środa, 27 kwietnia 2011

O tajemnej mocy głogu i magdalenek - "W stronę Swanna", "W cieniu zakwitających dziewcząt", M. Proust

Poprzednie dwa moje posty były skromne (zarówno objętościowo, jak i jakościowo), tym razem będzie lepiej (mam nadzieję). Pisać będę o dziele, które samo w sobie jest niewyczerpanym źródłem refleksji, spostrzeżeń, obrazów, nic więc dziwnego, że wywołało burzę myśli, setki skojarzeń i niekłamany zachwyt. To dzieło to W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Nie, nie przeczytałam jeszcze całego cyklu, ale już teraz porcja wrażeń z lektury zbyt mi ciąży i prosi się o ubranie w słowa – a i tak nie wiem, czy zdołam je wszystkie unieść i wtłoczyć w sztywne ramy blogowej notki. Mowa będzie o dwóch pierwszych tomach – W stronę Swanna i W cieniu zakwitających dziewcząt.

Pierwsza część pierwszego tomu opowiada o najmłodszych latach głównego bohatera – i narratora zarazem, chłopca o imieniu Marcel – spędzonych w malowniczej wiosce Combray, dokąd wraz z rodzicami i dziadkami przyjeżdżał z wizytą do swej ciotki Leonii. Krewna ta większość czasu spędza w łóżku – w gruncie rzeczy jej stan nie jest na tyle tragiczny, by to było konieczne, lecz broń Boże, aby ktoś zasugerował to w jej obecności – zaś jej „oknem na świat” jest służąca Franciszka (postać, która przewija się przez wiele stron zarówno pierwszego, jak i drugiego tomu, kobiecina prosta, która jednak w oczach Marcela posiada jakąś pierwotną, niezależną od inteligencji mądrość) oraz wiejska plotkara Eulalia. Odmalowane zostają także sylwetki rodziców – ledwie w zarysie – dziadka oraz babki, jednej z najwspanialszych bohaterek tej historii, dla której przymiotem cenionym ponad wszystko była naturalność, i uwielbiającej boso przechadzać się w deszczu, przekrzywiając paliki podtrzymujące róże „jak matka, gdy chcąc sfalować nieco czuprynę syna przeciąga ręką po włosach, które fryzjer zanadto wygładził”.

Można przypuszczać, że dla Marcela lata spędzone w Combray, wśród zieleni, z czujnie pochylającą się nad miasteczkiem i odmierzającą mu godziny pracy, zabawy, odpoczynku wieżą kościelną, to lata najszczęśliwsze – jak się później okaże, zostaną mu w pamięci jako zupełne przeciwieństwo tych strawionych na czczych pogawędkach w salonikach zakłamanej arystokracji. „Nic nie było mniej podobne do <<świata>> niż nasze życie w Combray”. Podczas spacerów dwiema stałymi trasami – w stronę Guermantes lub stronę Méséglise, zwaną też stroną Swanna (co po części wyjaśnia tytuł) – Marcel uczy się też niejako postrzegać świat; do tych pierwszych, najświeższych wrażeń odnosił się będzie niczym do tajemnego wyznacznika przez całe życie.
Owa strona Méséglise i strona Guermantes, wciąż obecne w tych moich dzisiejszych wrażeniach, z którymi mogę je skojarzyć, dają wrażeniom tym fundament, głębię, jeden wymiar więcej.
Marcel odkrywa też – słynna scena z magdalenkami – znaczenie doznań zmysłowych, smaków i zapachów, jako tajemniczych kluczy do przeszłości.
Kiedy, po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie zapach i smak, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się – na ruinie wszystkiego – i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia.
W Combray rozpoczyna się też rozwój intelektualny Marcela. Chłopiec uwielbia czytać (w jednym z fragmentów wyznaje, że rzeczy, o których czyta, mają dla niego o wiele większy urok niż to, co widzi dokoła siebie; z jednej strony budzi to podziw dla czytelniczego zapału bohatera, z drugiej jednak – świadczy chyba o niedojrzałości, skoro sam nie potrafi odkryć piękna w swoim otoczeniu, bez prowadzenia przez pisarza za rączkę). Szczególną radość przynosi mu lektura książek Bergotte'a – pisarza, którego później będzie miał okazję osobiście poznać, a który polecony mu zostaje przez przyjaciela, Blocha. Bloch to też interesująca postać; starszy od Marcela, imponujący mu oczytaniem, staje się dla chłopca niejako wzorem, mimo że w czytelniku postać ta budzi raczej rozbawienie – jak w scenie, gdy ojciec Marcela pyta Blocha, czy pada deszcz, ten zaś odpowiada: „Łaskawy panie, nie umiem panu absolutnie powiedzieć, czy deszcz padał. Żyję tak zdecydowanie poza fizykalnymi warunkami istnienia, że zmysły moje nie trudzą się ich notowaniem”. Bloch po raz pierwszy zaprowadził głównego bohatera do domu schadzek, a podczas pobytu w Balbec „zmienił wartość życia” Marcela uświadamiając mu, że wieśniaczki czy panny z miasta, o których marzy, nie są celem nieosiągalnym – „brzoskwinie, morele, winogrona” nie są „jedynie ornamentem pejzażu, ale rozkosznym i strawnym pożywieniem”. Pośrednio więc okazał się przewodnikiem nie tylko po świecie intelektualnych, ale i zmysłowych rozkoszy.

Druga część to przywołana sprzed kilkunastu lat historia miłości Karola Swanna – znajomego rodziców Marcela, sąsiada z Combray, światowca, miłośnika sztuki, człowieka o ogromnej inteligencji i dobrym smaku – do Odety de Crécy, głupiutkiej i wyrachowanej ulubienicy salonu państwa Verdurinów, „słynnej z piękności, złego prowadzenia się i elegancji”. Dla mnie była to smutna historia upadku zacnego człowieka – pod wpływem Odety Swann się zmienia, zaczyna podzielać upodobania ukochanej kobiety, nieszczerze nawet wobec samego siebie zachwyca się salonem pani Verdurin, który tak naprawdę jest zbiorowiskiem fałszywych kreatur, dających się kształtować gospodyni jak plastelina, w końcu – na dobre osiada w ciepłym, lecz płytkim bajorku towarzyskim przyjaciół Odety. Ta tymczasem, widząc, że zdobyła nad nim kontrolę, coraz bardziej pomiata zakochanym nieszczęśnikiem.

W trzeciej części przedstawione zostają z kolei losy nieszczęśliwego uczucia samego Marcela do Gilberty, nastoletniej córki Odety i Swanna (którzy w momencie, gdy Swann już niemal wyleczył się z tej chorej miłości, wzięli ślub – dlaczego, jest to dla mnie wciąż jeszcze zagadką), którą chłopiec spotyka najpierw podczas przechadzki w Combray, a następnie staje się jej towarzyszem zabaw na Polach Elizejskich. W tej wizji miłości uwidacznia się mocniej nieokreśloność wieku Marcela – w sposób właściwy dorosłemu, dojrzale wyznaje i formułuje swe uczucia, chciałby je jednak zamanifestować w dziecinny sposób, dokuczając i drażniąc:
Wydała mi się tak piękna, że byłbym chciał wrócić do niej, aby krzyknąć wzruszając ramionami: „Jakaś ty brzydka, śmieszna, jaka odpychająca!”. 
Gilberta zaprezentowana zostaje jako ciekawe połączenie – które w gruncie rzeczy trudno nawet nazwać połączeniem, jest to raczej pole bitwy – dwóch sprzecznych natur, jednej pochodzącej od ojca, jednej od matki. W ciągu kilku minut dziewczynka potrafi się przeobrazić z łagodnej istoty o szerokich horyzontach – spuścizna po ojcu – w złośliwą trzpiotkę, czerpiącą radość z cudzej przykrości – tu ujawniają się cechy matki. Traktowany przez nią równie okropnie, co niegdyś Swann przez Odetę (choć bez perfidii i wyrachowania – być może tych panna Swann dopiero miała się nauczyć), Marcel powoli porzuca nadzieję na spełnienie i udaje mu się zdusić w sobie dręczące go uczucie.

