piątek, 31 lipca 2015

Nowoczesne niewolnictwo – „Faktotum”, Charles Bukowski

Mały Hrabal w wypracowaniu na temat „Kim chciałbyś zostać, gdy dorośniesz?” odpowiedział, że bezrobotnym. Bo bezrobotni całymi dniami bawią się i pokrzykują. Bo są zawsze weseli, odprężeni i opaleni. Bo nie trzęsą się jak ci, co wstają wcześnie rano i wciąż się boją o swoją posadę.

Bukowski bez uśmiechu powtarza tę odpowiedź, mimo że ze szkolnych wypracowań już dawno wyrósł. „W małych betonowych wnękach, pod mostami i kładkami dla pieszych gnieździły się setki włóczęgów (…). Opaleni i zrelaksowani, wyglądali na ogół cholernie zdrowo, znacznie zdrowiej niż przeciętny biznesmen z Los Angeles” (s. 191). W jego świecie bezrobotni to jedyni ludzie naprawdę szczęśliwi.

Chinaski nienawidził pracy już jako dziecko. Widział, co ta suka robi z jego ojcem – odpowiedzialnym i praworządnym, tak w nią zapatrzonym, że mówił tylko o niej. W domu, przy obiedzie, w sypialni. Do ósmej wieczorem, kiedy gasiło się światło, bo przecież trzeba rano wstać. Była dla niego religią. Praca, praca, praca. Innych tematów nie było.

Jego syn postanowił nie dać się zamknąć w tej klatce. Więc nie przykładał się. Dryfował od miejsca do miejsca, od posady do posady. Wszędzie dwa, trzy dni, tydzień, czasem kilka. Gdy tylko nadzorca stracił go z oczu, pędził do najbliższego baru albo szukał kąta, by się zdrzemnąć. Wylatywał z hukiem, wracał jeszcze po zaległy czek, za zarobioną sumkę kupował mięso na gulasz i urządzał trzydniową popijawę ze swoją dziwką Jane. A potem znów do pośredniaka. I o tym jest ta książka.

Jak to zwykle u Bukowskiego, dominuje ton cudownie sarkastyczny i riposty ostre jak brzytwa. A pod retorycznymi gierkami – smutna i przerażająca rzeczywistość. Praca jako jakaś nowa forma niewolnictwa, czarnoskórzy szwacze skuleni nad swoimi maszynami bez chwili wytchnienia, w mętnym świetle trzydziestowatowej żarówki. O jednym z nich Chinaski mówi (ze słabo maskowanym współczuciem): „Wyglądał jak mała małpa. Stara, pełna godności małpa. A w dodatku dla tych kolesi z dołu był małpą” (s. 150).

Gdy sił już brak na ironiczną stylistykę, zaczyna płynąć potok szczerych słów. I kto by pomyślał – ten buńczuczny Chinaski się boi, jest przerażony! Nie ma odwagi, by pójść drogą lumpa, zbyt mu żal tego gulaszu i butelki dobrej whisky, więc próbuje znów, i znów daje się wykopać. Robi to z rozmysłem, ze strachu – przed zawodową machiną i tym, że zmieni się w dupka ze złotym zegarkiem na ręce. Bo najgorzej byłoby stać się częścią tego świata, tak przecież źle urządzonego:
No bo z jakiej, do cholery, racji, człowiek miał być zadowolony z tego, że wyrwany ze snu przez budzik, wyskakiwał z łóżka o 6:30 rano, wmuszał w siebie jakieś jedzenie, wysrał się, wysikał, umył zęby, przyczesał włosy, naużerał się z ulicznymi korkami, po to, żeby dostać się tam, gdzie przysparzać miał grubszych pieniędzy komuś innemu i gdzie w dodatku oczekiwano od niego wdzięczności za to, że mu taką szansę oferowano (s. 145).
„Factotum” to tyle co nasz „totumfacki”. Od łacińskiego „fac totum” – rób wszystko. Nie myśl, nie dyskutuj, nie protestuj. Wykonuj swoją pracę jak ta tresowana małpa. To mocne przesłanie – i podczas gdy o Listonoszu pisałam, że trudno traktować go jak poważną krytykę systemu, tak już gorzkie Faktotum taką krytyką w moich oczach jest. Co nie zmienia faktu, że brakuje jej ognia – to głos jak z dna studni, głos człowieka, który wie, że i tak nikt go nie usłyszy.

Czytałam tę książkę, sama szukając pracy. Sfrustrowana odchodziłam od komputera, gdzie nadal ofert brak, a skrzynka mailowa milczy jak grób, i narkotyzowałam się tą prozą. Pierwsze zdania – uśmiech, radość i euforia. Kocham cię Chinaski, kocham cię Bukowski. Powiedz, że to wszystko nieważne, mów do mnie jeszcze. Po kolejnych uśmiech znika. Po scenie finałowej odechciewa się żyć. Tak ogromna jest siła rażenia tej prozy. Powiem wam tak: są tylko trzej pisarze, którzy budzą we mnie tak silne emocje, że piszę o nich w gorączce, ledwie łapiąc dech. I Bukowski jest jednym z nich.

***
Ch. Bukowski, Faktotum, tłum. Jan Krzysztof Kelus, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2014.

Za gorzką pigułkę i lek na rzeczywistość w jednym dziękuję pani Joannie i Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.

Inne książki Bukowskiego na Literackich skarbach:

Fotografie:
[1] Billy Wilson Photography / Foter.com / CC BY-NC
[2] nuzzu valea / freeimages.com
[3] Okładka książki ze strony wydawnictwa 

Anegdota o Hrabalu i bezrobotnych pochodzi z Takiej pięknej żałoby. 

poniedziałek, 27 lipca 2015

Po trupach za macierzyństwem – „Matki”, Pavol Rankov

W Matkach Pavol Rankov stawia pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi. Czy matka może kochać swoje dziecko za mocno? Czy zawsze ma prawo decydować o tym, co jest dla niego dobre? Czy może realizować własną wizję jego szczęścia bez względu na wszystko, nawet kosztem krzywdy wielu innych osób?

Już od początku autor tak rozwija fabułę, aby postawić swoich bohaterów w jak najtrudniejszych sytuacjach. Jest jak wytrawny szachista ściśle kontrolujący rozgrywkę, jak doświadczony gracz rozdający karty na własnych zasadach. W odpowiednim momencie wyciąga asa z rękawa, mówi: szach-mat, i co teraz?

I staje czytelnik przed tym trudnym wyborem wraz z bohaterką, zastanawia się, co by zrobił. Cieszy się, że nie jest na jej miejscu, choć ona z czasem staje się tak bardzo opętana miłością macierzyńską, że jakiekolwiek wątpliwości znikają. Brutalnie pozbawiona swojej pierwszej miłości (podobnie jak biedna Alicja w Pod dwiema postaciami Hodrovej), chwyta się kurczowo jedynej po niej pamiątki – syna. Wszystko inne zaciera się w jej oczach, jest tylko on, ten mały człowiek, którego wyrwie z cudzych dłoni choćby resztkami sił, choćby on sam wierzgał i płakał, choćby się jej bał. „Jeśli mam wybrać, czy służyć Bogu, czy synowi, to wybieram syna. Jest tu, przy mnie, i kocham go bardziej od Boga, który pozwala nam tak cierpieć” (s. 239) – mówi chora z miłości Zuzana. Dopiero po latach, gdy już czas zmieni jej perspektywę, przyznaje: „Gnałam za swoim macierzyństwem dosłownie po trupach” (s. 405).

