piątek, 26 czerwca 2015

Dziewczynki idą na wojnę
– „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, Swietłana Aleksijewicz

Na samym wstępie tego tekstu muszę uprzedzić, że będzie to recenzja skazana na porażkę. Bo – o czym wiedzą wszyscy, którzy czytali Wojna nie ma w sobie nic z kobiety – jest to książka, której się po prostu opisać nie da. Nie da się ująć w słowa uczuć towarzyszących jej lekturze i nie da się oddać ogromnego, wstrząsającego wrażenia, jakie wywiera.

Aleksijewicz oddaje tu głos niemal całkowicie swoim rozmówczyniom. Czasem poprzedza rozdziały krótkim wstępem, ale nie komentuje, nie ocenia, nie moralizuje. I tak jest chyba lepiej, bo jak skomentować opowieści o trzymaniu za rękę umierających żołnierzy, o odciąganiu rannych z pola bitwy, o odgryzaniu ich kończyn, gdy nożyczek czy noża brak, a ranę trzeba opatrzyć, o żołnierkach wbijanych na pal, o ciężarnych kobietach czołgających się w okopach? O dzieciach zabijanych z zimną krwią, wrzucanych do studni, rozjeżdżanych czołgami? Żaden komentarz nie jest tu na miejscu.

Oczywiście autorka stale pozostaje gdzieś w tle, niczym oświetleniowiec eksponujący to, co trzeba. To ona dobiera i zestawia opowieści, to ona decyduje, na co ma być położony nacisk. Tym specyficznym filtrem Aleksijewicz – o czym pisze już na początku swojej książki – są uczucia. Nie interesują jej suche fakty. Nie interesuje jej „męskie” ujęcie wojny, w którym na pierwszym planie są zawsze bitwy, daty, strategie, bohaterskie posunięcia i sromotne porażki. I nie interesują jej idee, choć dla większości jej rozmówczyń są one tak ważne.

Interesuje ją za to mały człowiek i jego perspektywa. Jestem historykiem duszy – mówi o sobie. I jako historyk duszy chce wiedzieć, co czuły te młode dziewczyny, gdy Niemcy napadli na ich kraj, dlaczego tak się uparły, żeby tego kraju bronić, co przeżywały, kiedy żołnierze naśmiewali się z nich, kiedy dowódcy patrzyli z niesmakiem, kiedy musiały znosić wojenne niewygody, kiedy maszerowały w upale, a po nogach ciekła im krew menstruacyjna.

Natalia Kowszowa, snajperka
walcząca w Armii Czerwonej. Zastrzeliła
167 Niemców. Zginęła w walce,
pośmiertnie została odznaczona tytułem
Bohatera Związku Radzieckiego.
Na froncie nie ma miejsca na patos. Jak pisze autorka – został rozpuszczony w żywej tkance ludzkich losów. Ale przecież szły w bój za wielkie idee. Wszystkie, jak jeden mąż, chciały bronić Ojczyzny. Wyrywały się, płakały, groziły i krzyczały, kiedy nie chcieli ich puścić. Gardziły zajęciem telegrafistki i kucharki, uważały, że to poniżające, chciały na pierwszą linię, chciały walczyć z wrogiem. A potem szły całe ich bataliony, szły ulicami, a ludzie stali obok, patrzyli i płakali. Bo dziewczynki idą na wojnę...

Były młodziutkie. Zdążyły się dorobić medali, nim jeszcze dostały pierwszą miesiączkę. Na froncie zbierały kwiaty, nasłuchiwały ptaków i myślały o chłopcach, których kiedyś poślubią. Tęskniły za mamą. Karabiny trzymały jak lalki. I takie dziewczątka musiały się nauczyć nienawidzić i zabijać. Przywodzi to na myśl gwałt, gwałt na niewinności. Ale to był ich wybór.

Choć Aleksijewicz nie chciała napisać książki o bohaterkach, to Wojna nie ma w sobie nic z kobiety taką książką jest. Jednocześnie jednak autorka nie gloryfikuje swoich rozmówczyń, nie usuwa niewygodnych fragmentów, niczego nie wybiela. Pojawiają się tu żołnierki, które uwodzą żonatych oficerów, są wypowiedzi wyrażające ciche przyzwolenie na gwałty radzieckich żołnierzy na mieszkankach odbijanych ziem („prawo wojny”), są słowa nienawiści do Niemców i mściwej satysfakcji przy wspominaniu okrutnych tortur na niemieckich jeńcach. Musiało minąć wiele lat, żebym zaczęła im współczuć, żebym była dobra, tak jak pani – mówiła reporterce jedna z jej rozmówczyń.

Nie święte więc, kobiety z krwi i kości, ale również bohaterki. Tym bardziej wstrząsa, jak traktowane były po zakończeniu wojny. Matki wyganiały je z domu, by nie sprowadziły cienia wojennej hańby na swoje młodsze siostry, panny na wydaniu. Inne kobiety wyzywały je od kurew, bo po co niby innego poszły na wojnę jak nie po to, by kusić „naszych chłopców”? Mężczyźni nie chcieli się z nimi żenić, bo były skażone wojną, brudne, brzydkie.

Jakby mało było tego, że fizycznie i psychicznie wojnę odchorowywały latami. Zrywały się w środku nocy jak na wezwanie do walki, we śnie prześladowali je żołnierze, których zabiły, do końca życia nie mogły znieść koloru czerwonego i już zawsze patrzyły na świat oczyma staruszek. Dla niektórych z nich rozmowa ze Swietłaną Aleksijewicz była jedyną szansą, żeby porozmawiać, opowiedzieć, pobyć z drugim człowiekiem. Po tym wszystkim, co przeszły – zostały same jak palec.

Dużo emocji towarzyszyło mi przy czytaniu tych wspomnień, dużo było łez i powracająca wciąż myśl: nigdy więcej takiej wojny. Aleksjiewicz wyznaje, że jednym z jej celów było „napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. Żeby nawet generałom zrobiło się niedobrze” (s. 16). Nie wiem, jak z generałami, ale w moim przypadku – zdecydowanie tak się stało.

***
S. Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tłum. Jerzy Czech, wyd. Czarne, Wołowiec 2010.

Relacja ze spotkania ze Swietłaną Aleksijewicz w ramach Big Book Festival: tutaj.

Fotografie:
[1] Za Rodinu / Foter.com / CC BY-NC-SA
[2] Za Rodinu / Foter.com / CC BY-NC-SA
[3] Okładka książki ze strony wydawnictwa Czarne: http://www.czarne.com.pl/

środa, 24 czerwca 2015

Bóg jak kapusta po morawsku – „Fabryka Absolutu”, Karel Čapek

Fabryka Absolutu to najmądrzejsza książka o religii i wierze, jaką kiedykolwiek czytałam. Cudownie zdystansowana, kpiąca z wszystkiego i ze wszystkich, wszelkie religijne spory sprowadzająca do zaskakująco prostej myśli i zgrabnego kulinarnego porównania. Powinna być rozdawana jako lek na fanatyzm. Gdyby tylko wszyscy potrafili przeczytać ją ze zrozumieniem!

Ale po kolei. Wszystko zaczyna się od Karburatora – cudownego wynalazku, który rozwiązuje na zawsze problem z pozyskiwaniem energii, ale jako skutek uboczny sprowadza na świat Boga. Jak się okazuje, Bóg na świecie oznacza chaos – zamiast pracować ludzie poświęcają się widzeniom, proroctwom i modlitwom, dowódcy wojskowi głoszą wieczny pokój i nawołują do męczeństwa, piekarze rozdają za darmo chleb, bankierzy palą pieniądze...

Sam Absolut zakasuje rękawy i wkracza do fabryk. Ponieważ jednak sam jest niezmierzony, nie zna miary, jako Nieskończony Robotnik rozpoczyna nieskończoną produkcję, tak jak kiedyś rozmnażał ryby i chleby, tak teraz rozmnaża ćwieki, sworznie, śruby i koła zębate. Gdy zaczyna brakować surowca, ziemia wokół fabryk poci się żelazem. Fabryki pracują dniem i nocą, magazyny się przepełniają i cały wysiłek robotników skupia się na wywożeniu nadmiarowego dobra na wysypiska.

