piątek, 23 listopada 2012

Czeskie kwiatki na szarych murach codzienności – „Opowiadacze. Nie tylko Hrabal. Autorzy najlepszej prozy czeskiej”

Ivan Klíma w jednym z opowiadań zamieszczonych w tym tomie zastanawia się, czy w dzisiejszych czasach zostało jeszcze cokolwiek do opisania, czy setki minionych lat nie wyczerpały wszystkich wątków, jakie mieli do dyspozycji pisarze. Patrząc na ten zbiorek, odpowiadam mu – ależ tak, zostało jeszcze wiele pereł do odkrycia! Kryją się w zakamarkach szarej codzienności, nie są jednak w stanie umknąć czujnemu spojrzeniu rodaków pana Klímy, którzy w uroczy sposób wygrzebują je ze śmietników zwyczajności i przekuwają w skrzące się humorem i absurdem obrazki.

Wiele osób zwraca uwagę na okładkę tej książki, podkreślając jej związki z samą zawartością tomu. I jest w tym dużo racji, rzeczywiście malownicza fotografia Jana Saudka koresponduje z klimatem samych opowiadań. Magiczne, barwne elementy pojawiają się jak kwiaty na chylących się ku ziemi, szarych murach i jak piękna naga pani ciągnąca za sobą kolorową szatę na tle trochę wyblakłego praskiego pejzażu.

W pierwszym opowiadaniu Josef Škvorecký rozprawia o potędze muzyki. Galeria karłowatych, ułomnych na różne sposoby jednostek biorąc do rąk instrumenty zyskuje władzę nad niemiecką publicznością. Każdy z komicznych muzykantów jest tego doskonale świadom i większość chciałaby to wykorzystać, by łagodzić obyczaje i uspokajać, przeszkadza im w tym jednak dominujący i pobudzający do walki saksofonista basowy, który mimo mającego go odsunąć od gry podstępu w końcu zajmuje swe miejsce i w jednej chwili zmienia Niemców w żądne zwycięstwa i krwi bestie. 
[Twarz] wcześniej rozanielona, teraz gwałtownie nabrała wyrazu twardości, bawarski sen ulotnił się jak eter i miękkie rysy prędko i zauważalnie zaczęły się układać w pociągłą maskę rzymskiego konkwistadora.
Piękna była ta muzyczna opowieść i mocno przypominała mi hrabalowski Rozwalony bęben czy występ skrzypka Wacka Przygody w domu starców w Skarbach świata całego (na pewno pokuszę się o porównanie fragmentów, kiedy tylko sobie Skarby odświeżę, a jestem w trakcie odświeżania).

Josef Škvorecký [1]

Z kolei zamyka cały tom i spaja go niewidzialną fabularną klamrą inna bogata historia, spisane przez Pavla Brycza wspomnienie miasta lat dziecinnych. Tak jak skrzywdzeni muzykanci Škvoreckiego wędrują po świecie ze swym zespołem, w muzyce przechowując odebraną im ojczyznę, ziemię bujną, piękną i spokojną, tak główny bohater Brycza zmaga się z dotkliwą stratą – choć z rodzinnych stron nie zostaje fizycznie wypędzony, przez wiele lat obserwuje nieodwracalne zmiany, jakim podlega jego miasto, widzi, jak walą się budynki, jak upadają wszelkie świętości, jak opuszczony kościół zapełnia się pustymi butelkami i zużytymi prezerwatywami. Co jednak znaczą te zmiany wobec pamięci? „Osadzonych mocno w głowie wspomnień nie zrówna z ziemią żaden ciężki buldożer” – mówi bohater i mimo wszystko wciąż wraca, chowa się w rodzinnym mieście, a właściwie w pieczołowicie zakonserwowanych wspomnieniach tego miasta, przed niezrozumieniem wielkiego świata, który tak mocno go rozczarował.