Raz po raz pojawia się pytanie: czy matka rzeczywiście wie najlepiej? „Surowa, ale sprawiedliwa. Słuchaj jej rozkazów i niepotrzebnie się nad nimi nie zastanawiaj. Nad poleceniami własnej matki też byś się nie zastanawiała” (s. 115) – mówi o Irinie, komendantce obozu, jedna z więźniarek. Czy rzeczywiście tak jest? Czy matka ma prawo zniszczyć szczęście dziecka w imię jego dobra? Dotyczy to niemal wszystkich matek, które pojawiają się w powieści – Zuzana matka, Zuzana córka, matka Lucii…

Heinrich Vogeler, akwarela przedstawiająca łagier w Pietrozawodsku, 1933-34.
Mocniej dotknęła mnie ta historia niż poczynania bohaterów Zdarzyło się pierwszego września. Tam miałam mimo wszystko wrażenie, że historia jest tylko makietą, tutaj rzeczywiście dochodzi do głosu. Tam największym problemem bohaterów byli oni sami, tutaj jest prawdziwy dramat. Bo jak inaczej nazwać konieczność wyboru między własną matką a własnym dzieckiem? Jak z tym potem żyć?

Fabuła, ładunek dramatyczny, problematyka moralna to mocne strony Matek (których tytuł, tak na marginesie, jest przewrotny; nawiązuje do powieści Matka Maksyma Gorkiego, czołowego piewcy socjalizmu). Ale są i słabe punkty. Nie przekonał mnie specjalnie wątek współczesny. Wiem, że miał być z założenia swego rodzaju przeciwwagą dla „ciężkiej” historii Zuzany, że jest mocno ironiczny (ponoć w osobie docenta Voknára Rankov sparodiował samego siebie) i że autor wprowadził go, ponieważ nie czuł się na siłach by napisać powieść czysto historyczną [1]. Powstał twór dosyć dziwny – trochę bawi (zwłaszcza te wypowiedzi docenta w stylu „pryncypialnie zarzucam pani brak cytatów” albo wciskana do pracy dyplomowej przez Lucię historyjka o głodnej wilczycy, którą Zuzana odpędziła siłą własnego spojrzenia; i jeszcze te wyjaśnienia, że przecież wilczyca też jest przykładem macierzyństwa w sytuacji granicznej – rany!), ale bardziej jednak szokuje i oburza. Sposób, w jaki docent traktuje Lucię, jego radykalne rady i ingerowanie w jej życie osobiste podchodzą przecież pod paragraf. Śmiać się, płakać, wygrażać pięścią?

W ostatnich scenach powieści do wątku współczesnego przenika postać, wokół której kręci się cała historia „łagrowa” – Aleksiej, syn Zuzany. Podobnie jednak jak w Zdarzyło się pierwszego września, gdzie w końcówce do głosu dochodzi Maria, niewiele autor pozwala powiedzieć temu jakże istotnemu bohaterowi. Książka nagle się kończy, a my nadal nie wiemy tego, co intryguje najbardziej – co czuł ten chłopiec, będąc obiektem rozgrywki między kobietami, jak sobie radził żyjąc w łagrze z dwiema matkami, jak przeżył nagłe wyrwanie ze swojego starego, dobrze znanego świata? Rankov bardzo odważnie – i chyba z powodzeniem – wcielił się w Matkach w role kobiece, szkoda więc, że nie zdecydował się też oddać głosu temu dorosłemu już chłopcu. Z drugiej strony – musi to być jakiś element strategii artystycznej, skoro w obydwu powieściach pojawia się postać, która przez całą akcję jest w centrum wydarzeń, ale sama dochodzi do głosu dopiero na końcu i tylko przez chwilę, pozostawiając nas z poczuciem niedosytu.

Młodzi pionierzy w obozie Artek – tym samym, gdzie przebywała Zuzana – w 1975 roku.
Czerwoną chustkę pioniera nosił też jej wychowywany w łagrze syn Aleksiej.
Mam też zastrzeżenia do języka Rankova, choć tę monotonną narrację i wzniosłe monologi z ust więźniarek można odbierać jako efekt zabiegów egzaltowanej studentki – jeśli dobrze rozumiem, czytana przez nas opowieść Zuzany to kolejne rozdziały pracy dyplomowej Lucii. Skoro w ramach swojej pracy badawczej ta stuknięta dziewczyna postanawia się wcielić w wilczycę, to żadne jej pomysły nie powinny dziwić.

Czytałam ostatnio recenzję Matek [2], której autor określił tę powieść jako przemyślaną, poprzedzoną rzetelnymi przygotowaniami i sprawnie napisaną, ale pozbawioną „iskry” (wrzucając ją zresztą do tej kategorii razem z książkami Kateřiny Tučkovej). I zastanawiam się teraz – była ta iskra czy nie? No cóż, ogniem mi się te Matki w rękach nie zajęły, ale tym razem na pewno Rankovowi udało się wykrzesać więcej niż w Zdarzyło się pierwszego września. Idzie ku dobremu.

***
P. Rankov, Matki, tłum. Tomasz Grabiński, wyd. Czeskie Klimaty / Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

Za lekturę trudnych pytań i jeszcze trudniejszych odpowiedzi dziękuję Krzyśkowi i wydawnictwu Książkowe Klimaty.

Źródła:
[1] Pavol Rankov: To powieść o matkach i córkach w epoce komunizmu, wywiad, http://rdc.pl/informacje/pavol-rankov-to-powiesc-o-matkach-i-corkach-w-epoce-komunizmu/
[2] M. Lollok, Formy a specifika realizace mateřství v mezní sociální situaci, iLiteratura.cz, http://iliteratura.cz/Clanek/31705/rankov-pavol-matky

Fotografie:
[1] pcgn7 / Foter.com / CC BY-NC
[2] Heinrich Vogeler / Wikimedia Commons
[3] maxim off / Foter.com / CC BY-NC-ND
[4] Okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty

niedziela, 26 lipca 2015

Powieść straconej szansy – „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”, Pavol Rankov

„Włosy koloru łąkowego miodu”, jak powiedziałby Honza. Kiedyś.
Chociaż książka ta spotkała się u nas z niezwykle entuzjastycznym przyjęciem, a Angelus wydaje się potwierdzeniem jej znakomitości, dla mnie Zdarzyło się pierwszego września jest powieścią straconej szansy. Była szansa na pasjonującą opowieść o burzliwej historii, odchodzącym świecie i przenikających się kulturach, wyszedł nieprzekonujący melodramat. 

Osią powieści jest miłosny czworokąt – trzech chłopców walczących o względy jednej dziewczyny. Akcja rozgrywa się na pograniczu słowacko-węgierskim w samym środku burzliwego XX wieku, na tle II wojny światowej, przewrotu lutowego, okresu stalinizmu i lat 60. aż po inwazję wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. I koncepcja jest taka – wichry historii i polityki targają naszymi biednymi bohaterami, zbliżają ich do siebie i gwałtownie oddalają, nie pozwalając im zaznać długotrwałego szczęścia.

Ale w rzeczywistości to wcale nie jest tak. Bo choć wszyscy trzej męscy bohaterowie tej powieści usta wciąż pełne mają słów miłości, dławią się wręcz tymi płomiennymi wyznaniami dla najpiękniejszej i najcudowniejszej Marii, to ostatecznie wszyscy puszczają ją w trąbę. Nadobna wybranka okazuje się przedmiotem, chusteczką, której rogów wszyscy trzej amanci kurczowo się trzymają, nie pozwalając zbliżyć się nikomu spoza swojej trójki, ale ostatecznie jakaś prowokacyjna ruda piękność albo kusząca wizja życia na emigracji zawsze okazują się ciekawsze od tej wyświechtanej już z lekka szmatki. Wichry historii i polityki stają się zgrabnym usprawiedliwieniem własnej niedojrzałości, „brak wyboru” – przykrywką dla szczeniackich wybryków. Choć od rozpoczęcia akcji do jej zakończenia upływa trzydzieści lat, trzej główni bohaterowie w gruncie rzeczy się nie zmieniają – wciąż pozostają tymi trzynastoletnimi chłopcami.

Może to kobieca perspektywa nie pozwala mi odpowiednio docenić tej historii, w której męska solidarność posuwa się do ukrywania bezmyślnych zdrad jednego z bohaterów względem nieszczęsnej ukochanej. Oczywiście, już słyszę te głosy, „to się nazywa przyjaźń, mógł się wygadać i zgarnąć dziewczynę, ale tego nie zrobił”, ale czy ta dziewczyna nie miała prawa wiedzieć?! Koniec końców to nie prześladowany Żyd Gabriel i nie przedwcześnie osierocony Jan okazują się tu największymi ofiarami, ale właśnie Maria, skrzywdzona zarówno przez historię (sprawa jej ojca), jak i tych pożal się Boże zalotników, którzy mieli ją chronić.