O panujący zamęt zaczynają się oskarżać wszyscy nawzajem, prorocy i cudotwórcy wymykają się spod kontroli i nawet martwych już wskrzeszają, każdy zaczyna mieć swojego boga, Sparta jest za Zeusem, Slavia za Światowidem, i w końcu wybucha Wielka Wojna – wszystkich ze wszystkimi.

Sama wojna to już niezwykły popis nieposkromionej Čapkowej wyobraźni. Krew leje się strumieniami, Europę Wschodnią opanowują Chińczycy, w północnej Afryce tworzy się nowe państwo rosyjskie, a most Karola zostaje zburzony, bo ochronić miasto przed osiadłymi na Hradczanach niedźwiedziami.

Najmocniejszą stroną tej powieści jest wszechobecna ironia, a Čapek nie oszczędza praktycznie nikogo. Kto i co pada jego ofiarą?

Zatwardziali ateiści – których modelowym przykładem jest inżynier Marek. Śmieszny jak tupiące nóżką dziecko ze swoim „Boga być nie może i basta”, „...a przynajmniej nie powinien się manifestować”.

Ludzie interesu – czyli taki G.H. Bondy, który nawet z Boga potrafi zrobić towar. Istnieje czy nie – wszystko mu jedno: „Ze stanowiska handlu (…) jest to zupełnie obojętne. Jeśli chce, niech sobie istnieje, na zdrowie” (s. 18). Dopóki kasa się zgadza, wszystko jest okej.

Kościół – czego soczystym przykładem jest fragment „Zaklinam cię, przyjacielu, nie lekceważ tego. My nie przywykliśmy do obcowania z prawdziwym Bogiem” (s. 23), który niczym zgrabny kopniak strąca spasionych kościelnych dostojników z piedestału religijnych autorytetów. Nie bez przyczyny najbardziej zatwardziałym ateistą, zaskakująco odpornym na działanie Karburatora, okazuje się... biskup Linda.

Gloryfikacja przemysłu – co akurat na początku XX wieku było bardzo aktualnym tematem – futuryzm, miasto masa maszyna i te sprawy. Nie bez powodu w Fabryce Absolutu Bóg objawia się w fabrykach i wciela się w różne mechaniczne sprzęty: „Ponieważ Pan Bóg objawiał się w źródełkach albo też, jak to u dawnych Greków, w dębach, a czasem nawet w niewiastach, czemu nie miałby się objawiać w pogłębiarce? Dlaczego miałby się brzydzić maszyną?” (s. 45).

W postaci biskupa Lindy, inżyniera Marka i dyrektora Bondy'ego Čapek wyśmiewa chęć kontrolowania wszystkiego łącznie z Bogiem, w postaci generała Bobineta – patriotyczne nadęcie, a stawiając w opozycji do tych wszystkich wybitnych postaci „zdrowe jądro ludu wiejskiego” (który tak jak kiedyś uratował naród czeski przed zniemczeniem, tak teraz w samym środku religijnego chaosu zachowuje trzeźwą dbałość o swe interesy), z rozmachem krytykuje szeroko pojęte elity.

Karel Čapek w latach 30.
Dlaczego „najmądrzejsza”? Nie tylko z powodu tej zgrabnej satyry, tego zbawiennego dystansu, i nie tylko z powodu wartości profetycznej – wszak Čapek w pewien sposób przepowiedział II wojnę światową (Wielka Wojna) i triumf komunistów (publiczna własność, propagandowe gadki o miłości i pracy, czytająca w myślach panna Elen...).

Przede wszystkim – mądrość płynie z tej zaskakująco prostej recepty na spokojne życie i powszechny pokój: „Ludzie powinni najpierw wierzyć w ludzi, ufać im, a reszta sama się uładzi” (s. 149). Wystarczy przekonać się, że ktoś wierzący w coś innego nie musi być wcale draniem, niegodziwcem, idiotą. I dać się czasem przekonać do morawskiej kapusty, takiej „na rzadko”, nawet jeśli brzmi to obrzydliwie (sama też wolę tylko omaszczoną).

Jedyne, co sugeruje autor, to zmiana nastawienia do siebie nawzajem. Nie wymaga od nas, żebyśmy nagle stali się święci, przeciwnie – przecież Fabryka Absolutu jest właśnie karykaturalnym obrazem tego, jak świat by wyglądał, gdyby wszyscy nagle świętymi się stali! Čapek sugeruje, że dobrze jest jak jest – nawet z całą tą ludzką chciwością i egoizmem, ze skłonnością do knucia i sekretnych myśli – i spogląda na ludzi podobnie jak w Księdze apokryfów – wyrozumiale i na swój sposób ciepło. „Och, gdzież wy jesteście, zacni kupcy dawnych czasów, którzy kupowaliście tanio tutaj, aby drogo sprzedać tam?” – pyta.


Jeszcze o wydaniu. Ale krótko, bo na ten temat już wiele napisano. Oczywiście okładka jest wspaniała, niesamowicie sugestywna, nie mogę na nią patrzeć zbyt długo, bo mnie przeraża. Absolutnie uroczy pomysł z tymi notkami Szczygła w środku książki – człowiek czuje się wręcz, jakby mu nagle, w samym środku lektury, ten Szczygieł gdzieś stanął za plecami i szepnął do ucha kilka słów od siebie. Na przykład o tym, że przeczytał ostatnio takie opowiadanie Čapka, Ślad... Z rekomendacji skorzystałam, po czesku Ślad przeczytałam, potwierdzam, świetny jest – taki prosty, a taki głęboki. Zresztą chyba jak wszystko, co spod pióra Čapka wyszło.

Tłumaczenie – prima sort. Język bogaty, ironią przesiąknięty. Jedna drobnostka, odnotowana przeze mnie nie bez uśmiechu – na stronie 109 bohemistyczny błąd, który chyba umknął korektorce. Ale takie błędy, jak to mój promotor mówi, chwałę przynoszą :)

***
K. Čapek, Fabryka Absolutu, tłum. Paweł Hulka-Laskowski, wyd. Dowody na istnienie, Warszawa 2015.

Za ironiczną wizję Boga na ziemi w tak pięknej oprawie podaną dziękuję pani Juliannie i wydawnictwu Dowody na istnienie.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki polskiego wydania Fabryki Absolutu (Dowody na istnienie, 2015), autorka: Kateřina Sidonová (http://katerinasidonova.blogspot.com/)
[2] antikvariat-fryc.cz
[3] Wikimedia Commons
[4] Wydawnictwo Dowody na istnienie

niedziela, 21 czerwca 2015

Rosyjski żywy trup – relacja z Big Book Festival (cz. 4)

Festiwalowa niedziela była zdecydowanie dniem trudnych rozmów. Nawet to, co zapowiadało się jako lekkie, „antystereotypowe” spotkanie o Polakach, Rosjanach i Niemcach – dyskusja z udziałem Janusza Leona Wiśniewskiego, Władimira Sorokina i Borisa Reitschustera – przerodziło się, chyba dosyć spontanicznie, w poważną debatę na temat Rosji i kierunku, w którym zmierza. Mnie to akurat zupełnie nie przeszkadzało. Powiem więcej – moim zdaniem było to jedno z najlepszych i najciekawszych wydarzeń w trakcie całego festiwalu.

Do udziału w rozmowie zaproszeni zostali pisarze, którzy w jakiś sposób są związani zarówno z Niemcami, jak i Rosją. Wszyscy więc doskonale wiedzieli, o czym mówią. Boris Reitschuster, autor między innymi wydanego w Polsce zbioru Ruski ekstrem, zaczął od opowieści o zwyczajach rosyjskich kierowców – pieszy na przejściu jest dla nich „celem polowań”, więc po przyjeździe z Rosji do Niemiec Reitschuster bał się przechodzić nawet na zielonym świetle – i stwierdził, że jest to dobra próbka tego, czego ogólnie należy się spodziewać w tym kraju.

