czwartek, 26 lipca 2012

Uwięziona w sieci żalu i niedomówień – „Wiosenna noc”, Tarjei Vesaas

Moje drugie spotkanie z Vesaasem to coś z przeciwległego bieguna klimatycznego. Tym razem zamiast późnej jesieni i surowej norweskiej zimy jest pogranicze wiosny i lata, duszna biała noc, pachnąca ziołami i deszczem, stanowiąca tło dla ludzkich dramatów, wielkich radości i wielkich nieszczęść.

Vesaas jest jak wąż – potrafi w mig zmienić skórę na inną, pasującą równie doskonale. Natura gra w jego twórczości pierwszorzędną rolę, i niezależnie od tego czy jest to świat o metalicznym połysku lodu, uśpiony pod warstwą śniegu, czy wiosenny, ciepły i żywy, nie sposób go nie zobaczyć, nie poczuć, nie pogrążyć się w jego magii. I nie chodzi tu tylko o pejzażyk w tle, bo klimatem tym zawsze przesiąka też cała akcja książki, zachowania bohaterów, ich słowa i myśli.

Wszyscy aktorzy tego małego przedstawienia, które rozegrało się w ciągu jednej nocy w domu na norweskiej prowincji, opętani zdają się więc być czymś w rodzaju wiosennej gorączki. Rzecz jasna okoliczności jak najbardziej to usprawiedliwiają – ludzie bowiem, którzy przybywają pod wieczór do domu osiemnastoletniej Sissel i czternastoletniego Hallsteina, pozostałych po raz pierwszy od dawna bez kurateli rodziców, przywożą ze sobą rodzącą kobietę. Wkrótce jednak okazuje się, że to nie tylko to. Położna zostaje w porę sprowadzona, poród sprawnie odebrany i wydawałoby się, że po tak szczęśliwym rozwiązaniu wszyscy powinni już w spokoju ducha udać się na spoczynek. „Nikt tej nocy nie zaśnie” – zapowiada Hallstein powtarzając słowa Krystyny, jednej z przybyszów, i przepowiednia ta się sprawdza. Dom bowiem staje się areną dla psychicznych starć między członkami tej tajemniczej rodziny. W ciągu tych kilku godzin napięcie, jakie panowało do tej pory w ich wzajemnych relacjach, sięga zenitu.

Czytelnik zostaje wraz z Sissel i Hallsteinem wplątany w tę sieć wzajemnego żalu, oczekiwań, skrupułów, gdzie brodzi się jednak jak we mgle, bo nic nie jest do końca jasne. Z każdą chwilą atmosfera robi się coraz bardziej gęsta i duszna, nie do zniesienia, i ma się w końcu ochotę uciec stamtąd jak najdalej, wybiec na powietrze, prosto w tę wiosenną noc, orzeźwić się haustem chłodnego, nasiąkniętego roślinnymi aromatami powietrza. Przyznam, że czułam się podobnie jak przy lekturze Światłości w sierpniu – też miałam wrażenie, jak gdybym obracała się wśród przybyszy z kosmosu, których za nic nie mogłam rozgryźć, i podobnie jak wtedy poczułam w końcu irytację i rozczarowanie. Może za wiele chciałam, może chciałam za bardzo, a może był to po prostu nieodpowiedni moment na tę lekturę? Norweska wiosna według Vesaasa jest, podobnie jak zima, absolutnie piękna, ale tym razem książkę zamknęłam z ulgą i z ulgą powróciłam do świata, który znam.

***
T. Vesaas, Wiosenna noc, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972.

Ilustracja: Sandø, Eilif Peterssen, 1889.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Chłód tchnący poezją – „Pałac lodowy”, Tarjei Vesaas

Przeczytane niedawno Śmierć i zmartwychwstanie nie zaspokoiły mojego głodu skandynawskich klimatów, tym razem jednak trafiłam na książkę, która uczyniła to z nawiązką. Pałac lodowy aż tchnie przeszywającym norweskim chłodem, jest oszczędny w słowach, ale równocześnie ma w sobie mnóstwo poezji. To nie jest ten ponury rodzaj zimna, które czuć przy lekturze na przykład powieści rosyjskich – ten chłód ma w sobie wdzięk i tajemnicę okrutnej Królowej Śniegu.