W cieniu zakwitających dziewcząt otwiera część zatytułowana Wokół pani Swann, w której opisane są głównie wizyty Marcela w domu Swannów i jego rosnąca fascynacją panią Swann. Odrażająca kreatura z części drugiej tomu pierwszego (w której, co ma znaczenie zasadnicze, Marcel nie był obserwatorem; zdarzenia, które poznajemy nie są przefiltrowane przez jego świadomość dziecka) przeobraża się tu w rajskiego ptaka, damę o niebywałej elegancji, skupiającą wokół siebie doborowe towarzystwo, ostentacyjnie przechadzającą się w wolne przedpołudnia po Lasku Bulońskim, gdzie przyciąga spojrzenia wszystkich. Tak ją widzi młodziutki Marcel. Warto też wspomnieć, że pierwsze spotkanie Marcela z Odetą nastąpiło dużo, dużo wcześniej – jako małe dziecko zobaczył ją raz podczas wizyty w domu wuja Adolfa, babiarza i hulaki. Chłopiec już wtedy był zafascynowany piękną damą, otoczoną niczym nimbem świętej jakimś tajemnym zepsuciem. Postać Odety jest więc wielowymiarowa, poznajemy ją w różnych momentach jej życia i z wielu punktów widzenia, przez co zdaje się najlepiej sportretowaną bohaterką tego cyklu, przynajmniej na etapie tych dwóch tomów.

Trzeba przyznać, że jest w tej bohaterce coś niezwykłego. Choć to wciąż ta sama „ciemna kokotka”, choć jest śmieszna, pretensjonalna i budzi kpiące uśmieszki, zdołała jakoś oczarować Swanna i utrzymać go przy sobie – ten człowiek, tak światły, tak inteligentny, kończy u jej stóp niczym piesek miotający się w oczekiwaniu na byle ochłap uczucia! Następnie, już jako mężatka, zręcznie rozszerza swoje towarzyskie wpływy (z powodzeniem naśladując panią Verdurin) i w końcu wywiera hipnotyczny niemal wpływ na samego Marcela.

W domu Swannów Marcel poznaje też uwielbianego przez siebie pisarza – Bergotte'a. Wątek ten staje się dla autora pretekstem do uwag na temat własnej koncepcji tworzenia. Wśród przemyśleń na ten temat wyłowiłam takie oto:
Tak samo ludźmi zdolnymi wydać genialne dzieła nie są ci, co żyją w najsubtelniejszym środowisku, najświetniejsi w rozmowie, najbogatsi w kulturę, ale i, co, przestając nagle żyć dla samych siebie, zdołali uczynić swoją osobowość podobną zwierciadłu, tak że ich życie, przy całej swojej towarzyskiej, a choćby intelektualnej miernocie, odbija się w nim. Geniusz polega tu na sile odbijającej, nie na swoistej wartości odbitego przedmiotu.
Przywiodło mi to na myśl Stendhala i jego słynne stwierdzenie: „Powieść to jest zwierciadło przechadzające się po gościńcu”, którym zresztą bronił się, gdy atakowano jego Czerwone i czarne za przedstawienie francuskiego społeczeństwa w niekorzystnym świetle. Nie zwierciadło należy winić za obraz, który odbija. Nawiasem mówiąc – społeczeństwo u Prousta też dalekie jest od zbiorowiska szlachetnych i światłych postaci. Niemal wszyscy proustowscy bohaterowie to – w mniejszym lub większym stopniu – snoby (nie wyłączając samego Marcela) i hipokryci. Czytając Czerwone i czarne miałam podobne poczucie pogrążenia w morzu nikczemności i zakłamania, zepsucia przez luksus, na którym broniły się rozpaczliwie tylko pojedyncze wysepki, jak Fouqué i pani de Rênal.

Druga część tomu drugiego poświęcona jest wakacjom w nadmorskiej miejscowości Balbec spędzonym przez Marcela wraz z babką. Tamtejsza mała społeczność, złożona ze znudzonych paryskich osobowości, przybyłych do modnego kurortu, by zaczerpnąć świeżego powietrza, niczym właściwie nie różni się od wcześniej zaprezentowanych, snobistycznych i fałszywych kółeczek towarzyskich. Marcel, który ma aspiracje światowca, marzy o tym, by obracać się swobodnie w tym nowym środowisku; do rozpaczy doprowadza go jego babka, która, jak już zostało wspomniane, nade wszystko ceni naturalność i w nosie ma snujących się dokoła eleganckich snobów, choć, jak się wkrótce okazuje, ma wśród hotelowych gości starych znajomych i mogłaby się okazać kluczem do nowego, ekscytującego światka.
Babka wyznawała zasadę, że w podróży nie powinno się zawierać stosunków, że nie po to się jedzie nad morze, aby widywać ludzi, że na to jest dość okazji w Paryżu, że na grzeczności i banalności strwoniłoby się szacowny czas, który trzeba całkowicie spędzić na powietrzu, nad wodą.
Wkrótce jednak pewne znajomości zostają odnowione, Marcel zaprzyjaźnia się z młodym arystokratą, Robertem Saint-Loup, z ekscentrycznym malarzem Elstirem oraz, ostatecznie – z gromadką dziewcząt, za którymi wcześniej przez kilka tygodni tęsknie wodził oczami. Wśród nich jest Albertyna – ta, która ponoć ma się okazać miłością jego życia – tutaj jednak mamy ledwie zalążki tego uczucia, a zanim cokolwiek zdąży się rozwinąć, dziewczyna wyjeżdża.

A propos tytułu drugiego tomu – „zakwitające dziewczęta” to nie tylko Albertyna i jej przyjaciółki, to także wszystkie proste, wiejskie dziewczęta, o których marzy bohater, a które zdają mu się jeszcze trwale zrośnięte z ziemią, która je wydała, „niby miejscowe rośliny, wyższego jedynie gatunku od innych” – jest o tym mowa już w tomie pierwszym. Wizja ta jednak zostaje skażona goryczą starzenia. Każdy kwiat nosi w sobie, w swej delikatności i świeżości, zapowiedź twardnienia, więdnięcia, zasuszenia. Młode dziewczęta noszą w sobie nasiona zwiędłego wyglądu swych otyłych i pomarszczonych ciotek. Czas więc przypomina o sobie – ten, który gra w tym cyklu główną rolę – płynący, przemijający, utracony.