Levice, 10 listopada 1938. Przyłączenie do Węgier po pierwszym arbitrażu wiedeńskim.
Rozczarowana jestem tym bardziej, że po pierwszej, uroczej scenie na kąpielisku w czechosłowackich jeszcze wtedy Levicach, gdzie spotykają się „Węgrzy, Słowacy, Czesi, Żydzi, Cyganie”, „demokraci, liberałowie, konserwatyści, monarchiści, socjaliści, nacjonaliści, komuniści i faszyści”, spodziewałam się, że Rankov skupi się na kwestiach wielokulturowości, na przemianach, jakim podlega na przestrzeni lat pograniczne miasteczko, że to będzie coś bardziej w stylu Wniebowstąpienia Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy Oty Filipa (cudownej książki, którą bardzo, bardzo gorąco polecam!). Tymczasem kwestie kulturowe i narodowościowe autor zaledwie liznął, poszedł natomiast w stronę łzawego i wątpliwego melodramatu, czego nie mogę mu wybaczyć.

Zdarzyło się... ratują humorystyczne anegdoty o postaciach historycznych, takich jak ksiądz Tito, Klement Gottwald czy Alexander Dubček. Dodają lekkości, bawią się kamiennymi wizerunkami opisywanych polityków i przywódców, ale za to – jak zauważa Peter F. 'Rius Jílek – pomijając opowiastkę o monstrualnym obżarstwie Tity zestawioną z opisem wojennego głodu są zupełnie wyrwane z kontekstu, trochę jakby doklejone na siłę. Po chwili ożywczego uśmiechu trzeba znów wskoczyć do świata Petera, Gabriela i Jana i z rosnącą irytacją śledzić ich poczynania.

Wielka Powieść to nie jest. A tak niewiele brakowało.

***
P. Rankov, Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej), tłum. Tomasz Grabiński, wyd. Słowackie Klimaty / Książkowe Klimaty, Wrocław 2013.

Fotografie:
[1] {Lina} / Foter.com / CC BY-NC
[2] Okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty
[3] Ladislav Luppa / Foter.com / CC BY-SA 3.0

czwartek, 23 lipca 2015

Feministka i źli chłopcy
– „Nałkowska i jej mężczyźni”, Iwona Kienzler

Spójrzmy prawdzie w oczy – życie prywatne pisarzy interesuje nas zwykle na równi, a niekiedy i bardziej, niż ich twórczość. Spotkania autorskie z tymi najsłynniejszymi przyciągają tłumy, ale bardziej niż najnowsza książka zaproszonego gościa ciekawi nas to, jak wygląda, jak się zachowuje, czy często się uśmiecha, czy ma tiki nerwowe albo „czy jego głos zgadza się z tym, który słyszymy w głowie czytając jego książki”, jak twierdził David Foster Wallace. Wallace unikał spotkań, bo uważał, że robią z pisarza kogoś w rodzaju taniego celebryty [1]. Również Razia Iqbal potwierdza, że jest w tym zainteresowaniu cień obsesji na punkcie gwiazd muzyki czy kina. Wszak uczestnicy najchętniej zaglądają za kulisy twórczości: jak pan pisze, kiedy, gdzie, czy codziennie, od której do której, jak pan to godzi z rodziną... [2]

Czy to naprawdę niezdrowe zainteresowanie, którego powinniśmy się wstydzić? Moim zdaniem mimo wszystko nie, i bliżej mi pod tym względem do opinii Mariusza Szczygła, którego tak zachwyca fakt, że Michal Viewegh – pisarz – zdołał w Czechach osiągnąć status celebryty. Według Szczygła zdarzyć się to mogło tylko w kraju wielkiej kultury, „bo ludzie naprawdę muszą czytać książki, żeby tabloidom chciało się fotografować nowo narodzone dziecko pisarza” [3]. Może więc powinniśmy się cieszyć z tej małej afery, która wybuchła u nas ostatnio wokół pewnego polskiego pisarza i jego Mercedesa? Tak czy siak – zawsze to przyjemniej śledzić medialne zamieszanie wokół człowieka pióra niż zaglądać w majtki głupiutkim piosenkarkom czy gwiazdkom filmowym.

Dlatego też chętnie sięgnęłam po książkę Iwony Kienzler o Zofii Nałkowskiej i jej miłosnych podbojach. O Nałkowskiej, która – jak sugeruje autorka już we wstępie – żyjąc w naszych czasach na pewno wyrwałaby się z tej medialnej szarej strefy przysługującej pisarzom i stałaby się wdzięczną bohaterką tabloidów i plotkarskich portali.

Zofia Nałkowska (przed rokiem 1945).
Książka opatrzona jest podtytułem „Zwolenniczka wolnej miłości i praw kobiet”, ale podejrzewam, że bojujące feministki i inne czytelniczki skuszone tym hasłem będą srodze zawiedzione. Już po kilkudziesięciu stronach można bowiem stwierdzić, że w przypadku Nałkowskiej głoszone poglądy i życiowa praktyka rozbiegają się w sposób wręcz zdumiewający.

Owszem, zdecydowanie broniła prawa kobiet do rozkoszy (choć, prawdę mówiąc, niektóre jej poglądy w kwestii seksualności wydają mi się absurdalne – na przykład pochwała życia prostytutek, będącego jej zdaniem jest nęcącym odpowiednikiem męskiej fazy „wyszumienia się”). Owszem, jako młodziutka pisarka miała odwagę krzyknąć na Zjeździe Kobiet „Chcemy całego życia!”, wywołując tym oburzenie wielu starszych, szacownych uczestniczek Zjazdu, jak choćby Marii Konopnickiej. Owszem, stała się z czasem kimś w rodzaju naszej rodzimej ikony feminizmu, ale wystarczyło jej się zakochać – a zdarzało jej się to często – aby przemienić się w potulnego kociaka, pokorne dziewczątko w cieniu wielkiego męża, niewolniczego niemal sługę u stóp ukochanego mężczyzny.

Mąż nr 1 – Leon Rygier, 1933.
Jeśli ktoś potrafił to wykorzystać, z reguły skwapliwie to robił – jak jej obydwaj mężowie. Pierwszy z nich, poeta Leon Rygier, liczne skoki w bok łagodził pieszczotami i czułymi słówkami. Przez całe lata nie potrafiła wyplątać się z toksycznego związku z mężczyzną, który budził w niej tak wielkie pożądanie. Również drugi małżonek bynajmniej nie uczynił jej najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Jego rozwód z poprzednią żoną, upragniony ślub z Nałkowską i przeprowadzka do Grodna okazały się początkiem końca – w jego domu pisarka została zdegradowana do służącej i nałożnicy. Nic dziwnego, że i to małżeństwo zakończyło się z hukiem.

Większość z nas, kobiet, na którymś etapie życia marzy o „złym chłopcu”. Nie inaczej było z Nałkowską. Z tą różnicą, że nie ograniczyła się ona do marzeń, a z konsekwencją ćmy lecącej do ognia realizowała model życia z osobnikiem dzikim, niebezpiecznym, drapieżnie męskim. Już jako budząca się do miłości nastolatka pisała o mężczyznach (w tym wypadku o podpułkowniku żandarmerii carskiej w Warszawie, Grigoriju M. Muradowie) tak:
Mogę go sobie wyobrazić w dalekim stepie, pędzącego na czarnym koniu z długą grzywą. W marzeniu tym ja nie jestem mu potrzebna, mnie tam nie ma. Przed nim na koniu, przerzucona przez grzbiet, zwisa kobieta. Jest związana, jest naga. Jest porwana, skądś zabrana przemocą, na własność. Jej włosy nie splecione rozwiewa wiatr, okrywa płaszczem jego kolana i buty. Jest piękna, jasna, łagodna, niebieskie oczy zwraca ku niemu z wyrazem oddania, słodyczy miłości. Z tego marzenia wypijam niewysłowioną rozkosz życia [4].
Mąż nr 2 – Jan Jur-Gorzechowski, 1926.
Tymczasem, jak trzeźwo zauważa Iwona Kienzler, „o wiele przyjemniej jest marzyć o brutalnym samcu porywającym bezbronną kobietę na koniu, niż wieść z nim codzienne życie” [5]. I tę gorzką lekcję Nałkowska niczym niezbyt pojętna uczennica miała przez całe życie powtarzać.

