niedziela, 31 marca 2013

Taka piękna makabra – „Kacica”, Pavel Kohout

Określenie „kacica” – kobieta-kat – przywodzi na myśl pełnego demonicznego uroku wampa, istotę równie bezwzględną co piękną i inteligentną. Kacica-kocica. Świadoma swej siły i równocześnie kobiecości, zmysłowa, buchająca erotyzmem.

Pavel Kohout kpi sobie z prostych skojarzeń. Zamiast drapieżnego stworzenia proponuje nam w tej roli złotowłose dziewczątko, które ledwie odrosło od ziemi i wygląda bardziej na niewinną pasterkę niż na morderczynię. Śliczne jak z obrazka i bardzo zmysłowe, ale zupełnie tego uroku nieświadome, a do tego – a przynajmniej wszystko na to wskazuje – najzwyczajniej w świecie tępe.

Dziewczątko to, Lizinka Tachecí, ma szesnaście lat i ku rozpaczy jej matki i konsternacji ojca nie dostaje się ani do liceum dramatycznego (bo jest zbyt zamknięta w sobie), ani do gimnazjum klasycznego (bo jest zbyt ładna). Jedyną nadzieją na zdobycie fachu okazuje się dla niej ŚRESZKUK – dopiero co powołana do życia szkoła katowska profesora Vlka. Po śpiewająco zdanym egzaminie wstępnym pomysłodawca i dyrektor placówki przyjmuje Lizinkę z otwartymi ramionami, wierząc głęboko, że pierwsza na świecie w pełni wykwalifikowana kobieta-kat stanie się ozdobą jego szkoły.

I ozdobą staje się w istocie. Prócz tego jednak, promieniując ledwie rozbudzoną, dziewczęcą seksualnością, doprowadza do szaleństwa i zguby kolejnych rozgrzanych do czerwoności amantów. Trwa pośrodku tego towarzyskiego galimatiasu kompletnie niewzruszona, jak gdyby nie zdając sobie sprawy, że jest przyczyną otaczających ją nieszczęść.

W tej historii króluje cielesność, która ma mnóstwo różnych obliczy – jest równocześnie uwznioślająca i ohydna, jak w wierszach Baudelaire'a i polskich turpistów. Makabra śmierci ściśle splata się tu z gorączką miłosnego aktu, do którego egzekucja zostaje wprost porównana. Krew miesiączkowa miesza się z krwią ściekającą z katowskiego topora, zapach rozkoszy i potu łączy się z odorem fekaliów i strachu skazańca.

Ale jak pięknie, z jakim kunsztem autor potrafi pisać i o jednym i o drugim, jakie soczyste metafory buduje! Nieraz mamy tu do czynienia z czymś na granicy literackiego porno lub opisem prawdziwego bestialstwa, ale czyta się to z wypiekami na twarzy, bez cienia niesmaku. Każde zbliżenie do jednej z tych tajemnic, do miłości lub do śmierci, jest istną symfonią zmysłów.
Przytknął masywną lufę dziewiątki pod nasadę nosa, ażeby ulać tego parszywego oleju zdrady, i odpalił. Ujrzał jeszcze, jak między niebieskowodnistymi oczami otwiera się trzecie, niemal bycze oko, po czym zalał go oczyszczający gejzer białej kaszy: niczym para uchodziło z łobuza nagromadzone w nim zło. Mój Pierwszy! – pomyślał. Oblizał wargi, ażeby na zawsze zapamiętać również ten smak. Był mdły, a przede wszystkim obrzydliwszy od smaku mózgu cielęcego, ale zaraz po połknięciu odniósł wrażenie, że jak w baśni rozumie mowę zwierząt i ptaków. Tak go to podekscytowało, że ponownie oblizał wargi. Zdumiał się, że na języku rozpływa mu się pikantnie aromatyczny smak, który przewyższał wszelkie rarytasy (s.259).
W niektórych momentach Kohout wchodzi wręcz w taneczny rytm, lawiruje między słowami z wprawą mistrza, po to tylko, by zakończyć rozdział ciachnięciem w połowie zdania na wzór topora spadającego na szyję skazańca. Wywiera to efekt czytelniczej czkawki i jest na dłuższą metę drażniące, podobnie jak jego swobodne skakanie w czasie i przestrzeni, wprawiające nieraz czytelnika w stan najwyższej dezorientacji.

Zaraz potem jednak autor funduje nam jeden ze wspaniałych monologów o historii rzemiosła katowskiego i wszystkie winy zostają mu wybaczone. Opisy tortur średniowiecznych czy opowieści w stylu historii nieszczęsnej księżniczki Romildy wbitej na pal za nieokiełznaną żądzę, oparte w pełni, według zapewnień samego Kohouta [1], na źródłach historycznych, to mocny argument za tym, aby tę książkę przeczytać. Równie mocnym jest nagromadzenie rozkosznych absurdów z wieńczącym całą powieść obrazem królewskiego posiłku w postaci prosięcia upieczonego na krześle elektrycznym.