Są tu i opowiadania, których, przyznaję, zupełnie nie zrozumiałam. Orchidee, karabiny i szable czy Paltot stryja Antona wydają mi się wyrwanymi z kontekstu obrazkami, jakąś migawką świadomości, w której może niepotrzebnie szukam ukrytego sensu i logicznych wniosków. Bo czy można się tu, w tym czeskim świecie, opierać na logice? Granica między wyobrażeniami a rzeczywistością zaciera się, dzieci swobodnie wędrują w czasie i przestrzeni, oglądając przez lustro siebie samych, starszych o kilkadziesiąt lat, postaci z przeszłości pojawiają się i znikają, a na drzwi napiera rozbudzony seksualnie terrier zboczony na punkcie kobiet.

Mocno za to tym razem trzyma się ziemi Hrabal, dokumentując jeden nerwowy dzień z czasów, gdy poczucie zagrożenia było dla wszystkich, a dla pisarzy szczególnie, chlebem powszednim. Jest jednak w tej opowieści rozbrajająco szczery i bliski czytelnikowi, wyjątkowo wychodzi zza kolorowej zasłony zmyśleń i odmalowuje siebie takiego jakim jest, z własnym strachem i niezdecydowaniem.

Ivan Klíma [2]
W opary fantazji nie ucieka też wspomniany przeze mnie na początku Ivan Klíma, z tym że jego opowiadanie to właściwie esej, wyrażający obawę przed wielkim szarym morzem przeciętności, które zalewa nas ze wszystkich stron. W sztuce dominują coraz bardziej krzykliwe, nieznośnie sztuczne barwy, wszystko jest już tylko na pokaz, wątki się wyczerpały, a desperacko szukając nowych przestrzeni dla wyobraźni, artyści sięgają po coraz bardziej szokujące środki:
Trafiają się dziś autorzy, którzy z rozpaczy lub z wyrachowania opisują, jak bohater osiągnął orgazm, kiedy rzucił się na sześćdziesięcioletnią nieruchawą staruszkę, żyjącą tylko dzięki temu, że jest podłączona do iluś tam aparatów, bądź też ekscytuje ich facet, którego błyskawica pozbawia męskości. Tacy mniemają, że udało im się znaleźć nowy wątek albo chociaż nowy wymiar zgrozy i brzydoty, lecz mniemają tak wyłącznie dlatego, iż zapomnieli o micie Edypa lub Tantala oraz że nie przeżyli choćby ułamka tego, co przeżył, powiedzmy, Dostojewski.
Tekst ten powstał trzydzieści lat temu, jednak patrząc na wyczyny niektórych współczesnych pisarzy muszę stwierdzić, że stał się przez ten czas jeszcze bardziej aktualny.

Nie tracę jednak nadziei, biorąc do rąk takie książki jak ta. Dla mnie te wygrzebane wśród śmieci błyskotki nigdy nie stracą swojej świeżości i będą radośnie przeczyć niepokojącym stwierdzeniom pana Klímy.

***
J. Škvorecký, E. Kriseová, I. Klíma, J. Gruša, B. Hrabal, J. Beneš, K. Sidon, M. Fahrner, P. Brycz, Opowiadacze. Nie tylko Hrabal. Autorzy najlepszej prozy czeskiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

***
Źródła fotografii:
[1] http://www.kafe.cz
[2] http://www.knihovna.policka.org

czwartek, 15 listopada 2012

Love story z rozmachem – „Północ i Południe”, Elizabeth Gaskell

Historia moja i tej książki jest trochę jak losy głównych jej bohaterów – Margaret Hale i Johna Thorntona. Czy też (bo w końcu wątek ten chwilami do złudzenia przypomina to inne wiktoriańskie love story) Elizabeth Bennet i pana Darcy'ego. Podeszłam do niej niechętnie, obwąchiwałam najpierw ze wszystkich stron, kręciłam nosem, z pierwszymi kilkudziesięcioma stronami męczyłam się niemiłosiernie, aż nagle coś się we mnie złamało i pogrążyłam się w lekturze z lubością, z jaką dumne bohaterki wpadały w końcu po tylu perypetiach i niedomówieniach w rozkochane ramiona od początku im przeznaczone.