Niemcy są jak zoo – mówił dalej niemiecki publicysta. Jest tam pięknie i czysto, elegancko wydzielone alejki, świetna opieka, wszystko podstawione pod nos. A Rosja – to dżungla. Co nie oznacza jeszcze wcale, że życie tam jest koszmarem – po latach niemieckiej nudy zaczyna się tęsknić do tej odrobiny rosyjskiej adrenaliny.

Z porównaniem do dżungli nie do końca zgodził się Wiśniewski. Kiedy w 2007 roku (w „złotych czasach”, jak je określiła prowadząca Barbara Włodarczyk) odwiedził Rosję w związku z promocją swoich książek, młodzi Rosjanie zaskoczyli go świetną organizacją, a rosyjskie miasta – swoją europejskością, zachodnim duchem demokracji. Niestety sen szybko prysnął. Fasadowa demokracja runęła w gruzach, gdy po wydarzeniach na Ukrainie władza uświadomiła sobie, że sytuacja zaszła za daleko i podobne rzeczy mogą zacząć się dziać w samej Rosji.

Wróciła ścisła kontrola, nie tylko nad działaniami obywateli, ale i nad ich myślami – jak to obrazowo tłumaczył Reitschuster, obecnie Rosjanom wmawia się, że rozjeżdżanie ich autami na przejściach jest dobre, i że na Zachodzie ludziom robi się krzywdę, pozwalając im swobodnie przechodzić przez ulicę. Protestów nie słychać, bo tak naprawdę obywatele rosyjscy potrzebują silnego władcy jak Putin, potrzebują tej twardej ręki, aby poczuć się silniejszymi.

Po tych stwierdzeniach otworzył się worek z rosyjskimi absurdami – propozycja wprowadzenia do szkół superwoźnych, którzy sprawowaliby pieczę nad tym, czego się naucza, bezprawne wieszanie tabliczek z nazwą „ulica Stalina” w samym centrum Petersburga i wreszcie wieszanie w cerkwi ikony Stalina, a po nakazie zdjęcia obrazu – optowanie za beatyfikacją. Jak stwierdził Władimir Sorokin, są to oznaki totalnego zmętnienia umysłu, jakie szerzy się dziś w Rosji jak dżuma (o czymś podobnym, określanym mianem zombizacji społeczeństwa, pisała Agnieszka Korniejenko).

Oczywiście idzie za tym również manipulowanie historią. Zwycięstwo nad Niemcami w II wojnie światowej jest dziś symbolicznym zwycięstwem nad całym Zachodem, a Rosjanie, także młodzi – na co zwrócił uwagę Wiśniewski – domagają się od Polaków wdzięczności za wyzwolenie. Przymykają zupełnie oko na wszystko, co działo się później, na lata komunistycznego reżimu, na to, że Rosja nie tylko poświęcała swoich żołnierzy, ale i mordowała ludzi w więzieniach i obozach, co dość żywiołowo podkreślił Reitschuster.

Skrajnym przykładem na oddziaływanie propagandy jest opowieść Barbary Włodarczyk, która rozmawiała pewnego razu z rosyjskimi kobietami na wsi. „Proszę nam podać choć jeden przypadek, kiedy Rosja kogoś napadła” – obruszyły się babiny, a kiedy Włodarczyk przypomniała im o 17 września 1939 roku, oznajmiły, że one o niczym takim nie słyszały. Fakt, że Rosja zaczęła wojnę jako sojusznik Niemiec, zupełnie nie istnieje w świadomości rosyjskiego społeczeństwa, został w niej starannie zatarty...

Reitschuster dodał, że niestety sytuacji nie poprawiają media zachodnie. Chcąc zachować pozory zdrowych stosunków na linii Europa – Rosja dopuszczają się karygodnego przemilczania pewnych spraw. Gdy Putin w obecności Angeli Merkel stwierdził, że pakt Ribbentrop-Mołotow był dobrym i rozsądnym rozwiązaniem (przeciwko czemu kanclerz Niemiec stanowczo zaprotestowała), niemieckie media nie zająknęły się o całym zajściu ani słowem. Było mi za nich wszystkich wstyd – oznajmił Reitschuster.

Z całego spotkania najbardziej zapadła mi jednak w pamięć obrazowa metafora Władimira Sorokina. Jego zdaniem problem polega na tym, że trupa Związku Radzieckiego nigdy definitywnie nie pogrzebano – przyrzucono go jedynie stertą szmat z nadzieją, że sam zgnije. Ale nie zgnił, przeciwnie, ożył jako zombie i w tej formie jest dużo groźniejszy. Dziś straszy już całą Europę.

Słabo przy tym wszystkim brzmiały wspomniane na koniec spotkania pozytywne akcenty, budzące nadzieję zmiany w Rosji, oraz wyrażone przez Sorokina przekonanie, że wkrótce wszystko się załamie, sytuacja rozładuje się jak w latach 80., a Rosjanie przekonają się, że Polacy to wspaniali ludzie... Zrobiło się mimo wszystko strasznie po tym spotkaniu, a czarnych myśli przybyło.

Tego nastroju nie rozwiało bynajmniej spotkanie ze Swietłaną Aleksijewicz. Od krótkiego wstępu, w ramach którego autorka opowiadała o swojej metodzie twórczej, o tym, że kolekcjonuje nie obrazy a dusze i że najważniejsze są u niej zawsze ludzkie uczucia, rozmowa przeszła gładko na tematy polityczne.

Putin posługuje się hasłami jeszcze z czasów caratu – zauważyła pisarka. Wykorzystuje rozczarowanie ludzi kapitalizmem, nostalgię za Związkiem Radzieckim (nawet u ludzi młodych!), zręcznie posługuje się religią, która po okresie wyparcia przez marksizm wróciła na swoje należne miejsce, ale jest wciąż ściśle podporządkowana władzy.

Błędem byłoby jednak myśleć, że jeden Putin odpowiada za całe to zło, bo tak naprawdę Putin „siedzi” w niemal każdym Rosjaninie. Ci ludzie nie wiedzą, czym jest wolność i demokracja, nie potrzebują tego, wystarczy im, że mają w sklepie wódkę i kiełbasę. Ożywiają się za to na hasło „imperium”, uważają, że Rosja została sprzedana, a teraz, pod skrzydłami silnego przywódcy podnosi się z kolan.

Słowa Aleksijewicz potwierdzają to, o czym mówił Sorokin – Związek Radziecki odradza się i może stać się wkrótce dużo groźniejszy. Człowiek czerwony powraca, ale jest dziś dodatkowo uzbrojony w agresję, w głęboką nienawiść do Zachodu, a tego wcześniej nie było. Ta wrogość prowadzi do absurdów – rząd wprowadza archaiczne prawa, zabrania na przykład wydawania prawa jazdy gejom i transseksualistom, bo widzi w tym wirus, przez który rozkłada się dziś Europa.

Wewnątrz państwa odwieczna rosyjska machina terroru znów ruszyła – znowu są donosy, aresztowania, przesłuchania. Ludzie, którzy nie boją się mówić prawdy są zwalniani z pracy, spychani na margines, skazani na zagłodzenie. Biorąc pod uwagę to wszystko, Michał Nogaś spytał pisarkę wprost: „Czy pani się nie boi?”. Ale nie, nie boi się i nie zamierza już ruszyć się z Białorusi, kraju, gdzie mieszkają bohaterowie jej książek, ziemi, z której czerpie inspiracje. Będzie wspierać ofiary systemu, pisać swoje książki, mówić prawdę. Robić swoje – bo to najważniejsze.

Myślę, że to dobre zakończenie dla mojej festiwalowej relacji.