W surowej scenerii norweskiej późnej jesieni, gdy wieczorny huk zwiastuje umacnianie się lodu pokrywającego jezioro, a w długie noce na poboczach dróg czają się upiory, rozwija się ciepła więź między dwiema dziewczynkami – przewodzącą szkolnemu towarzystwu Siss i nieśmiałą Unn, która przybyła do wioski niedawno, by po śmierci matki zamieszkać z ciotką. Historia ich przyjaźni jest krótka – to tylko jeden wieczór. W trakcie tego spotkania Unn zaczyna mówić Siss o strasznym sekrecie z jej przeszłości, płoszy tym jednak przyjaciółkę, i swoją tajemnicę zabiera nazajutrz do utworzonego przez zamarznięty wodospad lodowego pałacu, aby już nigdy jej nie ujawnić.

Unn jest dzieckiem trochę niesamowitym – trzyma się na uboczu, nie dba o niczyją uwagę, ale zarazem wytwarza wokół siebie niemal magiczną atmosferę, która przyciąga do niej innych. Przypominała mi trochę te tajemnicze i lekko demoniczne dziewczynki z opowiadań Trumana Capote'a. Zdaje się dzięki temu bardziej niż inne dzieci pasować do specyficznego nastroju lodowego pałacu. Tak naprawdę tylko ona otrzymała do niego wstęp, zjednoczyła się z nim (w „płaczącej komnacie” odkryła, że sama płacze), i w pełni uległa jego złowrogiej, ale i pociągającej aurze. Aura ta to coś w rodzaju potężnego czaru, w którym można utopić swoje troski, ale który wymaga również ofiar. Wyczuwają to wszyscy – zarówno ludzie (mężczyźni szukający dziewczynki w noc po zaginięciu) jak i zwierzęta („ptak o stalowych szponach”), tylko Unn zostaje jednak niewinnym barankiem złożonym cudownej bestii w ofierze.

Zima jest dla Siss czasem żałoby po przyjaciółce, jednak w końcu nadchodzi wiosna, będąca czasem zagłady lodowego pałacu. Topniejący i unoszony z rzeką pałac to dla mnie obraz przemijania i śmierci, podobnie jak strużka czarnych żyjątek spływająca wraz z topniejącymi zaspami. Siss śni, że podczas wycieczki do wodospadu rozpadający się lodowy kolos pociąga ją i towarzyszące jej dzieci w wodną otchłań, jednak w rzeczywistości tak się nie staje – a więc wszystko toczy się dalej, pamięć Unn, choć nie zniknie nigdy, zostaje zniesiona daleko wraz z lodem, życie wreszcie triumfuje nad śmiercią.
W podźwignięciu się ze swojego ponurego stanu pomaga Siss także odwieczny biologiczny fenomen, proces dojrzewania:
Był czas śniegu, czas śmierci i zamkniętych izb – potem człowiek znalazł się aż nazbyt prędko po przeciwnej stronie, z oczami zamglonymi z radości, bo jakiś chłopak powiedział: „Ty mała z dołeczkami”.
Siła dojrzewania jest więc ogromna. Czy mamy do czynienia z groźną rzeczywistością wojenną, jak w Złodziejce książek, czy z żałobą po stracie przyjaciółki, jej nieśmiały pęd przebije grubą warstwę śniegu, jej iskierka roztopi lód i w końcu przezwycięży wszystko co mroźne, smutne i straszne.

