środa, 27 stycznia 2016

...abyście się wzajemnie znali – „Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych”, Tahar Ben Jelloun

„Wiara żyje ciszą, niepotrzebne jej wzburzenie ani widowisko”.

Zaniepokojony tym, co dzieje się obecnie na świecie, Tahar Ben Jalloun napisał książkę o islamie. Tym prawdziwym – nie tym, który krzyczy, grozi i terroryzuje świat, ale tym, który oznacza życie w pokoju. A ponieważ dziś jest Dzień Dialogu z Islamem, to chyba dobry moment, by o niej opowiedzieć.

Ben Jalloun zaczyna od podstaw. Początki islamu i jego najważniejsze prawidła prezentuje w formie rozmowy ze swoją dziesięcioletnią córką, która po ataku na World Trade Center zaczęła zadawać pytania. Od małego wychowywana jako muzułmanka, nie potrafiła pogodzić wyznawanej i szanowanej przez jej rodziców religii z okrucieństwem terrorystów, którzy się na nią powołują.

I słusznie, bo te wizje są nie do pogodzenia. Już na wstępie autor-ojciec uświadamia swojej małej rozmówczyni, że korzenie islamu są głęboko humanistyczne, że jest to religia, która w VII w. w świecie arabskim ustanowiła podstawowe prawa człowieka (zakazując na przykład grzebania żywcem niemowląt płci żeńskiej, co było wówczas często spotykaną praktyką) i która opierała się na poszanowaniu innych wyznań i kultur. „O ludzie! Oto stworzyliśmy was z mężczyzny i kobiety i uczyniliśmy was ludami i plemionami, abyście się wzajemnie znali” – jak głosi Koran (sura XLIX, werset 13).

Autor prowadzi nas przez wszystkie stulecia islamu. Opisuje jego złotą erę, kiedy to arabscy uczeni, pomni na słowa Mahometa: „Poszukuj wiedzy od kolebki po grób, gdyż kto pragnie wiedzy, wielbi Boga”, wyruszali do Europy i dzielili się swoją wiedzą, czerpiąc równocześnie inspirację z myśli europejskiej. Ten czas przenikania się kultur i wymiany doświadczeń zakończył się niestety w XI wieku, kiedy to wyznawców islamu poróżniły waśnie, a naznaczony rodzącą się nienawiścią i fanatyzmem arabski świat został dodatkowo osłabiony i odizolowany przez wyprawy krzyżowe.

Od tej pory filozofię zaczęła zastępować religia, tolerancję zaś i otwarcie na inne światy – zapiekła niechęć do wszystkiego co obce, na czele z cywilizacją Zachodu. Koran, który według Ben Jallouna jest tekstem „pięknym, pełnym poezji i humanizmu”, odczytywany sztywno i dosłownie, bez wzięcia pod uwagę współczesnego kontekstu, stał się pretekstem do zabijania. Tymczasem, jak pisze z mocą autor, „nie ma takiego miejsca w Koranie, w którym byłoby napisane, że wolno popełniać samobójstwo i zabijać niewinnych”. Przeciwnie – podobnie jak w religii chrześcijańskiej, zarówno samobójstwo jak i zabójstwo jest surowo zakazane.

Jak wobec tego rodzi się fanatyzm? Ben Jelloun dokładnie tłumaczy to zjawisko, wytykając przy tym błędy popełnione przez społeczeństwa Europy. Jego zdaniem fundamentaliści to przeważnie młodzi ludzie, imigranci, którzy, usunięci na margines i odtrąceni, w agresywnym islamie i wśród jego fanatycznych wyznawców odnaleźli swoją tożsamość. Na nic nie zda się obecna histeria w związku z uchodźcami, na nic gorączkowe budowanie murów między „nami” a „nimi” – bo „oni” już od dawna tutaj są.
Tak długo usuwaliśmy ich na margines, zapominaliśmy o nich, pozostawialiśmy ich we własnym środowisku, że stali się zamkniętą społecznością rządzącą się własnymi prawami (s. 107).
Tahar Ben Jelloun
Autor jednak nie poprzestaje na straszeniu i wypunktowywaniu problemów, podaje również rozsądne rozwiązania. Przede wszystkim – edukacja. Walka z niewiedzą, która jest źródłem fanatyzmu. Zarówno w krajach arabskich, jak i europejskich. W tych pierwszych – aby uczyć mądrego czytania Koranu, z uwzględnieniem kontekstu historycznego, w jakim żyjemy, aby przywoływać pamięć o otwartym i tolerancyjnym islamie z pierwszych stuleci jego istnienia, a równocześnie interpretować go w sposób racjonalny, zgodnie z duchem naszej epoki. W tych drugich – by oswoić z islamem, rozwiać atmosferę złowrogiej tajemnicy, jaka go otacza, otworzyć Zachód na kulturę arabską, z której przecież również niegdyś czerpał.

Druga ważna sprawa to rozpoczęcie dialogu z młodymi muzułmanami w Europie, przekonanie ich, że jest tu dla nich i dla ich religii miejsce. Oczywiście aby dojść do tego etapu, potrzebna jest najpierw wspomniana edukacja i uświadomienie społeczeństwa; w obecnym nastroju podejrzliwości i wrogości wręcz w stosunku do islamu takie porozumienie nie wydaje się na razie możliwe.
Europa, gdzie żyje wiele milionów muzułmanów, mogłaby rozpocząć z nimi dialog i dać tym nowym Europejczykom poczucie, że są u siebie, nie wykluczeni, ale zintegrowani, że los europejski jest ich losem, a islam jako religia i kultura ma tu uprawnione miejsce. Taki spokojny islam, jeśli wyznawać go będzie większość, położy kres próbom destabilizacji i terroryzmu (s. 170).
Oczywiście nie pomagają również dawne zatargi, interwencje zbrojne, które muzułmanie wciąż mają w pamięci. Lubię, jak książka wywraca zupełnie do góry nogami moje myślenie. Nie mam w zwyczaju zamykać się w swoich poglądach, nie uznając jakichkolwiek innych racji. Dlatego też, mimo że jeszcze nie tak dawno w recenzji Karbali Piotra Głuchowskiego i Marcina Górki pisałam o interwencji w Iraku: „To nie była misja pozbawiona sensu”, teraz przyznaję, że nie patrzyłam na sprawę w szerszym kontekście. Tahar Ben Jelloun przekonał mnie, że choć kraje arabskie rzeczywiście potrzebują demokracji, to jednak nie powinna być ona aplikowana w sposób tak gwałtowny, techniką burzenia i budowania na nowo, ale poprzez pracę u podstaw, drogą stopniowej przebudowy.
Demokracja nie jest techniką, gadżetem ani czymś w rodzaju tabletki do rozpuszczania w wodzie. Demokracja to kultura, pewna wizja świata, uczenie się życia z innymi. To kultura, która potrzebuje czasu, żeby ludzie ją zaakceptowali i dali się jej przeniknąć, potrzebuje też pedagogii życia codziennego, która rozpoczyna się już w szkole (s. 183).
Ben Jelloun wierzy w to, że porozumienie między Wschodem a Zachodem jest możliwe – przede wszystkim dlatego, że mamy ze sobą więcej wspólnego, niż nam się wydaje. Krytyce poddaje koncepcję Samuela Huntingtona, który pisał o „zderzeniu cywilizacji”; za Edwardem Saidem powtarza, że nie może być mowy o żadnym zderzeniu w przypadku dwóch światów, które tak mocno się zazębiają.