Pavel Kohout (Wikimedia Commons)
Nie mogło zabraknąć i wątków politycznych, obecnych, jak deklaruje autor, we wszystkich jego książkach (sam był jednym z najaktywniejszych uczestników Praskiej Wiosny, co skończyło się dla niego zakazem publikacji; niezrażony, kontynuował walkę z komunizmem wydając swe utwory w samizdacie [2]). Tutaj wprowadzone zostają poprzez przywołanie przeszłości Vlka i docenta Šimsy i ujawniają, kim naprawdę są ci z pozoru światli bohaterowie. O ile na samym początku powieści czytelnik nie otrzymuje żadnych wskazówek, jak ocenić powinien te enigmatyczne osobistości, o tyle im więcej o nich wiadomo, tym bardziej stają się karykaturalni. Ci, którzy postrzegani mają być jako najsilniejsi i najbardziej bezwzględni, okazują się zwykłymi sprzedawczykami, dającymi sobą manipulować jak dzieci. Mimo że z taką lubością zadają ból, boją się go bardziej niż ktokolwiek inny, i kończąc tę lekturę nie sposób już nie patrzeć na nich (a więc i na komunistycznych sługusów, których są przecież figurą) z pogardą.

A Lizinka? Ta chodząca zagadka, niewzruszony anioł, który w ciągu całej akcji wymawia może z dziesięć słów, jest po prostu pozbawioną wszelkiej myśli wydmuszką. Morduje lekką ręką, bo brak jej uczuć i myśli, które by jej w tym przeszkodziły. Ot, cała filozofia, jeśli o państwa katów chodzi.

Na deser dorzucam ciekawostkę z naszego podwórka – na dowód, że idea szkoły katowskiej oddziaływała na ludzką wyobraźnię od dawna, i pan Kohout wcale nie ma monopolu na ten pomysł. :)

***
P. Kohout, Kacica, wyd. MUZA, Warszawa 1995.

Źródła:
[1] http://kultura.dziennik.pl/artykuly/72828,kohout-zdradzilem-komunizm.html
[2] http://pl.wikipedia.org/wiki/Pavel_Kohout

wtorek, 26 marca 2013

Jasna gwiazdo, o, gdybym mógł tak nieprzerwanie...


Poezja Johna Keatsa nie oczarowuje z miejsca. Sięgając po nią pod wpływem klimatu Jaśniejszej od gwiazd, malowniczego filmu Jane Campion, można się srodze rozczarować. Bo zamiast miłosnej magii staje się oko w oko z ciężką klasyką, z tą pozłacaną, szkolną wręcz odsłoną liryki. Trochę jak ze szlachetnym trunkiem, który w pierwszej chwili jest gorzki i niezbyt nam smakuje, dopiero gdy zacznie rozpływać się na języku i uwalniać swe aromaty, doceniamy jego wartość. I ja w końcu się przekonałam, ale nie było gromu z jasnego nieba i zakochania od pierwszego wersu.