***
T. Vesaas, Pałac lodowy, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1979.

***
Po książkę tę sięgnęłam zupełnie niezależnie od dyskusji w Klubie Książkowymi Ani, jednak lekturę tej dyskusji zainteresowanym serdecznie polecam. Przyznam, że całkiem przegapiłam fakt, że Pałac lodowy był klubową lekturą; ostatnio, z braku czasu, mój udział w spotkaniach klubu niestety zmalał, czego bardzo żałuję.

***
Źródło fotografii Tarjei Vesaasa: http://i2.listal.com/image/301491/600full-tarjei-vesaas.jpg

wtorek, 17 lipca 2012

Piękno życia objawione na ścianie męskiej ubikacji – „Życie bez smokingu”, Bohumil Hrabal


Hrabal – Na Grobli [1]
Kolejny zestaw Hrabala miłosnych liścików do świata to starcie zwykłych, na pozór nieciekawych ludzi i spraw, z wykwintnością intelektualnych sfer, bogatych wnętrz i eleganckich strojów. Motyw ten przewija się niemal we wszystkich utworach Życia bez smokingu, na czele z tytułowym, w którym zakupiony jeszcze w czasach szkolnych smoking staje się symbolem form, w które wtłaczani jesteśmy od dziecka, etykiety, pozorów i dobrego wychowania. Czyli wszystkiego, co czyni życie biednym i jałowym – nie bez przyczyny zaraz po balu maturalnym Hrabal z rozkoszą zrzuca swoje szykowne wdzianko i przeciąga się wśród siana, podziwiając blednące gwiazdy.

Na wpół obłąkani prostaczkowie tworzący klimat dawnego Nymburka, święci szaleńcy, „artyści, którzy zapomnieli o sztuce” i knajpiani gawędziarze stają tu na polu bitwy naprzeciw niezdolnym do samodzielnego myślenia, uzbrojonym w garnitur cytatów intelektualistom, wypaczającym wyobrażenie artysty, tak naprawdę go nie rozumiejąc. Najdłuższe opowiadanie jest tu wspomnieniem i zarazem hołdem dla tego, który według Hrabala uosabiał prawdziwą, żywą sztukę – Vladimíra Boudníka, czułego barbarzyńcy, dandysa w drelichu, który jak król przechadzał się po fabrycznych halach, który nie naśladował przyrody, lecz stawał się nią, który arcydzieło dostrzegał w upstrzonej moczem i śladami po petach ścianie męskiej ubikacji, i który co pewien czas potrzebował doprowadzić się na skraj oczyszczającej rozpaczy, aż pewnego dnia uczynił krok za daleko i nie wrócił już do świata żywych.
Te kaleczone aktywnie matryce były piękną skórą na plecach kochanków, skórą kaleczoną pięcioma palcami zaciśniętymi na kobiecym ciele; na matrycach były odciśnięte wszystkie miłosne uniesienia Vladimíra, jednak te duralowe i miedziane płytki były też prześcieradłem, w które się wbijały i które rozrywały palce umierającego, bliskiego śmierci człowieka.
(Dandys w drelichu)

Ile w tym zmysłowości! Podobnie jak w opowiadaniu Urlop, w którym przejażdżkę wyciągiem Hrabal opisuje wręcz jako przeżycie erotyczne. Codzienne drobnostki, banalne zjawiska, przedmioty i ludzie stają się w ten sposób impulsem do niezwykle głębokiego, wręcz fizycznego odczuwania rzeczywistości. 

Vladimír Boudník [2]
W utworach tych przewija się całe życie czeskiego pisarza – od dzieciństwa, z którym łączą go pojawiająca się tu postać stryja Pepina oraz wspomnienia towarzyszące rozwożeniu wraz z ojcem po okolicznych knajpach browarnianego piwa, poprzez studencką młodość – czas pierwszych prób pisarskich – oraz praskie czasy przyjaźni z Boudníkiem, spacerów po Libni oraz knajpianych gawęd, aż po jesień życia, gdy to sędziwy Hrabal staje we śnie u stóp wzgórza i widzi zjeżdżające z góry na wyciągu wcielenia siebie – dziecko w kapeluszu z kogucim piórkiem, chłopca w marynarskim ubranku, studenta w garniturze... 