Wizja świata, którą kreśli autor, to trochę takie Imagine Lennona – tylko że zamiast „no religion” jest „many religions”. Wszystkie żyjące obok siebie w zgodzie (bo czy naprawdę warto się kłócić o to, czy kapusta musi być po morawsku, „na rzadko”, czy tylko omaszczona?), ale bez wpływu na politykę, jest to więc świat laicki – a laickość, jak wielokrotnie podkreśla Ben Jelloun, nie oznacza zniknięcia religii; przeciwnie, pozostawia nam swobodę wyznania, „daje każdemu człowiekowi wolność wyboru wiary lub niewiary”. Równe prawa przysługują również niezależnie od płci (bowiem „Bóg zwraca się do wierzących mężczyzn i wierzących kobiet w taki sam sposób”).

Znajdzie się pewnie wielu takich, którzy stwierdzą, że to naiwna postawa. Że na nic przyjdzie mi powtarzanie tych natchnionych bzdur o tolerancji i porozumieniu, kiedy islamiści zaleją Europę i wcisną mnie w burkę albo zastrzelą gdzieś na ulicy jak psa, bo modlę się do „innego” Boga. Tak jak Tahar Ben Jelloun wierzę jednak, że dialog i próba zrozumienia to jedyna droga. Marzyciel? Może i tak. Ale „not the only one”.

***
T. Ben Jelloun, Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych, tłum. Dorota Zańko, Helena Sobieraj, wyd. Karakter, Kraków 2015.

Fotografie:
[1] chidioc / pixabay.com
[2] Cristina Nichitus / freeimages.com 
[3] Photo Claude TRUONG-NGOC / Wikimedia Commons
[4] Yan Boechat / freeimages.com
[5] Okładka książki ze strony wydawnictwa Karakter 

wtorek, 19 stycznia 2016

Brzydkie ciało, piękny duch – „Z szynką raz!”, Charles Bukowski


Z szynką raz! to książka, w której Bukowski się obnaża. I to tym razem nie w żaden cielesny, lubieżny sposób. Obnaża się tak, jak to robił wielokrotnie w swoich wierszach. Zdradza się ze swoimi słabościami, ze swoim zachwytem, ze swoim żalem. Ciągle gra twardziela, ale bardziej niż w którymkolwiek innym utworze prozatorskim pokazuje też, że cierpi. Jest jak potwór, który nie potrafi się przystosować, jak stwór Frankensteina powołany do pozbawionego sensu życia, wiecznie odtrącony, niekochany, brzydki.

Henry Chinaski, wychowany jako jedynak przez rodziców opętanych obawą „co ludzie pomyślą”, biednych niemieckich imigrantów wiecznie udających kogoś, kim nie są, od małego wyrabia w sobie wstręt do wszelkiego fałszu. Od małego również pała spontaniczną sympatią do moralnych wyrzutków, tych, których rodzice kwitują słowami „obibok” i „opijus” – dziadka Leonarda i stryja Bena. „Jesteś bardzo ładny” – mówi chłopiec umierającemu na gruźlicę Benowi, a dziadek, mimo że śmierdzi mu z ust, jest „najpiękniejszym człowiekiem, jakiego widział w życiu”.

Mały Henry to dziecko wrażliwe i ciekawe świata. Choć dorastając uzbraja się w postawę „Mam wszystko w dupie”, między wierszami można wyczytać rozpaczliwą prośbę o uwagę i odrobinę miłości. Hank zauważa, że żadnego z jego rodziców nie ma na uroczystym zakończeniu ogólniaka – i jest mu przykro. Hank lepiej czuje się w mroku, „ponieważ słyszał od paru osób, że jest brzydki”. Hank cieszy się troską siostry Ackerman, „pierwszej osoby, która okazała mu odrobinę współczucia”. To z nadmiaru wrażliwości jego pociąg do butelki, to własną bezradność ukrywa pod maską twardziela i zabijaki.

Najbardziej poruszającą sceną tej książki była dla mnie ta, kiedy w wieczór balu na zakończenie szkoły Henry zakrada się pod salę gimnastyczną i zagląda do środka przez okno. Widzi piękne dziewczyny w długich sukniach, widzi eleganckich chłopców w smokingach, i nie prycha na ten widok z pogardą, nie wydaje mu się to wszystko kiczowate czy żałosne, przeciwnie, jest zachwycony. Czar pryska, gdy widok przesłania mu jego własne odbicie w szybie. „Twarz cała w krostach i bliznach, obszarpana koszula. Przypominałem jakieś zwierzę, które wyszło z dżungli zwabione światłem i zagląda w okno. Po co tam przyszedłem?”, i dalej: „Gdzie oni się nauczyli rozmawiać i tańczyć? Nie umiałem ani jednego, ani drugiego. Każdy człowiek umiał coś, czego ja nie potrafiłem” (s. 217).

Jednocześnie, może za sprawą własnych cierpień, jest bardziej wyczulony na krzywdę innych istot, choćby najmniejszych (nie może na przykład znieść sadystycznej radości, z jaką jego koledzy obserwują pożerającego muchę pająka). Może dlatego przyciąga wyrzutków, odmieńców, dziwaków, „ubogich, zagubionych i idiotów”, choć sam nie jest z tego do końca zadowolony, i daje temu upust w niewybrednych słowach: „Byłem jak kawał gówna, który wabi muchy, a nie kwiat nęcący motyle i pszczoły” (s. 171). Może dlatego do niego lgnęli – bo wyczuwali w nim tego, który współczuje.

Silne wrażenie robi też dziwny, zupełnie nie w stylu Bukowskiego fragment o wyzwaniu, jakie bohater rzuca Bogu – i budzi się, widząc wlepione w siebie ciemne, puste oczy. A gdy impulsywnie sięga po pudełeczko z cytatami z Biblii podarowane mu kiedyś przez babcię, wyjmuje karteczkę z napisem „Bóg cię opuścił”. Której nigdy wcześniej tam nie było, a później też znika bez śladu.