Fotografie:
[1] stagod / freeimages.com
[2] Zdjęcie Janusza Leona Wiśniewskiego: Agata Dyka / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0
[3] Zdjęcie Borisa Reitschustera: KASonline / Foter.com / CC BY-NC-SA
[4] Zdjęcie Władimira Sorokina: Elke Wetzig (elya) / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0
[5] Zdjęcie Swietłany Aleksijewicz: Elke Wetzig / Wikimedia Commons / CC BY SA 3.0
[6] Zdjęcie własne

sobota, 20 czerwca 2015

Nostalgia za imperium, rodzinne traumy i jazda na rowerze
– relacja z Big Book Festival (cz. 3)

W górnym rzędzie – Ludwika Włodek i jej pies, Semen.
Mój M. przyjechał ze mną do Warszawy na festiwal, ale uznał, że towarzyszenie mi w festiwalowych spotkaniach to już dla niego za wiele. Zgodził się tylko na pilchowski spektakl i – po usilnych prośbach – na jedno wydarzenie, które sobie sam wybierze. A wybrał Azję Środkową i Ludwikę Włodek, spotkanie połączone z pokazem zdjęć.

Pisarka, dziennikarka i podróżniczka mówiła o przemianach, jakie nastąpiły w krajach Azji Środkowej po transformacji ustrojowej. Przemiany, które nam kojarzą się jednoznacznie pozytywnie, w tamtej części świata oznaczały utratę silnego protektora, który zapewniał sprawne funkcjonowanie państwa, dostęp do służby zdrowia i szkolnictwa. Kapitalizm zupełnie odwrócił priorytety, najciężej doświadczając jednostki inteligentne, ale niezaradne, jak tadżycki nauczyciel, intelektualista, który skończył jako poganiacz osłów, a jedynym śladem jego dawnego życia jest dziś tytuł „panie profesorze”, którym zwracają się do niego młodsi pomocnicy.

Ludwika Włodek nakreśliła ponury obraz krainy biednej, gnębionej przez choroby, które w cywilizowanych państwach są od dawna skutecznie leczone. Krainy pozbawionej perspektyw, wypędzającej ludzi na emigrację do Rosji, gdzie gnieżdżą się po kilkanaście osób w ciasnych kawalerkach i nie dojadają, byle tylko każdy zaoszczędzony grosz wysłać rodzinie. Krainy zapomnianej przez świat i pozbawionej kultury, skąd spragnieni świeżej myśli artyści uciekają na Zachód lub do Rosji. Czy można się więc dziwić nostalgia Azji Środkowej za czasami, kiedy jeszcze stanowiła część największego imperium na świecie?

Bardzo jest ten obraz odległy od stereotypowego myślenia turystów, którzy w Azji Środkowej wolą widzieć egzotyczną, malowniczą krainę, gdzie żyje się lekko, przyjemnie i niespiesznie. Również publicystom udziela się zachwyt różnymi barwnymi zjawiskami, jak choć porywaniem żon przez „dzikich Azjatów”, ale Ludwika Włodek podkreśla, że za tą cukrową fasadą kryje się dramat – dramat kobiet, które rwą się do świata, chcą się kształcić i nie wystarczają im już prymitywni i ograniczeni miejscowi mężczyźni.

Temat kolejnego spotkania również nie należał do najlżejszych. Trzy polskie pisarki – Joanna Bator, Magdalena Tulli i Anna Janko – dyskutowały o historycznych traumach i ich wpływie na losy kobiet ze swojej rodziny i swoje własne, mówiły o tym, jak sobie z takimi problemami radzić i jak o nich pisać.

Pierwszym, bardzo ważnym i równocześnie bardzo trudnym krokiem jest wydobycie wspomnień na światło dzienne. Joanna Bator opowiedziała m.in. o swojej babci, którą często próbowała wypytywać o jej przeszłość, ale otrzymywała tylko wymijające odpowiedzi. Z czasem okazało się, że kobieta miała o czym opowiadać – w ścianach jej domku już po jej śmierci odkryto zamurowane papiery partyzanckie – ale z jakichś powodów po prostu nie chciała. Prowadząca spotkanie Magda Mołek przywołała przy tej okazji historię babci jej męża, o której bohaterskich czynach w trakcie Powstania Warszawskiego rodzina dowiedziała się dopiero z artykułu w gazecie.

Magdalena Tulli porównała tę ukrywaną, bolesną przeszłość do trucizny, którą wszyscy jesteśmy przesiąknięci – bo złe rzeczy działy kiedyś tu, gdzie dziś żyjemy. Nie ma praktycznie rodzin wolnych od tych trudnych wspomnień, Anna Janko podkreśliła jednak, że trzeba o tym mówić, nawet jeśli boli, kiszenie się w atmosferze niewypowiedzianej traumy nie sprzyja bowiem zdrowiu psychicznemu. Magda Mołek zwróciła się w tej sprawie do publiczności – czy jesteśmy gotowi podjąć ze swoimi bliskimi taką rozmowę? Większość głosów było na tak.

Zdjęcie jest, jakie jest; lepszego nie mam :).
Rozmowa to jedno, ale co z pisaniem? Jak podejść do tak delikatnej materii, posługując się piórem? Panie były zgodne, że przede wszystkim trzeba zabrać się za to na chłodno, pisanie w emocjach zawsze bowiem kończy się grafomanią. Anna Janko podkreśliła też, jak dużym obciążeniem psychicznym może być pisanie książki, na co pani Tulli (jak dla mnie – niekwestionowana gwiazda tego spotkania, jej cudowne, dowcipne komentarze wspaniale rozładowywały poważną atmosferę!) poradziła jej... jazdę na rowerze :).

Spotkanie zakończyło się w luźnym nastroju. Panie Bator i Janko wyraziły swoje uwielbienie dla polskich bazarków ze świeżymi warzywami, Magda Mołek wypytywała Annę Janko o techniki słuchania audiobooków, a pani Tulli opowiedziała o tym, jak to jest spotkać w autobusie kogoś, kto czyta twoją książkę. „Z tym się nic nie zrobi, zadzwoni się do kilku znajomych żeby się pochwalić, i tyle” :).

W kolejnej, ostatniej już części festiwalowej relacji powrócę do poważnego i pesymistycznego tonu, bo też dyskusja na temat polsko-rosyjsko-niemieckich stereotypów, którą ostatecznie zdominował temat Rosji, i spotkanie ze Swietłaną Aleksijewicz nie napawały specjalnym optymizmem. Ale o tym już jutro.

Fotografie:
[1] Zdjęcie własne
[2] Zdjęcie Ludwiki Włodek – fot. Krzysztof Dubiel / Wydawnictwo Literackie, http://www.wydawnictwoliterackie.pl/autorzy/898/Ludwika-Wlodek
[3] Zdjęcie Joanny Bator – Grupa Wydawnicza Foksal, http://www.grupawydawniczafoksal.pl/blogi/joanna-bator/
[4] Zdjęcie Magdaleny Tulli – Wydawnictwo Znak, http://www.znak.com.pl/autor/Magdalena-Tulli/2860
[5] Zdjęcie Anny Janko – Wydawnictwo Literackie, http://www.wydawnictwoliterackie.pl/autorzy/908/Anna--Janko
[6] Zdjęcie marne, ale własne :) 

piątek, 19 czerwca 2015

Mniej dumania, więcej pisania, uroki blokowisk i senność
– relacja z Big Book Festival (cz. 2)

Kiedy wspominam tę wypełnioną po brzegi salę na spotkaniu z Zadie Smith zastanawiam się, co sprawia, że ludzie tak bardzo ją uwielbiają. Myślę, że to jakiś rodzaj niewywyższającej się mądrości, prostoty, dojrzałości, które biją z jej książek i które promieniują też z niej samej. Kiedy tak szła przez tłum, a ludzie bili brawo i wykręcali sobie szyje, żeby zobaczyć ją z bliska choć na chwilę, sama wyglądała jak „bogini dnia powszedniego”, „afrykańska królowa”, jedna z tych silnych i mądrych bohaterek, jakie pojawiają się na kartach jej książek.