Przygląda się w ten sposób swemu życiu, z którego chyba jest zadowolony. Nie stanął bowiem po stronie tych wystrojonych w smoking i sypiących cytatami, do końca pozostał blisko życia, i choć otaczał go zawsze szczelny klosz niewiedzy, to ten klosz był zbawienny, bo odciął go od wszystkiego co sztuczne i dalekie prawdzie, od szkół wpajających wiedzę bezwartościową.
Moją szkołą nad szkołami, moim superuniwersytetem były browar i rzeka, i drzewa, i niekończące się przechadzki, i włóczęga.
(Życie bez smokingu)
Bohumil Hrabal (drugi od lewej) w rodzicami i bratem w Nymburku w latach 20. [3]
Pamiętacie jeszcze profesora Kiena z Auto da fé? Wróciłam dziś do niego i natychmiast uderzył mnie ten kontrast. Ze swoją miłością do ludzi i świadomością przewagi prawdziwego życia nad papierowym Hrabal jest dokładnym przeciwieństwem tamtej karykaturalnej postaci stworzonej przez Canettiego.
Czasem nie mogłem napisać choćby dwóch zdań, bo miałem coraz więcej przyjaciół, którzy wpadali ni z tego, ni z owego; niekiedy nocowało u nas nawet pięciu lub sześciu gości. A mimo to byłem szczęśliwy i wydawało mi się, że piszę swoim życiem prawdziwą powieść.
(Dlaczego piszę?)

***
B. Hrabal, Życie bez smokingu, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011.

***
Trochę będzie to przewrotne z mojej strony po takiej recenzji, ale pochwalę się – od października zaczynam studia na filologii słowiańskiej. Może mistrz Hrabal mi wybaczy, w końcu to wszystko dla niego i przez niego, by nauczyć się jego języka ojczystego i chłonąć go wreszcie w oryginale...

***
Fotografie zapożyczone ze stron:
[1] http://bohemica.free.fr/auteurs/hrabal/presentation_hrabal.htm
[2] http://www.topzine.cz/ponorte-se-do-klubu-poezie-spolu-s-hrabalem-hantou-a-vladimirem-boudnikem
[3] http://www.domowatmosfera.art.pl/hrabal/index.htm 
 

niedziela, 15 lipca 2012

Słoneczne puzzle w wojennej układance – „Złodziejka książek”, Markus Zusak

Markus Zusak nie przeżył II wojny światowej. Urodził się trzydzieści lat po jej zakończeniu, dziesięć tysięcy kilometrów od jej centrum wydarzeń, w dalekim Sydney. Od dziecka jednak słyszał opowieści o wojennych przeżyciach, o bombardowaniach Monachium i przemarszach Żydów przez miasteczko w którym mieszkała jego matka, Niemka. I z tego ulepił swoją historię.

Główną bohaterką i tytułową złodziejką książek jest Liesel Meminger, dziewczynka, która na wstępie książki trafia do miasteczka Molching w pobliżu Monachium, do rodziny Hubermannów. Matka zamierza oddać Liesel i jej brata pod opiekę rodziny zastępczej, aby ich chronić, jednak w trakcie podróży chłopiec umiera i na miejsce trafia tylko jego siostra. Liesel, z początku przerażona i osamotniona, wkrótce odnajduje jednak w przybranych rodzicach (a zwłaszcza w tacie, malarzu pokojowym – tak jak ojciec Zusaka – akordeoniście i rozproszycielu koszmarów, którego pieszczotliwie nazywa „papą”) troskliwych przyjaciół, zaprzyjaźnia się także z ludźmi z sąsiedztwa, szczególnie z równolatkiem Rudym Steinerem. Wkrótce do grona jej przyjaciół dołącza Żyd Maks Vandenburg, którego papa zgadza się ukryć w ramach dotrzymania obietnicy złożonej przed laty.