Jak na Bukowskiego przystało, nie może być jednak przez cały czas poważnie. Humor jest niezwykle istotnym – choć, mam wrażenie, trochę przez czytelników niedocenionym – elementem tej powieści. Dzięki temu czytanie Z szynką raz! to doświadczenie wręcz schizofreniczne, istna sinusoida śmiechu i wzruszenia, gwałtowne przejścia od spontanicznego śmiechu do spontanicznych łez.

Bo weźmy na to – rodzinny dramat, ojciec przyprowadza do domu inną kobietę i oznajmia że ją kocha, matka płacze, serce się kraje, a młody Hank komentuje: „Jak możesz kochać tę kobietę? Zobacz, jaki ma nos. Jak słoniowa trąba!”. W jednej chwili z uśmiechem śledzisz dyskusje małego Henry'ego z ojcem o Chińczykach którzy są żółci, bo piją własne siki, a zaraz potem łykasz łzy, bo zezowaty Dawid dostaje za nic cięgi kolegów i od matki. Czytasz rubaszne przechwałki licealistów, którzy „pierwszy raz się pierdolili, jak mieli cztery lata”, a chwilę później ze ściśniętym gardłem przeżywasz wraz z Hankiem gehennę jego walki z chorobliwym trądzikiem. Żałujesz wygłodzonego kundla o smutnych oczach, którego Chinaski spotyka na ulicy, a zaraz potem śmiejesz się, bo pies odchodzi, nie tknąwszy ofiarowanej mu kanapki z kiełbasą (komentarz: „Nic dziwnego, że przez całe życie miałem depresję. Źle mnie odżywiano”). To wręcz niesamowite, jak czasem na płaszczyźnie kilku słów, w dosłownie kilkuwyrazowym dialogu, Bukowski potrafi zawrzeć tak uderzeniową dawkę humoru.

Źródłem komizmu jest też – przynajmniej dla mnie – typowy dla Bukowskiego naturalizm, czyli te wszystkie opowieści o kiszkach pełnych kupy. Wpisuje się to w jego niechęć do wszelkiego ściemniania i udawania – na co nam eufemizmy, skoro każdy ma odbyt i wszyscy wiedzą, jak jest? W jednej ze scen Chinaski oburza się na wychwalaną wszem i wobec „zdrową, czystą woń świeżego potu” i zastanawia się, dlaczego nikt nie wychwala „zdrowej, czystej woni świeżego gówna”. Nie oszczędza nam też drobiazgowych opisów swoich pryszczy, po czym stwierdza: „Myśl, że noszę w sobie to całe świństwo, w jakiś makabryczny sposób mnie fascynowała” (s. 139).

Oczywiście Z szynką raz! ciekawi w dużej mierze ze względu na swoją autobiograficzność. Przy zachowaniu odpowiedniego dystansu – wszak pisarz to pisarz, nigdy nie wiadomo, gdzie kończy się prawda a zaczyna zmyślenie – można ją potraktować jako obraz dzieciństwa i dorastania samego Bukowskiego. Czytelnik staje się świadkiem wielu „pierwszych razów” bohatera (choć tego najważniejszego akurat się nie doczeka – aż do ostatniej strony Chinaski pozostaje prawiczkiem). Jest pierwsze picie („Nareszcie znalazłem coś dla siebie”), pierwsza fascynacja literacka – D.H. Lawrence („Nikt nigdy mi o nim nie mówił. Czemu go przede mną ukrywano?”), pierwsze opowiadanie (o niemieckim lotniku z I wojny światowej, który „pił i latał sam jeden”).

Powieść staje się też źródłem informacji o życiu w biednej dzielnicy w czasach Wielkiego Kryzysu, a następnie – w trakcie II wojny światowej. Chinaski błaznuje i drażni innych nazistowskimi hasłami, ale w gruncie rzeczy ma w nosie wojnę, jego wypowiedzi na jej temat są praktycznie powtórzeniem krytycznych uwag Céline'a, tyle że w bardziej dosadnej formie: „tylko po to tak się ćwiczyli, żeby im ktoś później odstrzelił jaja” (s. 193). To tylko jeszcze jedna machina zniewolenia, rolę autorytarnych rodziców przejmuje państwo, czyli, mówiąc językiem Buka, „z gówna w gówno, tylko jeszcze gorsze”.

A tytuł? Ile ludzi, tyle teorii. Mówią, że to nawiązanie do Salingera, bo Buszujący w zbożu, The Catcher in the Rye. Że chodzi o standardową kanapkę wciskaną amerykańskim dzieciom. Że bohater jest tłamszony przez rodziców i społeczeństwo jak szynka między dwiema kromkami chleba. I mają też inne, bardziej wydumane wyjaśnienia. A może tytuł w ogóle nie ma znaczenia? Mnie się podoba wersja z Salingerem. Zdławiona przez prozę życia, spętana nakazami i oczekiwaniami, ponadprzeciętna wrażliwość.


***
Ch. Bukowski, Z szynką raz!, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2015.

Za tak bardzo smutną i tak bardzo zabawną historię Frankensteina z Los Angeles dziękuję pani Joannie i Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.

Inne książki Bukowskiego na Literackich skarbach:
Faktotum
Listonosz


Fotografie:
[1] Motyw z okładki pierwszego amerykańskiego wydania Z szynką raz! / benchilada / Foter.com / CC BY-NC-SA
[2] t_buchtele / Foter.com / CC BY-NC-ND
[3] Okładka pierwszego amerykańskiego wydania książki, wyd. Black Sparrow Book, 1982 / Wikimedia Commons
[4] Okładka polskiego wydania książki, wyd. Noir Sur Blanc, 2015 / wydawnictwoliterackie.pl 

wtorek, 12 stycznia 2016

Jak smakuje Polska? czyli Czesi o polskiej kuchni

Pierogi dla Jolanty nie wyszły, a te krakowskie okazały się niestrawne – w końcu ruskie, można się było spodziewać :)
Choć większość z nas jest przekonana, że nikogo nie trzeba przekonywać do takich frykasów jak pierogi czy tradycyjny polski bigos, nie do końca jest to prawdą. Oto bowiem nasi południowi sąsiedzi – o zgrozo! – od polskiej kuchni stronią. Tak tak, choć trudno w to uwierzyć, większość Czechów za nic ma pachnący wędzonką żurek i rozpływające się w ustach pierogi, a polska żywność to dla nich synonim kiepskiej żywności.

Niestety w wielu przypadkach nie lubią – bo po prostu nie znają. I poznać nie chcą. „Typowa dla Czechów wada, pewien rodzaj dalekowzroczności, która czasem pozwala dać się oczarować i zwrócić uwagę na to, co jest bardzo daleko, ale równocześnie powoduje niezdolność do zauważania tego, co powstaje w naszym najbliższym sąsiedztwie, ewentualnie skłania do przyjmowania a priori nieufnej postawy wobec tego, co mamy blisko, właśnie dlatego że jest to zbyt blisko...” – pisze o tym Petr Hruška (sam wielki entuzjasta polskich smakołyków).