Wrażenie robi fakt, że Keats dożył zaledwie dwudziestu pięciu lat (dokładnie tylu, ile ja mam obecnie, ruszyło mnie to więc tym bardziej). Przez długi czas dławiła go zmora tamtych czasów – gruźlica. Łatwo byłoby mu w tej sytuacji pogrążyć się w poczuciu bezsensu, ale nie poszedł tą ścieżką. Patrzył na świat, swoje otoczenie i samego siebie okiem badacza, w śmierci widział przyjaciółkę i kochankę, dzięki której mógł zobaczyć wszystko dokładnie pod takim kątem, by dostrzec piękno. Pisze o tym E.G. Wilson [1]:
Nigdy nie popadł w użalanie się nad sobą czy niepohamowaną rozpacz. Przeciwnie, konsekwentnie przekształcał otaczający go mrok, wyrastający przede wszystkim z jego doświadczeń ze śmiercią, w życiodajne źródło piękna. Świat jest wspaniały, często powtarzał, ponieważ wszystko w nim przemija. Porcelanowa róża nie jest tak piękna, jak ta, która marnieje. Melancholia jest postawą najwłaściwszą wobec przemijającego czasu, jeśli pragnie się dostrzec piękno.
Keats zrozumiał, że cierpienie i śmierć to nie aberracje, które powinny zostać obłożone klątwą, ale niezbędne części pełnowymiarowego życia, osobistej historii, na którą składają się liczne skrajności kosmosu. Wyrzekając się klęsk i śmierci godzimy się na życie niepełne, pozbawione kreatywności i piękna. Keats przyjął swoją śmierć, a więc mógł żyć.
Na potwierdzenie – słowa samego Keatsa z Ody do melancholii (wszystkie cytowane przeze mnie wiersze w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka):
Melancholia jest tam, gdzie Piękno – które ginie;
   Gdzie Radość – która wiecznie znak od ust przesyła
Pożegnalny; gdzie Rozkosz – tak bliska Ruinie – 
   Trucizną czyni nektar, nim pszczoła go spiła.
Równocześnie jednak – słodki paradoks! – właśnie to przemijające piękno jest najbardziej trwałe. Jak w Odzie do słowika: ptak śpiewa tylko przez chwilę, ale jego głos jest tym samym głosem, który cieszył uszy starożytnych:
Nieśmiertelny mój Ptaku – wieczność jest twym losem! 
   W marszu głodnych pokoleń niczyja cię stopa 
Nie zdepcze. Przed tysiącem lat tym samym głosem 
   Urzekałeś cesarza i prostego chłopa: 
Tą samą piosnką, którą dzisiaj w nocy słyszę, 
   Wnikałeś może w serce Ruth, pełne tęsknoty
      Za domem, kiedy stała wśród obcego zboża;
         Ten śpiew wyczarowywał nisze 
   Spokoju w burzy, kiedy rejs baśniowej floty 
      Niósł ją ku niedostępnym lądom poprzez morza.
Nie znaczy to, że poeta był zupełnie wolny od chwil zwątpienia. Przeciwnie, choćby w wierszu Kiedy dręczą mnie lęki, że istnieć przestanę zwierza się ze strachu przed przedwczesnym końcem, który udaremni mu spełnienie w sztuce i miłości. Więcej jednak w tym strachu filozoficznej zadumy niż rozpaczy.

Wreszcie – jest i to, na co najbardziej czekałam, czyli liryka miłosna. I ona za to, mam wrażenie, kipi wręcz rozpaczą i desperacją. O wiele więcej tu emocji niż w wierszach o śmierci i niespełnieniu. Stoicki w obliczu choroby, cierpliwie przekuwający fizyczne cierpienie w opowieści o pięknie, Keats jest bezbronny jak dziecko u stóp ubóstwianej Fanny Brawne. I jak dziecko miota się, żebrząc o wzajemność, błagając o litość. (Pamiętacie sonet Morsztyna Do trupa? Dręczony miłosną gorączką Keats natychmiast przywodzi mi na myśl ten właśnie utwór).
O, bądź moja bez reszty – cała – cała należ 
   Do mnie! Całą postacią, urokiem, słodyczą 
Ust całowanych, dłońmi, cudem oczu – ależ 
   Nie przecz! – tej piersi bielą ciepłą i dziewiczą, 
Całą sobą – swą duszą – zmiłuj się, bo pali 
   Mnie pragnienie – a jeśli zatrzymasz choć atom, 
Umrę (…)
Litości – zmiłowania – miłości!
 – Tak, właśnie

W przeciwieństwie do tych rozpaczliwych wersów słynna Bright Star to już spokojne, piękne i smutne wyznanie. Wyznanie człowieka świadomego, że stoi nad grobem, przywołującego jednak po raz ostatni wspomnienie bliskości ukochanej. Żegnającego się z nią.
(...) 
   Trwać jak teraz, skroń tuląc do piersi dziewczęcej, 
Czuć bez końca, jak oddech unosi ją sennie, 
   Na sen nie tracić odtąd ani chwili więcej 
I wciąż, wciąż słyszeć równy puls serca w tej piersi, 
I żyć tak wiecznie – albo zapaść w wieczność śmierci.
Jasna Gwiazdo

Abbie Cornish i Ben Whishaw jako Fanny Brawne i John Keats
(Jaśniejsza od gwiazd, reż. Jane Campion)

*** 
J. Keats, 33 wiersze, wybór, przekład, wstęp i opracowanie S. Barańczak, wyd. Znak, Kraków 1997.

Źródła:
[1] E. G. Wilson, O melancholii, śmierci i bogactwie życia (tłum. Andrzej Szwatoński) [http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,2113]

wtorek, 19 marca 2013

Wiosna, Halina Kiepska, podróże i fejsbuk

W przerwie od czytania i recenzowania – kilka ogłoszeń i informacji. Wszystkie dobre, ale zacznę od tej, która raduje me serce najbardziej. Otóż mój blog wyświetlono już 50 000 razy i z tej okazji wszystkim odwiedzającym, czytającym, komentującym i milcząco obecnym wręczam w podziękowaniu bukiecik wiosennych kwiatów (na przekór zimie, kiedyś przecież musi się skończyć). Stałym bywalcom i tym, którzy trafiają przypadkiem (a takich jest ostatnio sporo) – uwielbiam myśl, że na moich tekstach ktoś skorzystał i może pomogły mu znaleźć to, czego szukał. To naprawdę fajna, motywująca do działania myśl!