Skąd ta niechęć? Przede wszystkim ten wiktoriański paradoks, który drażnił mnie już u Jane Austen – egzaltacja bohaterek połączona z powściągliwością stylu. Starałam się zrozumieć, że z perspektywy panny Hale odejście jej ojca-pastora od uświęconego Kościoła musiało być prawdziwą tragedią, ale długie opisy jej rozpaczy doprowadzały mnie do szaleństwa. A wszystko obleczone w nienaganną i obyczajną, sztywną od krochmalu i nieskazitelnie białą poszewkę słów. Przywodziło mi to na myśl wszystko to, czego u panny Austen i jej bohaterek nie lubiłam – tę prawość i niewinność, przez którą aż się chciało chlapnąć błotem na ich jasne sukienki, opowiedzieć sprośny dowcip i patrzeć z satysfakcją jak płoną rumieńcem. Nawet ten symbol spontaniczności i młodzieńczego entuzjazmu, Lizzy Bennet, nie wydała mi się pełnokrwista. 

Prócz tego z początku akcja rozwijała się bardzo powoli. Smęt za smętem i smętem pogania, Margaret płacze, Margaret żegna się z domem, Margaret rozmyśla co teraz będzie, Margaret przywołuje się do porządku. Nie lepiej było w pierwszych tygodniach rodziny Hale'ów w Milton. Mniej więcej w 1/3 książki jednak historia nabiera tempa i wkrótce galopuje już tak, że wydało mi się to wręcz przesadzone – jednego dnia ktoś umiera, drugiego ktoś podejmuje ważną decyzję, trzeciego znów czyjaś śmierć, czwartego strajk, piątego czyjś przyjazd, szóstego bójka, bez chwili wytchnienia. Zabieg ten jednak sprawdził się doskonale – ostatnie dwieście stron połknęłam w ciągu kilku godzin. Nie sposób inaczej, czekając na rozwiązanie dojrzewającego wątku miłosnego, który jednak im bliżej końca, tym skąpiej dawkowany jest przez autorkę. Napięcie, to trzeba jej przyznać, umie budować doskonale.

Siłą rzeczy skupiam się tu na zawikłanej historii tej dumnej i upartej pary, grzechem jednak byłoby nie wspomnieć o całym stojącym za nimi tłem społeczno-gospodarczym. W gruncie rzeczy te z pozoru tak rozbieżne wątki są mocno ze sobą splecione – Margaret, związana emocjonalnie z sielską wiejską plebanią, jej domem rodzinnym, jest uprzedzoną do handlowców przedstawicielką rolniczego Południa, pan Thornton zaś, którego naturalnym środowiskiem jest szare i zadymione Milton, to dynamiczny i pracowity człowiek Północy. Ich wzajemne poznawanie się i coraz lepsze rozumienie swoich odmiennych perspektyw (mimo początkowej rezerwy) ma bardzo pozytywny wydźwięk, symbolizuje bowiem pojednanie dwóch niechętnych sobie, ale ściśle od siebie zależnych części Anglii. Historię tę więc cechuje dużo większy rozmach niż w przypadku mikroopowieści Jane Austen i sióstr Brontë. Obejmuje już bowiem nie tylko dwójkę ludzi gdzieś pośrodku kraju, ale cały kraj razem z jego tradycjami, aspiracjami i uprzedzeniami.

***
Nie mniej urokliwy jest serial BBC na podstawie tej powieści. Chociaż odrzucił mnie sposób, w jaki zaprezentowano na wstępie pana Thorntona – w pierwszej scenie, w której się pojawia, na oczach Margaret dotkliwie bije jednego ze swych pracowników, którego to epizodu na próżno szukać w książkowym pierwowzorze – całość prezentuje się pięknie, a doborowi aktorów również nic nie można zarzucić. Absolutnie wspaniałe było natomiast zakończenie, nieco zmodyfikowane w stosunku do powieści, jednak tym razem była to zmiana bardzo na plus. Obudziło we mnie instynkty rozgorączkowanej nastolatki, które, jak sądziłam, już dawno zostały we mnie uśpione, i odkręciło uruchamiany na co dzień tylko z okazji burz hormonalnych kurek ze łzami. Porywająca historia.