Kwestia przemijania pojawia się też u kresu tomu drugiego, kiedy mowa jest o głogach. Widok krzaku głogu podczas spaceru nad morzem przywołuje liczne wspomnienia – dziecięcych spacerów w Combray, nabożeństw majowych w sobotnie popołudnia, pierwszego spotkania z Gilbertą. W tym ukochanym kwiecie Marcela czas jest zaklęty podobnie jak w smaku magdalenek. To jego obraz i zapach, to smak ciastka jest kluczem do przeszłości.
A przecież ten zapach głogów wabiący wzdłuż żywopłotu, gdzie niebawem zastąpi go dzika róża, odgłos kroków bez echa na ścieżce, bańkę utworzoną na wodoroście przez strumień i pękającą natychmiast – wszystko to zachwyt mój uniósł i dał temu przetrwać tyle lat, podczas gdy dokoła drogi się zatarły i pomarli ci, co je deptali, i zginęło wspomnienie tych, co je deptali.
Proust ma w sobie wszystkiego po trochu. Nie jest tylko refleksyjny i pełen egzaltacji, bywa po prostu zabawny (fragmenty na temat ciotek – starych panien, które „tak daleko posuwały sztukę spowijania aluzji osobistych w przemyślne peryfrazy, że aluzja przechodziła często nie postrzeżona nawet przez tę osobę, do której się zwracała”), trzyma w napięciu, cudownie ironizuje („żart (...) któremu wspaniały i uroczysty styl pisarza przydawał jeszcze ironii”).
Zachwyt mój wzmógł się wobec szparagów, nasyconych ultramaryną i różowością, a których pręt, delikatnie pocętkowany fioletem i lazurem, blednie nieznacznie w iryzacjach nie będących z ziemi, aż do stóp jeszcze powalanych glebą, w której tkwiły. Zdawało mi się, że w tych niebiańskich odcieniach demaskują się rozkoszne istoty, które dla zabawy przedzierzgnęły się w jarzyny, ale poprzez kostium swego jadalnego i jędrnego ciała, w owych kolorach rodzącej się jutrzenki, w owych szkicach tęczy, w owym zamieraniu błękitnych wieczorów, objawiają swoją szacowną esencję. Poznawałem ją jeszcze, kiedy przez całą noc po owym obiedzie zabawiały się w swoich psotach – poetycznych i grubych niby feeria Szekspira – tym, aby zmienić mój nocnik w naczynie wonności.

Pamiętam, że pierwsze strony przyniosły mi oszołomienie. Nie jest to może dzieło zaskakujące sprytem, przemyślnością, misterią konstrukcji, mnogością językowych zabaw i zagadek. Ale proza Prousta jest po prostu piękna – to miód lejący się w serce udręczonego monosylabami i szorstkimi, lakonicznymi zdaniami czytelnika. Każdą rzecz autor otacza grubą warstewką słów, obchodzi dokoła na palcach, rzadko kiedy celuje w sedno, jakby z tego kokonu językowej materii każdy musiał sam wysupłać sens. A sens nie zawsze jest łatwy do uchwycenia. Zdawało mi się bezustannie, że szybuje gdzieś wysoko; można go uchwycić, ale trzeba do tego sporo wysiłku. Umyka jak żywe stworzenie, jak ptak lub motyl, a kiedy wreszcie udaje się go złapać, trzymamy go w dłoniach jak największy skarb, pieścimy, obracamy, nie chcemy wypuścić. Zmęczyliśmy się, chcemy odpocząć, a już czeka kolejny akapit... I nie zawsze wystarcza tej siły, cierpliwości. Przyznaję, że nie zawsze byłam w stu procentach skoncentrowana, zdarzało mi się w rezygnacji prześlizgiwać po słowach bez zagłębiania, gdy byłam wyjątkowo przerażona dalszym trudem wyłuskiwania sensu.

Skromna próbka tej literackiej słodyczy:
Ogień przypiekał, niby ciasto, apetyczne zapachy, od których powietrze w pokoju było całe gruzłowate i które już umiesił i wyrobił wilgotny i słoneczny chłód ranka: ogień przekładał je, złocił, grubił, wydymał, robiąc z nich niewidzialny i dotykalny przysmak godny prowincji, olbrzymiego 'napoleonka'. I zaledwie skosztowawszy bardziej chrupiących, delikatniejszych, wybredniejszych, ale też suchszych aromatów szafy, komody, wzorzystych tapet, wracałem – wciąż z utajonym łakomstwem – aby ugrzęznąć we wnikliwym, lepkim, mdłym, niestrawnym i owocowym zapachu kwiecistej kapy na łóżko.

Osobiście lubię kolekcjonować fragmenty, w których pisze się o świetle. Są ludzie, którzy potrafią je oddać pędzlem na płótnie, niewielu jest jednak takich, którzy potrafią je wiernie odmalować słowami... Tutaj wyglądało to tak:
W lecie natomiast, kiedyśmy wracali, słońce nie zachodziło jeszcze; podczas wizyty u cioci Leonii światło jego zniżało się i dotykało okna, więzło między portierami a firanką – rozszczepione, rozgałęzione, przefiltrowane – inkrustując kawałeczkami złota cytrynowe drzewo komody, sącząc się z ukosa na pokój, delikatne niby w zaroślach leśnych.
I o tej godzinie, kiedy promienie, pochodzące z różnych oświetleń i jakby z różnych godzin, łamały kąty ścian i obok odblasku plaży wznosiły na komodzie ołtarzyk pstry jak kwiaty na ścieżce, wieszały na ścianie zwinięte, drżące i ciepłe skrzydła jasności gotowej znów wzlecieć.
Mając jeszcze na świeżo to wszystko, z przyjemnością wyruszę z Proustem w dalszą drogę.

***

Cytaty: M. Proust, W poszukiwaniu straconego czasu. W stronę Swanna, W cieniu zakwitających dziewcząt, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1979.

sobota, 23 kwietnia 2011

"Sprawa niewiernej Klary", Michal Viewegh + życzenia świąteczne


Twórczość Michala Viewegha, jak już kiedyś pisałam, cechuje wielka różnorodność. Na ogół opisuje on rzeczywistość w sposób lekki i zabawny, przez co krytycy zarzucają mu, że jest „pisarzem dla mas”, bywa jednak też sentymentalny i niemal liryczny (o czym przekonać się można między innymi czytając Zapisywaczy ojcowskiej miłości). Mnie osobiście jednak każda kolejna jego książka zaskakuje, nie dając się do końca wcisnąć w żaden schemat. Nie inaczej było ze Sprawą niewiernej Klary.


Co z miejsca przykuwa uwagę, to swoista zabawa, igranie z czytelnikiem, jeśli chodzi o tożsamość bohaterów. Aby wyjaśnić, krótko nakreślę historię opisaną w książce. Do biura detektywistycznego, specjalizującego się w tropieniu niewiernych kochanków i ujawnianiu zdrad, przychodzi pisarz Norbert Černy, podejrzewający o niewierność swoją młodszą o dwadzieścia lat partnerkę Klarę, studentkę sinologii. Szef agencji, Denis Pravda, przyjmuje zlecenie, wkrótce jednak, tłumacząc się sympatią dla klienta, który ciężko zniósłby prawdę, wbrew zasadom zawodowym zaczyna go oszukiwać i taić dokonane odkrycia. Generalnie wydarzenia te poznajemy z perspektywy Denisa, jest to jednak tylko „rdzeń” powieści, jej wewnętrzna warstwa, opowieść w opowieści – początkowy fragment bowiem, oraz pojawiające się później od czasu do czasu wstawki uświadamiają nam, że Denis opowiada tę historię, zmuszony groźbą przez Norberta, który w końcówce unicestwia detektywa, bowiem „powieść ma się ku końcowi” i „nie jest mu już potrzebny”. Kim więc jest Norbert? Czy historia zazdrosnego pisarza, którą śledzimy, to właśnie oparta na motywach autobiograficznych powieść Norberta? Czy Norbert to alter ego Viewegha? Swoje trzy grosze do tego zamętu dorzuca też niepokojące zakończenie...