Oczywiście zdarza się, że zbłąkani internauci trafiają do mojego blogowego kłębka po nitce dość oryginalnych haseł wpisywanych w wyszukiwarce... Tradycję przytaczania tych osobliwych znalezisk zapoczątkowała Lirael, i ja za jej przykładem też podzielę się kilkoma swoimi ulubionymi. Po odfiltrowaniu tych najbardziej obscenicznych (to naprawdę ciekawe, czemu kierują różnych desperatów akurat do mnie – Literackie skarby wylęgarnią sprośnych treści?) zostały mi takie enigmatyczne perełki:

kot robi lepką kupę
halina kiepska nago
moj drogi skarbie o jednym garbie

Druga informacja jest taka, że powstał fanpage Literackich skarbów na Facebooku. Póki co niewiele się tam dzieje, bo śledzących skromna garstka i bardziej na zasadzie „mama siostra szwagier”, ale jeśli chcielibyście otrzymywać na bieżąco informacje o postach i ewentualnie zobaczyć, co tam czasem naskrobię lub czym się podzielę, będzie mi bardzo miło. I będę mieć motywację, żeby bardziej dziarsko się tą stroną zająć.

Trzecia informacja to mój blog podróżniczy, który obiecywałam już dobre kilka tygodni temu. I co prawda te kilka tygodni temu powstał, ale chciałam go najpierw zapełnić treścią, zanim się nim pochwalę. Wciąż tej treści nie ma tyle, ile sobie planowałam, ciągle jeszcze porządkuję wspomnienia z Finlandii, ale powiedzmy że coś już jest, zdjęcia można obejrzeć i poczytać o naszych przygodach również. A w przyszłości, mam nadzieję, przybędzie tam relacji z innych eskapad i wycieczek.

Fot. Jirkaa (stockfreeimages.com)

niedziela, 17 marca 2013

Moralna nędza, emocjonalny chaos – „Single”, Meredith Goldstein

Muszę stwierdzić, że jeśli ta książka jest obrazem współczesnego pokolenia 30-latków, choćby w odległej Ameryce, to jestem przerażona. A wygląda tak niewinnie – ot, skoncentrowana wokół wesela jednej z bohaterek słodka powiastka o ożywianiu studenckich wspomnień i kojarzeniu się w pary, z perturbacjami, z kilkoma pijackimi wygłupami, jak to na weselach bywa, ale ostatecznie zmierzająca do jednoznacznie szczęśliwego zakończenia. Tymczasem zamiast odprężającej historyjki dostałam mocno stresującą opowieść o emocjonalnych popaprańcach, którzy leczą się z depresji przygodnym seksem albo przenoszą uczucia z kobiet na swoje zwierzęta lub swoje matki.

Początek nie był taki zły. Czytało się lekko i przyjemnie, klimat wspomnień z czasów studenckich przypominał mi moje pierwsze lata na studiach, do których wracam z dużym sentymentem. Sieć skomplikowanych powiązań między bohaterami i dowcipny charakter ich relacji przypominały mi nieco familiarny nastrój serialu Przyjaciele, a te zagubione, dobrze usytuowane ale zarażone wirusem naszych czasów – problemami z zaangażowaniem – jednostki przywodziły mi z kolei na myśl całkiem niezły film o współczesnych karierowiczach, W doborowym towarzystwie. I gdyby na tym się skończyło – lekka refleksja o naszych czasach, niezaangażowani w końcu się angażują „i żyli długo i szczęśliwie” nie miałabym nic do zarzucenia. Nic ambitnego, ot lekka lektura na odprężenie.

Wszystko zaczęło zgrzytać, kiedy odurzona wciśniętą jej przez życzliwą koleżankę amfetaminą druhna zaczęła pląsać po parkiecie i obcałowywać się z drużbami, a inna z kluczowych bohaterek odbyła radosny stosunek z bratem pana młodego, który kilka pięter niżej zostawił tylko na chwilę swoją dziewczynę.

Konserwatywne ze mnie dziewczę. Jeśli jestem świadkiem literackiej sceny, w której dwójka wiarołomnych zostaje przyłapana na bezwstydnym bara-bara, to oczekuję sprawiedliwej awantury, siarczystych policzków albo chociaż milczącej nagany, tymczasem tutaj wszystko zupełnie rozchodzi się po kościach. Panna młoda nie wydaje się ani trochę zniesmaczona czy urażona miłosnym aktem swojej przyjaciółki i świeżo upieczonego szwagra, partnerka bawidamka o niczym się nie dowiaduje, a ochoczo rzucającej się w ramiona obcych facetów bohaterce autorka oszczędza nawet kary w postaci wyrzutów sumienia – przeciwnie, zdaje się sugerować, że wybryk ten był dokładnie tym, co potrzebne było dziewczynie żeby pozbyć się psychicznych problemów ze samą sobą.

