedzącej na porośniętych mchem schodach. Wizja życia jako podróży pociągiem prowadzonym przez maszynistę-szaleńca, pędzącym w nieznanym kierunku, w zaryglowanym przedziale. I ludzi siedzących w dwóch mijających się szybko pociągach, tak blisko, ale tak bardzo sobie obcych. Bo tak naprawdę nie sposób poznać człowieka. Nawet gdybyśmy znali go sto lat.
Czyż każde spojrzenie innego człowieka, każda wymiana spojrzeń nie przypomina ulotnego spotkania podróżnych, którzy mijają się oszołomieni nieludzką prędkością i uderzeniem powiewu sprawiającego, że wszystko drży i dzwoni? Czy nasze spojrzenia nie uciekają wciąż od innych ludzi, jak dzieje się to w rozpędzonym nocnym pociągu, i nie zostawiają nas jedynie z domysłami, skrawkami myśli i błędnymi osądami? Czyż w rzeczywistości nie jest tak, że spotykają się nie ludzie, lecz cienie, które rzucają ich wyobrażenia? (s. 89).
***
P. Mercier, Nocny pociąg do Lizbony, przeł. Magdalena Jatowska, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2015.

***
Za odrobinę męczącą, ale również urokliwą podróż do Lizbony dziękuję panie Joannie i Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.

Fotografie:
[1] pni / Foter.com / CC BY NC SA
[2] Okładka polskiego wydania ze strony wydawnictwa Noir Sur Blanc
[3] Okładka niemieckojęzycznego wydania, roberthuffstutter / Foter.com / CC BY 

sobota, 9 maja 2015

Pieśń nad Pieśniami z silikonem w tle
– Jerzy Pilch, „Zuza albo czas oddalenia”

Była chyba prawdziwa i miała chyba na imię Zuza. Nigdy nie wiedział na pewno. Dwudziestolatka, nie czytała książek, choć jej pies wabił się Tetmajer (bo ładnie brzmi) i miała cudowne, sztucznie poprawione ciało – wszak to jej narzędzie pracy. Krótko mówiąc, była warszawską kurwą.

To była „miłość od pierwszego włożenia”. Ale czy na pewno miłość? Miłość czy tylko zachwyt? A zachwyt był niewątpliwy, bo też nieskończone było w jego oczach piękno jej syntetycznego ciała. „Krew i mleko, hialuronian i silikon” – pisze i snuje dalej swoją współczesną wersję Pieśni nad Pieśniami, swój poemat na cześć ciała-sklejki w idealnych proporcjach domieszkowanego botoksem i na swój perwersyjny sposób pięknego. Absolutem jest ciało kobiece, i cóż nawet, że skalpelem zręcznie poprawione?

Autor tego „rękopisu znalezionego w bucie”, sześćdziesięciosześciolatek z chorobą Parkinsona i głową pełną niespokojnych wizji, w bezceremonialny i urzekający sposób zderza wzniosłość z wulgarnością, poezję miłości z prozą życia, biblijne uduchowienie z wszechobecnym kultem ciała. „Czar i pornografia, niewinność i zepsucie”, używając jego własnych słów, bo Zuza, choć stanowi uosobienie wyuzdania, jest na swój sposób czysta jak łza, jest w pewnym sensie wzorem cnoty. Chirurgicznym cięciem oddzieliła swe ciało od duszy, i dlatego mówi: „Umiem być wierna... nawet gdy moje ciało jest gdzie indziej”.

Ten, który widzi w niej przede wszystkim cielesność, zbyt późno uświadamia sobie, że nigdy tak naprawdę jej nie miał. Do szaleństwa doprowadzała go jej uroda, poranna zapłata dodawała każdej nocy pikanterii, występna miłość smakowała zakazanym owocem, ale miłości nie było. I dlatego podtytuł tej historii to Czas oddalenia. Zuza pojawiła się, przez chwilę była jako niby-żona, a potem znikła. On został, i tęskni zwierzęco, wzywa, wspomina, oddałby z powrotem swoją wolność i samotność nawet za cenę tego strasznego wzajemnego pożerania, którym jest miłość, „do zesrania, uduszenia, utraty wszystkiego”.

Ta gorzka opowieść o uczuciu, którego nie było, to również pewien obraz współczesnych realiów – świata, gdzie ciało jest dobrem, w które należy inwestować. Takie to odmienne od dawnych czasów, gdy królowała pruderia i gdy brano siebie „w ciemno”, ale skutek jest ten sam, związki oparte na ślepym pożądaniu i małżeństwa z rozsądku kończą się podobnie, czas zatacza dziwny krąg: „W gruncie rzeczy byliśmy małżeństwem starej daty – nic nas z sobą nie łączyło”.

Nic ich nie łączyło, bo podczas gdy świat Zuzy kręci się wokół kolejnych klientów, narrator odbywa literackie wędrówki, polemizuje z Vargasem Llosą i zastanawia się nad wizerunkiem kurwy u Dostojewskiego, Manna, Márqueza. I myśli o samobójstwie, bo już tylko choroba, nieznośna wolność, zwierzęca tęsknota.

Nie daje mi spokoju ten but, w którym znaleziony został rękopis. Przywodzi mi na myśl buty, którymi Don Juan Ziobro w Pod Mocnym Aniołem ciskał w kąt pokoju, usiłując ubić czające się tam zło, i poprzez to skojarzenie jakoś dziwnie łączy się ze śmiercią. Czy to dobry trop? Nie wiem, ale tropów jest tu od groma, o wiele więcej, niż sama jestem w stanie znaleźć, przygotujcie się więc na wspaniałą literacką ucztę.

***
J. Pilch, Zuza albo czas oddalenia, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015 (premiera: 3 czerwca).

Za rękopis ukryty w bucie dziękuję pani Aleksandrze i Wydawnictwu Literackiemu.

Fotografie:
[1] illusionwaltz / Foter.com / CC BY-NC
[2] okładka książki ze strony Wydawnictwa Literackiego