środa, 27 sierpnia 2014

Słoneczna bajka bez happy endu
– „Jestem tu od wieków”, Mariolina Venezia

Raj utracony?

Stryszki pełne na pozór bezwartościowych rupieci i stare biurka, w których zalegają listy i fotografie mają swój urok. Kto z nas nie zna tego dreszczyku emocji po dorwaniu się do zapomnianych przez wszystkich skarbów? Kto z nas nie wygrzebywał triumfalnie spośród starych książek pocztówek lub zdjęć z osobistą adnotacją, kto nie szperał namiętnie w pudełkach z zaśniedziałą biżuterią, kto nie przeglądał z fascynacją zakurzonych albumów fotograficznych? A później rekonstruował i fantazjował, co mógł znaczyć ten tajemniczy wyraz twarzy babci przed laty, kim była ta piękna dziewczyna tuląca się do dziadka, o czym myślała mama, gdy tak siedząc przy stole w sukni panny młodej na jednym ze zdjęć dziwnie posmutniała...

Jestem tu od wieków to taka zabawa w rekonstruowanie, w uzupełnianie śladów zostawionych przez przodków. A bawi się Gioia – najmłodsza z rodu, żyjąca współcześnie, wędrując w przeszłość ponad sto lat wstecz, do czasów swoich prapradziadków – bogatego posiadacza ziemskiego don Francesca oraz jego byłej służącej i niedoszłej żony Concetty. Po drodze poznajemy historie ich ośmiorga dzieci, wnuczki Candidy, prawnuczki Alby i wreszcie samej Gioi. To historia kobiet rozpisana na wiele głosów, w której obok miłości i szacunku nie brak również siostrzanej zawiści, wrogości, wypowiedzianych lub niewypowiedzianych urazów.

Mariolina Venezia tka tę opowieść delikatnymi nićmi, kreśli miękkimi, pastelowymi liniami, trochę miejscami naiwnie, jak dziecko, wiążąc bohaterów miłością od pierwszego wejrzenia, miłością nierealną, lub kształtując ich wizerunki w sposób przejaskrawiony i nieprawdopodobny. To historia, jaka nie mogłaby się zdarzyć, i ten sposób prezentowania literackiej rzeczywistości, z elementami realizmu magicznego, przypomina mi niedawno czytaną Ewę Lunę. Z powieścią Allende łączy Jestem tu od wieków również kobiecy punkt widzenia i niektóre postaci – na przykład wieczna marzycielka babcia Concetta obwieszona cudownie odnalezioną biżuterią, podobna do zamkniętej we własnym świecie żony Turka. Również piękny kuzyn Turka uwiedziony przez tę starszą, nieszczęśliwą kobietę przypominał mi urodziwego młodziutkiego Colina, który jednak doczekał się zdecydowanie szczęśliwszego zakończenia.

Ten miękki, marzycielski ton ma swój czar. Po kilkudziesięciu stronach nie sposób już nie wspominać z nostalgią burzliwego don Francesca i pokornej babci Concetty, w których losy tak brutalnie wkroczyła historia. I nie sposób nie przywiązać się do leniwego, spalonego słońcem krajobrazu włoskiego Grottole, nie spoglądać na niego jak na własną utraconą ojczyznę, z jej tradycjami, przesądami, surową prostotą życia.

Opowieść zmienia się w miarę jak zbliżamy się do czasów nam współczesnych. Z jednej strony – rwie się i komplikuje, sen miesza się z jawą, dwie alternatywne historie Gioi płyną obok siebie i nie wiadomo już, co jest prawdziwe. Z drugiej – ludzie i historie stają się bardziej rzeczywiste, już nie przypominają duchów nakreślonych miękkimi pastelami, jakichś istot nie z tego świata, połączonych sekretnymi więzami przeznaczenia. Są podobni do nas. Zamiast miłości od pierwszego wejrzenia i harmonijnego, radosnego, angażującego na równi duszę i ciało związku są powierzchowne przygody erotyczne, samotność, chłód wielkiego miasta. Gioia poprzysięgła sobie, że nigdy nie wyjdzie za mąż, i wygląda na to, że obietnicy dotrzyma. Czy wie w ogóle, czym jest miłość? Czy nie jest jej żal, gdy słucha o pełnych pasji uczuciach swoich babć i prababć? 

Przy całej tej dawce melancholii nie brak jednak w tej książce i elementów humorystycznych. To pierwsze, co wyprowadza nas z sennego transu, drugie – to historia, burzliwa włoska historia, która co rusz gwałtownie wkracza w życie bohaterów, krzyżuje ich plany, niszczy ustalony porządek. Ulegają oni fascynacji ideologiami, biorą udział w obywatelskich inicjatywach, nieraz słono płacą za swoje działania (jak biedny don Francesco, który przecież nie interesował się polityką i w gruncie rzeczy chciał tylko w spokoju cieszyć się słodkimi godzinami w ramionach żony).