Czy można temu jakoś zaradzić? Jak pisze Anna Wanik, prezeska fundacji Kukatko, najlepiej byłoby przywieźć wszystkich do Polski i porządnie nakarmić. Ale jako że rozwiązanie to jest z lekka nierealne, fundacja poprzestała na bardziej praktycznym pomyśle – zaprosić „ludzi z zewnątrz”, czeskich publicystów, pisarzy, reżyserów, by to oni od serca opowiedzieli o polskiej kuchni.

Tak powstał zbiór Jak chutná Polsko? (dosłownie: Jak smakuje Polska?). Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że Polaka – który swoją narodową kuchnię zna przecież doskonale – ta publikacja znudzi. Przeciwnie, dla nas jest równie ciekawa, a może nawet ciekawsza, bo pozwala nam przejrzeć się w czeskim zwierciadle – przekonać się, jak nas widzą i co o nas myślą autorzy zza południowej granicy. Fundacja nie poprzestała więc na czeskiej wersji i przełożyła zbiór na język polski (i opatrzyła tytułem Polska: z czym to się je?).

Jedno pytanie, wiele odpowiedzi

Nie wszystkie teksty co prawda w równym stopniu zaspokajają tę polską ciekawość. Cały zbiór jest zaskakująco różnorodny, każdy z zaproszonych gości zrozumiał bowiem swoje zadanie trochę inaczej i stworzył tekst jedyny w swoim rodzaju. Jak pisze Lucie Zakopalová w otwierającym książkę tekście Smaki Polski albo musimy zjeść tę żabę, „na tytułowe pytanie: »Polska: z czym się to je?« każdy odpowiedział na swój sposób – nostalgicznym wspomnieniem, historią kryminalną, ironiczną zabawą, wierszem lub apologetycznym wyznaniem”.

Żurek nieskończoną ilość razy przywracał do życia Petra Hruškę.
I tak – Petr Janyška, dyrektor Czeskiego Centrum w Warszawie, funduje nam płomienną pochwałę warszawskiego targu, pełnego świeżych produktów oraz barw i zapachów, jakich nie spotkamy nigdzie indziej. Jan Němec proponuje surrealistyczną, na wpół romansową, na wpół kryminalną opowiastkę o służbowej podróży do Krakowa z zatrutymi pierogami i tajemniczą staruszką w tle. Igor Malijevský, Ivan Binar, Magdalena Platzová, Karel Steigerwald, Kateřina Tučková, Jan Němec i Petr Hruška odpowiadają z kolei na tytułowe pytanie w sposób, jakiego najbardziej się spodziewałam sięgając po ten zbiór – przywołując własne (?) doświadczenia z polską kuchnią, wracając we wspomnieniach do ludzi z Polski, których było im dane poznać.

Havel gotuje bigos

Polacy pojawiający się w tych utworach do swojej narodowej kuchni podchodzą z nabożną wręcz czcią – bohater opowiadania Malijevskiego podkreśla z naciskiem, że prawdziwy żurek można zrobić tylko z bardzo starego, najlepiej kilkudziesięcioletniego, zakwasu, współwięzień Andrzej z Eseju o polskiej kiełbasie Ivana Binara nad talerzem więziennego gulaszu z rozrzewnieniem wspomina aromatyczny polski bigos, a Janek Latos z utworu Chaima Cigana stawia na stole talerz polskiej kiełbasy i butelkę wódki z namaszczeniem należnym największej narodowej dumie.

Ale czy należy im się dziwić? Również obcokrajowcy po swoich pierwszych niezapomnianych doświadczeniach tracą głowę dla polskiej kuchni. Magdalena Platzová wspomina podróż do Wrocławia ze szkocką poetką Gerdą Stevenson, która nie mogła wprost doczekać się, kiedy wreszcie dotrze na miejsce i zamówi w restauracji pierogi. W opowiadaniu Karla Steigerwalda za gotowanie bigosu zabiera się sam Václav Havel (w dodatku recytując przy tym Mickiewicza), zaś inna wielka postać czeskiej kultury, aktor i dysydent Pavel Landovský (dla przyjaciół Lanďák) jest opętany myślą o polskim barszczu.

Jaki był sekretny składnik bigosu Havla?
Narratorka opowiadania Kateřiny Tučkovej (ona sama?) opisuje swój heroiczny (i niestety bezowocny) wysiłek przygotowania pysznych pierogów na przyjazd polskiej przyjaciółki Jolanty. Wreszcie Petr Hruška, autor opowiadania Drugi dzień, stwierdza, że miarą tego, jak bardzo rozwinięty jest dany naród, jest wypracowany przez niego przepis na kaca (czyli tytułowy „drugi dzień”) – po czym wygłasza hymn pochwalny na cześć polskiego żurku, który niezliczoną ilość razy przywrócił go do życia. Dalej idą inne zupy, flaki, barszcz, nasza rzekoma obsesja na punkcie koperku, wreszcie – ogórki kiszone. „Twierdzę, że naród, który potrafi robić tak smaczne ogórki, musi być z natury kreatywny i nieustraszony” – chwali poeta. I kończy oświadczeniem, że jeśli pewnego dnia przestanie pisać wiersze, otworzy w Ostrawie polską restaurację.

Smaczna kiełbasa, smaczne anegdoty

Podobało mi się, jak motyw polskiej kuchni splata się w niektórych utworach z czesko-polskim doświadczeniem historycznym – tak jest u Chaima Cigana, opowiadającego historię czeskiego Żyda ukrywanego podczas wojny przez Polaka, tak jest u Ivana Binara, który na marginesie historii pewnego biwaku w Kanadzie z polską kiełbasą w tle przywołuje wątki swojego pobytu w areszcie śledczym w latach 70. Tak jest również u Karla Steigerwalda w tekście Siedzi nad jeziorem człowiek, chyba moim ulubionym – oprócz opowieści o polskich smakołykach autor serwuje nam również kilka równie smakowitych anegdot z życia czeskich dysydentów oraz uroczych opinii na temat polskiego narodu. „Polska to duży i odważny kraj, podobna jest też jej kuchnia (…). Wszyscy trzej podziwiamy Polaków. Nigdy się nie poddają, nigdy nie odpuszczają. My rezygnujemy, zanim wszystko się zacznie”.

W innych utworach polskie jedzenie pojawia się tylko na marginesie. Nie zmienia to jednak faktu, że są to dowcipne, ciekawe i świetnie napisane teksty. Jaroslav Rudiš serwuje opowiadanie bardzo w swoim stylu, o pewnym osobniku, którego dzień po hucznej imprezie ratuje polski bigos ugotowany przez jedną z uczestniczek zabawy (znów ten „drugi dzień”!), Martin Reiner przewrotnie proponuje nam opowiadanie o kuchni… japońskiej, a u Petra Zelenki żurek i bigos prowokują zabawne odpowiedzi escort girl wiezionej na plan dla Romana Polańskiego (żurek kojarzy jej się tylko z obciąganiem, bigos – „kiedy ktoś lubi dziewczyny i chłopaków”).