I to było w tej książce najciekawsze, najbardziej intrygujące. Towarzyskie zawiłości między bohaterami, a nawet tajemnice rozkapryszonej Klary interesowały mnie już mniej. Przewodnim tematem tej powieści była zazdrość oraz zdrada – kwestia zaufania między partnerami, granic wierności i różnic w ich postrzeganiu. Nie jest to niestety moja ulubiona tematyka. Postać Denisa zupełnie nie wzbudziła mojej sympatii – wielki, sprawiedliwy doktor Pravda, szef-równiacha, tymczasem każde kolejne jego posunięcie, coraz większe nadużycie zaufania swego klienta (z sympatii?!), przekreślają ten prawy i szlachetny wizerunek. A luźna relacja, którą stworzył ze swoją żoną, a potem też z Niną – dla mnie wręcz chora. Z początku, kiedy akcja dopiero się zawiązywała, wydawało mi się, że zachowanie Norberta miało dać Denisowi do myślenia i nauczyć go od nowa zazdrości. Obecnie bowiem detektyw, jak twierdzi, nie czuje jej już wcale – większej trudności nie sprawia mu przełknięcie kolejnego romansu jego żony i wysłuchiwanie, jak jej nowy amant sprawuje się w łóżku. Przy tym – wbrew temu, co głosi popularne porzekadło „Nie ma miłości bez zazdrości” (i moje własne przekonanie) – wciąż deklaruje niegasnące uczucie do Rut. Niestety, jakoś się ten wątek „dydaktyczny” rozmył; poza kilkoma nieznacznymi przebłyskami czegoś, co można by uznać za zazdrość, wielkiej przemiany nie było. Nawiasem mówiąc, może i Norbert byłby niezłym nauczycielem zazdrości (choć – gdyby nauka ta miała polegać na naśladowaniu jego postawy, byłoby to przejście ze skrajności w skrajność, więc z tym stwierdzeniem też można by polemizować), jako autorytet moralny jednak z pewnością by się nie sprawdził – gotów jest zabić każdego, kto tknie jego Klarę, tymczasem sam też ma kochankę. Źle się czułam w tym towarzystwie kiszącym się w sosie zdrad, w tym świecie podwójnej moralności i z niejaką ulgą ten świat opuściłam.

Jak zdrada, to oczywiście jest i seks. Dużo – właściwie na seksie ta książka stoi. Lubię, jak powieść jest erotyzmem subtelnie doprawiona, każda przyprawa jednak w nadmiarze mdli. Wulgarnie co prawda z reguły nie było, ale i ta frywolna seksualność preferowana przez Viewegha zdołała mnie zmęczyć. Może to kwestia mentalności, może Czesi z taką obyczajowością są za pan brat i lubią o tym czytać.

Sporo więc mam tej książce do zarzucenia, ponieważ jednak lubię ten element zaskoczenia, który zapewnia mi twórczość Viewegha, mając okazję przeczytać jeszcze jakąś jego powieść, nie oprę się pokusie. Tym razem postaram się jednak dotrzeć do jego starszych dzieł – ze wskazaniem na osławione Cudowne lata pod psem.

***
M. Viewegh, Sprawa niewiernej Klary, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2007.


Kochani, życzę Wam wszystkim ciepłych i spokojnych Świąt, radości, nadziei i słońca, smacznego żurku i wielkanocnej babki, mokrego Dyngusa, wytchnienia od codziennych obowiązków, wypoczynku z dobrą książką w ręku oraz czasu dla Rodziny.

środa, 20 kwietnia 2011

O twardej skórze hipopotama - „Zdesperowane kobiety postępują desperacko”, Halina Pawlowská

Na wstępie lekkiej powiastki, jaką jest Zdesperowane kobiety postępują desperacko pojawia się cytat z Seneki:
Niech płyną łzy,
ale też niech ustają,
niech z głębi twego serca
wydobywają się westchnienia,
ale też niech się kończą.
...który świetnie oddaje sinusoidę losów Olgi, głównej bohaterki. Wzloty i upadki, wciąż marzenia, które się spełniają tylko na chwilę, wciąż chwile spełnienia przeplatane z rozczarowaniami. Tylko że to, co właśnie napisałam, jest po polsku. Po czesku jest zupełnie inaczej. Bo Olga, jak na Czeszkę przystało, wciąż się śmieje, a ten śmiech jest soczewką, która wszystko pomniejsza. Z niewiernych mężów i egocentrycznych partnerów robi zabawnych karzełków, z pokaźnej tuszy filigranową figurkę, z miłosnego dramatu komedyjkę.


Nie sposób chyba nie poczuć cienia sympatii dla tej bohaterki i nie uśmiechnąć się choćby przez chwilę, czytając o jej perypetiach. Jak bezlitośnie autorka sonduje rzeczywistość i jak zręcznie, ostrzem ironii, pozbawia ją kolców! Bo przecież, jak to zwykle bywa, wyziera spod wesołej płachty czeskiego śmiechu jakiś smutek. By dorównać pozycją mężowi, Olga idzie na studia, a ledwie je kończy – mąż wymienia ją na głupiutkie dziewczę bez wykształcenia. Inny amant, artysta, filmowiec, woli od niej egzotyczną murzyńską piękność, bo „jest taka prosta, człowiek rozumie naraz, że kobiety inteligentne są do niczego”. Na pocieszenie trafia jej się afrykański Robert Redford, który jednak znajomość wkrótce potem kończy, kwitując słowami „Po prostu nie mogłem wytrzymać. Już ponad rok nie miałem kobiety... to znaczy... białej kobiety!”. Kolejny, młodziutki absztyfikant, po tym, jak swymi zalotami funduje sowitą porcję balsamu na skołatane kobiece serduszko, idzie na spacer z piękną siostrzyczką bohaterki, i tyle go widzieli... I czyż to nie smutne? Dobrze, że się zawsze Olcia potrafi mimo wszystko pozbierać, i że tak dzielnie śmiechem te ciosy od losu odpiera. Jest desperatką, ale nie użala się nad sobą. Nie ma w niej ciena polskiego cierpiętnictwa (choć ta, która ją powołała do życia, ma polskie korzenie). Jak to było u Szczygła – jest i może hipopotamem, ale ma twardą skórę, od której złośliwie rzucone kamyki się odbijają.


Dziwne jest to, że ta książka właściwie nie trafiła w mój gust. Raz – że autorka pomknęła jak huragan, zbombardowała mnie błyskotliwością i dowcipem, przytłoczyła scenkami, z których absurd się wylewał, i nie dała odetchnąć – a ja bym chciała czasem przysiąść, odpocząć, przyjrzeć się z bliska, wysączyć z bohaterką zapoznawczą herbatkę. Dwa – że tematycznie to jakoś nie moja bajka. Może gdybym była taką czterdziestoletnią rozwódką z oczyma przekrwionymi od wypatrywania kandydatów na „mężczyznę życia”... Chociaż – Olga już od lat dziewczęcych zachowuje się jak zdesperowana kobieta po przejściach. „Chciała tylko być piękna i z kimś chodzić”. Czy jednak warto robić z tego sens całego życia? Kombinować, kłamać i zalewać się łzami, jeśli znów nie wyjdzie? A czy nie jest czasem tak, że im bardziej się chce, tym bardziej złośliwy los czyni na opak?