Wojna, odrzucenie, podział ludzi na lepszych i gorszych okazuje się katalizatorem przyjaźni. Liesel z Maksem łączy zamiłowanie do słów, a do tego dostrzega w nim wyrzutka podobnego do siebie, śledzonego niechętnymi spojrzeniami i toczącego wciąż walkę ze światem (oraz z Hitlerem – co wieczór na ringu, w wyobraźni). Podobnie jest z nią i Rudym. Obydwoje są niepokorni, a w towarzystwie mają opinię nienormalnych. Liesel gra w piłkę na równi z chłopcami i nie stroni od bitki, no i jeszcze ta jej pasja do słów i namiętne kradzieże książek! Za Rudym zaś ciągnie się historia sprzed lat, kiedy to, naśladując czarnoskórego biegacza Jessego Owensa, pobiegł na sto metrów z twarzą wysmarowaną węglem. Postępek, rzecz jasna, bardzo niestosowny w nazistowskich Niemczech.

Podczas jednak gdy przyjaźń Liesel i Maksa w normalnych warunkach pewnie miałaby małe szanse nawiązania, jej związek z Rudym jest swojskim elementem zwyczajnego, pozawojennego życia – wykwita na brudnej uliczce biedoty sam z siebie, wojenna rzeczywistość może go stymulować do nieco większej zażyłości, ale na ogół jest dla niego tylko tłem. Do ponurej układanki autor wciska słoneczny puzzel pod tytułem „pierwsze zauroczenie”. Nie do końca tam w tych okolicznościach pasuje, ale przecież jest czymś jak najbardziej naturalnym – gdyby nie wojna, nikomu nie wydałby się dziwny.

Humor Zusaka jest przewrotny. Na samym początku znalazła się scenka – jedna z pierwszych z udziałem Rosy Hubermann – w której kobieta obrzuca odmawiającą kąpieli Liesel wyzwiskami. Czytelnik gryzie palce, nastawiając się już na kolejną serce krającą historię o wychowanym w patologicznej rodzinie dziecku, by zaraz potem uświadomić sobie, że Rosa ma w gruncie rzeczy złote serce, a czułych słówek w stylu Saumensch (świnia) i Arschloch (dupek) używa w stosunku do wszystkich. Ot, jej urok. Są też szczegóły – jak choćby fakt, że książką, która uratowała Maksowi życie i w której ukryty został klucz do domu Hubermannów, było Mein Kampf. I na kartach tej właśnie książki, pomalowanych białą farbą, Maks opowiedział w obrazkach swe życie oraz napisał bajkę – wyraz niezłomności ducha nawet w obliczu hitlerowskiego odczłowieczenia. Wreszcie – sam fakt, że narratorem jest tu śmierć. Śmierć przyjacielska, o miękkim sercu i trochę zmęczona swoim pełnoetatowym zajęciem.

Wspomniałam o bajce Maksa. Porusza ona pewną istotną kwestię, która przyświeca całej Złodziejce książek. Otóż bohaterem tej powieści, na równi z Liesel, Rudym, Maksem i Hubermannami, są słowa. Słowa, które jednak mogą być zarówno nośnikiem magii, płaszczyzną porozumienia, lekiem na strach, jak i, niewłaściwie użyte – narzędziem zniszczenia, tak jak w ustach Hitlera. Jakże bowiem inaczej udało mu się dojść do tak wielkiej władzy, jak udało mu się zawładnąć tyloma sercami, jeśli nie za pośrednictwem umiejętnej mowy? Gromadząc te wszystkie doświadczenia, Liesel odbiera swoją naukę i uświadamia sobie, jak wielka jest moc słów.  