Ktoś mógłby powiedzieć: tyle zachodu o jedzenie? Zacytować za Ivanem Binarem: „Papier należy zapełniać głębokimi przemyśleniami, dawać świadectwo o stanie świata, zostawić dla przyszłych pokoleń wiadomość o tym, co zrobiliśmy źle, żeby ich przed tym uchronić. Szkoda tracić słowa na jedzenie”. Ale jako kontrę przywołam kolejne słowa Binara, o kilka linijek dalej: „Z drugiej strony jedzenie to od dawien dawna temat literacki. Jest przecież ważniejsze niż literki na papierze, ważniejsze niż wszelka ludzka mądrość wyryta w granicie. Jedzenie jest ponad prawem: człowiek pozwoli sobie na poniżenie, złodziejstwo, ba, jest nawet zdolny zabić, byle tylko nie umrzeć z głodu! Od jedzenia zaczęło się wszystko, co mamy”.

Ja lubię czytać o jedzeniu. Uwielbiam smacznie podane kulinarne opisy, uwielbiam, kiedy od samej lektury ślinka napływa mi do ust i zaczyna burczeć w brzuchu. Polecam Wam więc ten smakowity zbiorek – by poczuć dumę i głód, by utwierdzić się w przekonaniu, że nie ma nic lepszego niż ruskie pierogi... i by dowiedzieć się o sobie kilku ciekawych rzeczy. Smacznego!

Książkę Polska: z czym się to je? w tłumaczeniu na język polski możecie pobrać w formacie pdf, mobi lub epub ze strony fundacji Kukatko. Jest też dostępna bezpłatnie lub do wypożyczenia w kilkunastu miejscach w Polsce – pełna lista na stronie.

***
L. Zakopalová, I. Malijevský, P. Janyška, I. Binar, M. Platzová, K. Steigerwald, J. Rudiš, K. Tučková, Ch. Cigan, R. Denemarková, M. Reiner, J. Němec, M. Šindelka, P. Zelenka, P. Hruška, Jak chutná Polsko?, Towarzystwo Aktywnej Komunikacji – wydawnictwo Igloo, 2015.

Kompletna lista utworów zamieszczonych w publikacji:
Lucie Zakopalová, Chutě Polska aneb musíme tu žábu sníst (Smaki Polski albo musimy zjeść tę żabę, tłum. Tomasz Grabiński)
Igor Malijevský, Střepy (Odłamki, tłum. Anna Wanik)
Petr Janyška, Chvála varšavského trhu (Pochwała warszawskiego targu)
Ivan Binar, Esej o polské klobáse (Esej o polskiej kiełbasie, tłum. Karolina Błażejczak)
Magdalena Platzová, Tři zastavení s polským jídlem (Trzy przystanki z polskim jedzeniem, tłum. Anna Wanik)
Karel Steigerwald, Sedí u jezera ten muž (Siedzi nad jeziorem ten człowiek, tłum. Tomasz Grabiński)
Jaroslav Rudiš, V lese (W lesie, tłum. Katarzyna Dudzic-Grabińska)
Kateřina Tučková, Pirohy pro Jolantu (Pierogi dla Jolanty, tłum. Anna Wanik)
Chaim Cigan, To se přece neříká, tati! (Takich rzeczy się nie mówi, tato!, tłum. Katarzyna Dudzic-Grabińska)
Radka Denemarková, Kotlet schabowy (Kotlet schabowy, tłum. Anna Wanik)
Martin Reiner, Amuse bouche (Amuse bouche, tłum. Katarzyna Dudzic-Grabińska)
Jan Němec, Pierogi (Pierogi, tłum. Anna Wanik)
Marek Šindelka, Reality (Reality, tłum. Anna Wanik)
Petr Zelenka, Žurek for Roman (Żurek for Roman, tłum. Anna Wanik)
Petr Hruška, Druhý den (Drugi dzień, tłum. Franciszek Nastulczyk)

A na deser – Czesi gotujący polskie potrawy :)




Fotografie:
[1] eugene / Foter.com / CC BY-NC-SA
[2] Ian Kershaw / Foter.com / CC BY-NC-SA
[3] Mario Carvajal / Wikimedia Commons 
[4], [5] Fundacja Kukatko (http://www.kukatko.pl/) 

czwartek, 7 stycznia 2016

Rok 2015 na Literackich skarbach

Bez wstępów i przedłużania, bo i tak wyjątkowo późno w tym roku, oto krótki raport z moich dokonań czytelniczych w roku 2015.

Przeczytałam 57 książek, czyli mniej więcej tyle samo, co w roku ubiegłym. I czas pogodzić się z tym, że jest to moje naturalne tempo. I tak całkiem niezłe, jak sądzę.

Odrobina geografii

Literatura czeska – 19 pozycji
Literatura amerykańska – 14 pozycji
Literatura polska – 8 pozycji
Literatura słowacka – 8 pozycji
Literatura brytyjska – 1 pozycja
Literatura grecka – 1 pozycja
Literatura szwajcarska – 1 pozycja
Literatura białoruska – 1 pozycja
Literatura kolumbijska – 1 pozycja
Literatura rumuńska – 1 pozycja
Literatura austriacka – 1 pozycja
Literatura marokańska – 1 pozycja

Dużo czeskiej – bo wiadomo.
Dużo amerykańskiej – bo lubię.
I dużo słowackiej – bo Notatki z literatury słowackiej.

Najlepsze książki roku 2015

W zeszłym roku na pierwszy plan wysunęło się pięć książek, w tym – wyłoniła mi się bez większych wątpliwości Wielka Trójka. Są to:


Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, Swietłana Aleksijewicz
Tegoroczny Nobel, numer 1 także mojego prywatnego zestawienia. Utrzymuję, że gdyby wszyscy politycy przeczytali tę książkę – i przeczytali ze zrozumieniem – nie byłoby już więcej wojen.


Korekty, Jonathan Franzen
Za silne emocje, za otwarcie oczu, za to, że nic w tej książce nie jest oczywiste, a miażdżąca ironia sąsiaduje tu z głębokim współczuciem. Za rozmach, za powrót do tradycji XIX-wiecznych powieści, za rodzinę i jej małe dramaty. I za najbardziej przejmujący obraz starości, z jakim spotkałam się w literaturze.


Szmira, Charles Bukowski
Buk już trzeci rok z rzędu wśród Najlepszych! W tej książce oswaja się ze śmiercią, która już łypie na niego zza winkla, już się zbliża. Ubiera ją w ciało seksownej panienki i komplementuje słodko „To dopiero wyjątkowa kurwa”. A przy okazji popisowo parodiuje literackie szmiry, jakie od lat zalewają naszą piękną planetę. Pożegnanie z klasą!