Mimo wszystko coś mi każe pisać o Zdesperowanych kobietach dobrze. Miała chyba ta książka w sobie jakiś urok, którego nawet nie zdołałam uchwycić w trakcie czytania, za to uświadamiam go sobie teraz, wracając do wspomnień tej lektury. Może to też sama Pawlowská. Ta, którą znam z uroczych tekstów Szczygła i z felietonów publikowanych w „Bluszczu”, ta z biustem w rozmiarze F – zmorze i dumie zarazem, ta, na którą w dzieciństwie wołali „Sinica” i „Pomidor”. Ta sympatyczna gaduła, która od listopada do lutego codziennie pije szampana.

Fot. David Sedlecký / Wikimedia Commons

***
Cytaty: H. Pawlowská, Zdesperowane kobiety postępują desperacko, wyd. W.A.B., Warszawa 2006.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Dziecięcy świat brutalnie odebrany - "Lucy Crown", Irwin Shaw

„Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” – napisał Lew Tołstoj, przystępując do opowieści o rozbitej rodzinie Kareninów na czele z nieszczęsną Anną. Od tego słynnego zdania równie dobrze mogłaby zaczynać się Lucy Crown. Wbrew bowiem temu, co sugeruje tytuł, to nie tylko historia jednej kobiety, lecz przede wszystkim całej rodziny – historia, w której każdy odegrał niemal równorzędną rolę i nikt nie został potraktowany przez autora w jego analizie po macoszemu.


Punktem wyjścia jest lato roku 1937, które tytułowa Lucy Crown, przykładna żona i kochająca – wręcz przesadnie – matka, spędza wraz z trzynastoletnim synem Tonym w domku Crownów nad jeziorem. Olivera, jej męża, wzywają z powrotem do miasta obowiązki służbowe, jednak zostawia rodzinę w towarzystwie dwudziestoletniego studenta, Jeffa Bunnera, który ma pełnić rolę opiekuna i męskiego towarzysza dla chorowitego i nieco zbyt – zdaniem ojca – zniewieściałego przez ciągłą kompanię matki Tony'ego. Te kilka letnich tygodni wywraca całe życie Crownów do góry nogami, doprowadza do całkowitego rozłamu rodziny, tragedii, do wspomnienia której wszyscy będą jeszcze przez lata wracać z goryczą i smutkiem – Lucy bowiem nawiązuje z Jeffem romans.

Ktoś by spytał – co w tym wielkiego? Czy to pierwszy skok w bok, którego dopuszcza się zniewolona przez męża bądź znudzona małżeńskim żywotem kobieta? Od razu tragedia? Podobnie zresztą myślała z początku sama Lucy. I pewnie sprawa rzeczywiście „rozeszłaby się po kościach”, gdyby nie fakt, że świadkiem niedwuznacznej sytuacji z matką i opiekunem w rolach głównych stał się sam Tony.

Jeśli miałabym oceniać, kto został tą historią dotknięty najbardziej, powiedziałabym, że nie była to wcale Lucy. Nie ona, choć zdarzenie to okazało się dla niej później początkiem długiej serii życiowych błędów, nie zdradzony mąż, którego uporządkowany świat, w którym nie było opcji pod tytułem „zdrada żony”, runął w gruzy, i nie Bunner – nietypowy model kochanka, zakochany z całą siłą młodzieńczego serca, skrzywdzony przez Lucy, która odpiera jego gorące wyznania kpiącym śmiechem. To Tony poniósł największą ofiarę. Najpierw – gwałtownie i bez uprzedzenia wrzucony w świat seksualności, o której nie wiedział nic. W jednej chwili ma matkę, najukochańszą na świecie istotę, z godnością pełniącą rolę strażniczki domowego ogniska, a zaraz w następnej – matka zmienia się w nieznaną mu, dziką, nagą istotę z uśmiechem egoistycznej rozkoszy na twarzy. Obraz, który zostaje na całe życie.

Przyszła mi tu do głowy Pokuta McEwana – film, książki bowiem nie czytałam. Podczas gdy na głowę małej Briony sypie się grad oskarżeń i potępienia, ja byłam w stanie ją usprawiedliwić. Myślę, że ten moment wejścia w świat erotyzmu jest dla dziecka niesamowicie istotny – jeśli nastąpi zbyt szybko, zbyt gwałtownie, w nieodpowiednim momencie, może mieć dla psychiki takiego małego człowieka katastrofalne skutki. Nie dziwię się, że Briony zareagowała w ten sposób – nic jeszcze nie rozumiejąc, zetknęła się z czymś w jej rozumieniu plugawym, ohydnym, godnym najwyższego potępienia, co należy ukarać bez względu na wszystko.

Podobnie jest z Tonym – nie ma jeszcze rozsądku i wyrozumiałości dorosłego człowieka, więc w jego sercu rodzi się bunt i gniew. To jednak nie koniec krzywd. Osaczona przez nienawiść syna Lucy stawia mężowi – który, po pierwszym szoku, gotów jest jej wybaczyć – ultimatum: albo ich rodzina zupełnie się rozpadnie, albo to Tony musi być z niej wykluczony, ona nie jest bowiem w stanie żyć pod jednym dachem ze swym sędzią i wrogiem. Oliver kocha syna, ale nie potrafi też żyć bez żony, godzi się więc na opcję drugą. Chłopiec zostaje skazany na tułaczkę – szkoła z internatem, święta poza domem, jedynie obiadki z ojcem raz na jakiś czas. „Jak można?!” – myślałam wciąż, rozgorączkowana. Nic dziwnego, że Tony wyrasta na cynicznego, zimnego, zamkniętego na świat mężczyznę. Jednocześnie ze wstrętem odsuwa od siebie wszystko, co swawolne, rubaszne, wulgarne. Jakby przez całe życie starał się na nowo odnaleźć i wrócić do dziecięcego, niewinnego świata, tak brutalnie mu wydartego.

Na okładce mojego wydania tej książki widnieje hasło „Barwny portret szukającej uczucia kobiety”. Uważam je za nietrafione – po pierwsze dlatego, że Lucy w gruncie rzeczy nie szukała uczucia, co sama zresztą wprost przyznaje podczas swej spowiedzi przed Tonym, pod koniec, już we Francji. Po drugie – i będę się przy tym upierać – to nie historia Lucy, ale przede wszystkim całej rodziny Crownów. Dużo tu i ogólnych refleksji na temat tego, czym jest rodzina, jaki jest jej sens, co znaczy, że jest naprawdę szczęśliwa. Piękny fragment na temat dziecka pozwolę sobie zacytować:
Człowiek ma syna po to, żeby móc w sobie odrodzić optymizm. Facet dochodzi do pewnego wieku, powiedzmy – dwadzieścia pięć, trzydzieści lat, to zależy od inteligencji, i wtedy zaczyna sobie mówić: „To wszystko jest do kitu!”. Zaczyna rozumieć, że każdy następny dzień przynosi nową porcję tego samego, tyle że właśnie z każdym dniem trochę gorszą. (...) I wtedy przychodzi dziecko. Mały chłopczyk nie wie, co to pesymizm. Człowiek patrzy na niego, przysłuchuje mu się, a on w każdej sekundzie dyszy pasją. Pasją wyrastania, czucia, poznawania. Ma w sobie coś takiego, co mu daje pewność, że warto rosnąć, warto się uczyć porozumiewania się z ludźmi, uczyć się jeść łyżką, uczyć się korzystać z ustępu, uczyć się czytać, walczyć na pięści, kochać... Jest na grzbiecie fali, która go niesie naprzód. (...) Człowiek patrzy na syna i zaczyna rozumieć, że w ludzkiej rasie jest coś, co każe jej wierzyć ślepo w życie.
To jest prawdziwe. Dlatego tak usilnie próbujemy wrócić do swojego dzieciństwa, do tej pasji i zadziwienia cudownością świata. Każde dziecko to największy cud, jaki zrodzić może ziemia, i cudem jest to, co dzieje się w jego małej główce. Jakże smutno brzmią te słowa w ustach pijanego, zmęczonego życiem, nazajutrz wyruszającego w podróż do Europy, z której ma już nie wrócić, Olivera, człowieka, którego nic już w życiu nie czeka, a od syna jest obecnie bardziej oddalony niż kiedykolwiek!