Wydaje się, że już wystarczająco wiele podałam powodów, dla których warto tę książkę przeczytać, bo też prócz jednej drobnostki – momentami zbytniej teatralności, przesadnego nastawienia na robienie wrażenia, czego osobiście nie lubię – nie mam jej nic do zarzucenia. Wystarczająco wiele podałam powodów, ale podam jeszcze jeden. Jest warta lektury dla samego konceptu. Niewiele w końcu jest historii (a przynajmniej ja nie kojarzę), które pokazują drugą stronę medalu, pozwalają nam spojrzeć na wszystko nie ze strony Żydów czy Polaków, a ze strony Niemców. Dowiadujemy się w ten sposób, jakie i oni cierpieli męki i głód podczas wojny, jak trudne było życie pod rządami Hitlera dla tych, którzy nie podzielali jego idei i jak potwornym doświadczeniem jest bycie zmuszanym do nienawiści. Taki zresztą był cel Zusaka, o czym sam mówił – zaserwować nam opowieść z drugiej strony barykady. I ja to doceniam.

***
M. Zusak, Złodziejka książek, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2008.

sobota, 14 lipca 2012

Gorzkomdłe obżarstwo w fińskim piekiełku – „Śmierć i zmartwychwstanie. Opowieść o życiu i śmierci prostego człowieka w Finlandii”, Frans Eemil Sillanpää

Historia życia Fransa Sillanpää to coś na kształt bajki o Kopciuszku. Urodził się w 1888 roku w rodzinie prostych rolników, którym nędza i głód zabrały wszystkie dzieci prócz najmłodszego Fransa. Pragnąc dla jedynego ocalałego jak najlepszego losu, rodzice zacisnęli pasa i wysłali bystrego chłopca do szkoły w Tampere. Po zakończeniu swej edukacji powrócił w rodzinne strony, by klepać biedę razem z resztą rodziny. Szczęśliwie jednak opowiadanie, które wysłał do jednego z czasopism zostało przyjęte, później pojawiła się propozycja napisania książki od znanego wydawcy, i tak potoczyła się pisarska kariera Fransa, której zwieńczeniem stała się przyznana w 1939 roku Nagroda Nobla.

Postanowiłam na wstępie przybliżyć sylwetkę tego pisarza, ponieważ wzmianek w sieci jest o nim jak na lekarstwo i mam wątpliwości, czy w naszej pięknej nadwiślańskiej krainie ktokolwiek go czyta. A w końcu noblista. Ale do rzeczy.

Śmierć i zmartwychwstanie to ogromnie przygnębiająca książka. Niby są jakieś nikłe promyki nadziei, spomiędzy szarych chmur wyglądają utopijne wizje lepszej przyszłości, a pociechą w niedoli prostych ludzi ma być jedność z naturą, ale co to za pociecha? Wszystko to tonie w brudnej powodzi biedy, trudów życia, bezsensu wszystkiego. Główny bohater, Juha Toivola, jako kilkuletni brzdąc, po śmierci swego ojca, zapijaczonego starucha, rozpoczyna tułaczkę. Najpierw w towarzystwie matki, która przyprowadza go do domu bogatego wuja i niedługo potem umiera, następnie od domu do domu, po różnych zakątkach Finlandii pracując jako drwal i flisak, by wreszcie dać się złapać pewnej służącej na dziecko (które prawdopodobnie wcale nie jest jego) i osiąść w rodzimych stronach. Tułaczka się kończy, rozpoczynają się jednak trudy życia rodzinnego przy boku niedbałej żony, w wiecznej trosce o to, za co wykarmić dzieci. Życie staje się pozbawionym wytchnienia, monotonnym ciągiem szarych dni.
 