W trakcie rozmowy pewnym głosem mówiła o otwartości i wychodzeniu ze swoich „baniek”, o zmianie perspektywy, o tym, że najważniejsze to dostrzec w człowieku człowieka, niezależnie od tego, jakiego koloru jest jego skóra, gdzie się urodził, ile ma pieniędzy i jakie ma wykształcenie. Nigdy nie potępiać i nie oceniać, zamiast tego – dociekać. Dlaczego ktoś postąpił tak a nie inaczej? Dlaczego tak właśnie postrzega pewne sprawy? Prowadząca spotkanie Justyna Sobolewska podkreśliła, że jedną z najpiękniejszych rzeczy w książkach Zadie Smith jest wielość perspektyw, dzięki czemu jej powieści przypominają migotliwe mozaiki osobowości, bohaterów, którzy widzą świat na swój własny, indywidualny, czasem niezrozumiały sposób – ale nie ma w tym elementu osądzania czy krytyki.

Pisarka w swoich dziełach często porusza temat dyskryminacji rasowej i klasowej, które wciąż są niestety tematem aktualnym. Równocześnie jednak w trakcie spotkania Zadie podkreśliła, że żyjemy w dobrych czasach. Mimo wszelkich objawów rasizmu, z jakimi jeszcze się spotykamy, jest już dziś dużo lepiej niż choćby piętnaście lat temu i naprawdę nie mamy powodów do narzekania – powinniśmy chodzić po ulicy, cieszyć się i skakać z radości, że znaleźliśmy się w tym a nie innym miejscu w historii świata.

Za dużo dziś narzekamy, za bardzo pozwalamy sobą manipulować, za bardzo przejmujemy się tym, co inni nam narzucają. Jak w przypadku koleżanki Zadie Smith, specjalistki od mody, która pewnego razu uświadomiła sobie, że całe życie goniła za „idealną torebką”, tymczasem „idealna torebka” nie istnieje. Po co tracić czas i energię na mrzonki?

Tym natomiast, na czym warto się skupić jest z pewnością rodzina. Pisarka stanowczo zaprotestowała przeciwko stwierdzeniu, że pisania i dzieci nie da się pogodzić. Owszem, wymaga to zupełnej zmiany organizacji czasu, znacznie utrudnia spontaniczne tworzenie, ale z kolei sprawia, że kiedy już człowiek znajdzie chwilę na pracę, jest maksymalnie skupiony – dumanie i czekanie na wenę nie wchodzi w grę, zostaje czas tylko na pisanie. I w jej przypadku taki system się sprawdza. Poza tym rodzina, dzieci, bycie częścią tego wielkiego kręgu, w którym najpierw nam ktoś zapina dziecięcą kurteczkę, a zaraz potem my stajemy się kimś, kto zapina kurteczkę innemu małemu człowiekowi, jest wspaniałym źródłem inspiracji.

A skoro już mowa o rozpraszaczach i problemach ze skupieniem się na pisaniu... Kiedy na sugestię Justyny Sobolewskiej, że niektórzy pisarze chętnie korzystają z narzędzia do odłączania internetu, po sali rozniósł się lekki śmiech, Zadie Smith spytała: „Dlaczego was to śmieszy? Czy tylko ja mam ten problem?” i przyznała, że również w jej przypadku odcięcie się od internetu to jedyny sposób. Wszak miło jest spędzić cały dzień przeglądając strony, czytając bzdurne artykuły i sprawdzając maila :). Pokusa jest wielka, a pisanie w takich warunkach – niemal niemożliwe.

O czym jeszcze była mowa? Na przykład o tym, czemu Amerykanie piszą tak świetne opowiadania (po prostu mają je gdzie sprzedać – kilka utworków opublikowanych w „New Yorkerze” to całoroczny dochód), dlaczego blokowiska nie są takie złe („Collectivitiy is not a disaster” – podkreślała Zadie i zastanawiała się, czy na pewno piękny dom na przedmieściu jest lepszy niż miejskie osiedle, gdzie dzieci bawią się na klatkach schodowych, a więzi z innymi ludźmi są silniejsze niż gdziekolwiek indziej) i o pisarzach współczesnych, których autorka podziwia – padło nazwisko Knausgårda (naprawdę o nim głośno, muszę chyba wreszcie zacząć go czytać) i Franzena (który, jak ogłoszono niedawno, będzie gościem tegorocznego Festiwalu Conrada).

Po spotkaniu – dobre czterdzieści minut stania w kolejce po autograf Zadie. Były emocje, bo zapowiedziano, że autorka będzie podpisywać książki tylko przez pół godziny, ale koniec końców podpisała ponoć wszystkie, co do jednej.

Cały ten festiwalowy dzień, choć tak wspaniały, był też mocno męczący, tymczasem czekał mnie jeszcze zaległy spektakl o poszukiwaniu Pilcha. Dwie godziny na odetchnięcie, późny obiad i za chwilę znów rozsiedliśmy się na białych skrzynkach na festiwalowym dziedzińcu. Choć pogoda tego wieczoru nie sprawiła niespodzianek, i tym razem nie obyło się bez opóźnień – Łukasz Simlat nie zdążył dojechać z teatru na czas. Ostatecznie wszystko zaczęło się grubo po 22.

Niespecjalnie więc dziwi mnie fakt, że dwa razy w trakcie spektaklu przysnęłam. Widowisko było jednak naprawdę piękne i niesamowicie nastrojowe. Łukasz Simlat i Janusz Chabior w przeszklonym kontenerze, popalając papierosy, nonszalancko, ale i nie bez przejęcia czytający fragmenty prozy Pilcha oraz recenzji i wywiadów, senna muzyka na żywo w tle (jak ta trąbka chwytała za serce!), efekty świetlne, ciemność, znów światło, no i ta sceneria, Hoża, tak blisko mieszkania Pilcha, projekcje wyświetlane na starych fabrycznych murach, i niebo gwiaździste nade mną... 

Reżyser Krzysztof Czeczot napisał: „Gdybym szukał nazwy dla tego wydarzenia powiedziałbym Zobacz-Bo-Jeszcze-Nie-Widziałeś”. I miał rację – jeszcze nie widziałam czegoś podobnego. Żałuję tylko, że uczestniczyłam w tym widowisku w takim stanie, w jakim akurat byłam – nieludzko zmęczona – nie mogąc go naprawdę docenić. Bo, tak jak napisał Łukasz Simlat, „to wieczór, który wymaga skupienia”. Mam wielką nadzieję, że może kiedyś będę mieć okazję raz jeszcze to przeżyć. I tym razem na pewno nie zasnę.

Cytaty Krzysztofa Czechota i Łukasza Simlata zaczerpnięte zostały z broszury przygotowanej z okazji premiery spektaklu.
Zdjęcie Zadie Smith: bluelephant / Foter.com / CC BY-NC-SA. Reszta: zdjęcia własne.

wtorek, 16 czerwca 2015

Polityka, budyń czekoladowy i szczekające owacje
– relacja z Big Boog Festival (cz. 1)

Zacznę od płomiennego wyznania. Kocham festiwale literackie! To zdecydowanie mój typ imprezy – uwielbiam słuchać, jak pisarze opowiadają o sobie i swojej twórczości, uwielbiam wszystkie okołoliterackie ciekawostki, sekrety warsztatowe, zwierzenia, smaczki. Nie mówiąc o tym, jak ciekawym jest zobaczyć w ogóle na żywo kogoś, kogo znało się dotychczas tylko od tej drugiej, papierowej strony, przekonać się, jak się zachowuje, jak mówi, jakie sprawia wrażenie.

Pod tym względem tegoroczny Big Book Festival w pełni zaspokoił mój głód wiedzy. Dodatkowo krzepiący był fakt, że wszyscy zaproszeni literaci, z którymi miałam do czynienia, to absolutnie przemili ludzie. Mimo długaśnych kolejek po podpisy wszyscy znaleźli jeszcze na tyle siły, żeby do każdego z osobna uśmiechnąć się czy powiedzieć coś miłego i naprawdę bardzo się cieszę, że mogłam ich poznać też od tej strony.