Daniela Denby-Ashe jako Margaret – człowiek Południa
Richard Armitage jako Thornton – człowiek Północy
***

A za użyczenie książki dziękuję mojej utalentowanej i sławnej już na całą Polskę dzięki wygranej w konkursie na Dziewczynę Przyszłości przyjaciółce Łucji!

***
E. Gaskell, Północ i Południe, wyd. Świat Książki, Warszawa 2011.

wtorek, 13 listopada 2012

Piwne uniesienie spod znaku Hrabala

Mówi się czasem, że kobiety nie lubią piwa. Stwierdzenie to, na podstawie moich prywatnych obserwacji, uznaję za wierutną bzdurę (no, dziewczyny, która nie pogardzi kufelkiem zimnego piwka w upalny letni dzień ręka do góry!) i w ramach potwierdzenia tego opowiedzieć zamierzam o mojej własnej fascynacji tym szlachetnym rodzajem napitku. Ale najpierw – cytat.
Pan piwowar podał mi garniec pomarańczowego piwa, garniec cały w kroplach osiadłej pary. A ja wiedziałam, że pan piwowar mnie nie lubi i że dałby mi nie jeden, ale pięć garnców piwa, a nawet więcej, bylebym tylko piła je i wypiła i żeby robotnicy zobaczyli, jaką to skłonną do pijaństwa żonę ma pan kierownik, ale ja byłam młoda i młoda byłam przede wszystkim, bez względu na to, co robiłam, zawsze pytałam tylko samą siebie i zawsze przytakiwałam sobie (...), i moja ręka wyciągnęła się i piłam z ochotą, z taką ochotą, że furmani przestali układać beczki jedne na drugich i patrzyli na mnie. Stałam obok rampy, z dala od koni, Ede i Kare jakby porozumiewały się ze mną, ich grzywy i potężne ogony miały również kolor złotego piwa.
B. Hrabal, Postrzyżyny, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2001.

Tak pięknie Hrabal pisał o swej łasej na dobre piwo mamie, która będąc żoną zarządcy browaru rarytasu tego miała pod dostatkiem. Zazdroszczę! Ja co prawda gustuję osobiście w tych ciemnych, intensywnych, które raz smakują wiśniami, raz czekoladą, raz karmelem, i które pachną dymem z jesiennego ogniska. Dobry porter – to jest to.

I jasnymi jednak nie pogardzę, a takie jest właśnie to, które ma zostać bohaterem tego posta (i tu wreszcie dochodzę do sedna – okazuje się, że piwo wcale nie musi być tematem od literatury odległym i zupełnie nie na miejscu na blogu, jaki mam ambicję tworzyć). Trafiłam na nie podczas Festiwalu Szwejka w Krakowie, i omal nie zemdlałam na miejscu z radości – dopiero później dowiedziałam się, że po to legendarne cudo, które jawiło mi się jako zupełnie nieosiągalne, wcale nie muszę jechać do samego Nymburka, ale mogę je bez problemu zdobyć w naszej nadwiślańskiej krainie, a w sklepie na Krowoderskiej jest go nawet spory zapas. Warzone w nymburskim browarze piwo nazywa się Postřižinské (a w wersji, którą ja akurat miałam okazję pić – Pepinova desítka), co jest oczywiście nawiązaniem do tytułu cytowanego wyżej utworku otwierającego trylogię nymburską, zaś na jego etykiecie widnieje nie kto inny jak uśmiechnięty pan spisovatel Hrabal. Prezentuje się to tak oto:


Jak smakuje? Głębi portera rzecz jasna na próżno w nim szukać, ale za to na długie knajpiane posiedzenia jest to wybór wręcz doskonały! Delikatne i orzeźwiające, pije się je w zapomnieniu, błyskawicznie – nawet się nie zorientowałam, kiedy kufelek był już zupełnie pusty. Jedno, drugie, trzecie, czwarte... wlewane w siebie podczas wieczorów w gospodzie musiało być doskonałym motorem dyskusji, narzędziem oczyszczenia, istnym nektarem bogów umilającym śmiertelnikom ich szare życie.
Każdy porządny facet z Kerska i okolicy od szóstej wieczorem nie myśli o niczym innym jak o pięknej drodze do gospody i o piwie, o tych cudnych pogwarkach, rozmowach i kłótniach o byle głupstwo, dzięki którym zapominamy o codziennych troskach i uspokajamy się, a wracając do domów nocą na rowerach, jesteśmy jak nowo narodzone dzieci.
B. Hrabal, Koty i ludzie [w:] Życie bez smokingu, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011.