Zupełnie nie mój świat, nie moja bajka. Może duchem wcale nie jestem młodą kobietą w wieku dobiegającym do liczby wiosen tytułowych singli, a zgorzkniałą staruszką zamkniętą w czasach sztywnych konwenansów. A może po prostu nie zrozumiałam, może Meredith Goldstein właśnie w sposób supersubtelny daje do zrozumienia coś zupełnie przeciwnego temu, co mi się wydaje. Mam wątpliwości. I mimo wszystko pozostał mi niesmak.

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu M.
***
M. Goldstein, Single, Wydawnictwo M, Kraków 2012.

wtorek, 12 marca 2013

Świnki, Kafka i komuniści – „Świnki morskie”, Ludvík Vaculík

Ludvík Vaculík to pisarz, który złotymi literami zapisał się w historii czeskiej literatury XX-wiecznej. Był twórcą sławnego manifestu Dwa tysiące słów, który w prosty sposób tłumaczył społeczeństwu sens reform Praskiej Wiosny. Po inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację otwarcie przeciwstawiał się normalizacji i był współtwórcą Karty 77.

Zdecydowałam się na wstępie nakreślić sylwetkę autora, bo mimo że w Czechach jest doskonale rozpoznawany, w Polsce mało kto o nim słyszał. Dlaczego? Pierwsza i jedyna jak do tej pory jego książka przetłumaczona na język polski (właśnie Świnki morskie) ukazała się dopiero kilka lat temu. Mirosław Śmigielski, którego dziełem jest ten przekład (i który powołał do życia świetne czasopismo Pan Slawista popularyzujące literaturę zza naszej południowej granicy, niestety chyba już obecnie nieistniejące), tłumaczy to specyficzną, trudną do tłumaczenia czeszczyzną Vaculíka.

Całe szczęście, że determinacja tłumacza doprowadziła do publikacji tego utworu, jest to bowiem doskonałe, niepokojące studium ludzkiej natury ukryte pod niewinnym płaszczykiem „książeczki przyrodniczej” dla młodzieży (co wzmaga jeszcze jego grozę). Zaczyna się niepozornie. Narrator, praski urzędnik bankowy Vaszek, wprowadza czytelnika w opowieść przedstawiając siebie i swą rodzinę – żonę Ewę, nauczycielkę, oraz dwóch synów. Przez kilkanaście stron snuje rodzinną gawędę, po czym w jego rozważaniach pojawiają się pierwsze złowrogie zapowiedzi zbliżających się wydarzeń:
Ten, kto jest na samym dole [struktury socjalnej] jest smutny, ponieważ jest poddany wszystkim, a nikt nie jest poddany jemu. Jeśli jednak ma pod sobą choć jedno stworzenie, jego świat się zmienia. (…) Ten, kto przez cały czas czuł się psem, ma od dnia, kiedy podarowaliśmy mu psa, chwile, w których może coś komuś rozkazać i kogoś skopać. A ponieważ może go nawet zabić, najprawdopodobniej będzie go oszczędzał. Czasem go wprawdzie kopnie... i od razu tego żałuje. Żałuje! Narodził się żal! Współczucie. Moje kochane zwierzątko, jedziemy na jednym wózku, chodź do mnie, grzeczniutkie (s. 12).
Od momentu, gdy w domu Vaszka pojawia się zakupiona w celu rozweselenia młodszego syna pierwsza świnka morska, Albinosek, atmosfera stopniowo gęstnieje. Nawet gdy jeszcze nic złego się nie dzieje, wyczuwa się wyraźne napięcie, pogłębiane przeplatanymi z historią świnek tajemniczymi intrygami w banku, wystąpieniami obłąkanej uczennicy żony Vaszka, Ewy, oraz pojawiającymi się gdzieniegdzie, jakby od niechcenia, językowymi zniekształceniami i znamiennymi „pomyłkami” (Gang Narodowy zamiast Banku Narodowego, lombardowanie nawiązujące do bombardowania, niewyjaśniona świnka bamorska zamiast morskiej itd.). Do tego wisząca nad wszystkim mroczna metafora wielkiego wiru z opowiadania W bezdni Maelströmu Poego – który, nawiasem mówiąc, u Vaculíka jest amerykańskim ekonomistą z pierwszej połowy XIX wieku.