Wyróżnienia

Poza tym jednak – kilka wyróżnień (i tu już robi się bardzo czesko):



A szczególne miejsce w moim sercu zajmuje Václav Hrabě, z którym zakończyłam moje studia bohemistyczne i obroniłam się na piątkę. Pracę pisałam o jego opowiadaniu Horečka, ale na Literackich skarbach znajdziecie kilka słów o jego poezji.







Rok festiwali!

Wydarzenie numer 1 to przede wszystkim piąte urodziny bloga. Dziękuję Wam raz jeszcze raz za towarzyszenie mi w tej cudownej literackiej przygodzie! A z rzeczy pozostałych:
  • W czerwcu zawitałam do Warszawy na Big Book Festival. Relacje znajdziecie tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.
  • Lipiec to we Wrocławiu Miesiąc Spotkań Autorskich. Relacja ze spotkania z Michalem Ajvazem – tutaj.
  • W sierpniu z kolei przyszedł czas na Literacki Sopot! Czeski w tym roku, więc nie mogłam odpuścić. Relację-olbrzymkę – która spodobała się samemu Mariuszowi Szczygłowi :) – znajdziecie tutaj.
  • I wreszcie październik, czyli oczywiście Festiwal Conrada! W tym roku po raz pierwszy towarzyszyła mu Strefa Blogera, w której dyżurowałam. Relacje tutaj, tutaj i tutaj.
A drugą część reportażu wrzucam nie od czapy – w 2:42 robię za obstawę Šabacha :).

Inne warte wzmianki wydarzenia, akcje i osiągnięcia to moja pomoc przy organizacji Kursu Kreatywnego Pisania Miasta Literatury UNESCO (moi drodzy podopieczni, liczę na specjalną dedykację, kiedy już będziecie sławni! :)), nawiązanie współpracy z Polską Biblioteką w Waszyngtonie (w najnowszym biuletynie Biblioteki znalazła się moja relacja z Conrada, w kolejnym ma się ukazać moja recenzja Alicyjki Liliany Hermetz) oraz gościnne występy Literackich skarbów na stronie Podgórskiej Biblioteki Publicznej w Krakowie.

Postanowienia na rok 2016

Z postanowieniami jak jest, każdy wie. Jak zrealizowałam to zeszłoroczne o czytaniu literatury francuskiej? Nie przeczytałam w ubiegłym roku ani jednej francuskiej książki. Poezji Byrona, Baudelaire'a, Rimbauda i Apollinaire'a też nie tknęłam :). Ale w tym akurat punkcie jestem niepoprawną optymistką, a więc w tym roku postanawiam sobie:

1. Czerpać większą frajdę z czytania, bo ostatnio jakoś zmalała. Z niczym się nie spieszyć, do niczego się nie zmuszać. Czytać to co naprawdę chcę, pisać tak jak chcę. Bez nerwowej szarpaniny, cztery książki w miesiącu – tylu recenzji się spodziewajcie. Jak wyjdzie więcej, będzie radość, ale bez presji i wygórowanych oczekiwań.

2. Zapisywać cytaty. Kiedyś miałam do tego specjalny zeszyt, później zeszyt się skończył a ja spisywać przestałam, bo za dużo czasu to zajmowało. Teraz jest nowy zeszyt i cytaty znów będą.


Plany na rok 2016

Mało tego, są też plany!

1. Razem z Pyzą pogadać o książkach z wykładów Nabokova (oczywiście po ich uprzednim przeczytaniu). Jest tam Austen, Dickens, Flaubert, Stevenson, Proust, Kafka i Joyce. Cztery z siedmiu już czytałam, ale chętnie sobie odświeżę. Pyza chyba trochę nie wierzy, że ta akcja dojdzie do skutku, bo przekładam ją od miesięcy, ale teraz mam twarde postanowienie i już nawet zdobyłam swój egzemplarz Samotni!

2. Z okazji Roku Sienkiewicza będę czytać Sienkiewicza (którego zresztą bardzo lubię). Ale zamiast powrotu do Trylogii, Krzyżaków czy Quo vadis wybiorę Rodzinę Połanieckich lub Bez dogmatu. I przeczytam wreszcie biografię Sienkiewicza pióra Józefa Szublewskiego, która kurzy mi się na półce od kilku lat.

3. Niech to będzie rok literatury amerykańskiej. Zarówno klasyki (Steinbeck, Hemingway, Caldwell, Faulkner, O. Henry), jak i tej całkiem nowej (Dave Eggers, Jeffrey Eugenides, David Foster Wallace, Jonathan Safran Foer, dwa tomy Najlepszych opowiadań McSweeney's – wszystko to mam w swojej biblioteczce i czeka, czeka, czeka od tak dawna). Bo choć czytam jej sporo, wciąż mi mało!

Zdjęcie główne: ginnerobot / Foter.com / CC BY-SA. 

wtorek, 5 stycznia 2016

Pijane włosy, ludożercy i duch króla– „Dawid Copperfield”, Charles Dickens

Pan Dick puszcza latawiec. Jedna z moich ulubionych postaci!

To nie jest powieść porywająca od pierwszej do ostatniej strony, ale jeśli ktokolwiek miałby jeszcze wątpliwości, po tej lekturze musiałby przyznać – Dickens jest mistrzem kreowania literackich postaci. W Dawidzie Copperfieldzie tworzy galerię nietuzinkowych bohaterów, których się kocha, za którymi się tęskni, których się wypatruje.

Przede wszystkim – ciotka Betsey Trotwood. Ulubiona. Postrach dzieci i poganiaczy osłów, przed którymi broni swego trawnika, uciekając się nawet do drastycznych rękoczynów („we własnej osobie wystąpiła do walki z rudym piętnastoletnim chłopakiem i tak długo biła jego rudą głową o furtkę, dopóki nie zrozumiał, o co chodzi”). Mówi co myśli, trzeźwo patrzy na świat, choć ma swoje słabości – żywi irracjonalny lęk przed pożarami, kieszonkowcami i miejscami, które w każdym momencie mogą wylecieć w powietrze. Pod tą szorstką, męską prawie fasadą skrywa się złote serce – jako jedyna dostrzega w panu Dicku kogoś więcej niż wariata i jak lwica broni Dawida przed panem Murdstonem i jego siostrą.
– Co skłoniło to biedne, nieszczęśliwe dziecko do tego, by powtórnie wyjść za mąż? – powiedziała ciotka, gdy skończyłem opowiadanie. – Tego nie mogę zrozumieć. 
– Być może zakochała się w swoim drugim mężu? – wtrącił pan Dick. 
– Zakochała się! – krzyknęła ciotka. – Co też panu do głowy przychodzi? Co by jej z tego przyszło? (s. 185)
Tworzy cudowny tandem ze wspomnianym panem Dickiem. Starzec-dziecko opętany przez ducha króla Karola I, zawsze z latawcem zapisanym strofami ze swoich pamiętników, za opiekę odpłaca się ciotce psim przywiązaniem. I choć wydaje się zupełnie oderwany od rzeczywistości, niekiedy potrafi zaskoczyć empatią i znajomością ludzkiej natury – to w końcu on wyjaśnia nieporozumienie między doktorem Strongiem a jego młodziutką żoną i doprowadza do ich pogodzenia.