Kiedy indziej z kolei wdawała się w związki niemożliwe do zrealizowania. Z uporem godnym lepszej sprawy zabiegała o względy homoseksualistów (Szymanowski) lub mężczyzn żonatych i oddanych rodzinie (Szalit), z heroicznym wręcz poświęceniem zadowalała się namiastkami uczucia. Duma, reputacja, rozsądek – wszystko szło w odstawkę, gdy tylko mocniej zabiło jej serce.

I ta determinacja – zarówno w trwaniu przy boku mężczyzn poniżających ją i wykorzystujących, jak i w domaganiu się uczucia ze strony tych, którzy nie byli w stanie jej nim obdarzyć – ujawnia prawdę o wybitnej pisarce i ikonie feminizmu. Choć przed miłością świętą i idealną stawiała zwierzęcą rozkosz, choć jako dziewczyna wyrzekała się małżeństwa, zrażona wizją własnej matki poświęcającej wszystko na rzecz męża, to jednak latami szukała tej miłości, mając nadzieję na znalezienie równego sobie partnera, inspirującego ją intelektualnie i dbającego o jej potrzeby.

Nie znalazła. Spędziła życie na szarpaninie z nieodpowiednimi mężczyznami, spijając łapczywie przelotne chwile szczęścia. Zachowała fason do końca – nawet jako sześćdziesięcioletnia dama zachwycała urodą i klasą. Ale pod tą elegancką fasadą kryła się smutna, rozczarowana życiem kobieta.

Książka Iwony Kienzler, oparta głównie na dziennikach Nałkowskiej oraz na jej obszernej biografii spisanej przez Hannę Kirchner, jest zgrabną syntezą miłosnych epizodów z życia pisarki. Bez zbędnych dłużyzn opisuje jej rozwój emocjonalny od lat dziecięcych, pokazuje, dlaczego w późniejszych latach dokonywała tak nietrafionych wyborów jeśli chodzi o mężczyzn i kreśli szczegółowy obraz jej najważniejszych miłosnych relacji. Z założenia natomiast poświęca niewiele uwagi twórczości Nałkowskiej, dlatego osoby zainteresowane tą stroną życia pisarki powinny raczej sięgnąć po wspomnianą biografię autorstwa Hanny Kirchner.

Jedynym istotnym mankamentem tej pozycji jest wyjątkowo niedbała korekta. Pojawiają się nieścisłości, mnożą się powtórzenia, a interpunkcja po prostu leży i kwiczy. Co gorsza, błędy zdarzają się również we fragmentach cytowanych (specjalnie porównywałam). Pod tym względem więc publikacja ta mocno rozczarowuje. Mniej drażliwym polecam, ale gramatyczni i interpunkcyjni naziści przeżyją z tą lekturą ciężkie chwile.

***
I. Kienzler, Nałkowska i jej mężczyźni, wyd. Bellona, Warszawa 2015.

Za ciekawą analizę toksycznych związków jednej z najwybitniejszych polskich pisarek dziękuję pani Joannie i wydawnictwu Bellona.

Źródła:
[1] Ch. Lorentzen, The Rewriting of David Foster Wallace, vulture.com (http://www.vulture.com/2015/06/rewriting-of-david-foster-wallace.html)
[2] M. Rachid Chebab, Gwiazda Big Book Festivalu: skąd wielka potrzeba gadania o czytaniu?, wyborcza.pl (http://wyborcza.pl/1,75475,18120657,Gwiazda_Big_Book_Festivalu__skad_wielka_potrzeba_gadania.html#ixzz3d7U2OcEc)
[3] M. Szczygieł, O hemoroidach w kulturze literackiej [w:] Láska nebeská, wyd. Agora, Warszawa 2012, s. 106.
[4] Z. Nałkowska, Dzienniki 1899-1905, Warszawa 1975, s. 17 [za:] I. Kienzler, Nałkowska i jej mężczyźni, wyd. Bellona, Warszawa 2015, s. 38.
[5] I. Kienzler, dz. cyt., s. 39.

Fotografie: Wikimedia Commons

niedziela, 19 lipca 2015

Holokaust w czasach znieczulicy – „Medaliony”, Zofia Nałkowska

Nie czytałam Medalionów w szkole. Nie były moją lekturą obowiązkową, nie sięgnęłam też po nie sama z siebie, z ciekawości. Ale kiedy kilka tygodni temu dzięki pewnej biograficznej książce, o której mowa wkrótce, przypomniałam sobie postać Zofii Nałkowskiej, postanowiłam nadrobić szkolne zaległości i sięgnąć po jej słynny zbiór – owoc pracy w Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskich.

Co jednak można o tej książce napisać? Nie bez przyczyny Wilhelm Mach powiedział o niej, że „obezwładnia piszącą dłoń krytyka” [1]. Styl Nałkowskiej jest niemal przejrzysty – przyjmuje ona metodę podobną do tej, którą kilkadziesiąt lat później w swoich reportażach zastosowała Swietłana Aleksijewicz. Nie komentować, wycofać się, oddać głos ludziom i nieubłaganym faktom. Oszczędna i sucha relacja w połączeniu z szokującą treścią potęgować ma wrażenie, jakie wywiera lektura. Milczenie Nałkowskiej jest milczeniem oceniającym.

Powściągliwość i prostota są jednak też wyrazem zwątpienia w słowo i w literaturę, które przyszło po Wielkiej Wojnie. Nazistowskie zbrodnie w pewien sposób przekreślają cały dorobek naszej cywilizacji, „niszczą wszelkie pojęcia o człowieku – istocie rozumnej” [2], odbierają artystom głos. Powtarza się pytanie Theodora Adorno „czy możliwa jest poezja po Auschwitz?” [3].

Przerażająca jest też łatwość, z jaką uczestnicy wydarzeń – zbrodniarze i ich pomocnicy – przekraczają granice i odnajdują się w tym nowym świecie zwyrodniałych norm, w tej „rzeczywistości apokaliptycznej” [4]. Więc tak niewiele wystarczy, żeby zacząć traktować ludzkie ciało jak surowiec, mięso na przemiał? Tak niewiele, żeby zapomnieć o człowieczeństwie i skwitować proces otrzymywania mydła z ludzkiego tłuszczu słowami „coś z niczego”?

Wreszcie – obrazowość. Kadzie z ludzkimi ciałami, otwarte rany, wybijane oczy, wyłamywane palce, ciemne bunkry, w których składowano trupy i zamykano nieposłusznych, ściśnięte więźniarki obracające się ku słońcu jak kwiaty, jak zwierzęta… Zamiłowanie Nałkowskiej do bogatych w szczegóły obrazów także tutaj dochodzi do głosu i pomaga w przekazaniu prawdy o wojennym okrucieństwie.

Nie czytałam Medalionów w szkole – i to trochę źle, a trochę dobrze. Myślę, że gdybym sięgnęła po nie mając te naście lat i niewielki bagaż lektur za sobą, przeżyłabym te historie mocniej. Z drugiej strony – tym sposobem przeżyłam je bardziej świadomie, na chłodno. Bez złudzeń. Zdaję sobie sprawę, że można ludzi omamić, obudzić w nich bestię, wytresować do zabijania, bo każdy ma w sobie tę najniższą strunę, o której pisał Ladislav Fuks.