Jestem tu od wieków to bajka o świecie, do którego zgubiono klucz. O świecie, który zaginął jak wypełnione kosztownościami beczki don Francesca, w przeciwieństwie do nich nie może się jednak cudownie odnaleźć. Bajka słoneczna, kojąca, senna. I tylko pod koniec głos się załamuje – bo nie ma szczęśliwego zakończenia.

***
Venezia M., Jestem tu od wieków, wyd. W.A.B., Warszawa 2009.

Fotografia: Krappweis / freeimages.com

niedziela, 24 sierpnia 2014

Pod skrzydłami umierającego Boga – „Droga”, Cormac McCarthy

To było kilka lat temu. Stałam wieczorem w oknie swojego pokoju w akademiku i patrzyłam na tętniące życiem o tej porze miasteczko studenckie. Tysiące rozświetlonych okien, tysiące cieni za tymi oknami, głosy, śmiechy, krzyki, muzyka. I przyszło mi do głowy, co by było, gdyby kiedyś, może za kilkadziesiąt lat, może za kilkaset, a może za kilka, to życie stamtąd uszło. Co musiałoby się stać, żeby wszystkie światła zgasły, żeby gwarne pokoje nagle opustoszały, żeby korytarze zaczęły pokrywać się kurzem, żeby długo nie używane krany zardzewiały, ściany pokruszyły się, drzwi zbutwiały? Tysiące ciemnych okien jak puste oczodoły, cisza.

Nie tylko ja miałam taką wizję. Cormaca McCarthy'ego nawiedziła, kiedy spędzał pewną noc w hotelu w El Paso wraz ze swoim synem. Patrzył na uśpione miasto za oknem i zastanawiał się, co by było gdyby...
.
Drogę zabrałam w drogę. I to w dodatku w drogę nietypową, bo z elementami biwaku na dziko, oszczędnego konsumowania szczupłych zapasów i chowania się po krzakach. Kto czytał, ten wie, jak świetną scenerię do poznawania tej historii sobie wybrałam.

McCarthy tak wspaniale buduje nastrój, tak wspaniale pogłębia grozę, nie bombardując szokującymi obrazkami, ale pozostawiając pole dla wyobraźni czytelnika, że nie potrafiłam już zasypiać w namiocie bez niespokojnego nasłuchiwania i nerwowych reakcji na każdy najlżejszy szmer w pobliżu. Mało tego! Gdy dobiegaliśmy do końca powieści, a bohaterowie, coraz bardziej zaszczuci w wyludnionym, ale wciąż wrogim świecie, zdawali się zmierzać ku nieuchronnej klęsce, niemal wmówiłam sobie, że nasze losy są nierozłącznie splecione i jeśli oni zginą w jakiś tragiczny sposób, to i nam stanie się coś złego.

To ta gęsta groza sącząca się z każdej strony powieści McCarthy'ego, rozpływająca się po ciele jak trucizna, wdychana jak zabójczy gaz, przenikająca niepostrzeżenie do naszego życia. Bo nawet gdybym nie czytała tej książki przyczajona gdzieś na skraju lasu, na łasce i niełasce kręcących się w pobliżu nieznajomych, i tak przecież bym się bała. I tak zadawałabym sobie pytania „Co by było gdyby...”, zestawiałabym tę przerażającą wizję ze słonecznym i kwitnącym jeszcze światem, jaki mam przed oczami, nieufnie spoglądałabym na otaczających mnie ludzi, węsząc w poszukiwaniu wskazówek, jak zachowaliby się w sytuacji granicznej. Wreszcie – zaczęłabym myśleć o sobie, czy ja sama przeszłabym taką próbę, czy pozostałabym jedną z tych, którzy niosą ogień, czy raczej poświęciłabym wszystko, żeby przeżyć, jak bezrozumne zwierzę kierowane instynktem przetrwania?

Te pytania są siłą Drogi. Jest bardziej przerażająca niż wszystkie inne znane nam wizje apokalipsy, ponieważ zagrożeniem nie są tu jakieś z definicji złe i pozbawione uczuć istoty jak kosmici, zombie, roboty, ale inni ludzie. Ci, których spotykamy każdego dnia, ci na których jesteśmy skazani. Ilu z nich gnieździ gdzieś w sobie taką bestię, utajoną, czekającą tylko na odpowiedni moment?