Barwne stadło tworzy również rodzina Micawberów na czele z sympatycznym krętaczem panem Micawberem, miłośnikiem listów i kwiecistego stylu, oraz jego oddaną małżonką. W całej powieści Micawber co rusz pojawia się i znika, lawirując między głęboką rozpaczą z powodu długów i widmem nędzy a euforią spowodowaną nowymi, ekscytującymi perspektywami, bo „a nuż wszystko się jeszcze zmieni”.

Pan Micawber, pani Micawber i bliźnięta.
Jest jeszcze wierna Peggotty, poczciwa, choć ekscentryczna karlica panna Mowcher, prostoduszny Barkis, podstępny Uriasz Heep... Każdą niemal postać, jaką dorastający Dawid spotyka na swej drodze, Dickens opisuje obrazowo, z niezwykłym talentem humorystycznym i satyrycznym.
Doktor Chillip: Chodził tak cichutko, jak duch w Hamlecie, tylko nieco wolniej, przechylał głowę na ramię, po części ze skromnej pogardy dla samego siebie, po części ze skromnego posłuszeństwa wobec innych. Nie tylko nie potrafiłby krzyknąć na psa, ale nawet na wściekłego psa nie podniósłby głosu. Najwyżej mógłby łagodnie udzielić mu napomnienia (s. 14).
Panna Murdstone: Nowo przybyła panna Murdstone wyglądała ponuro. Podobna była do brata, miała jak on ciemne włosy, smagłą cerę, gęste, zrośnięte nad dużym nosem brwi, które wyglądały tak, jakby ich obfitością nagrodzić sobie chciała brak bokobrodów (s. 49).
Doktor Strong: Wydawało mi się, że jest on równie zardzewiały jak zawiasy u odwiecznej bramy i równie ciężki jak kamienne urny, wznoszące się w regularnych odstępach wzdłuż ogrodzenia (…). Ubranie miał nie oczyszczone, głowę potarganą, kamasze rozpięte, a buciki spoglądały na mnie, rozdziawiwszy paszcze jak do ziewania (s. 213).
Pan Spenlow: Sztywny był i tak wykrochmalony, że poruszał się z trudnością i jak pajac na sprężynach musiał się cały obracać, gdy miał obrócić głowę (s. 324).
Mały Dawid i Peggotty, która miała policzki czerwone i twarde jak jabłka.
Kolejna niezapomniana postać.
Nie oszczędza zresztą samego Dawida; nie ma taryfy ulgowej nawet dla własnego alter-ego. Copperfield jest kochliwy i łatwowierny, a kiedy poznaje Dorę w swoim natchnionym słodzeniu przekracza wszystkie normy dobrego smaku. Jej gwiazda świeci mu wysoko nad jego światem, wzywa noc, by ochraniała jego ukochaną przed nie wiadomo czym, natychmiast też „postanawia wziąć w rękę siekierę i przerąbać się przez las przeciwności”, tudzież, pożyczając młot od pewnego staruszka tłukącego kamienie przy drodze, wyrąbać sobie w granicie drogę ku swojemu gołąbkowi. Tym bardziej bawią prowokacje ciotki Trotwood:
– Och Trot, Trot! Zdaje ci się więc, że jesteś zakochany? Czy tak? 
– Zdaje mi się, ciotko? – krzyknąłem, czerwony jak burak. – Uwielbiam ją z całego serca! 
– A więc Dora! – odparła ciotka. – I uważasz, że ta mała jest ogromnie czarująca, zdaje się? 
– Droga ciotko – odrzekłem – nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, jaka ona jest! 
– Ach! I nie jest głupia? – spytała ciotka. 
– Głupia, ciotko? 
Przyznaję, że nigdy przedtem nie zastanawiałem się nad tym, czy Dora jest mądra, czy nie. Oczywiście, odrzuciłem teraz z oburzeniem to przypuszczenie, ale pomimo to uderzyło mnie ono, jak coś nowego (s. 59).
Ludożercy i biedacy

Ze szczególną zaciekłością biczykiem ironii smaga Dickens tzw. „dobre towarzystwo”, stawiając je w opozycji do prostych, biednych, a przy tym zdolnych do współczucia i poświęceń ludzi jak rodzina Peggoty. Najśmielej poczyna sobie w opisie obiadu u pani Waterbrook, gdzie nadęte i śmieszne kreatury rozprawiają bezustannie o dobrej i złej krwi. „Tyle mówiliśmy o dobrej i czystej krwi, i wciąż tylko o krwi, że łatwo można by nas wziąć za stowarzyszenie ludożerców” – komentuje Copperfield. Jeden z gości, „chudy głuptasek z krzywymi nogami” mówi:
Ja sam, jak mnie tu państwo widzą, wolałbym być strącony w przepaść ręką człowieka dobrze urodzonego, niż podniesiony dłonią człowieka niskiego urodzenia. Niech mnie diabli porwą, jeśli mówię nieprawdę (s. 346).
Uosobienie obłudy i zła – podstępny Uriasz Heep.

Należąca do wyższych sfer pani Steerforth jest okrutna i nieskora do wybaczania, łotrem okazuje się również jej syn, z którym w czasach szkolnych łączyły Copperfielda serdeczne więzi. Z kolei pochodząca również z dobrego domu Dora jest po prostu rozpieszczoną idiotką. Trzeba jednak zaznaczyć, że świat Dickensa nie jest całkowicie czarno-biały. W końcówce powieści pani Steerforth zostaje sportretowana jako łagodna, obłąkana staruszka, szalejąca z rozpaczy po stracie syna, Dora z czasem okazuje większą dojrzałość i żałuje swoje dziecinnego zachowania, a z kolei Uriasz Heep, mimo że wychowany w przytułku, w skrajnej biedzie, jest przecież przykładem niezwykłego fałszu i niegodziwości, ukształtowanych właśnie przez takie a nie inne warunki życia.