Ale ten brak emocji – bo jednak spodziewałam się piorunującego wrażenia, a niczego takiego nie było – trochę mnie też niepokoi. Parafrazując Gombrowicza: „Jak to nie przeraża, jeśli przeraża?”. I zaczynam się zastanawiać, i dochodzę do wniosku, że to nie tylko kwestia wieku i czytelniczych doświadczeń, ale i utraconej wrażliwości. Media kipią od okrucieństw, przyzwyczajają nas do nich. Krew, odcięte głowy, mózg na ścianie – to już nie robi na nas wrażenia, przecież to tylko fikcja. Tymczasem działo się to naprawdę i dzieje się nadal. Jak pisze Hanna Kirchner:
Wezbrana rzeka świadectw wojennych i utworów, które w wojnie były zakotwiczone i z jej upiorem się zmagały, nie wysycha i przelała się już przez granice stulecia. Wojna jest zarazem przeszłością, teraźniejszością i wciąż majaczącą groźbą. Wojna nie kończy się nigdy [5].
***
Z. Nałkowska, Medaliony, wyd. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1984.

Cytaty: 
[1] Za: M. Sprusiński, Posłowie [w:] Z. Nałkowska, Medaliony, Poznań 1984, s. 52. 
[2] Tamże, s. 51. 
[3] Za: H. Kirchner, Nałkowska albo życie pisane, Warszawa 2011, s. 575. 
[4] M. Sprusiński, dz. cyt., s. 53. 
[5] H. Kirchner, dz. cyt., s. 574.`

Fotografie:
[1] BrittneyBush / Foter.com / CC-BY-NC-ND
[2] Zdjęcie własne

czwartek, 16 lipca 2015

Od burżujskiego tłuścioszka do prezydenta-marzyciela – „Havel. Zemsta bezsilnych”, Aleksander Kaczorowski

„Pan to zrozumie, pan przecież wszystko wie, pan sobie z tym poradzi, pan to załatwi, pan mnie ochroni” – śpiewa Jaromír Nohavica w piosence-skardze Pane prezidente dedykowanej Václavowi Havlowi. Dla wielu Czechów z pewnością Havel kimś właśnie takim był, a i my nauczyliśmy się myśleć o nim jako o kimś w rodzaju herosa, człowieka-legendy, uosobienia odwagi i rozwagi. Aleksander Kaczorowski w swojej biografii odbrązawia i uczłowiecza tego niewątpliwie wybitnego polityka. I choć odziera go z nimbu najmądrzejszego i najwspanialszego, zabiegi te mimo wszystko nie odbierają Havlowi wielkości. 


W jego rodzinie roiło się od zaradnych, przedsiębiorczych mężczyzn. Ojciec – właściciel imperium budowlanego w Pradze, stryj – magnat branży kinematograficznej, założyciel wytwórni filmowej Barrandov, dziadek ze strony matki – inżynier, dziennikarz, dyplomata i członek zarządu obuwniczego królestwa Tomáša Bati, odpowiedzialny za kontakty z zagranicą. Mały Vašek chował się więc jak pączek w maśle – był pulchnym, cherubinkowatym stworzonkiem hołubionym przez dorosłych. W miarę jak dorastał zaczął jednak odczuwać ciężar tych przywilejów, które niczym mur oddzielały go od innych ludzi. Jak sam twierdzi, w dużej mierze ukształtowało go to jako człowieka – przez całe życie buntował się przeciw niezasłużonym przywilejom i bronił ludzkiej godności, a z poczuciem „nieprzystawalności” zaczął sobie radzić poprzez pisanie.

Po lutowym przewrocie przed burżujskim synkiem zamknęły się wszystkie drzwi, dlatego zamiast kształcić się w wymarzonych kierunkach humanistycznych musiał zadowolić się praktykami w laboratorium i studiami technicznymi. Jego potrzebę dyskusji i rozwijania swojej wiedzy z dziedziny filozofii, literatury, polityki czy ekonomii zaspokajała natomiast dyskusyjna grupa Rocznik Trzydziesty Szósty, założona wraz z przyjaciółmi z gimnazjum wieczorowego.

Wraz z bratem Ivanem w 1950 roku. „Niegdysiejszy »pański synek« nosił teraz buty na gumowych podeszwach i luźne marynarki, zgodnie z najnowszą modą z Ameryki. Włosy stawiał w imponujący czub” (s. 68).
Rozbudzona w ten sposób pasja literacka pchnęła go w praskie środowiska artystyczne. Poznał wszystkich czołowych twórców epoki – Jaroslava Seiferta, Vladimíra Holana, Jiříego Kolářa, Mistrza Hrabala – a także wybitnych literaturoznawców czy tłumaczy, jak Václav Černý czy Jan Zábrana. Fragmenty opisujące ten etap życia Havla są równocześnie przepięknym obrazem artystycznego fermentu tamtych czasów, który z konieczności rozwijał się w ukryciu, w prywatnych mieszkaniach oraz kawiarniach i gospodach. „Te spotkania w kawiarniach i knajpach to był mój »uniwersytet«, bo sama uczelnia niewiele miała mi do zaoferowania” (s. 83) – pisała Viola Fischerová, jedna z towarzyszek Havla w tym artystycznym światku lat 50.

Również o dalszych losach późniejszego prezydenta Aleksander Kaczorowski pisze kładąc nacisk na tło – realia i atmosferę tamtych czasów. Odważne wystąpienie „pucołowatego, nikomu nieznanego blondyna w kraciastej marynarce i krawacie” na konferencji Związku Pisarzy w 1956 staje się pretekstem do naświetlenia sytuacji oficjalnej czechosłowackiej kultury epoki stalinizmu, walka o czasopismo „Tvář” w latach 60. to przykład dramatycznego boju o odrobinę przestrzeni w zdominowanej przez komunistów rzeczywistości, a fragmentom poświęconym politycznej działalności Havla po radzieckiej inwazji towarzyszy opis środowiska undergroundu lat 70. Na tym tle historycznym wyraźnie widać stopniowe przeradzanie się Havla-pisarza („swoją misję widziałem w tym, że obserwuję świat i opowiadam prawdziwie o jego słabościach”) w Havla-polityka („czy nie jest dziś wręcz obowiązkiem wszystkich prawdziwych intelektualistów, filozofów i poetów, aby przestali się brzydzić polityki i nie bali się do niej wkraczać?”).

Moją uwagę zwróciły przede wszystkim dwie cechy Havla, nieco sprzeczne. Po pierwsze – silny indywidualizm. Zawsze kładł nacisk możliwość wyrażenia własnych, oryginalnych opinii i sam nieraz wyrażał bardzo ciekawe poglądy. Już w młodości krytykował współczesną cywilizację techniczną, z której jego zdaniem wyrasta zarówno zachodni kapitalizm, jak i wschodni komunizm – dwa nieszczęśliwe ustroje. Jego zdaniem Wschód to tylko nieudolna karykatura Zachodu, a wbrew pozorom problemy obydwu systemów są podobne. W ten sposób zresztą Kaczorowski tłumaczy popularność sztuk Havla na Zachodzie – choć zasadniczo demistyfikowały rzeczywistość krajów komunistycznych, przemawiały również do zmęczonych realiami korporacyjnymi mieszkańców państw kapitalistycznych.

Z Alexandrem Dubčekiem w listopadzie 1989.
Drugie spostrzeżenie – mimo wyraźnego indywidualizmu Havel nie był osobowością tak silną i zdecydowaną, jak się powszechnie sądzi. Łatwo ulegał opiniom innych, miał momenty wątpliwości, wielu swoich posunięć latami żałował (jak choćby „sypnięcia” w trakcie przesłuchania współzałożycielki wydawnictwa Edice Expedice, Dany Horakovej). Był typem oderwanego od rzeczywistości marzyciela, ze swoją wizją idealnego świata i koncepcją „niepolitycznej polityki”, która w momencie dojścia do władzy okazała się bezużyteczna i skazywała go na pomoc doradców. Widać to w ostatniej części książki, poświęconej prezydenturze Havla, gdzie Kaczorowski wypunktowuje wszelkie błędy i chybione posunięcia swojego bohatera (ale również pokazuje, jak stopniowo dojrzewał do swojej roli i uczył się mechanizmów sprawowania władzy).