Juha jest bohaterem, o którym trudno sobie wyrobić zdanie. Zachowuje się nieraz lekkomyślnie, na długie dni zostawia w domu przerażone, głodujące dzieci, popełnia głupstwa, ale nie sposób go nazwać człowiekiem złym. Wybacza mu się jednak zdając sobie sprawę, że to tylko prostoduszny półgłówek, a nawet współczuje mając w pamięci jego samotność po śmierci matki, wieczne poczucie bycia kimś gorszym w domu wuja i tyranię jaką znosił w Toivola. Jeszcze jako mały chłopiec był świadkiem, jak biedacy czatują przy umierających, by gdy tylko wyzioną ducha zerwać z nich ubrania i sprzedać za odrobinę kawy. Czasem wręcz wydaje się, że tylko instynkt samozachowawczy i bezrefleksyjność trzymają go przy życiu i pozwalają znosić kolejne ciosy.
Życie to coś takiego jak gorzkomdła polewka, podawana człowiekowi w znacznie większej ilości, niż jest zdolny przełknąć, podawana tak obficie, że człowiek już jest od niej na wpół omdlały i bliski uduszenia. Zupełnie, jakby znalazł się sam jeden w przeogromnej stodole, do której bezustannie wwożą w pełnym galopie siano na dziesięciu wozach... Póki człowiek wreszcie nie umrze...
Są oczywiście i jasne punkciki, o których wspominałam. Wspomnienie beztroskich dziecięcych zabaw na wzgórzu Sikomäki jeszcze w domu rodzinnym, docenianie drobnych radości, takich jak choćby fakt, że ma dach nad głową i skromny posiłek, i wreszcie – przyroda.
W przyrodzie miało się znów ku jesieni. Już pośród lata jesień zakrada się w bujne listowie i na osnute melancholią pola pustkowia. Nie jest jeszcze tak zimno, żeby nie można było chodzić bez sukmany (...). Ciepły jest trzonek grabi, za który chwyta żylasta ręka, i ciepło pachnie siano na zboczach za szczytową ścianą chałupy (...). Potężna przyroda głuszy leśnej, pośród której leży ukryte gniazdo ludzkie, kąpie jego mizerną biedotę w cieple, jasności i zapachach, tłumiąc jej własny odór.
U schyłku życia bohater zostaje dodatkowo wciągnięty w tryby historii – w jego strony dociera z Rosji rewolucja komunistyczna. I te tryby w końcu brutalnie go miażdżą, uwalniając go i litościwie kładąc kres jego męce. Zachował jednak wolę życia do końca, co w wystawionym mu na koniec epitafium chwali autor:
Ma umysł jak najbardziej prymitywny, a świadomość niezwykle ograniczoną, ale bądź co bądź dokonał tego, że przebił się przez te sześćdziesiąt lat życia, które, jak wszyscy wiemy, zamykają jeden z najbardziej burzliwych i przełomowych rozdziałów w dziejach naszego narodu.
Można by tę książkę interpretować jako uniwersalną opowieść o człowieczej niedoli. Można by, gdyby nie jej końcówka. Godzina śmierci zostaje bowiem co prawda odmalowana jako jedyny moment szczęścia w życiu Juhy, jednak autor mówi zarazem o wiośnie jego narodu, jaką czuć już w cmentarnych drzewach i wyraża nadzieję, że wkrótce radość towarzysząca umieraniu zyska dostęp i do świata żywych. Jest śmierć – przyjdzie i czas zmartwychwstania.
  
Sięgnęłam po tę powieść w ramach nastrajania się przed moją sierpniową norweską wyprawą, z nadzieją na typowo skandynawskie klimaty. Nie dostałam tego, czego się spodziewałam, ale zupełnie rozczarowana też nie jestem. Bo w końcu, choć Finlandia jest już dziś zupełnie innym krajem, ta przytłaczająca smutkiem i poczuciem jałowości życia historia fińskiego prostaczka to fragment tamtejszej historii. Żywy obraz tego, co było kiedyś. I tę świadomość też warto mieć.

***
F.E. Sillanpää, Śmierć i zmartwychwstanie. Opowieść o życiu i śmierci prostego człowieka w Finlandii, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1962.