Nie jest to moje pierwsze spotkanie z Irwinem Shawem – kilka lat temu czytałam Młode lwy, byłam jednak wtedy jeszcze na tyle młodociana, że największe wrażenie zrobiły na mnie brutalne opisy okrucieństw wojny – sceny torturowania, wyrywania paznokci itd. Nie zwróciłam zupełnie uwagi na subtelności psychologiczne, a szkoda, bo po lekturze Lucy Crown stwierdzam, że to najciekawsza warstwa twórczości Shawa. Lucy Crown jest psychologicznie cudownie głęboka, postaci są wielowymiarowe i opisane w najdrobniejszych szczegółach, a każda reakcja, każda myśl, słowo, stymulują do zastanowienia. To po prostu książka z gatunku tych, o których można dyskutować godzinami, analizować najdrobniejsze zdarzenia i zastanawiać się nad ich interpretacją. Wspaniała. Polecam gorąco.

***
Cytat: I. Shaw, Lucy Crown, wyd. Książnica, Katowice 1994.

piątek, 15 kwietnia 2011

Nie do końca straszny klasyk horroru - "Dziecko Rosemary", Ira Levin

Dziś będzie krótko i jakościowo pewnie też nietęgo, bowiem po tym jak moja szyja naprężyła jak się jak struna, zesztywniała i odmówiła posłuszeństwa, wpędzając mnie do łóżka i zmuszając do wegetującego, pół-leżącego żywota, niezwykle trudnym zadaniem jest dla mnie wysiedzieć przed komputerem - nawet jeśli spoczywa na kolanach - więcej niż kilkanaście minut.

Nie jestem specjalistką od horrorów. Czytałam ich w swym życiu bardzo niewiele, i choć z reguły nie były to nieudane doświadczenia - pomijając tandetny horror erotyczny, który wcisnęła mi w wieku stanowczo zbyt młodocianym osiedlowa bibliotekarka, i który porzuciłam, zniesmaczona, po kilkunastu stronach - nie ciągnęło mnie nigdy do tego rodzaju książek. Dziecko Rosemary miało być jednak najwyższą półką w swoim gatunku, no i słynny film Polańskiego...

(Lojalnie ostrzegam, w dalszej części tekstu mogą się pojawić elementy spoileropodobne).

Przyznam, że historia mnie wciągnęła. Na początku akcja toczy się leniwie, ale nie uważam tego za wadę, w końcu jakoś, powoli, trzeba najpierw rozwinąć intrygę. Ogólnie zresztą ta pierwsza, "niewinna" część podobała mi się nawet bardziej - z zaciekawieniem śledziłam te ledwie widoczne nici dziwnych zdarzeń, zbiegów okoliczności, podejrzeń, oplątujące Rosemary niczym pajęczyna. Wszystko jest jednak dobre w odpowiedniej dawce. Po pewnym czasie dla czytelnika wszystko jest już jasne (inna sprawa, że dla mnie było jasne od początku, w końcu oglądałam film), tymczasem naiwna Rosemary dalej sobie nie uświadamia, co się dookoła niej dzieje, i to irytuje. Jeśli na to jednak spojrzeć z innej strony - która kobieta przy zdrowych zmysłach skłonna by była tak szybko uwierzyć w rozwiązanie tak nieracjonalne, jak zawarcie przez jej męża paktu z diabłem? Trudno się dziwić Rosemary, że to fantastyczne podejrzenie zrodziło się w jej umyśle tak późno... Poza tym - w końcu nie wiemy nawet, czy obserwujemy autentyczne wydarzenia, czy tylko walkę Rosemary z jej szaleństwem. W tym świetle wszystko nabiera sensu.

Podstawowy mój zarzut jednak dotyczy czego innego. Ponoć klasyk horroru, a nie straszy. Od początku wyczuwa się podczas czytania lekki niepokój, jeszcze nie strach, ale rośnie apetyt na coś więcej, może już niedługo, może na ostatniej stronie... I przychodzi zakończenie, które wcale nie jest straszne, a groteskowe. Odziera tę opowieść z całej tajemnicy, mroku, grozy budowanych przez kilkaset stron. Ucieleśnia to, co powinno pozostać nie ucieleśnione. Jeśli chodzi o grozę, zwykle bardziej działają na mnie obrazy, niż słowa, dużo jednak zależy od jakości tych obrazów. I tym razem, paradoksalnie, to oszczędność w obrazowaniu zadecydowała o wyższości zakończenia w filmie Polańskiego nad zakończeniem w książce Levina. To, co zobaczyła Rosemary w kołysce, w filmowej wersji pojawia się tylko jako migawka, tymczasem autor książki nie szczędzi szczegółowego opisu wyglądu niemowlęcia, i to jakiego opisu - ogonek, różki, małe, perłowe szponki?! Mnie to bawiło. I tyle.

***
I. Levin, Dziecko Rosemary, wyd. Rebis, Poznań 2007.

środa, 6 kwietnia 2011

O kupowaniu snów i demonicznych dziewczynkach - "Miriam", Truman Capote

W twórczości Trumana Capote'a da się ponoć wyróżnić dwa główne etapy. Z tego drugiego, bardziej realistycznego, związanego z Nowym Jorkiem pochodzi między innymi słynne Śniadanie u Tiffany'ego, które kiedyś czytałam i które było do tej pory moim jedynym spotkaniem z twórczością tego pisarza. Teraz - za sprawą tego zbiorku czterech opowiadań z tomu Tree of night and other stories - miałam okazję poznać ten pierwszy, młodzieńczy (tytułowe opowiadanie, Miriam, wyszło spod pióra początkującego, osiemnastoletniego pisarza) okres i stwierdzić, na czym polega różnica. A różnica jest, i to diametralna.


Jeśli miałabym te opowiadania opisać jednym słowem, powiedziałabym "niepokojące". Nic tu nie jest takie, jak byśmy się spodziewali, postaci nagle wyłaniają się z mroku i równie nagle znikają, nie wiadomo, kto jest kim, nie wiadomo nawet, co jest prawdziwe, a co stanowi tylko iluzję. Co ciekawe, często to, czego autentyczność staje ostatecznie pod znakiem zapytania, odmalowane zostaje z największą pieczołowitością - na przykład postać Miriam, dziewczynki-widma z tytułowego opowiadania, zostaje opisana w najmniejszych szczegółach i bez trudu można ją sobie wyobrazić z jej białymi, długimi włosami, piwnymi oczętami, w śliwkowym płaszczyku lub białej, jedwabnej sukience. Oczyma wyobraźni widzimy, jak niedbale bawi się złotym łańcuszkiem albo pochłania kanapki z dżemem, jej istnienie zdaje się bardziej nawet namacalne, niż innych bohaterów - a jednak to ona przychodzi znikąd i rozpływa się w powietrzu.