Każdy ma jednak prawo do błędów, nawet prezydent. A fakt, że był marzycielem i idealistą, facetem, który pragnął zmieniać świat, choć nie do końca wiedział jak się do tego zabrać, wcale nie deprecjonuje go w moich oczach, przeciwnie. Brakuje nam takich Havlów – może gdyby było ich więcej, gdyby zastąpili tych wyrachowanych, wytrenowanych w oszukiwaniu i okradaniu karierowiczów, dzisiejsza polityka miałaby bardziej ludzką twarz.

Zemsta bezsilnych pokazuje Havla jako polityka i jako człowieka, jako pisarza i jako postać uwikłaną w XX-wieczną czeską historię. W mniejszym stopniu – jako męża, bo małżeństwu z Olgą autor poświęcił stosunkowo niewiele uwagi, śmierć wieloletniej towarzyszki życia Havla kwitując lakoniczną wzmianką.

Książkę czyta się świetnie – myślę, że również osobom, które o czeskiej kulturze i historii mają wiedzę raczej znikomą – z wyjątkiem ostatniej części, która trochę traci na lekkości. Po kilkudziesięciu stronach poświęconych niemal wyłącznie polityce i usilnym staraniom Havla o włączenie krajów Europy Środkowej do NATO autor przeskakuje do romansu byłego prezydenta z Ireną Obermannovą oraz napisanej przez nią skandalizującej książki, która według Michaela Kocába „dosłownie zabiła” Havla. Zwieńczeniem wszystkiego jest krótka notka o jego ostatnich chwilach, w których ponoć pojednał się z Bogiem, zaskakująca o tyle, że kwestiom religii i wiary w Boga w całej biografii poświęcono może ze dwa zdania. Piękna książka zasługuje na jakąś piękną kropkę nad i, a tutaj kropka jest, ale jakby na siłę doklejona.

Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że Zemsta bezsilnych jest rzetelną biografią i doskonałym przewodnikiem po pasjonującej czeskiej historii. A bogata bibliografia zamieszczona na końcu na pewno będzie dla mnie źródłem czytelniczych inspiracji.

***
A. Kaczorowski, Havel. Zemsta bezsilnych, wyd. Czarne, Wołowiec 2014.

A o samej Oldze Havlowej jeszcze napiszę. Znalazłam w czeluściach biblioteczki rodziców książkę Kosatíka i nie zawaham się jej przeczytać!

Fotografie:
[1] David Sedlecký / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0
[2] A. Kaczorowski, Havel. Zemsta bezsilnych, wyd. Czarne, Wołowiec 2014.
[3] Uncleweed / Foter.com / CC-BY-SA
[4] Jaroslav Kučera / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0
[5] Michal Louč / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0
[6] Okładka książki ze strony wydawnictwa Czarne. 

piątek, 10 lipca 2015

Spotkanie z Michalem Ajvazem (Miesiąc Spotkań Autorskich) – 8.07.2015


Swoje pierwsze spotkanie z Michalem Ajvazem malarz Pavel Čech opisuje tak: „Czekałem na niego i myślałem: Jeśli przyjdzie facet w marynarce, pod krawatem, a w trakcie spotkania trzy razy zadzwoni mu telefon, to będzie wielkie rozczarowanie. I nagle pojawił się człowiek jak utkany z pajęczyny i srebrnego światła, zupełnie jak bohaterowie jego książek. Byłem zachwycony”.

Na żywo Ajvaz rzeczywiście robi takie wrażenie. Drobny, siwy jak gołąbek starszy pan o spokojnym, jasnym spojrzeniu. Opanowany, skupiony, wyciszony.

W trakcie spotkania we Wrocławiu w ramach Miesiąca Spotkań Autorskich przeczytał obszerny fragment jednej ze swoich nowszych książek – Ogrodu Luksemburskiego. Była to opowieść w opowieści, historia paryskiego nauczyciela Paula, który pewnego razu zupełnym przypadkiem natyka się w internecie na informację o niezwykle tajemniczej postaci – amerykańskim pisarzu i naukowcu Rossie, konstruktorze manekina do złudzenia przypominającego jego utraconą żonę. Tekst bardzo intrygujący, przystępny (jak na Ajvaza), dobrany idealnie.

Ponieważ Michal Ajvaz jest autorem mocno kojarzonym z literackim obrazem Pragi, pierwsze pytanie prowadzącej spotkanie Anny Wanik brzmiało: dlaczego nie Praga? Skąd pomysł, by przenieść akcję w zupełnie inne rejony świata? Autor wyjaśnił, że w pewnym momencie zaczął być zmęczony tym zaszufladkowaniem i łączeniem go z ripellinowskim hasłem „Praga magiczna”, które w ostatnim czasie straciło swoje pierwotne znaczenie i stało się wytartym turystycznym sloganem.

Odejściem od Pragi był już wydany w 2001 roku Złoty wiek, historia współczesnego Guliwera, gdzie autor stworzył swoją własną, wymyśloną cywilizację. W powieści Puste ulice powrócił do stolicy Czech, ale dla odmiany nie do jej historycznego centrum, a na peryferia. Z kolei w Drodze na południe, która w przyszłym roku ma się ukazać po polsku, Ajvaz zgodnie z tytułem zmierza na południe – do Bratysławy, Lublany i kilku innych miast (polskich wśród nich nie ma; pozostaje nam poczekać na analogiczną Drogę na północ :)).

Już ten krótki przegląd twórczości autora pozwolił się zorientować, że istotną rolę w jego twórczości gra przestrzeń. Każda niemal jego historia wychodzi z pewnej charakterystycznej przestrzeni, to ona poprzedza opowieść, i często jest to miejsce konkretne, rzeczywiste – był tam, zobaczył je i poczuł, że jest idealne do umiejscowienia swej kolejnej historii. Tak właśnie było z Ogrodem Luksemburskim.

Resztę spotkania zdominował temat nowego języka, który chciałby stworzyć Ajvaz i który w formie krótkich wypowiedzi pojawia się w niektórych jego utworach. Na życzenie autor przeczytał jeden z takich fragmentów i przyznał, że brzmienie jego zmyślonego języka przypomina mu mowę orków z Władcy Pierścieni :).

Kiedy czytałam Ajvaza, zdarzało mi się nie raz zachwycić obrazowością jego prozy – badacz literatury skryty wśród stosów książek falujących niczym trawy, mroczne zakątki biblioteki pokryte trującymi lianami, zalatujące ziemistą wilgocią... Przy okazji odpowiedzi na pytanie o filmowość jego utworów autor potwierdził, że pisze obrazami i wyjaśnił, że to wpływ jego pasji malarskiej – ponoć do 15. roku życia wyżywał się artystycznie jako malarz.

Spotkanie nie było długie, ale zaspokoiło moją ciekawość. Miałam okazję zobaczyć i posłuchać „najwybitniejszego obecnie pisarza Europy Środkowej”, jak o nim mówi Jan Gondowicz, i zapoznać się z fragmentami jednej z jego najbardziej cenionych powieści, którą – już wiem – koniecznie muszę przeczytać. Warto więc było przejechać te ponad 200 km, by zawitać do Wrocławia.

Nie tylko dlatego. Wyprawa stała się też okazją do miłych literackich pogaduch z Magdą z Kącika z książkami, a dnia następnego – zgodnie z moją teorią, że istnieje coś w rodzaju książkowego przeznaczenia – natknęłam się na przeuroczy antykwariat, gdzie upolowałam m.in. kilka śmiesznie tanich numerów „Literatury na świecie”, w tym wydanie poświęcone Havlowi (którego biografię właśnie pochłaniam, a tutaj – jego wczesne sztuki i esej-legenda Anatomia gagu!) oraz to czerwone, bardzo czeskie, zdominowane przez Danielę Hodrovą i Jiříego Kratochvila.