Wkrótce opowieść zmienia się w zapis psychopatycznego znęcania się nad niewinnymi stworzeniami. Vaszek testuje wytrzymałość kolejnych świnek, pojawiających się w jego domu; różnią się – niektóre są z natury bardziej potulne, inne buntownicze. Bardziej zadziorna jednostka postawiona celowo na szklanym stole zaczyna szarżować przed siebie i spada, odnosząc ciężkie obrażenia. Kiedy po kilku dniach umiera, oprawca tłumaczy się sam przed sobą, że był to jej wybór. Gdyby tylko przystała na jego warunki, powstrzymała się od bezsensownego buntu, nie dałby jej spaść.

Vaszek nie traci ani na chwilę świadomości, że świnka jest takim samym żywym stworzeniem jak on, i że ma takie same prawa:
Nie mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego je sprzedają. Kto dał im prawo. Równie dobrze mogliby śwince sprzedać mnie (s. 22).
Jest jednak niewolnikiem swoich żądz, nie może oprzeć się pokusie wykorzystania swej władzy. Ufam sobie – deklaruje, a nie powinien. I dobrotliwa Ewa nie jest wolna od tych mrocznych pragnień – jednym tchem wyraża podziw dla piękna i delikatności świnki i wyznaje, że coś ją zmusza, by włożyć jej palec do oka. Już go nie włożysz, skoro to powiedziałaś – stwierdza Vaszek, sugerując, że sadystyczne pragnienia to coś, co tkwi głęboko w człowieku, ukryte przed spojrzeniami innych, i ujawnia się tylko w mrokach nocy.

Znamienne, że celem tych operacji (prócz sadystycznej przyjemności z obserwacji) jest wzbudzenie w zwierzątkach miłości do siebie. Zdenerwowany ich biernością i nieufnością, bohater stawia je w ekstremalnych sytuacjach, aby je z nich później triumfalnie wybawiać i zasłużyć na wdzięczność. Skutek? Ocierała się o mnie głową, jednocześnie silnie mnie od siebie odpychając (s. 94).

Stopniowo możliwości Vaszka zaczynają go przerażać, pragnie swej władzy równocześnie się jej bojąc. Wszystko zmierza do dramatycznego finału, który jednak niewiele wyjaśnia. Zupełnie tak, jak w życiu – w niewesołej rzeczywistości komunistycznego reżimu (oraz jak w powieściach Kafki, do których porównuje to dzieło Vaculíka Milan Exner) – pytania pozostają bez odpowiedzi, pozostaje tylko milcząca groza tragicznych wydarzeń.

Można tę historię interpretować właśnie tak – jako opowieść o realiach czasów komunizmu i mechanizmach znęcania się przez komunistów nad swymi ofiarami, ale także bardziej uniwersalnie – jako opis mrocznych pragnień drzemiących w człowieku i bezsilności wobec nich. Porównanie do Kafki jest w każdym razie bardzo trafne – to ta sama dusząca, mroczna atmosfera, która jeży włosy na głowie i każe zacząć się podejrzliwie przyglądać swemu otoczeniu. W końcu nigdy nie wiadomo, w kim nagle obudzi się skłonna do eksperymentów bestia.

***
L. Vaculík, Świnki morskie, wyd. Pan Slawista, wyd. DRAMA, Poznań 2008.

Fot. Rox_amar (stockfreeimages.com)

poniedziałek, 4 marca 2013

Kołysz się ze mną, smutne życie – „Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu. Wiersze z lat 1955-1973”, Charles Bukowski

[1]
siedzę nad nimi, mam na sobie tylko majtki
i trzydniową brodę, nalewam sobie piwa i czekam
aż wydarzy się coś literackiego albo symfonicznego
sytuacja na świecie
oglądana z okna na 3 piętrze

Tak sobie wyobrażam Bukowskiego. Człowieka pozbawionego idei (świetlana sprawa / dla której powinienem się poświęcić / czeka zimna na kowadle / kiedy ja / palę, szczę, czytam Geneta / albo komiksy), samotnika i indywidualistę, ratującego się przed rozpaczą obserwowaniem i pisaniem. Pisaniem bez ideologii, pisaniem po prostu, bez poczucia misji i bez sentymentów (większość wierszy wysyłanych wydawcom – i umierających później w czeluściach koszy i redaktorskich biurek – posiadał tylko w tym jednym egzemplarzu), zwykłym „stukaniem na maszynie”.
lubię
przypominać sobie słowa jakie Capote, kolejny zły pisarz
powiedział o mnie: on po prostu stuka na maszynie
czasami nawet źli pisarze mówią prawdę
głosy
Obrzydzenie budzi w nim mu mędrkowanie dzieci chorych od nauk humanistycznych, nadętych intelektualistów, którzy czynią sztuce więcej szkody, niż pożytku. W wierszu mówcy żali się:
to tak jakby świnia poszła do łóżka
z ładną kobietą
i nie miałbyś już na tę kobietę
żadnej ochoty.
Każdy dzień to dla niego tylko czekanie na śmierć, a życie jest w gruncie rzeczy sztuką ignorowania. Piękno to leżenie przez cały dzień w łóżku i oglądanie słońca prześwitującego przez młode listki drzew, bez światłych myśli, bez żadnych myśli w ogóle. Zazdrości zwierzętom ich prostego życia, pozbawionego ludzkich dylematów:
nie chciałbym
być jaszczurką
nie chciałbym
prażyć się w słońcu
ale to chyba lepsze
niż być stworzonym na
ludzki rozmiar i ludzkie życie
karabiny maszynowe
[2]