Zbiór otwiera utwór Pan Bida o młodej dziewczynie, która niedawno przeprowadziła się do Nowego Jorku, nie do końca jednak potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji, w wielkim mieście, w obcym mieszkaniu. Przypadkiem dowiaduje się o człowieku, który kupuje od ludzi sny. Zaintrygowana, idzie tam, aby wrócić później jeszcze wiele razy. Nie chodzi nawet o pieniądze. To tajemnicza postać pana Revercomba, pana Bidy, działa tak hipnotyzująco, że zbyt długo nie składając mu wizyty, dziewczyna zachowuje się jak uzależniony, któremu odstawiono używkę. Kim jest pan Bida, jaki jest jego cel? O'Reilly mówi:
Wszystkie matki opowiadają o nim dzieciom; mieszka w wypróchniałych drzewach, zakrada się w nocy przez komin, czai się na cmentarzach, tupie na strychach. Kradnie, sukinsyn, i wiecznie czyha na człowieka. Zabierze ci wszystko, co masz, nie zostawi nic, nawet ostatniego snu. Tfu!
Mniej mroczne, ale równie niepokojące jest opowiadanie Dzieci w dniu urodzin. Osią tego utworu jest postać panny Bobbit, dwunastoletniej dziewczynki, która sprawia raczej wrażenie dorosłej kobiety skrępowanej jedynie ciałem dziecka. Panna Bobbit jest zawsze nienagannie ubrana, umalowana, mówi językiem eleganckim i dojrzałym, jest świetną tancerką, ma głowę do interesów i nie potrzebuje edukacji - odprawia z kwitkiem samego dyrektora szkoły, gdy ten przychodzi, by wyjaśnić sytuację. Sprawia wrażenie istoty nie z tego świata; sama zresztą mówi:
Nie żebym tutaj naprawdę przebywała, wcale nie; myślą jestem zawsze gdzieś indziej, gdzie wszystko jest ładne jak dzieci w dniu urodzenia.
Jak się ostatnio dowiedziałam, Capote pochodził z Południa i bardzo dobrze znał atmosferę małego miasteczka - tutaj to czuć. Sceneria bezustannie przywodziła mi na myśl Carson McCullers i jej Serce to samotny myśliwy.


Cechy dziewczynki rozwiniętej ponad wiek ma też mała bohaterka opowiadania Miriam, o której pisałam na początku. Niespodziewanie wkracza ona w stateczne życie samotnej wdowy, swojej imienniczki, pani Miriam Miller. Kobieta jest w rozdarciu między oczarowaniem dziewczynką a strachem przed nią; z myślą o małej Miriam kupuje prawdziwe róże, ciastka z migdałami i kandyzowane wiśnie, chociaż jak ognia boi się uporczywego pukania do drzwi, zwiastującego nadejście dziecka. I znów się nasuwa pytanie - kim jest ta niezwykła istota, czy to jedynie projekcja wyobraźni, czego próbuje nauczyć panią Miller? Czy ma jej pokazać, że jej życie jest imitacją, podobnie jak sztuczne róże w wazonie, którymi przystraja swoje mieszkanie? Czy fakt, że kobieta boi się Miriam, a jednocześnie w pewien sposób na nią czeka, świadczy o tym, że zdaje sobie sprawę z jałowości swojego życia, ale stara się wyprzeć tę myśl ze swojej świadomości?

Jeszcze większą grozę budzi Drzewo nocy, którego akcja toczy się w nocnym pociągu. Dziewiętnastoletnia Kay, wracająca z pogrzebu wujka, dzieli przedział z dziwacznym małżeństwem - głuchoniemym mężczyzną i jego żoną, pociągającą dżin z butelki i apodyktycznie częstującą trunkiem nową towarzyszkę podróży. Kobieta opowiada Kay, że wędrują wraz z mężem po okolicznych miastach, pokazując swój popisowy numer - grzebanie żywcem, przy czym rola pogrzebanego przypada zawsze głuchoniememu. Ta para to kolejne przypadki tajemniczych istot nie z tego świata - kobieta zdaje się wiedzieć więcej, niż zwykły śmiertelnik, wręcz czyta w myślach Kay, i szybko wciąga ją w ich mroczną grę.

Praktycznie wszystkie zakończenia przynosiły galopadę myśli, pytań było wiele, odpowiedzi zaś - jak na lekarstwo. Czytelnik, pozbawiony punktów oparcia, zostaje z mętlikiem w głowie, na tym chyba jednak polega wielkość tych opowiadań. Do wielkości tej swoje trzy grosze dorzuca też styl - barwny, plastyczny, choć prosty, co sprawia, że czyta się bardzo lekko. Polecam więc. Ja jestem zaintrygowana i na tym mojej przygody z Capote'm na pewno nie zakończę.

***
Cytaty: T. Capote, Miriam, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1979.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Nowy Archipelag


Z wielką przyjemnością informuję, że nowy numer Archipelagu jest już do ściągnięcia ze strony magazynu. Motywem przewodnim jest tym razem przemijanie. W związku z tym znajdziecie tu teksty o dwóch wielkich pisarzach zmarłych w ubiegłym roku - Salingerze i Saramago, o czasie według Borgesa, o Gdańsku i Wrocławiu sprzed lat, o przemijaniu w literaturze japońskiej, a także - tutaj subtelna autoreklama - o dzieciństwie i jego końcu w utworach Brunona Schulza, Virginii Woolf, Bohumila Hrabala, Barbary Kosmowskiej i Czesława Miłosza. Prócz tego oczywiście mnóstwo ciekawych artykułów w ramach stałych rubryk, recenzje, wywiady. Miłej lektury!

niedziela, 3 kwietnia 2011

O chochlikach i kobietach demonicznych - "Francuskie opowiadania o miłości - XIX w."

O ile po styczności z utworami Stendhala, Hugo, Flauberta i Prousta doszłam do wniosku, że lubię XIX-wieczną literaturę francuską, o tyle lektura tego zbioru opowiadań tylko to potwierdziła. Nikt chyba tak subtelnie i elegancko nie potrafi ujmować świata w słowa, jak Francuzi, zwłaszcza jeśli mają do czynienia tak wdzięcznym tematem jak miłość.

W zestawieniu tym znajduje się dwanaście opowiadań różnych autorów - bardziej znanych, jak Balzac, Guy de Maupassant czy Stendhal - oraz znanych mniej (a przynajmniej ja z niektórymi z tych nazwisk spotkałam się po raz pierwszy). Każde przedstawia miłość w nieco innym świetle, niektóre są lekkie i dowcipne, niektóre przesiąknięte dramatyzmem, wiele z nich posiada elementy fantastyczne, łączy je jednak to delikatne ujęcie tematu, wręcz pieszczenie się z nim, finezja zarówno w opisach uczuć, jak i elementach humorystycznych, oraz cień bajkowości - na czele z utrzymanym całkowicie w baśniowej konwencji Trilby'm. Włoska księżniczka opiekująca się rannym nieznajomym, dzielny książę porywający się na podróż do Wersalu, by błagać samego króla o łaskę poślubienia ukochanej, mityczna Omfala zstępująca nocą z tapiserii, by nawiedzać śpiącego w pokoju pięknego młodzieńca... W niektórych opowiadaniach atmosfera jest gęsta od grozy przywodzącej na myśl utwory Edgara Allana Poe'go (i ponoć nawet jedno z opowiadań, Wera, mogło być inspirowane jego Ligeją). No i - wisienka na torcie - jak na Francuzów przystało, większość historii przesycona jest subtelnym erotyzmem i choć autorka posłowia pisze, że „zamieszczone w niniejszym tomie opowiadania nie zadowolą ciekawskich tropicieli literackiej erotyki”, to i owi tropiciele tak zupełnie zawiedzeni być nie powinni. (Zmysłowość ta bywa bardzo intensywna - dwie spośród bohaterek umierają z rozkoszy w trakcie miłosnych uniesień).