Festiwal zaczął się dla mnie – i dla kilkudziesięciu innych osób – nie do końca udanie, bo odwołanym spektaklem Wieczorem. W poszukiwaniu Jerzego Pilcha. W dodatku odwołanym po trzydziestu minutach siedzenia na drewnianej skrzynce w ulewnym deszczu pod wątłą pelerynką. Nie mogłam jednak nie uśmiechać się myśląc o tym, jak zabawnie wszyscy wyglądamy (zmokłe kury na grzędzie) i jaki piękny jest cały ten obrazek, z przetaczającą się nad głowami burzą. Gdy organizatorzy oznajmili, że przenoszą spektakl na dzień następny, wzięłam to mimo wszystko za dobrą wróżbę na początek. I słusznie.

Sofi Oksanen
Zaczęło się więc tak naprawdę w sobotę, od Sofi Oksanen. Spotkanie z tą fińsko-estońską pisarką prowadziła Sylwia Chutnik, która wyglądała niemal jak jej siostra. A o czym była mowa? O literaturze, polityce i kobiecości, w różnych proporcjach. Znaną z zaangażowanej politycznie twórczości Oksanen Sylwia Chutnik zapytała o to, czy nie słyszy czasem od innych, że pisanie o polityce jest niekobiece. Nie da się pisać o historii Estonii, nie zahaczając o politykę – padła odpowiedź. A dlaczego pisze właśnie o historii? W Finlandii nikt by mnie nigdy o to nie spytał – odpowiedziała pisarka – tam wszyscy piszą o historii, to dla nich oczywiste.

Zainteresowała mnie informacja, że w krajach nordyckich ok. 50% pisarzy to kobiety. Oksanen szybko jednak rozwiała złudzenia – to, że jest ich dużo wcale nie znaczy, że są traktowane na równi z mężczyznami. „W ostatnim czasie wiele fińskich pisarek przerzuca się na twórczość dla dzieci, co samo w sobie nie jest złe, ale jeśli robią to dlatego, że jest to lepiej widziane ze względu na ich płeć, nie jest to w porządku” – mówiła pisarka.

Mowa była również o sytuacji na Ukrainie i o Rosji, który to temat powracał niemal przez cały festiwal. Oksanen zwróciła uwagę na to, że od lat rządy europejskie starały się robić wszystko, aby nie drażnić Rosji – i to nie zmieniło się do dziś. Ona sama za to najwyraźniej nie ma zamiaru się do tej zasady stosować – przeciwko jej książce, uznanej za antyrosyjską, oficjalnie protestowała partia Putina, co było pierwszą od upadku ZSRR próbą ingerowania w wolność słowa w Finlandii podjętą przez Rosję.

Na koniec autorka zdradziła, że zaczyna właśnie pisać libretto do opery (i przy okazji stwierdziła, że bardzo dobrze współpracuje jej się z kompozytorami). I uchyliła rąbka tajemnicy na temat swoich strategii pisarskich, co prowadząca Sylwia Chutnik przyjęła jako cenne wskazówki dla siebie.


W ramach kolejnego spotkania pozostaliśmy w skandynawskich klimatach, miejsce Oksanen zajął bowiem Lars Saabye Christensen. Jeszcze przed festiwalem sprawiłam sobie własny egzemplarz Półbrata i łudziłam się, że do Big Booka zdążę go przeczytać, co mi się oczywiście nie udało, ale po tym spotkaniu stwierdzam, że przeczytać go po prostu muszę, i to jak najszybciej. Wystarczyłyby już w zasadzie entuzjastyczne pochwały Asi, mojej festiwalowej towarzyszki, a tu jeszcze tyle ciekawych rzeczy wypłynęło w trakcie spotkania na jego temat...

Mowa była między innymi o relacjach rodzinnych i o tym, że każdy pisarz wydając książkę ma tę myśl „co mama powie” („Mojej mamie się podobało” – podkreślił ponoć Karl Ove Knaugård w jednym z wywiadów z okazji publikacji kolejnego tomu jego powieści). Przy okazji Christensen zdradził, jak jego mama komentuje jego książki („No, książka jest dobra, ale czemu nie powiedziałeś, że nie lubisz budyniu czekoladowego?”).

Pisarz mówił też o tym, co najbardziej interesuje go w literaturze – jednostki wyobcowane, pogardzane, na marginesie, a także przełomowe momenty, takie, w których radość nagle zmienia się w rozpacz (jak w przypadku dziewczyny zgwałconej w Dzień Zwycięstwa) lub odwrotnie. Po co pisze? Po to, aby pamiętać, ale również po to, aby zapomnieć – przepracować pewne sprawy i zrobić w głowie miejsce na następne.

Lars Saabye Christensen
Nie bez powodu powraca do tematów powojennych – uważa, że pozostało tam wiele kwestii nie przedyskutowanych i czekających jeszcze na przepracowanie, jak choćby trudny los kobiet wydających w tym czasie dzieci na świat, jak jego matka. Również postać półbrata uosabia temat tabu, spychany gdzieś na margines świadomości, ale mimo to ważny. Christensen przyznaje, że te literackie powroty są próbą oddania niektórym ludziom sprawiedliwości, zwrócenia uwagi na ich rolę, ich problemy i rozterki.

Zapytany o to, czy przydaje mu się w praktyce pisarskiej doświadczenie scenarzysty, odpowiedział że nie, ponieważ pisanie powieści bardzo różni się od pisania scenariuszy. Bardziej przydatne może być doświadczenie muzyka, zdaniem Christensena język i muzyka mają bowiem ze sobą wiele wspólnego.

Wreszcie rozmowa zeszła na temat pisarskich nawyków i rytuałów – czyli to, co tygryski lubią najbardziej! Posypały się pytania, w pewnym momencie nawet pani tłumaczka pozwoliła sobie na zadanie jednego, i Christensen musiał cierpliwie wyjaśniać kiedy, gdzie i w jaki sposób pisze. Preferuje wcześnie rano, zanim wszyscy wstaną, więc o godzinie 9 kończy już dzień pracy, jak zauważył z uśmiechem. Co ważne – zawsze kończy na zdaniu, od którego może zacząć pisanie dnia następnego.

Prowadzący Paweł Goźliński nawiązał do pewnej szokującej dla niego wypowiedzi Christensena w jednym z wywiadów – opowieści o tym, jak to aby zdobyć fundusze i móc w spokoju skończyć pisać powieść, zaczął sprzedawać swoje wiersze. Autor stwierdził, że to musiała być jakaś pomyłka – nawet w Norwegii nie ma możliwości utrzymania się z poezji :). A skoro już mowa o utrzymywaniu się – ten szczęśliwiec stwierdził, że od kiedy skończył 21 lat jego źródłem dochodów było wyłącznie pisanie. Nie tylko książek, ale również scenariuszy czy tekstów do piosenek – wyjaśnił zdumionemu Goźlińskiemu – ...no i mam żonę, która ma stały dochód – zakończył, co publiczność skwitowała śmiechem pod tytułem „I wszystko jasne!”.

Końcówka spotkania to był uroczy chaos. Jakiś pan usiłował za wszelką cenę przekonać Christensena do zapoznania się z książkami Szczepana Twardocha, pan z Wydawnictwa Literackiego dziękował mu za reklamę, a oklaskom towarzyszyło szczekanie festiwalowego psa, Miszy... Na koniec autor zapowiedział, że w sierpniu wychodzi w Norwegii jego nowa książka, Magnes. Wyraził gotowość przybycia na następny Big Book ze swoim zespołem. Oraz wyznał, że książką jego życia jest Biblia, a autorem – Proust.