U McCarthy'ego niemal wszyscy. Kiedyś pewnie poczciwi i przyzwoici, mężczyźni zasypiający nad gazetą w upalne popołudnia, kobiety rozwieszające pranie na balkonie w słoneczne poranki, podśpiewując, dziewczęta i chłopcy ustępujący w autobusie miejsca staruszkom. Teraz trzymają ludzi w schowku pod podłogą niczym przetwory gotowe do zjedzenia i opiekają nad ogniskiem nowo narodzone niemowlęta. Są gorsi niż zaraza, gorsi niż śmierć, chociaż kiedyś byli przecież najmilszymi z ludźmi, uroczymi sąsiadami, najlepszymi przyjaciółmi.

Zostają jednostki. Zaszczute, odziane w łachmany, uzbrojone tylko w rewolwer o dwóch nabojach przeciwko złu całego świata. Człowieczeństwo jest jak ten chłopiec, trzęsący się z zimna na środku drogi, mający za obrońcę tylko (a może aż?) ojca. Ojciec jest jego Bogiem, ale to Bóg umierający.

To wizja bardzo podobna do uwiązanego kundla w To nie jest kraj dla starych ludzi, który może tylko smutno patrzeć, jak świat się rozpada. Ale choćby było nie wiadomo jak źle – nie poddaje się, chłopiec będzie iść przed siebie choć nogi się pod nim uginają i pogrąża się w mulistej ziemi, pies będzie ujadać i skamleć, chociaż nikt już nie zwraca na niego uwagi. Bo dobro musi zwyciężyć, tak jak było zawsze i jak zawsze będzie, jeśli nie na tym, to na drugim świecie.

***
McCarthy C., Droga, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Wyłamując otwarte na oścież drzwi? – „Schizofreniczna ewangelia”, Bohumil Hrabal

Nie bez powodu o Schizofrenicznej ewangelii mówi się, że jest najtrudniejszym, najbardziej zawikłanym i ciężkostrawnym zbiorem Hrabala spośród wszystkich wydanych w Polsce. Tylko „dla starszych i zaawansowanych”.

Ja miałam do niego dwa podejścia. Jak do Ulissesa, ale mam wrażenie, że nawet ze „strasznego” Ulissesa zrozumiałam więcej. Za pierwszym razem Ewangelię porzuciłam ze stanowczym postanowieniem, że bez wódki tego nie tknę. Tknęłam, jednak na trzeźwo, ale nadal nad niektórymi opowiadaniami pociłam się, rwałam włosy z głowy i drapałam poranionymi rękami ich zamknięte na głucho drzwi.

Może żeby zrozumieć potrzebne jest braterstwo doświadczeń? Może za młoda jestem, za bardzo przywykła do wolności myśli i słowa? A może i to, że te teksty tak są osobiste, trochę jak pamiętnik, gdzie niektórych rzeczy wyjaśniać nie potrzeba, bo są oczywiste i już. Wiem, kim był Vladimir i Bondy, nie jest mi obcy ich eksplozjonizm, znam stryja Pepina, ale nie wiem wielu innych rzeczy.

I mam umysł zamknięty na filozofię, zasuszony jak stara rodzynka, nie chłonie i nie pęcznieje od myśli, nie otwiera się na świat, jest ciasny i ciemny. Pan Hrabal zaś to czempion krytych kortów, ma szerokie horyzonty, a pod kopułką – skarbnicę prądów i teorii. Dlatego mógł napisać coś takiego jak Schizofreniczna ewangelia, w której ksiądz Józef Tischner odnalazł wszystko to, co odnalazł.

Uwielbiam za to Opowiadanie styczniowe i Opowiadanie lutowe za obraz relacji z Pepinem „od kuchni”, za jego niedomytą szyję, mylenie Stalina z Leninem i binokle, które nosił, by ludzie myśleli, że jest profesorem. I Made in Czechoslovakia – za bajkę o radzieckim boćku, za Cyganów, za wymyślanie sobie samobójstwa i za coraz gęstszy śnieg. Oraz Spotkania i odwiedziny – za dyskusje, za ludzi, za miejsca, za faceta od przeprowadzek z łapami jak worki cementu i za dwie poczciwe gapy, które pochłonięte romansem o ofiarnej Wilmie wsiadły do złego pociągu. I uwielbiam te opisy:
W tamtym czasie jej oczy były we dnie kosaćcowe, niezabudkowe zaś w poświacie księżyca, jej usta były truskawkowe w świetle dziennym, a nocą fiołkowe, jej policzki były pod wieczór barwy bratków, w słońcu zaś goździkowe, jej piersi były ślazowe w staniku, a w kąpieli koloru piwonii. A jej przyrodzenie? Na łące to kwitnący szafran, a w pościeli przejrzała porzeczka, ale Jezusek jej jeszcze nie pocałował nawet (s. 53).
Więc może nie jest jednak tak źle?