Charles Nodier
Nie będę przywoływać tu wszystkich opowiadań, jednak zależy mi, by w kilku słowach opisać te, które najbardziej zapadły mi w pamięć i w serce. Pierwsze, które mnie oczarowało, to wspomniany Trilby albo Chochlik z Argyle Charlesa Nodiera. Autor nawiązuje tu do starych legend o chochlikach zamieszkujących niektóre domostwa. Nie wszystkie chochliki są złe i złośliwe - uczynnym i pomocnym przedstawicielem tego rodu jest choćby tytułowy Trilby, jednak jego życzliwość nie jest bezinteresowna. Zakochał się bowiem w przewoźniczce Jeannie, żonie rybaka Dougala, i to z miłości darzy tę rodzinę powodzeniem. Kobieta, zmartwiona czułymi wyznaniami chochlika, zwierza się w końcu mężowi, ten zaś sprowadza mnicha Ronalda, który egzorcyzmami wypędza duszka. Od tej pory Jeannie żyje dręczona wyrzutami sumienia, dopiero po utracie Trilby'ego zdając sobie sprawę, jak był jej drogi... Spisana soczystymi zdaniami wijącymi się jak rzeka piękna opowieść w typie pieśni nuconych przez wędrownych bardów.

Stendhal
Vanina Vanini Stendhala to z kolei opowieść, której akcja toczy się we Włoszech (zauważyłam, że wydarzenia opisane w tych tak francuskich z charakteru opowiadaniach przeważnie wcale nie mają miejsca we Francji), o młodej kobiecie, której ojciec ukrywa w ich domu rannego podczas ucieczki z aresztu członka bractwa karbonariuszy. Zafascynowani sobą nawzajem młodzi wkrótce się zakochują, jednak szanse na spokojny związek póki co są nikłe; Misirilli, wciąż poszukiwany, nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dla niego ważniejsze - spokojny żywot przy boku ukochanej, czy burzliwa walka o wyzwolenie ojczyzny. Vanina jest kobietą zakochaną do szaleństwa - by zatrzymać wybranka przy sobie, gotowa jest dopuścić się największych zbrodni... Początek bajkowy, zakończenie przewrotne - z gorzką refleksją, że jednak miłość nie wszystko usprawiedliwia.

Prosper Mérimée
W zbiorku tym znalazła się także Carmen Prospera Mérimée - nowela, na podstawie której powstała później słynna opera Bizeta. Narrator, którego nazwisko nie pada w utworze, poznaje w czasie podróży po Hiszpanii tajemniczego człowieka. Nie zważając na przestrogi swego przewodnika, który w nieznajomym poznaje groźnego przestępcę, zaprzyjaźnia się z nim. Ich drogi się rozchodzą, by skrzyżować się niedługo później w Kordobie za sprawą pięknej Cyganki. Gdy spotykają się po raz trzeci, José Navarro, tajemniczy rozbójnik, jest już skazany na śmierć - zza więziennych krat opowiada narratorowi historię swego życia, w którym króluje owa młoda Cyganka, Carmen, zło wcielone, istota swawolna, kapryśna i nade wszystko ceniąca wolność. To ona niczym demon opętała José, sprowadziła na drogę rozboju, uzależniła od siebie i w końcu doprowadziła do zguby. Niesamowita, hipnotyzująca wręcz, epicka opowieść.

Guy de Maupassant
Spore wrażenie zrobił na mnie i Guy de Maupassant ze swoimi dwiema króciutkimi historyjkami. Jedyna miłość to opowiadanie w opowiadaniu (jak zresztą większość z utworów w tym zbiorze) - w czasie salonowej dyskusji na temat, czy istnieje miłość na całe życie, jeden z uczestników, lekarz, przywołuje dziwnie brzmiącą wśród eleganckich sukien i oparów perfum historię biednej dziewczyny z rodziny wędrownych naprawiaczy krzeseł, która jeszcze jako dziecko zakochała się w synu aptekarza, rozpieszczonym, chciwym wieprzku, i, nieświadoma wad lubego, widząc w nim ucieleśnienie piękna i dobra, trwa w swym oddaniu aż do śmierci, z dala od obiektu swych uczuć, wiedząc, że na nic nie może liczyć. Wiosenny wieczór zaś nasycony jest tęsknotą za młodością, która przeminęła, miłością własną, która nigdy nie została zaspokojona, potrzebą uczuć, na którą nikt nigdy nie zwrócił uwagi. Obydwa utwory, choć tak proste i pozbawione stylistycznych ozdobników, wyciskają łzy z oczu.

Jules Barbey d'Aurevilly
Na koniec wspomnę jeszcze o Karmazynowej zasłonie Julesa Barbey d'Aurevilly, najbardziej mrocznym opowiadaniu z tego zbioru. Podczas podróży dyliżansem wicehrabia de Brassard - oficer, dandys i kobieciarz, amator hulanek, który „pił jak Polak”, na widok znajomego sobie okna w domu, gdzie niegdyś mieszkał, zdradza towarzyszowi niezwykłą historię swej pierwszej miłości. W tym właśnie domu, gdy stacjonował w owym miasteczku jako siedemnastoletni żołnierz zaraz po szkole wojskowej, poznał demoniczną Albertynę, córkę ludzi, od których wynajmował pokój. Gorące uczucie, jakie rodzi się między nim a dziewczyną, tajemniczą i małomówną, sprawia, że Albertyna zaczyna co noc wymykać się ze swej sypialni i przechodząc obok łóżka śpiących rodziców na palcach przekrada się do ukochanego. Taki stan rzeczy nie może trwać, jednak finał tej historii jest bardziej upiorny, niż się można spodziewać...

Nie jest absolutnie tak, że te opowiadania, które wymieniłam, wybijają się poziomem. Spośród pozostałych wiele w sposób mistrzowski opowiada o uczuciowych intrygach wyższych sfer - jak choćby Adelajda Artura de Gobineau, w którym to utworze autor rysuje złożoną relację między matką a córką, nienawiść, która je wiąże silniej niż miłość, walkę o jednego mężczyznę, który, mdły i dający się i jednej, i drugiej kształtować jak plastelina, tak naprawdę staje się tylko narzędziem. Obraz francuskiej arystokracji, wyłaniający się z tych opowiadań, jest jak zwykle nieco zatrważający - próżność, zepsucie, zgnilizna moralna - warto jednak poznać ten świat, choćby i dlatego, że jest tak egzotyczny i inny niż ten, który znamy.

Moim zdaniem tak naprawdę każde opowiadanie z tego zbioru jest niezwykłe. I nie ma tu utworów kiepskich. Polecam więc bez zastanowienia.

P.S. A Proust? Proust jest nadal cudowny, subtelny do szaleństwa, ale właśnie dlatego nie chcę mu ofiarować jakichś wyświechtanych, przybrudzonych niespokojnymi myślami o wiszących mi nad głową obowiązkach strzępków wolnego czasu. Sięgam po niego tylko w te nieliczne, słoneczne popołudnia, kiedy jestem sama i w ciszy absolutnej - idzie mi więc bardzo powoli, kończę dopiero drugi tom, W cieniu zakwitających dziewcząt. Niewykluczone, że dane mi będzie wraz z mistrzem Proustem odnaleźć utracony czas dopiero w okolicach lipca-sierpnia. Na pewno jednak w odpowiednim czasie zdam relację.

***
Francuskie opowiadania o miłości - XIX w., Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006.