Wrocławskie zdobycze.
Wypowiedź Petra Čecha:  http://brno.idnes.cz/vsechny-knihy-vidim-v-obrazech-rika-malir-a-spisovatel-pavel-cech-phs-/brno-zpravy.aspx?c=A100107_160324_brno_krc; tłumaczenie własne.
Zdjęcia: własne (wiem, fatalny ze mnie fotograf).

sobota, 4 lipca 2015

Michal Ajvaz i drapieżny świat w otchłaniach bibliotek

W jednym z opowiadań ze zbioru Powrót starego warana, utworze pod tytułem Zagadki, pewien tajemniczy futrzak, taki Ajvazowski Sfinks, zatruwa bohaterowi życie, zadając mu bezustannie zaskakujące i pozbawione sensu pytania. Gdy nieszczęśnik po raz kolejny staje wobec zagadki bezradny – nigdy nie udało mu się odpowiedzieć na żadne z zadanych pytań – zwierzątko bezlitośnie z niego drwi.

Tak wyglądała z początku moja lektura tej książki. Brnęłam przez fantastyczne obrazy Ajvaza i nie miałam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Pociłam się i męczyłam, próbując sobie je po swojemu wyłożyć, wyjaśnić rozumowo, wcisnąć w jakiś znany mi schemat, i miałam wrażenie, że jakiś złośliwy chochlik naigrawa się ze mnie, z mojej ograniczonej wyobraźni, mojego nieoczytania, moich skromnych możliwości intelektualnych. A potem zrozumiałam, że nie tędy droga.

Nie bez przyczyny utwory Ajvaza porównuje się najczęściej do snów. Ze względu na atmosferę, ze względu na charakterystyczną zachwianą logikę, ale również dlatego, że i w jednych i drugich doszukujemy się sensu nie mając pewności, czy ten sens w ogóle jest. Bo może nie ma go być. Może wciskanie na siłę tych wszystkich historyjek o jeżdżących autobusem lwach morskich, łosiach mieszkających w cokołach na Moście Karola i grających w teatrze jaszczurach w jakieś uniwersalne interpretacje jest zupełnie błędną ścieżką. Przecież badacz, do którego zwraca się z prośbą o pomoc bohater Innego miasta, mówi wyraźnie, że tego innego, niezwykłego świata czającego się w ciemnych zakamarkach naszych mieszkań i „magicznych” zakątkach Pragi nie da się zrozumieć, posługując się naszym ludzkim sposobem myślenia.

Szaleństwu prozy Ajvaza trzeba się po prostu poddać. Sam autor zdaje się to sugerować w niektórych utworach. Na przykład w opowiadaniu Rzeźbiarz, gdzie tytułowy bohater posługuje się metodą twórczą, którą swobodnie można przełożyć na sztukę pisania. Mieszkając w domu wykutym w skale ma dostęp do strumienia magmy, odkręca więc na krótką chwilę zawór, a gorący strumień tryska do kadzi z zimną wodą i zastyga w niepowtarzalny wzór. Tak otrzymaną bryłę rzeźbiarz obrabia przy pomocy swego dłuta, nigdy jednak nie robi tego według własnej wizji, daje się jedynie prowadzić narzuconym mu już kształtom, ulega „dziwnym podziemnym snom materii”, których nie rozumie i które go przerażają, a zarazem fascynują. „Wydaję się sobie raczej ogrodnikiem niż pisarzem: pozwalam tekstom dojrzewać i od czasu do czasu chodzę popatrzeć, co się urodziło (…). Często znajduję dziwne płody, z którymi nie bardzo potrafię się uporać, ale nie chcę się nazbyt mieszać do życia tekstu” – pisze Ajvaz.

Ten inny świat, „drugie miasto”, jest na wyciągnięcie ręki, zawsze gdzieś obok nas. Bohaterowie Ajvaza wędrują po Pradze i co chwila trafiają na furtki i ścieżki wiodące do tej równoległej rzeczywistości – zielone marmurowe tramwaje, odludne zakątki biblioteki, które bierze w posiadanie bujna flora i fauna, głębie szafy, jak u C.S. Lewisa... Tylko że wkroczenie tam wymaga sporej odwagi. Bo czyhają tam na człowieka drapieżne tygrysy, żarłoczne małże i gigantyczne mrówki, a wtajemniczeni nie są zbyt mili dla dociekliwych. Drugie miasto jest światem ustawicznego zagrożenia, krwiożerczym i groźnym, raz po raz wysuwającym swe lepkie macki na nasze terytoria. Ale też światem fascynującym, nieprzewidywalnym, dlatego zarówno bohaterowie Ajvaza, jak i on sam, śmiało przekraczają granice i zachęcają do tego czytelnika. W wierszu Rzeka podziemna autor pisze:
Kiedy znajdziecie się na końcu wersu, 
porzućcie głupi nawyk wracania na początek kolejnej liniji. 
Idźcie dalej, przekroczcie nareszcie granice. 
Nie bójcie się zabłądzić w ogrodzie dojrzewających obrazów. 
Dotrzyjcie raz do końca drogi, do srebrzystej kraty: 
od lat cierpliwie tam na was czekają.
Ajvaza często porównuje się do Schulza, i jest to porównanie jak najbardziej uzasadnione. Wizje Ajvaza są jednak bardziej absurdalne, a równocześnie, paradoksalnie, bardziej niż Schulz trzyma się on ziemi. Czytając Sklepy cynamonowe miałam nieustanne wrażenie płynięcia, obracania się w jakiejś złocistej, gęstej, miodowej rzeczywistości, a tutaj jest konkret – obraz kreślony twardą i zdecydowaną linią, nawet jeśli mamy do czynienia z wielkim małżem goniącym narratora po Pradze czy siłującym się z młodą kobietą umuzykalnionym waranem. Bohater nie traci kontaktu z rzeczywistością – raz po raz uświadamia sobie, w jak groteskowej sytuacji się znalazł: „nigdy nie przyszło mi na myśl, że w nocnym tramwaju pożre mnie małż”, „i co bym potem powiedział lekarzowi? Że na placu św. Gawła pogryzł mnie wielki konik morski?”, „jakaż bezsensowna śmierć – zginąć wskutek zderzenia z kangurem na skoczni narciarskiej!”.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że twórczość tych dwóch autorów dzieli dobre kilkadziesiąt lat. Proza Ajvaza jest nowoczesna, bawi się konwencją, nawiązuje do literatury kryminalnej czy fantastycznonaukowej, przesiąknięta jest postmodernistyczną grą autora z czytelnikiem... Miejscami bywa rozbrajająco zabawna. Nie sposób nie uśmiechnąć się czytając o tym jak to narrator nie może uciszyć skrytych za książkami, śpiewających chorał gregoriański krasnoludków, toteż udaje przed oburzoną sąsiadką, że sam popiskuje, albo jak siłuje się z pewnym chrząszczem uporczywie zasłaniającym mu adres pewnego mieszkania na Smichowie na jednej ze stron broszurki o hodowli królików, albo jak rzuca psychodelicznymi granatami, które w powietrzu zamieniają się w lodówki celebrujące mszę w ornacie księdza, albo jak trzecią godzinę czeka na zwolnienie się budki telefonicznej okupowanej przez pewnego konika morskiego... Nie mówiąc o mistrzowskiej, cudownie autoironicznej scenie, w której twórczość narratora – z którym chyba możemy utożsamić autora – wyśmiewa w sposób zaskakująco trafny pewien impertynencki kangur:
Rzecz w tym, że te pańskie prozy są wszystkie na jedno kopyto: na początku narrator spotyka jakieś dziwne zwierzę, potem zwykle dochodzi do walki, a na końcu pojawia się coś bezkształtnego i nieokreślonego, w czym wszystko się rozpływa, mgła albo morze, na które bohater spogląda, przeżywając przy tym jakąś ekstazę czy coś w tym stylu. Co za nuda!
Mogłabym o Ajvazie pisać jeszcze długo, ale nie chcę przedobrzyć – wszak zależy mi tylko na tym, żebyście sięgnęli po jego książki. Wypatrujcie zielonego tramwaju lub zapuśćcie się w mroczne głębie biblioteki, gdzie snuje się mgła, z oddali dochodzą dźwięki tam-tamów, a w ciemności błyszczą oczy drapieżników i malowane twarze dzikusów-ludożerców...