Wystarczy? W kolejnej notce będzie o spotkaniu z Zadie Smith. Oraz o spektaklu, na którym, przyznaję szczerze... zasnęłam. Zapraszam!

Fotografie:
[1] Logo Big Book Festival
[2] Anneli Salo / Wikimedia Commons / CC BY SA
[3] Autograf od Sofi Oksanen – zdjęcie własne :)
[4] Jarvin / Wikimedia Commons / CC BY SA   
[5] Autograf od Christensena – zdjęcie własne :)

wtorek, 9 czerwca 2015

Literackie fascynacje brneńskiego listonosza
– „Lucynka, Macoszka i ja”, Martin Reiner

Był sobie kiedyś poeta. Młody, przystojny, utalentowany. Przesiadywał w brneńskich kawiarniach, przyjaźnił się z takimi legendami jak Vítězslav Nezval czy Jiří Orten, brylował w towarzystwie. Z zapałem oddawał się miłosnym podbojom – w wieku 21 lat chwalił się, że spał już z 98 kobietami. Przede wszystkim jednak tworzył, i już jako młodziutki twórca dorobił się sławy literackiego geniusza. Mówili o nim „czeski Rimbaud”.

A potem komuniści doszli do władzy – i zniknął. Na wiele, wiele lat. Dopiero pod koniec lat 70., gdy emigracyjne wydawnictwo Josefa Škvoreckiego, Sixty-Eight Publishers, opublikowało nowy zbiór jego utworów, okazało się, że Ivan Blatný – bo o nim mowa – wciąż żyje.
Tak wyglądał pierwowzór powieściowego Macoszki, Ivan Blatný. W czasach,
gdy jeszcze był gwiazdą brneńskiego światka artystycznego,
a dziewczyny same właziły mu do łóżka.
Tylko pozornie ta opowieść nie ma nic wspólnego z Lucynką, Macoszką i ja. Martin Reiner zasłynął bowiem jako badacz twórczości Blatnego, zaś jego pogoń za tym autorem, próby wyjaśnienia, kim naprawdę był, wiele lat poświęconych jego życiu i poezji – to wszystko stało się inspiracją dla opisanej w Lucynce historii. Tak, Ivan Blatný to pierwowzór Jerzego Macoszki, zaś w ogarniętym obsesją na punkcie czeskiego poety narratorze opowieści możemy doszukiwać się samego Martina Reinera.

Ale nie tak prędko. W końcu Lucynka, Macoszka i ja to coś w rodzaju powieści detektywistycznej, a cóż by to była za frajda, gdyby w poszukiwaniu rozwiązań powieściowych zagadek wystarczyło zajrzeć do życiorysów? Jak na wytrawnego pisarza więc przystało, Martin Reiner co rusz myli tropy. Granica między fikcją a rzeczywistością rozpływa się, jedni są zmyśleni, inni noszą nie swoje nazwiska, jeszcze inni pozostają nietknięci – jest Nezval, Skácel, Mikulášek, Zrzavý, Kubišta... Zgaduj zgadula, gdzie zmyślenie a gdzie prawda.

Intryguje zwłaszcza, jak wiele autor zdradził o samym sobie, bo fragmenty o odnajdywaniu siebie przy okazji zgłębiania cudzych losów i twórczości przypominają mi wypowiedzi Reinera z wywiadów. Im bardziej powieściowy Tomasz pogrąża się w historii Macoszki, tym bardziej, paradoksalnie, dostrzega własne i wyodrębnione ja. Znajduje w życiu sens. Już nie jest na bocznym torze, lepiej rozumie siebie, nabiera wewnętrznej pewności. Z zastraszonego brneńskiego listonosza, uginającego się pod ciężarem przykrych dziecięcych wspomnień, przeistacza się w odważnego i świadomego badacza.
Z Macoszki czerpię jednak pełnymi garściami, a buzię mam ciągle tak pełną, że pękają mi policzki. Bawię się w jego alter ego; wieczorami lubię się w niego wcielać. Odłupuję kawałki gliny, spod których powoli wynurza się Pan Nikt. To oznacza, że potajemnie, gdzieś z głębokiej podświadomości, wydobywam swój własny obraz. Że wierzę, a przynajmniej mam nadzieję, że on w ogóle istnieje (s. 51).
Ale nie tylko Macoszki to zasługa, to także Lucynka. Choć taka maleńka, odgrywa wielką rolę. On się opiekuje nią, a ona nim, uczą się wzajemnie radzić sobie ze światem, obydwoje w pewien sposób skrzywdzeni. Z właściwą dzieciom intuicją Lucka trąca te struny jego duszy, które trącone zostać powinny. Nie zatrzymuje się na mechanizmach obronnych, przed którymi ustępują dorośli – przesadza je bez zastanowienia i pędzi wprost do jego serca. I choć wydawać by się mogło, że pięcioletnia dziewczynka nie może mieć nic wspólnego z podstarzałym, bezzębnym poetą-playboyem, to jednak ma – w jakiś tajemny sposób obydwoje stają się dla Tomasza wyzwoleniem.

W tle upada komunizm, ale niewielkie ma to znaczenie. To ten typowy czeski chwyt rodem z Pociągów pod specjalnym nadzorem – niech się nam przetacza historia nad głowami, my mamy swoje problemy. Nowy prezydent, rząd, rzeczywistość, to wszystko takie nic, gdy w drzwiach staje nagle pięcioletnie dziecko, które trzeba nakarmić, zabawić, utulić do snu (co przypomina mi trochę Kolę).
Być może cieszyłbym się z tego wszystkiego bardziej i na pewno inaczej, gdyby mój świat nie został zmieniony przez inną rewolucję kilka tygodni wcześniej. Instrukcji, jak żyć w nowej demokracji, udzielały gazety, telewizja i nowi przodownicy praktycznie codziennie. Jak opiekować się pięcioletnią dziewczynką – tego musiałem nauczyć się sam (s. 110).
Piękne są te fragmenty o łączącej tę oryginalną dwójkę więzi. Moje dziecko, myśli o Lucynce Tomasz i ma do tego prawo, bo w tym akurat momencie – choćby nie wiadomo jak potoczyły się później ich losy – należą do siebie.

To nie jest jednak lektura, którą można prosto podsumować słowem „wzruszająca”. Owszem, chwilami wzrusza, ale gra też na emocjach na wiele innych sposobów – na przykład ta zabawa w kotka i myszkę, którą autor przez cały czas prowadzi z czytelnikiem. To, jak mówi mój M., „wiem, ale nie powiem”. Intrygowanie, które czasem niebezpiecznie zbliżało się do granicy czytelniczej irytacji, zawsze jednak w ostatnim momencie autor, zanim ta linia została przekroczona, podrzucał kolejną cenną informację i podtrzymywał tym samym ciekawość czytelnika.

I jeszcze jedno – porównania. Fantastyczne. Reiner dosłownie nimi bombarduje, a każde kolejne ciekawsze, jeszcze bardziej niebanalne, obrazowe, plastyczne. Odwaga wyciekająca jak nagrzana woda z przestrzelonej manierki martwego żołnierza. Jesień w letnisku Clacton on Sea jak przeciąg wywołany w studiu filmowym. Ukochana jak pałeczka dynamitu wbita w skalną szczelinę. Życie dojrzewające jak stary ser, życie jak źle postawiony murek, życie jak w słoiku z zalewą z ogórków. Ta proza ocieka poezją jak złocisty plaster miodu (najwyraźniej porównania są zaraźliwe), a Reiner – tu nie mam wątpliwości – to rasowy poeta i godny uczeń swego mistrza.

Marta napisała o Lucynce, że to opowieść dla nadwrażliwców. To prawda – dla zagubionych, odtrąconych, poszukujących siebie, ale też dla ciekawych klimatu dawnego Brna, dla zainteresowanych XX-wieczną czeską historią i kulturą i oczywiście dla wszystkich tych, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej o literackiej fascynacji Reinera.