Wkrótce do tego dochodzi także zmęczenie starością, zniechęcenie wywołane niedołężnością własnego ciała (lilie w mojej głowie). Wiedząc, jakim jarzmem jest ciężar lat, za prawdziwych bohaterów uważa starców. Dręczony myślami o samobójstwie zachwyca się siłą, która pozwoliła im przetrwać całe życie i nie dać mu się złamać. Powinno się zamieniać w królów staruszków – pisze w wierszu klasa. Z kolei geniusz to dla niego mały chłopiec, który zauważa że świat jest brzydki (spotkałem geniusza). Tylko te dwa bieguny życia, stykające się z czymś poza naszą ziemską rzeczywistością, czymś czystszym, lepszym, cieplejszym – w pełni doświadczanym dopiero po śmierci – są dla niego naprawdę godne podziwu.

O Bukowskim mówi się „miłośnik kobiet”, ale jego poezja (kobieta, uratować molo) temu przeczy. Sposób, w jaki pisze o przedstawicielkach płci pięknej nie jest co prawda tak wulgarny jak w prozie, za to mnóstwo tu pięknych, smutnych metafor – jak gdyby chciał je pokochać, ale nie potrafił. Zamiast tego jest mechaniczne upojenie, myśli wędrujące do podręczników anatomii w chwili intymnego zbliżenia, pajęczyny ociekającego / mokrego jak rosa seksu, wgryzanie się w starą brzoskwinię.
paradujesz przez pokój
brzemienna wszystkim
z wyjątkiem mojej miłości
Są wyjątki od tej reguły – pośród tych beznamiętnych utworów znajdujemy również kilka rozbrajających wyznań miłosnych do Lindy King:
ale kiedy [Bóg] stworzył ciebie leżącą w łóżku
wiedział co robi
był pijany był na haju
w jednej chwili stworzył góry morze
i ogień
tak o tak
Wiersze w tym tomie ułożone są chronologicznie, zgodnie z czasem powstania. Przyglądając się mu przekrojowo, można zauważyć, że mniej więcej w połowie atmosfera gęstnieje, robi się enigmatycznie i filozoficznie, jak gdyby autor walczył ze sobą, jakby właśnie ważyły się jego losy. Później nagle napięcie się rozładowuje i zostaje już tylko słoneczna prostota spojrzenia, pogodzenie się ze swym losem – bez nadziei ale i bez żalu – a nawet przebłyski humoru (szukając pracy, problemy ze spainem). Bo co nam pozostaje, gdy jest już jasne, że nic nie ma sensu?
kołysz się ze mną, smutne życie -
palce rozpłaszczone na kowadle
starość jak skorupki po śniadaniu
zużyte książki, zużyci ludzie
zużyte kwiaty, zużyta miłość
kołysz się ze mną
***
Ch. Bukowski, Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu, tłum. Piotr Madej, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2004.

Fotografie:
[1] http://www.rebellesociety.com/wp-content/uploads/2012/10/bukowski.jpg
[2] Angel-a (stockfreeimages.com)

sobota, 2 marca 2013

Lekturki madame Bovary XXI wieku – „Recepta na miłość”, Barbara O'Neal

Po przeczytaniu Recepty na miłość doszłam do wniosku, że autorki współczesnej prozy kobiecej to czarownice. Bo było tak – wstydziłam się tej lektury jak cholera, w autobusach i tramwajach czyniłam prawdziwe akrobacje (zwłaszcza przy wysiadaniu), by nikt nie zauważył tej cukierkowej okładki, a przed znajomymi, gdy już się wydało, tłumaczyłam się często i gęsto z tego czytelniczego występku. Ale równocześnie pochłaniałam kolejne strony – słodkie i lepkie jak miód – z grzeszną przyjemnością. I mimo że nie można tu mówić o kunszcie literackim, to jednak pisarki takie jak Barbara O'Neal potrafią w jakiś sposób na tyle sprawnie operować słowem, że zamykają w swoim piernikowym domku nawet najbardziej oporne czytelniczki.