*** 
B. Hrabal, Schizofreniczna ewangelia, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2007.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Pobawmy się w miłość – „Burzliwe lato”, Jeanne Bourin

O ile po lekturze Sekretów córek złotnika mogłam mieć pewne podejrzenia, o tyle po Burzliwym lecie jestem już pewna – Jeanne Bourin uwielbia znęcać się nad swoimi bohaterami. Na próżno wzruszony pierwszymi porywami młodych serc czytelnik liczy po cichu na szczęśliwe zakończenie z gołąbkami wzlatującymi do nieba i finalnym wielkim pocałunkiem. Autorka co prawda – być może w jakimś odruchu litości – doprowadza historię do punktu, który ostatecznie za coś w rodzaju happy endu uznać by można, ale jest to happy end wykrzywiony, karłowaty i zupełnie „nie tak”.

O ile jednak ten pisarski sadyzm łączy obydwie powieści, o tyle do bohaterów poddanych tym okrutnym zabiegom z jednej i drugiej historii mam już mocno odmienny stosunek. Sekrety... bardzo przeżyłam, do późna w nocy szlochałam nad wyklętą i przeklętą Floriną, wzruszającą prawie tak jak Anna Karenina. Postaciom z tej powieści można było współczuć, ich namiętności nie sprawiały wrażenia bezsensownych kaprysów, zaś ich nieszczęścia sięgały serca, a nie rozgorączkowanej głowy czy tylko pulsującego miejsca między nogami. W Burzliwym lecie roi się natomiast od niestałych i nieodpowiedzialnych dzieciuchów, które chciałoby się przełożyć przez kolano i otrzeźwić solidnym laniem. I nie mam tu na myśli tylko małoletniej Ody, która jest popisowym przykładem tego, jak nie należy wychowywać dzieci, ale i jej starszych, na pozór rozsądniejszych kuzynów.

Głowię się i głowię nad tym epilogiem, który zdaje się przekreślać wszystko to, co Jeanne Bourin powiedziała nie tylko w drugiej, ale i pierwszej części opowieści o rodzinie złotnika. Czy dopisując to trochę absurdalne zakończenie zamierzała wyrazić, że wielkiej miłości jednak nie ma, że targające nami popędy sprowadzić można do wybryków dziecka, które duszę oddałoby za słodkiego lizaka, a gdy go nie dostaje miota się teatralnie i wrzeszczy z uporem godnym lepszej sprawy? (Nie do wiary, że staję po stronie tych dorosłych i rozważnych przeciwko parze zakochanych młodych... albo się starzeję, albo naprawdę mi podpadli!). Czy to jakaś gorycz wyziera spomiędzy jej słów? Czy może jest zupełnie inaczej – nic się za tym nie kryło, po prostu autorka przedobrzyła, poszła o krok za daleko w tej chęci zaskakiwania czytelnika, wtłoczyła mu do gardła o jedną ciężkostrawną rewelację za dużo?

Lubi przecież takie chwyty. Nagłe zwroty akcji, pojawianie się znienacka przeszkód nie do przeskoczenia... Na moment wprowadza bohatera – a wraz z nim i czytelnika – w fałszywe poczucie bezpieczeństwa, po to tylko, by go później z większą siłą przytłoczyć nieszczęściem. Mam wrażenie, że jest w tym dość impulsywna, jakby na szybko i bez namysłu realizowała swoje szaleńcze fabularne pomysły. Zaczyna wątki i w ułamku sekundy kapryśnie je ucina, jak w historii z Amalrykiem – mroczną gwiazdą tej historii, która pojawia się na chwilę, przez moment rozbudza zmysły, doprowadza bohaterkę na skraj szaleństwa, a później zostaje nagle i lekceważąco wręcz usunięta, jak bożek strącony pomiędzy śmiertelników.

W całym Burzliwym lecie fascynuje mnie więc przede wszystkim sama autorka. To ona jest najważniejszym i najciekawszym z bohaterów. Co naprawdę myśli, co chciała wyrazić poprzez takie a nie inne pokierowanie historią, jaki ma stosunek do stworzonych przez siebie postaci? Gdybym tylko mogła z nią porozmawiać...

Pochwaliłabym ją za dar opowieści. Za cenne realia epoki, za skupienie się na szczególe. I za tę subtelną, kobiecą erotykę, pożądanie skrywane za dziewiczym rumieńcem, tak rozbrajające i uroczo odmienne od dzisiejszego wulgarnego ekshibicjonizmu. Jej proza dostarcza autentycznej przyjemności czytania. Ale ta impulsywność i niekonsekwencja, które objawiły się w Burzliwym lecie, nie podobają mi się. Dobry pisarz nie daje się ponieść wyobraźni, dobry pisarz nie pozwala, aby rządziły nim kaprysy. To on steruje historią, nie historia nim. I dlatego zachwytu, jaki przeżyłam przy Sekretach kobiet złotnika, tym razem niestety brak.

***
J. Bourin, Burzliwe lato, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2014.

Ilustracja: Tristan i Izolda, August Spiess, 1881.