Czasem śmiech, czasem groza

W Dawidzie jednak bawią nie tylko postaci, jest też sporo humoru sytuacyjnego. Prawdziwe mistrzostwo to rozdział poświęcony pierwszej hulance Dawida, określony przez Radhikę Jones na łamach magazynu „Time” jako najlepszy opis stanu upojenia alkoholowego, jaki kiedykolwiek powstał w literaturze. Niestety fragment o pijanych włosach (który w oryginale znajdziecie w cytowanym artykule) nieco stracił w przekładzie Karoliny Beylin, który czytałam, ale za to ten o upadku ze schodów już nie:
Po ciemku drzwi niełatwo dały się znaleźć. Uchylałem ciągle firanki u okna, aż wreszcie Steerforth ze śmiechem ujął mnie pod ramię i wyprowadził. Schodziliśmy tak ze schodów jeden za drugim. Na dole już prawie, ktoś się potknął i stoczył. Ktoś inny zaznaczył, że to pewno Copperfield. Rozgniewałem się za oszczerstwo, lecz czując, że leżę na ziemi, zacząłem przypuszczać, że jest w tym może nieco prawdy (s. 334).
Wuj Dan, brat Peggotty, wędrujący po świecie w poszukiwaniu Emilki.
Kiedy jednak już przyzwyczajamy się do myślenia o Dickensie jak o humoryście, ten funduje nam prawdziwy popis nastrojowości i grozy – rozdział Burza. Zimny dreszcz biegnie po plecach, niemal słyszy się huk fal na wybrzeżu, czuje się lodowaty wiatr, dzieli się niepokój dręczonego przez koszmarne sny Dawida. I nie dziwi już wcale, czemu Brytyjczycy tak namiętnie i z takim zachwytem czytywali Dickensa i traktowali go niemal jak boga.

Ojciec jak pan Micawber – autobiografizm w Dawidzie Copperfieldzie

Dostarczyłam już chyba wystarczająco dużo argumentów, by sięgnąć po tę niezwykłą powieść, ale podam jeszcze jeden – jej lektura to również sposób, by dowiedzieć się czegoś więcej o samym Charlesie Dickensie. Jest to bowiem najbardziej autobiograficzny z jego utworów – nie bez powodu pisarz po raz pierwszy wypowiada się w pierwszej osobie – pisany, jak twierdzą literaturoznawcy, by ulżyć sercu i rozliczyć się z pretensji wobec rodziców.

Dickens co prawda nie został jako dziecko osierocony i nie trafił pod skrzydła okrutnego ojczyma, ale już jako dwunastolatek został przez rodziców wysłany do pracy w fabryce czernidła. Los ten podzielił stworzony przez niego bohater, ale dla większego efektu dramatycznego musi pracować już w wieku lat ośmiu. Gorzko narzeka na swoją sytuację, uważa za niedopuszczalne, aby skazać dziecko na tak ciężki los, i są to żale samego Dickensa.

Pisarz nie wspominał również dobrze nauki w szkole Wellington House Academy, gdzie panował sadystyczny dyrektor, pan Jones, i odmalował ten epizod swojego życia umieszczając małego Dawida w Salem House pod rządami okrutnego pana Creakle'a. Opisując z nieskrywaną goryczą te przeżycia z dzieciństwa Dickens krytykuje również zwyczaje społeczne panujące w owym czasie w Wielkiej Brytanii – nierówności klasowe, zmuszanie dzieci do pracy, nieskuteczne i okrutne metody dydaktyczne.

Dawid poznaje Dorę Spenlow.
Skazanie autora na taki los nie było złą wolą ze strony jego rodziców. Było raczej koniecznością – jego ojciec, John Dickens, niepoprawny lekkoduch, bujający w obłokach optymista, stale popadał w długi i nie był w stanie zapewnić rodzinie godziwego bytu. Przypomina więc bardzo powieściowego pana Micawbera, a jego oderwanie od rzeczywistości, pogoda ducha i poczciwość łączą go z kolei z powołanym do życia na kartach Dawida Copperfielda panem Dickiem.

Również wątek miłości do Dory ma swoje odzwierciedlenie w życiorysie autora – to historia zainspirowana jego relacją z Marią Beadnell. Osiemnastoletni wówczas pisarz zakochał się na zabój w pięknej dziewczynie, ona jednak nie potraktowała go poważnie, podobnie zresztą jak jej rodzice. Po latach spotkał się z nią ponownie, gdy obydwoje byli już poślubieni komu innemu. Spotkanie to otrzeźwiło go i ostatecznie przekreślił Marię w swoim sercu – uznał, że uczucie do niej było młodzieńczą pomyłką. Prawdopodobnie dlatego też kpi z szalejącego z miłości, niedoświadczonego Dawida; to wyraz samokrytyki, spojrzenie z dystansem na swoje młodzieńcze, niepoważne uczucie.

Przeczytać czy nie? I dlaczego tak?

Wracając do stwierdzenia z początku mojego tekstu – Dawid Copperfield nie porywa od pierwszej do ostatniej strony. Były momenty mniej pasjonujące, były takie, które zwyczajnie nudziły. Ale nie było ich wiele. A te rarytne, te najbardziej smakowite, te rozkosznie ironiczne, ci cudowni bohaterowie, arcyzabawne sytuacje i trzymające w napięciu intrygi – wynagradzają wszystko z nawiązką.

***
Ch. Dickens, Dawid Copperfield, tłum. Karolina Beylin, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1989.

***
Książkę przeczytałam w ramach akcji Olgi z Wielkiego Buka „Czytam Charlesa Dickensa na Święta”. Z akcji świątecznej zrobiła się noworoczna, ale to nic – zawsze miło wejść w nowy rok z klasykiem :).

***
Spragnionym informacji o Dickensie i jego twórczości polecam dwie strony: Charles Dickens Info oraz Dickensblog. Z tej drugiej dowiedziałam się na przykład, że w lutym ma się ukazać nowy audiobook Davida Copperfielda czytać będzie Richard Armitage, czyli twarz pana Thorntona z ekranizacji Północy i Południa Elizabeth Gaskell. I piękny głos!

Bibliografia:
Hobsbaum Ph., A Reader's Guide to Charles Dickens, Syracuse, N.Y. 1998.
Sehrwat A., Autobiographical Elements in Charles Dickens' David Copperfield, „The Criterion”, Vol. 4 Issue V, 2013 [http://www.the-criterion.com/V4/n5/Anil.pdf].
Charles Dickens Info [http://www.charlesdickensinfo.com/novels/david-copperfield/].
Radhika Jones, Counting Down Dickens' Greatest Novels. Number 4: David Copperfield, „Time” [http://entertainment.time.com/2012/02/02/counting-down-dickens-greatest-novels-number-4-david-copperfield/].

Ilustracje:
[1], [3], [4], [5] Frank Reynolds, 1910 / Wikimedia Commons
[2] Fred Barnard, ok. 1870 / Wikimedia Commons
[6] Hablot Knight Browne (Phiz) / wyd. Penguin Classics, 1985 / Wikimedia Commons
[7] wielkibuk.com