Akcja książki toczy się w Colorado Springs, czyli legendarnym miasteczku Dr Quinn (czy ktoś jeszcze pamięta ten serial?). Od czasów zmagającej się ze stereotypami młodej lekarki z Bostonu sporo się tu jednak zmieniło. Miasto prężnie się rozwija, a swoją cegiełkę w postaci małej piekarni usiłuje dorzucić do tutejszego biznesowego krajobrazu główna bohaterka, Ramona.

Fabuła jest w wielu punktach podobna do historii opowiedzianej w Sztuce uprawiania róż z kolcami, wietrzę więc pewien szablon. Jest główna bohaterka – stanu wolnego, z pasją, którą w tym wypadku jest wypiekanie chleba. Trochę skłócona z resztą świata, usiłująca innym i sobie coś udowodnić – Ramona akurat bardzo chce dowieść swej rodzinie, kierującej dużą siecią restauracji, że potrafi sobie sama poradzić w życiu (nawet mimo tego że na samym wstępie popisowo je sobie skomplikowała, zachodząc w ciążę jako piętnastolatka). I jest dorastająca dziewczyna, która trafia pod jej opiekę – tutaj to pasierbica córki Ramony, Sofii. Oraz oczywiście pączkująca miłość w tle.

Wyłania się z tego recepta na idealną powieść z gatunku literatury kobiecej – przepis, który mnie osobiście dużo bardziej intryguje niż tytułowa recepta na miłość. Składniki już mamy, ale oczywiście wszystko byłoby niestrawne bez odpowiednich stylistycznych przypraw. A pani O'Neal akurat, muszę przyznać, przyprawiać potrafi. Nie wiem, czy to kwestia instynktu, czy doświadczenia w tej branży, ale doskonale wie, jak podrażnić akurat te ośrodki w kobiecej duszy, które podrażnione zostać powinny. Dużo tu zmysłowości – jak dla mnie zaskakująco dużo, bowiem spodziewałam się raczej czegoś ciepłego, ale bezpłciowego w stylu Fannie Flagg – podanej jednak w wyważony, zdecydowany ale nie ordynarny sposób. Opisując miłosne podboje dorosłej Ramony autorka zaczęła już co prawda niebezpiecznie lawirować na granicy śmieszności, ale te pierwsze, młodzieńcze jeszcze doświadczenia bohaterki – rozdziewiczenie, którego owocem była Sofia, a potem platoniczna fascynacja Jonahem – były bardzo sugestywne i działające na wyobraźnię.

Barbara O'Neal
Zresztą cała postać Ramony wręcz promieniuje łagodną zmysłowością, co sprawia że nawet niewinna z pozoru operacja wyrabiania i pieczenia chleba staje się w jej wykonaniu czymś bardzo erotycznym. Nic dziwnego, że to właśnie piekarnia staje się kością niezgody między bohaterką a jej do bólu powściągliwą i kontrolującą emocje rodziną.
W niektórych wsiach pieczenie chleba było postrzegane jako coś tak zmysłowego, że mogły w nim uczestniczyć wyłącznie najbardziej pobożne osoby, niebudzące podejrzeń, że popadną w grzech; w innych przed przystąpieniem do pieczenia chleba piekarze musieli się wyspowiadać, żeby się oczyścić i nie przenosić swoich słabości i pożądliwości na tych, którzy później spożywają upieczony przez nich chleb (s.103).

I to jest chyba najciekawsza warstwa tej powieści, bowiem sama historia już niespecjalnie porywa. Niektórzy chwalą Receptę... za przedstawienie prawdziwych ludzkich problemów – w końcu jest tu mąż Sofii, żołnierz ciężko zraniony w Afganistanie, są zmagania Ramony z bezlitosnymi prawidłami rynku i nieczułością własnej rodziny, jest młodociana Katie dorastająca jako córka żołnierza i narkomanki. Ale są to raczej lekko zarysowane problemiki, które pojawiają się tylko po to, by je na końcu rozwiać i podkreślić, jacy wszyscy są szczęśliwi. Jonah wykrzykujący z zapalczywością małego chłopca swoją nienawiść do wojny w Afganistanie wypada bardzo płasko i teatralnie.

Przyszło mi do głowy, że Recepta na miłość to taka współczesna wersja powieści, jakimi karmiła się niegdyś Emma Bovary. Sprawnie napisane, krzepiące, zaspokajające głód marzeń o miłości jak z bajki – to świetny lek na rzeczywistość. Tę szarą, w której problemy nie pękają jak bańki mydlane. Lek zdecydowanie lepszy niż głupawe seriale i plotki o celebrytach. Dopóki więc cukierkowe wizje nie zatruwają umysłu aż do zatracenia zdrowego rozsądku – jak najbardziej pochwalam!

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

***
B. O'Neal, Recepta na miłość, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.