By dowiedzieć się więcej o samym Blatnym – wystarczy sięgnąć po opus magnum Reinera, Poeta. Powieść o Ivanie Blatnym. Stara Szkoła wyda je po polsku w przyszłym roku. Ja sięgnę na pewno – bo wirus fascynacji już mi się udzielił.

***
M. Reiner, Lucynka, Macoszka i ja, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

***
Książkę można kupić na stronie wydawnictwa Stara Szkoła


Źródła:
Fragmenty Powieści o Ivanie Blatnym: http://www.literarni.cz/rubriky/ukazky/proza/martin-reiner-basnik-roman-o-ivanu-blatnem_10159.html#.VXXss1J6Eng
O. Nezbeda, Pouhá pravda o Ivanu Blatném: http://respekt.ihned.cz/c1-62269480-pouha-pravda-o-ivanu-blatnem
Z. Machej, Blatný według Engelkinga [w:] „Literatura na Świecie”, nr 9/1994 (278).
Wywiad z Martinem Reinerem dla portalu Respekt: http://respekt.ihned.cz/delnici-kultury/c1-62323640-nechtel-jsem-se-blatnemu-cpat-do-hlavy

Fotografie: 
[1] Fragment okładki polskiego wydania Lucynki, Macoszki i ja, wyd. Stara Szkoła (http://stara-szkola.com/)
[2] O.F.E. / Foter.com / CC BY-NC-SA 
[3] Okładka książki, wyd. Stara Szkoła (http://stara-szkola.com/)
[4] Okładka czeskiego wydania książki, wyd. Druhé město (http://www.druhemesto.cz)

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Bajka zrodzona w rytmie skurczów jelit
– „Sanatorium”, Rafał Wojaczek

Wojaczek to moja fascynacja lat licealnych. Czas, kiedy takie niepokorne, genialne, zagadkowe postaci przyciągają najbardziej. Chłonęłam relacje i wspomnienia o nim i przepijałam jego wierszami, miałam mówić o nim na maturze, ale w ostatniej chwili się wycofałam, bo przyszła myśl: przecież ja go wcale nie znam.

Ale nikt nie zna. Jedni mówią: opijus, awanturnik, pozer, inni upierają się, że wcale nie, że wcale nie grał, że po prostu taki był. Impulsywny, zagubiony. Mimo wszystkich świadectw pozostaje zagadką, a Sanatorium też niczego nie wyjaśnia.
– Nie wiem – zgodnie z zapewne uświadamianą sobie i, być może, usilnie zapracowaną prawdą odparł jednemu z obecnych, gdy ów agresywnie go zagadnął:
– Kim pan jest?
– Nie wiem – powtórzył boleśnie i uśmiechnął się, jakby prosił o wybaczenie
(s. 109).
Tutaj też – mówi ustami Piotra G. Sobeckiego, „młodego utalentowanego poety”, na ile szczerze? Dystansuje się jak może, ironią, drwiącym uśmiechem odsuwa go od siebie daleko, na odległość ręki, ale i tak jest oczywiste, że to opowieść mocno autobiograficzna.

Tak więc Piotr G. Sobecki, poeta, obolały od nieustannych bojów z rzeczywistością, podejmuje tytaniczny wysiłek wstania z łóżka, wygrzebania się z pościeli „poplamionej niewiadomymi płynami, wiadomą spermą”, i przemierza ulice miasta W., komentując raz po raz swoją sytuację. „Piotr G. Sobecki je śniadanie”. „Piotr G. Sobecki pije wódkę w lokalu artystów”. „Piotr G. Sobecki jest pijany”. Jest sobą i równocześnie nie jest, swobodnie migruje między swym wnętrzem a zewnętrzem, jest „trzeźwym świadkiem swoich pijackich poczynań” (s. 48).

Każdy dzień jest dla niego jak zaczynanie wszystkiego od nowa – w mękach. Z trudem stawia pierwszy niezdarny krok, naga i wykrzywiona karykatura uczącego się chodzić dziecięcia, i później myśl już tylko o tym, żeby się znieczulić, upić odrobinę życiodajnego eliksiru ze schowanej w kredensie gospodarzy butelki z naklejką „Spirytus do celów leczniczych i domowych” lub zdobyć gdzieś flaszkę denaturatu. Ludzie niczego nie poprawiają, za to w radosne uniesienie wprawiają go takie drobiazgi jak wizyta w zacisznej kapliczce wychodka. Do tego stopnia, że musi o tym napisać:
O zaciszne kapliczki, gdzie kadzidlana woń chlorku subtelnie łechce zmysł powonienia; gdzie przypiekane, piętnowane, wytykane, śmieszne, żałosne, szczepione, nauczane, pouczane, mobilizowane, okradane, oszukiwane, tęskniące, pozbawiane, nierozumiane, popychane, szpiegowane, karane, legitymowane, nawiedzane, drżące, nie dopuszczane, prześladowane i cenzurowane człowieczeństwo znajduje możliwość odzyskania oddechu! (…) O nie do wysłowienia rozkoszna czynności wypróżniania się! (s. 28)
Wzniosłe zderza się tu z doczesnym i plugawym niemal bezustannie, bo przecież wszystkie te fizjologiczne wpadki, strumień rzygowin cieknący po spodniach i mocno cuchnący ślad po brązowej niespodziance pozostawionej na dywaniku jako ukoronowanie burzliwej nocy, wszystko to autor opisuje z barokowym kunsztem, biblijną powagą, litanijnym uniesieniem. Czy więc może dziwić, że właśnie wątpliwej urody wychodek w taniej jadłodajni staje się dla Piotra G. Sobeckiego świątynią poezji, miejscem narodzin kolejnego wiersza? „I niepodległy umysł inną bajkę / Wymyśla w rytmie płynnych skurczów jelit” (s. 31).

Tyle w tym piękna i brzydoty zarazem, że aż dziw, że wszystko się nie rozpadnie. Ale widać nie są to przeciwne bieguny. Widać można być poetą rzygowin, gówna i nieświeżej pościeli, widać można pisać hipnotyzująco o łechcących doznaniach towarzyszących opróżnianiu kiszek.

Czym jest sanatorium? Ja w nim widzę miejsce, które mogłoby uleczyć, ale poeta na to nie pozwala. Nie chce. Jest blisko, pod samymi oknami, o krok od żony, ale wciąż daleko. Zawieszony gdzieś w przestrzeni, w końcu rzeczywiście dynda na belce sterczącej z muru budynku sanatorium (a żeby nie było zbyt poważnie i wzniośle, w ostatniej chwili uczynna grawitacja ściąga mu spodnie), a wraz z jego unicestwieniem rozpoczyna się poemat, rozpoczyna się pierwsza osoba liczby pojedynczej, rozpoczyna się Rafał Wojaczek.

Strategia się zmienia. By odsunąć się od siebie tym razem autor wciela się w Piotra G. Sobeckiego, i widzi Wojaczka wiecznie pijanego, zostawiającego cuchnące niespodzianki na dywanikach. Co go łączy ze światem, z wiosną, z niebem prześwitującym zielono i żyłkowato przez liście drzew? Już nic, nawet nie ta nitka rzygowin. I tak „po prostu odszedłem, skoro mnie bez usprawiedliwienia odeszła Ziemia” (s. 130).

Spełniają się słowa portiera: „Panie Sobecki, pan nie masz prawa wstępu! Panie Sobecki, pan nie masz prawa żyć!” (s. 39). Przez chwilę żył, na przekór i uparcie. Ale tylko do czasu.

***
R. Wojaczek, Sanatorium, wyd. Biuro Literackie, Wrocław 2010.

Za turpistyczną, naturalistyczną, hipnotyzującą podróż śladami Piotra G. Sobeckiego dziękuję pani Magdzie i wydawnictwu Biuro Literackie.
Fotografie:
[1], [3] Okładka Sanatorium ze strony Biura Literackiego
[2] Zdjęcie z tablicy ku czci Rafała Wojaczka we Wrocławiu na ul. Rzeźniczej. Źródło: Bonio / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0