Smacznego!

czwartek, 1 listopada 2012

Fast reading, Czesi, festiwale i brzydkie książki w ładnych okładkach

W broszurze wydanej z okazji Festiwalu Conrada pan profesor Michał Markowski, Dyrektor Artystyczny festiwalu, pisze:
Tak jak fast food niszczy doszczętnie poczucie smaku jako władzy różnicowania, fast reading niszczy doszczętnie literaturę pod pozorem jej zbawienia. Kto pożera książkę za książką, nie różni się niczym od pożeracza hamburgerów w taniej jadłodajni (...). Wszyscy czytają dziś na wyścigi, albowiem wszyscy na wyścigi piszą i publikują. Wszyscy jedzą na wyścigi, byle co i byle jak, byleby tylko zaspokoić głód.
Bardzo mądre słowa, a pasują mi tym bardziej, że mogę się nimi bezczelnie zasłonić tłumacząc tragiczną liczbę przeczytanych przeze mnie w tym roku książek. Prawda jest oczywiście taka, że brakuje mi czasu. Skoro jednak tracę go na rzecz nauki języka Hrabala, nie zamierzam się skarżyć.

Dla przyjemności czytam więc mało, ale przebudziłam się trochę jeśli chodzi o wydarzenia kulturalne. Na krakowskie Targi Książki co prawda tradycyjnie nie dotarłam – na książkowe zakupy mnie nie stać, z polską literaturą współczesną jestem na bakier więc rozdający tam uśmiechy i autografy pisarze niespecjalnie mnie interesują, a do tego ponoć tłok, duszno i hałas, co mnie zawsze wpędza w głębokie przygnębienie. Skorzystałam za to z bogatej tegorocznej oferty Festiwalu.

Wernisaż o kobietach Schulza co prawda nie podobał mi się. Kilka grafik na krzyż, mało miejsca i jedna wielka księga z mnóstwem wspomnieniowych tekstów, na oko jakieś bite trzy godziny czytania, a jak to zrobić, jeśli co rusz ktoś ciekawski zaglądał przez ramię? Za to piątkowym spotkaniem z Michalem Vieweghiem i Jaroslavem Rudišem w Czułym Barbarzyńcy byłam zachwycona! (Podobnie zresztą jak samym lokalem, w którym byłam po raz pierwszy, na pewno jednak wpadnę tam jeszcze kiedyś na kawę). Swobodna atmosfera, dowcipna rozmowa i możliwość zdobycia autografu, z której skwapliwie skorzystałam. I oczywiście ponadprogramowa, darmowa lekcja czeskiego :)

Poniżej – autograf od pana Viewegha (tylko od niego, pana Rudiša bowiem jeszcze nie czytałam i żadnej książki nie posiadam, co jednak mam nadzieję szybko się zmieni; coś czuję, że będę wkrótce tej straconej okazji żałować). Na Zapisywaczach ojcowskiej miłości, jedynej spośród trzech znanych mi jego książek, która zdecydowanie mnie zachwyciła, a nawet wzruszyła. A do tego ma piękną okładkę, więc prezentuję i z zewnątrz.


Za to Powieść dla kobiet też wygląda wspaniale, ale zawartość robaczywa, więc dla przestrogi również zamieszczam. I kończę zapowiedzią, że w kolejnym poście będzie czeskich klimatów ciąg dalszy. Tym razem coś pysznego i wyskokowego z Hrabalem w tle. A póki co – zatím!







Źródło ilustracji: Oliver Jeffers, The Incredible Book Eating Boy (http://www.booklounge.co.za/wp-content/uploads/2010/10/Book-Eating-Boy-276x300.jpg)