***
Cytaty: M. Ajvaz, Morderstwo w hotelu Intercontinental. Powrót starego warana. Inne miasto, tłum. Leszek Engelking, wyd. Pogranicze, Sejny 2005.

***  
Opublikowany przez fundację Pogranicze zbiór, zawierający tomik wierszy, zestaw opowiadań i powieść, jest na razie jedyną książką tego autora wydaną po polsku. Jeśli nie uda Wam się jej zdobyć – kto wie, czy bibliotekarz, który heroicznie podejmie się znalezienia jej pośród ciemnych regałów, nie padnie ofiarą bibliotecznego monstrum! – poczekajcie na Drogę na południe, która wkrótce ukaże się nakładem Książkowych Klimatów. 
Michal Ajvaz i jego (drapieżna?) biblioteczka.
Michal Ajvaz to kolejny gość tegorocznej edycji Miesiąca Spotkań Autorskich. Można go będzie posłuchać we Wrocławiu w środę 8 lipca. Nie wiem jak Wy, ale ja na pewno skorzystam z tej okazji.

Fotografia główna: Fresh Pasta / Foter.com / CC BY-NC-SA
Fotografia Ajvaza: vanderfrog / Foter.com / CC BY

czwartek, 2 lipca 2015

Ziemia zabliźniona szkieletami i ciszą
– „Carpathia”, Maroš Krajňak

Nie czytajcie Carpathii, jeśli macie akurat dużo na głowie. Nie czytajcie, jeśli brakuje wam czasu, jeśli na książkę zostaje wam tylko pół godziny w tramwaju albo godzinka przed snem, jeśli potrzebujecie raczej lekkiej lektury na odstresowanie. Nie czytajcie, jeśli jesteście zajęci, przemęczeni, zaabsorbowani innymi ważnymi sprawami. Bo z Carpathią tak się nie da.

Czytajcie, jeśli jesteście w stanie oddać się jej całkowicie. Dopiero wtedy się przed wami otworzy. A może i wtedy nie, bo jest nieuchwytna jak kraina, o której opowiada. Poczytajcie wcześniej o tym, kim są Łemkowie i jaka była ich historia. Dowiedzcie się, co działo się na tej ziemi i dlaczego do dziś cierpliwie spija przelaną tu niegdyś krew. A może znajdziecie do niej drogę.
Załoga spostrzega czerwone kapilary, które zbierają zmieszaną krew. Niemiecką, słowiańską, huńską, semicką, romańską, tatarską, kaukaską i wszelkie inne. Krew ścieka pagórkami Pogórza Ondawskiego już od kilku tygodni. Gdzieś przy Stropkowie gorące żyły spotykają się, potem jednorodna ciecz zacznie wsiąkać. Wchłanianie jej do głębokich wnętrzności ziemi będzie trwać wiele stuleci (s. 7).
Zony – Zona 0, 1, 2, 3 i X, o których pisze Krajňak – to nie są nazwy geograficzne. To zainspirowany Stalkerem, potęgujący poczucie niejasności szyfr, którego autor używa na określenie części krainy, którą uczynił bohaterką swojej książki. Krainy będącej również jego ojczyzną, ponieważ sam tam się wychował, a opisane w książce przygody chłopca, który bawił się w powojennych bunkrach i raz po raz znajdował tam ludzką czaszkę – to jego własna historia.

Bezpośrednią inspiracją do powstania Carpathii był projekt genealogiczny, w ramach którego pisarz miał okazję zjeździć cały obszar dawnej Łemkowszczyzny. Robił zdjęcia, rozmawiał z miejscowymi, widząc i zapamiętując starał się ocalić ten zakątek świata. Na stronach powieści rysuje obraz niezwykle smutny – ziemi opuszczonej, wyludnionej, pełnej zarastających trawą czołgów, uśpionych w lesie pocisków i pustych domów, z których praktycznie z dnia na dzień wyrwano mieszkańców i wywieziono ich daleko. Ziemi zabliźnionej ludzkimi szkieletami, zardzewiałą bronią i ciszą – pozostałą po tych, którzy tak nagle odeszli.

To obraz tragiczny, ale również chwytający za serce i piękny. Wrażenie to potęguje sposób opowiadania Krajňaka – gawęda trochę w stylu Stasiuka, mniej może malownicza, ale za to bardziej osobista i bolesna. Carpathia jawi się czytelnikowi jako kraina mityczna, w pewien sposób czarodziejska. Każdy przedmiot i miejsce snuje tu swoją opowieść, jak u Schulza czy Hodrovej, czas rządzi się własnymi prawami, historia pozostaje wciąż żywa – nadal trwa wojna, przełęcze roją się od żołnierzy austriackich, oficerów carskich, czerwonoarmistów, umarli podchodzą pod domy i pukają w okna, a sam narrator przeżywa reinkarnację i wciela się w postać zamordowanego w trakcie przesiedleń pasterza.

Ci, którzy nie zostali siłą wydarci tej ziemi, wyemigrowali w pogoni za lepszym życiem. Czasem dorobili się sławy, jak Andy Warhol czy Diana Krall. Mijali się później na ulicach, słyszeli niekiedy z daleka język Zon, rozpoznawali się w spłoszonych gestach. Nie rozmawiali jednak ze sobą, nie trzymali się razem, jakby łemkowskie dziedzictwo było czymś wstydliwym.

Wkrótce ich kultura umrze zupełnie. Zdaniem Krajňaka nie ma dla niej szans na ratunek. Na nic zdadzą się koncerty i imprezy, które niby odwołują się do dawnych tradycji, a w rzeczywistości są tylko kuriozalną, pop-artową atrapą łemkowskiej kultury. I na nic zdadzą się wysiłki Andrija P., pustelnika, który wierzy, że da się jeszcze odtworzyć tę wewnętrzną muzykę Zon.

Może to dlatego – sugeruje narrator – że ta ziemia nigdy tak naprawdę nie należała do nich. Znaleźli się tu przypadkiem, na chwilę. Są ludem wędrownym, są tu tylko gośćmi, więc pewnego dnia będą musieli zniknąć.
My, ludzie, tutaj, w Zonach, być może jesteśmy przypadkowymi mieszkańcami wędrujących narodów, sklepikarzy, żołnierzy i uciekających przechrztów, którzy akurat tu nigdy nie zagrzali miejsca. Przyszli tutaj tylko na chwilę skryć się i to, że teraz z tej przestrzeni szybko znikamy, zupełnie się wymazujemy, jest właśnie naszym dawno zaplanowanym sprawiedliwym losem (s. 187).
***
M. Krajňak, Carpathia, tłum. Weronika Gogola, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

Carpathia to pierwszy tom „trylogii łemkowskiej” Krajňaka. Wkrótce nakładem Książkowych Klimatów ukaże się część druga trylogii, Entropia.

Maroš Krajňak jest jednym z gości tegorocznej edycji Miesiąca Spotkań Autorskich. Spotkanie z nim odbędzie się w poniedziałek 6 lipca we Wrocławiu. Wybierzecie się?

Za egzemplarz Carpathii i wędrówkę karpackimi ścieżkami pośród opuszczonych chat, które tak fascynowały w dzieciństwie uśpionym życiem ich dawnych mieszkańców – dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty.


Źródła:
Rusíni v tomto storočí zaniknú – wywiad z autorem, http://kultura.sme.sk/c/6364071/rusini-v-tomto-storoci-zaniknu.html
Zóny Carpathie sú hádankou – wywiad z autorem, http://kultura.sme.sk/c/6452594/zony-carpathie-su-hadankou.html

Fotografie:
[1] Wolfhowl / Foter.com / CC BY-NC
[2] Maroš Krajňak – zdjęcie ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty
[3] Okładka Carpathii ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty